dominika8
16.02.11, 08:14
Witam Was.Jestem nowa na forum, choć czytam Was od jakiegos czasu. Moja historia jest taka jak wiele. Wielka miłość, dziecko. Po 5 latach zaczelismy się od siebie oddalać, większośc winy za ten stan biorę na siebie...1,5 roku temu po jakiejś tam kłótni, on oświadcza, że jego uczucie się wypaliło. Jestem w szoku, niedowierzanie, ból. Wyprowadza się, ja zyję jak w transie. Z dnia na dzień zostaję sama , w wielkim domu, z mnóstwem czasu na myslenie. Nic nie jem, palę i biorę uspokojacze. Mam wsparcie przyjaciół, rodziny. Przeżywam sceny, gdy córka trzyma go za nogawkę spodni i płacze, żeby nie odchodził i kochał mamę. Przy niej trzymam fason, robię dobrą minę, a jak śpi-ryczę. Ciągle postrzegam to jako kryzys, jak w wielu małżeństwach-cięzka praca, wielki kredyt, ciągły brak pieniędzy. Prowadzimy długie rozmowy. Gdy powoli staję na nogi i godzę się z ta sytuacją, on chce powrotu. Wyciagam wszelkie wnioski, analizuję co robiłam źle, staram się naprawić, zmienić. Widzę jego obojętność, chłód, pomieszany z agresją. Myslę sobie-trzeba czasu, głęboko wierzę, że uda się naprawić. Kilka dni temu sytuacja sie powtarza-wypaliło się w nim, CHYBA chce rozwodu itd. wszystko wraca, spię kilka godzin, nic nie jem. Nie mam w sumie pretensji-nikogo nie zmusi się do uczucia. Tylko jak stanąć na nogi? z jednej strony widzę swoje starania, które nic nie dały, moją walkę i próby ratowania, jego zachowanie wobec mnie....jestem przerazona tym co mnie czeka-sprawa rozwodowa, sprzedaż domu, która może się ciagnąć długo, więc będziemy mieszkać pod jednym dachem, zmiana szkoły dziecka itp oraz samotność . Ciągłe skoki nastroju-od stanu-dam sobie radę do nie mogę bez niego żyć.....koszmar, płacz, gonitwa mysli....rozum mówi-nie kocha, nic na to nie poradzisz....a nie umiem sie z tym pogodzić...najlepiej mi jak go nie ma, na sam jego widok ryczę jak bóbr, jestem po prostu żałosna...