Witajcie
Nie znacie mnie jeszcze, ale ja Was już troszkę poznałam. Wstyd się przyznać,
ale czytałam wątki na tym forum prawie cały dzień w pracy - mam nadzieję, że
mnie nie wywalą?

Przechodząc do konkretów - jestem mężatką z 11-letnim stażem, na stanie dwie
pociechy płci różnej, wieku przedszkolnego i... No właśnie i tzw. mąż
przebywający notorycznie poza domem. Oczywiście musi, bo jeździ w delegacje i
długo tej wersji się trzymałam. Dopóki nie stwierdziłam, że tak zasadniczo to
jemu chyba tak jest wygodnie.
W końcu przez cały tydzień prowadzi kawalerskie życie, wraca na weekendy i
wtedy może sobie pokrzyczeć. Wiecie jak to jest w dwójką dzieci - powód sie
zawsze znajdzie - bałagan, hałasy, zabawki dzieci pod stopami i mnóstwo prac
domowych. Plus stęsknione dzieci, które nie pozwolą spokojnie usiąść przed
telewizorem i wypić piwka tylko domagają się obecności ojca.
A ja? Całe życie sama… I ten kompletny brak więzi emocjonalnych, zero
zainteresowania naszym /czyli moim i dzieci/ życiem.
Były rozmowy – spokojne i rzeczowe, były płacze… Zero reakcji –
zasadzie „pogada, pojęczy i przejdzie jej”
Do decyzji dojrzewałam kilka miesięcy. Dojrzałam w końcu – rozstajemy się.
I co? Strach, tak naprawdę nawet nie wiem przed czym.
Przed końcem związku – on się skończył lata temu.
Dzieci – i tak widują ojca tylko w weekendy – nic się nie zmieni.
Sprawy finansowe – teraz też opłacam wszystko sama, więc gorzej być nie może –
co najwyżej lepiej, bo dojdą alimenty.
Więc?
Czy ja nie umiem podjąć decyzji czy to normalny etap?
Pozdrawiam