Kochani, poradźcie... Jestesmy 17.5 roku po ślubie. Mąż pracuje, jest kierownikiem w dużej firmie. Pracuje i w sumie tylko to robi. w domu tylko spi i sie awanturuje. Ewentualnie opróżnia lodówkę , chlebak i wszytsko co napotka na drodze. To typowy przemoccowiec psychiczny i ekonomiczny... Ubliża mnie na oczach dzieci, poniża... nie pomaga kompletnie w domu. Od czasu do czasu posiedzi z synem z lekcjami z matematyki , ale wiecej przy tym ubliżań i wyzywań dziecka, niż faktycznej pomocy.
Ja nie pracuję. Utrzymuję się z zasiłku rehabilitacyjnego na siebie - ale w sumie to ostatni miesiąc, bo w listopadzie kończy mi sie prawo do tegoż zasiłku. Od grudnia będę utrzymywać sie ze świadczenia pielęgnacyjnego na niepełnosprawne dziecko i dodatku pielegnacyjnego ( w sumie 1500zl.) . Dochodzi jeszcze 500+, ale wypłata tych pieniędzy mnie do ręki, tez zalezy od humoru męża ( konto mamy niestety wspólne, a mnie paraliżuje strach, przed założeniem oddzielnego, swojego konta... ).
Myślę coraz częściej o rozwodzie, bo takie życie to jakas farsa.... Z mężem w ogóle nie ma tematów do rozmów, ani nawet czasu... Wychodzi do pracy o 5 rano, wraca koło 16-17, czasem póxniej, wyżera (przepraszam za język, ale naprawdę wściekłość mną już kieruje) wszystko, co jest w lodówce i zwala sie jak długi na kanapę. Zasypia. Śpi w dużym pokoju, gdzie toczy sie życie, w poprzek narożnej kanapy, uniemozliwiając nam nawet normalne siedzenie na kanapie. Zajmuje sam jeden pokój w domu, gdzie nie wolno wchodzić, do którego nie wolno nic zanieśc, połozyć, a za wziecie koca z tegoż pokoju zostałam zmieszana z błotem. Kiedyś chociaz tam sypiał popoludniami, teraz, wiedząc, jak bardzo wkurza mnie widok jego spiącego, zajmuje 3/4 stołowego pokoju...
Zarabia ok. 4 tyś. na rękę plus raz w roku dostaje sporą "premie uznaniowa" wysokości ok. 10 tyś. na rękę, czasem więcej... Inne, mniejsze premie tez sie zdarzaja. On płaci kredyt za mieszkanie, które kupilismy 3 lata temu ( 1200zł.), oraz rachunki ( ok. 1000zł.). Twierdzi, że nic więcej nie musi.
Ja, za 2000 muszę utrzymać cała rodzinę, kupować jedzenie, chemię, ubrania, opłacac lekarza, dojazdy dzieci do szkoły, opłacac składki szkolne ( same obiady to koszt 300 za dwójkę dzieci), kupowac leki....
Nie jest łatwo. Nie starcza. Tym bardziej, ze nie mam nawet możlwiosci gotowania na dwa dni, bo on wszytsko co widzi wyjada w jedno popołudnie. Nie moge nawet wafelków dzieciom kupic, bo jak się do nich doriwe, to nie odejdzie póki nie skończy...
Czuję sie coraz bardziej zagubiona... Biorę kredyty w banku, mam już prawie 10tyś. zadłużenia, bo nie da sie żyć za 2 tyś ( 1770) . chciałabym założyć mu sprawę o alimenty, ale pojęcia nie mam, czy mam jakiekolwiek szanse coś ugrac, ile, i czy nie pogorszę tym swojej ( naszej - mojej i dzieci) i tak niewesołej sytuacji...
Czy to prawda, ze on, płacąc kredyt i rachunki, nie ma obowiązku finanować nic wiecej? Jedzenie, ubranie, szkoła, lekarze,leki, dojazdy, chemia... ? nic????
Nie wiem, co robic... Proszę, doradźcie..

Jestem załamana