Piszę w nawiązaniu do innego wątku z tego forum. Ja nie umiałam wybaczyć zdrady mężowi. I to takiej, którą klasyfikuje się chyba jako jednorazowe zapomnienie.
Mąż robił wszystko, żebym wybaczyła, nie wyprowadzała się. Nie umiałam. Co dziwniejsze:
chciałam, ale nie udawało się. Nie byłam w stanie znieść jego widoku ani z nim żyć, ani znieść myśli, jak zostałam potraktowana, ani tego, że można w jednej chwili zniszczyć szczęście 3 osób.
Piszę o szczęściu, bo nam się wszystko układało, i mąż (teraz już były), tak samo jak Igipigiel, nie umiał wytłumaczyć, dlaczego.
Nie oceniam jednak Igipigla i cieszę się, że mu się udało. Wierzę, że im wyjdzie.
Od mojego rozwodu minęło mniej więcej półtora roku. Otrząsnęłam się z traumy, doszłam do siebie (cieszę się przy tym, że eks-mąż ma bardzo dobre kontakty z synem): czyli mówiąc wzniośle, zamknęłam tamten rozdział. Natomiast wydaje mi się, że były wciąż chciałby do nas wrócić, i podobno też miał depresję.
Podsumowując: mimo mojego otrząśnięcia się bilans generalnie ujemny dla wszystkich