jagienka_2
28.08.13, 22:43
Pracuję w zespole placówek oświatowych, w skład którego wchodzą m.in. przedszkole i żłobek. Dzisiaj była afera, bo któraś z nauczycielek nie zamknęła drzwi i do budynku wszedł człowiek, który nie miał prawa tam wejść. Kim jest ów osobnik? Ojcem dwójki dzieci, które uczęszczają do owego przybytku. Dlaczego nie może wejść do budynku? Ano dlatego, że jest w trakcie rozwodu z żoną, a ona napisała pismo i złożyła na ręce dyrekcji. W piśmie kategorycznie zastrzegła, że ojciec nie może dzieci odbierać ani widywać. Byłam jedyną osobą, która zaprotestowała przeciwko takiemu traktowaniu ojca. Gdy zapytałam, czy sąd wydał decyzję o zakazie zbliżania się ojca do dzieci, usłyszałam, że nie, żadnej rozprawy jeszcze nie było, to jest polecenie matki. A matka ma prawo. Próbowałam się dowiedzieć, cóż takiego uczynił ów ojciec... Panie opiekunki nie wiedzą, ale "matka sama się dziećmi zajmuje, wszystko organizuje, więc chyba wie, co robi..." I panie gotowe są własną piersią osłaniać niebożęta, żeby nie spoczęło na nich ojcowskie oko... Opadły mi ręce i wszystko, co może opaść. Te dzieci nie są moimi podopiecznymi, nie mam w ogóle kontaktu z nimi ani z ich rodzicami. Gdyby nie afera z drzwiami, w ogóle nie dowiedziałabym się o tej sytuacji. Matka - właścicielka to jednak nie wymysł forumowych frustratów...