Dodaj do ulubionych

Początek? końca...

27.06.05, 09:35
Od pewnego czasu moja małżonka starannie udowadnia mi, że nic nas już nie
łączy, a w każdym razie nie łączy jej nic ze mną. Pomijając sprawy intymne,
tu poza jakimś kilkudniowym epizodem przed jakimś czasem (trzy miesiące) od
dawna nic się nie dzieje, w innych sprawach stara się tak zorganizować czas,
żebyśmy nie byli razem, wychodzi, sama organizuje sobie weekendy (właściwie
to robi to, co dawniej robiliśmy razem, ale tak organizuje, żeby wyjechać
znienacka sama). Kiedy ją widzę, wiecznie skwaszona, na pytania odpowiada
opryskliwie, tak, że nawet nie mam ochoty pytać, a zanim zadam uprzejme
pytanie, to się już zastanawiam, czy je zadać, bo z góry znam niemiłą
odpowiedź.
Starałem się być miły i uprzejmy, ale nie narzucający się. Od pewnego czasu i
we mnie coś się złamało. Zaczynam coś tracić. Ciągle, z całym przekonaniem
powtarzam, że ją kocham, choć wiem, że między nami nie jest dobrze. Jednak,
kiedyw sobotę rano wyjechała, poczułem ulgę i zadowolenie, będzie spokojny
weekend... i ukłucie w sercu, coś jak bym zdradził. To moje zadowolenie w
krótkim czasie przerodziło się w żal. Starałem się spędzić miło weekend, nie
po raz pierwszy, samotnie, razem z synem. Pojechaliśmy na wycieczkę zwiedzać
zamki, odwiedziliśmy dziadków, było nam fajnie. Jednak, kiedy wczoraj
wieczorem miała wrócić, syn poprosił, że chce iść z kolegami do kina. Dałem
mu na kino i sam, niemal podświadomie, zrobiłem kolejny unik. Wyciągnąłem
kolegę na piwo. Zmiast na nią zaczekać, pomóc wypakować samochód, zwiałem,
jak smarkacz. Kolega niezbyt miał ochotę, bo to niedziela, jutro do pracy,
ale jakoś mu tam "zagrałem" na ambicji i poszliśmy. Teraz widzę, że zrobiłem
wszystko, żeby się ulotnić z domu w sposób usprawiedliwiony. Wieczór był
sympatyczny, jednak kolega rozgadał się o swoich planach urlopowych, gdzie to
z żoną pojadą, co wymyślił, jak będzie fajnie. Kiedy się rozstawaliśmy,
oczywiście z radosnym? uśmiechem życzyłem mu wspaniałego urlopu, on zresztą
nieświadomy tego, co się u nas dzieje, też mi życzył. Chwilę potem, usiadłem
na ławeczce w parku i omal się nie rozpłakałem. Dodatkowo, zaczynam odczuwać
poczucie winy, z powodu mojej chwiejności emocjonalnej. Tak, moje męskie
słowo, które dawno, dawno temu dałem teściowi, że będę się nią opiekował, że
jej nie skrzywdzę, obowiązuje nadal. A może ja ją krzywdzę, w jakiś sposób,
przecież twierdzi, że nie jest szczęśliwa... Przysięga małżeńska, że jej nie
opuszczę, itd... ja tego chcę dotrzymać, uważam, że nadal mnie obowiązuje...
Nadal ją kocham, a może tylko chcę kochać, już sam nie wiem.
Dzisiaj rano ulotniłem się do pracy z pół godzinki wcześniej, do fryzjera,
ale znowu się złapałem wychodząc na tym, że byłem zadowolony, że śpi... nie
wszedłem, nie przytuliłem, nie ucałowałem, jak to robią normalni ludzie...

Czy to tak się odbywa, ten rozpad pożycia?? sad((((((((((

Obserwuj wątek
    • anybody1 Re: Początek? końca... 27.06.05, 09:58
      myślę że to co czujesz jest naturalne. jak długo można znosić ignorowanie,
      obojętność i chłód. jak długo można próbować? każdy by się wcześniej czy
      później wypalił.
      z tego co piszesz, Twoja żona robi wszystko żeby Cię do siebie zniechęcić. mam
      wrażenie (nie twierdzę że słuszne), że bawi się Tobą, gra na Twoich emocjach.
      tylko dlaczego nie odchodzi???
      może chce żeby to wyszło do Ciebie? żebyś Ty był winien?
      • nie_ma_nic Re: Początek? końca... 27.06.05, 10:10
        Dawno mnie tu nie było....Powiem tylko tak: ludzie potrafią wybaczyc sobie
        wiele, najcięzsze grzechy, przewinienia i zaniedbania. Ja dalam jeszcze jedną
        szanse sobie, męzowi, temu zwiazkowi...(w sumie oboje dalismy sobie szanse),
        poki co nie jest zle, nawet niesmialo powiem, ze jest lepiej niz kiedykolwiek
        bylo, mamy za soba najciezszy z kryzysow jaki sie nam zdazyl w ciagu tych 12
        juz wspolnych lat, a przeciez bylam juz prawie spakowana....Czy to tchorzostwo
        z mojej strony? A moze na tym polega wlasnie moja siła, zeby jednak pchac ten
        wozek do przodu....Wierze Scriptusie ze w Waszym przypadku to tez ciagle dalej
        kryzys, jeszcze kryzys a nie poczatek konca...
        A dlaczego tutaj jestem? Bo gdzies tam podswiadomie czuje, ze ten koniec jednak
        nastąpi...predzej czy pozniej, nie znam dnia ani godziny, ale czuje ze kazde z
        nas pojdzie za jakis czas swoja sciezka...sad
        • anja_pl Re: Początek? końca... 27.06.05, 10:21
          myślę, że jesteś z nami, bo jesteśmy suuuuuuuuper tongue_out
          a tak poważnie, może nie dlatego jesteś, że czujesz, że podświadomość...
          ale dlatego, bysmy Cie motywowali do starania się o związek
          • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 10:49
            Anjaaaa, chyba się upiję, ale... dopiero jak wyjdę z pracy, zrobię zakupy,
            zrobię coś do jedzenia, zobaczę lekcje dzieciaczka (co ja plotę, już był koniec
            roku...), pojedziemy na rowerach do parku, potem pójdzie spać, wreszcie będę
            miał czas się upić, tylko czy to wtedy jeszcze będzie spontaniczne? ;DDDDDD
        • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 10:24
          nie_ma_nic napisała:

          > A dlaczego tutaj jestem? Bo gdzies tam podswiadomie czuje, ze ten koniec
          jednak
          >
          > nastąpi...predzej czy pozniej, nie znam dnia ani godziny, ale czuje ze kazde
          z
          > nas pojdzie za jakis czas swoja sciezka...sad

          A jak długo można żyć z takim przeświadczeniem?
          Czy można coś budować na takim fundamencie?
      • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 10:21
        anybody1 napisała:

        > wrażenie (nie twierdzę że słuszne), że bawi się Tobą, gra na Twoich emocjach.
        > tylko dlaczego nie odchodzi???
        > może chce żeby to wyszło do Ciebie? żebyś Ty był winien?


        A, jest mi wszystko jedno, mogę być winien, co to zmieni?
        • anybody1 Re: Początek? końca... 27.06.05, 10:59
          nie wiem. na pewno jej byłoby łatwiej żyć ze sobą jeśli to byłaby Twoja wina.
          ale może powód że nie odchodzi jest zupełnie inny? może zapytaj ją o to wprost?

          szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie życia w takim napięciu w jakim Ty żyjesz.
          za dobrze pamiętam chwile kiedy moje małżeństwo to była tylko fikcja, stworzona
          na potrzeby kontaktów ze znajomymi i rodziną. czułam się jak wulkan, w każdej
          chwili gotowa eksplodować. koszmar. cieszę się że juz mam to za sobą.
        • akacjax Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:00
          Tak sobie rozmyślam o tym, co piszesz.
          Gdy nie ma wspólnego spędzania czasu, wspólnie załatwianych spraw powstaje
          rozłam, potem oddalenie, obojętność itd.
          Przedstawiasz nam swoją chęć ratowania związku, a czy odbyłeś taka rozmowę z
          żoną? Zaproponowałeś może terapię, mediację, czy coś takiego?
          Czy swoje życie(gdy nie ma żony obok) stale planujesz z synem obok? Czy wiesz,
          że on może być daleko od Ciebie już niedługo? (co nie znaczy, że przestanie Cię
          kochać, tylko czasem tak się życie układa) I co wtedy?
          A w ogóle, czy syn pojedzie gdzieś przez wakacje sam (byście zostali choć na
          trochę razem, sami)?
          Czy wiesz, gdzie przebywa żona, gdy jej nie ma w domu?

          Mój jeszcze-m. nawet w najlepszych czasach nie zawiadamiał, że się spóźni, nie
          mówił gdzie będzie, początkowo się martwiłam (bezkomórkowo jeszcze było), potem
          przyzwyczaiłam się, no i tak powoli ja też przestałam mówić gdzie idę...
          • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:08
            akacjax napisała:

            > Tak sobie rozmyślam o tym, co piszesz.
            > Gdy nie ma wspólnego spędzania czasu, wspólnie załatwianych spraw powstaje
            > rozłam, potem oddalenie, obojętność itd.

            Tak, to właśnie ma miejsce crying

            > Przedstawiasz nam swoją chęć ratowania związku, a czy odbyłeś taka rozmowę z
            > żoną? Zaproponowałeś może terapię, mediację, czy coś takiego?

            Proponowałem

            > Czy swoje życie(gdy nie ma żony obok) stale planujesz z synem obok? Czy
            wiesz,
            > że on może być daleko od Ciebie już niedługo? (co nie znaczy, że przestanie
            Cię
            >
            > kochać, tylko czasem tak się życie układa) I co wtedy?

            Spodziewam się tego, chłopak się musi usamodzielnić, zacząć swoje własne życie,
            jednak liczę, że jak założy rodzinę, będzie dalej blisko, będziemy razem
            jeździć na działkę, itd...

            > A w ogóle, czy syn pojedzie gdzieś przez wakacje sam (byście zostali choć na
            > trochę razem, sami)?

            Pojedzie, i aż się tego boję, w obecnym stanie rzeczy.

            > Czy wiesz, gdzie przebywa żona, gdy jej nie ma w domu?

            Wiem, choć nic nie mówi

            >
            > Mój jeszcze-m. nawet w najlepszych czasach nie zawiadamiał, że się spóźni,
            nie
            > mówił gdzie będzie, początkowo się martwiłam (bezkomórkowo jeszcze było),
            potem
            >
            > przyzwyczaiłam się, no i tak powoli ja też przestałam mówić gdzie idę...

            ja też powoli przestaję crying
            • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:10
              >
              > ja też powoli przestaję crying


              Po co mówić, kiedy się słyszy "a co mnie to obchodzi?"
    • e.mes Re: Początek? końca... 27.06.05, 10:56
      Otóż to...

      Każdemu kiedyś zabraknie chęci. Nawet największy altruista zniechęci się, kiedy
      nie zobaczy ani jednego efektu swojej pracy. Nie dziwię Ci się, że nie masz już
      ochoty spędzać wieczorów z żoną. Pytanie tylko, czy oboje zrobiliście wszystko,
      co w Waszej mocy. Ja przez cały czas walczyłam o męża, ale go nie utrzymałam -
      dlatego wiem, jak ważne jest, by i druga osoba chciała się zaangażować. Wszystko
      zależy od tego, jak odczuwa to Twoja żona - czy to tylko jej "ostrzeżenie", czy
      naprawdę nie widzi już żadnej przyszłości.
      • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:03
        Odpowiadasz na :
        e.mes napisała:

        > Otóż to...
        >
        > Każdemu kiedyś zabraknie chęci. Nawet największy altruista zniechęci się,
        kiedy
        > nie zobaczy ani jednego efektu swojej pracy. Nie dziwię Ci się, że nie masz
        już
        > ochoty spędzać wieczorów z żoną.

        Nie mam ochoty??
        To nie tak, ja tego wręcz pragnę...

        Nie mam już siły crying
        • e.mes Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:26
          scriptus napisał:

          > Nie mam ochoty??
          > To nie tak, ja tego wręcz pragnę...
          >
          > Nie mam już siły crying

          Mindailor ma rację. Ważne jest, by porozmawiać z żoną. Ona będzie od tych rozmów
          uciekała, mówiąc że nic nie ma już sensu. Ale jeśli masz jeszcze ciut, odrobinkę
          siły - spróbuj, proszę...
          • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:46
            Normalnej rozmowy nie umiem już zacząć
            może maila napiszę

            niech mnie chociaż wyśmieje...
    • mindsailor Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:22
      Scriptus, a rozmawiałeś z zoną? Pytałeś, dlaczego wyjeżdża bez Ciebie, co się
      dzieje?
      Nie chcę Cię martwić, ale kiedy ja zachowywałam się podobnie, jak Twoja żona,
      był ktoś inny. Też wychodziłam sama, nie mówiłam gdzie, późno wracałam,
      wyjeżdżałam na weekendy, unikałam zbliżeń itp. Wiem, co przezywasz - u mnie był
      to koszmar!!! Były rozmowy, walka męża. A ja szłam w zaparte, nic do mnie
      docierało. Trwało to kilka miesięcy. Nerwy wyniszczające każdą ze stron.
      dlatego porozmawiaj. Wiem, że możesz nie miec siły, woli walki (bo ile
      mozna???), ale spróbuj. Spróbuj, bo im dłużej to potrwa, tym będzie gorzej.
      pozdrowieniasmile)))
      • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:41
        Pytanie, dlaczego, jest bez sensu, powiedziała mi to, powiedziała mi, że nic
        nas już nie łączy, że wspólne wyjście, wyjazd jest dla niej bez sensu, była
        może trochę "wypita", ale to co mówiła, było w pełni szczere. Było to wtedy,
        jak spaliśmy w jednym łóżku, nie zdobyłem się na nic, drut kolczasty między
        nami. Zatem, pytanie o to, to robienie z siebie idioty.
        Wiem jednak dokładnie, gdzie była, a także, gdyby tam coś było, mam życzliwych
        zmnajomych (w pozytywnym sensie), którzy widzą, co się dzieje i martwią się.
        Jakby tam coś było przekraczającego "dobre obyczaje", już bym o tym wiedział.
        Choć, może, małżonek wie ostatni... a co za różnica crying(((((((((((((((
        Tak, masz rację, u mnie siła się chyba kończy i jest stale coraz gorzej. Tyle,
        że zamiast obojętności (może byłoby łatwiej) narasta żal, ból i cierpienie, nie
        potrafię się z tym wszystkim pogodzić, cierpi moja dusza, moje ja, moja
        męskość, wszystko...
        • mindsailor Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:56
          Wiem, że cierpisz. Jak przypomne sobie, co działo sie umnie, to szczerze
          współczuję. Po prostu koszmar, jak najgorszy sen, z którego chcesz się jak
          najszybciej wybudzić.
          A wyczerpałeś już wszystkie możliwości rozmowy? Może powiedz jej, aby to
          przemyślała, aby sie jeszcze zastanowiła. Ja wiem, jak ona rozumuje - koniec
          definitywny i kropka! I ją pewnie denerwują Twoje próby rozmowy, Twoja
          obecność, wszystko! Na Twoim miejscu, zebrałabym siły raz jeszcze. Powiedz jej,
          aby wyjechała prze,ysleć, bo może to być za pochopna decyzja. A jak to nic nie
          da, to nie wiem...
          Szkoda mi Ciebie. Serce pęka od ilości krzywdy. Jak ja widzę mojego męża, mam
          ochotę wyrwać serce i mu dać, aby już nie cierpiał, aby zapomniał. Nie
          przypuszcałam, że to może kosztować tyle cierpieniasad
          • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 13:07
            Ale ja gotów byłbym wszystko puścić w niepamięć, byle tylko ta dziewczyna z
            okrągłą buzią uśmiechała się do mnie na codzień, jak kiedyś, by w nocy wtuliła
            swoją pupę w moje podbrzusze i zasypiała objęta moją ręką koło biodra, tak
            blisko, a ja czułbym jej zapach, zapach jej włosów... by chciała ogrzać zimne
            stopy, często brzmi mi w uszach jej głos, choć też ma już swoje lata, taki
            miękki, dziewczęcy, tylko nie mówi nic miłego, jak kiedyś..,. sad , nie będę
            wypisywał, co bym jeszcze chciał i czego pragnę, bo łatwo mógłbym wykroczyć
            poza granice akceptowalne na forum, ale generalnie tej bliskości i ciepła, jaka
            jest między kochającymi się ludźmi...
            • mindsailor Re: Początek? końca... 27.06.05, 13:18
              ja wiem, Scriptus, wiem, co czujeszsad(((
              ale, jak mądrze napisała akacjax, trzeba najpioerw sięgnąć dna, aby sie od
              niego odbić. niech ona sięgnie tego dna, może wtedy sie kobieta ocknie, może
              wróci. czego Ci z całych sił zyczęsmile))
              najgorsza to bezsilnośc, prawda? wyc się chce człowiekowi, że nic nie możesz
              zrobić, jesteś całkowicie bezradnysad
      • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:44
        mindsailor napisała:
        > wszyscy jesteśmy wariatami

        Tak
        • akacjax Re: Początek? końca... 27.06.05, 11:50
          Tam gdzie była, byli Wasi życzliwi znajomi...a dlaczego Ciebie tam nie było?
          Dlczego nie zjawiłeś się tam w ramach niespodzianki?

          Gdy byłam na etapie ratowania związku m. wychodził, ja pojawiałam się, a czasem
          nie, bo nie powiadamiał mnie, że mieliśmy wspólne zaproszenie. Kłamał znajomym,
          że mi powiedział, tylko ja nie chcę. Tak jest do dziś. Gdy nie chce mu się coś
          załatwić, mówi znajomym niewtajemniczonym, że zabrałam auto. A ja z założenia
          tym autem nie jeżdżęsmile

          Nie masz siły walczyć, nie chce Ci z nią być, boisz się chwili, gdy zostaniecie
          sami w domu. Proponuję, idź sam na terapię. Może odkryjesz inne spojrzenie na
          sytuację i rozwiążesz swoje problemy.
          • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 12:15
            akacjax napisała:

            > Tam gdzie była, byli Wasi życzliwi znajomi...a dlaczego Ciebie tam nie było?
            > Dlczego nie zjawiłeś się tam w ramach niespodzianki?
            >
            Chyba z tych samych przyczyn, z których dzisiaj wyszedłem wcześniej z domu...

            Nie wiem, co opowiada znajomym, auta mamy oboje własne, nie pojechałem, bo już
            nie mam siły udawać przed znajomymi, że jest OK, choć myślałem o tym, żeby
            wpaść na chwilkę wieczorem. Jednak perspektywa - napij się z nami i niemożność
            powrotu, nocleg w jednym łóżku w sąsiedztwie drutu kolczastego, nie wiem, co
            wszystko, a w przeciwwadze wycieczka z synem, wspaniałe wspólne chwile, komary
            nas pocięły, czekolada się w samochodzie rozpuściła, picie zrobiło się ciepłe i
            niedobre, ale to nic, było wspaniale, wchodziliśmy na ruiny zamku, wieki
            historii, opowiadaliśmy sobie o rycerzach broniących Polski przed wrogami,
            podziwialiśmy widoki...
            • polna_skrzatka Re: Początek? końca... 27.06.05, 12:35
              > niedobre, ale to nic, było wspaniale, wchodziliśmy na ruiny zamku, wieki
              > historii, opowiadaliśmy sobie o rycerzach broniących Polski przed wrogami,
              > podziwialiśmy widoki...

              ech, Scriptus.. czy Ty sie nie zrobiles za bardzo "statusialy"? wink)))
              Kobiety takich nie lubia smile
              • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 12:55
                może...
                ale niekoniecznie, wybór między dniem spędzonym mile i pożytecznie, na
                sprawach, na które nigdy nie dość czasu, z kimś, kto mnie potrzebuje, a dniem,
                w drętwej atmosferze, kiedy wygląda się tylko końca całej imprezy... czy to
                jest "statusienie"?
          • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 12:32
            akacjax napisała:

            > Nie masz siły walczyć, nie chce Ci z nią być, boisz się chwili, gdy
            zostaniecie
            >
            > sami w domu. Proponuję, idź sam na terapię. Może odkryjesz inne spojrzenie na
            > sytuację i rozwiążesz swoje problemy.

            Sam już byłem, pani się uśmiechnęła i kazała sprowadzić małżonkę... małżonka na
            nieśmiałe sugestie, że może by tam coś tam, do terapeuty, się obraziła, że
            potrafi sama rozwiązywać swoje problemy... więcej do tego nie wracałem, może
            to jeszcze trzeba, jak taki macho, mała, nie masz nic do gadania,
            postanowiłem, masz iść... koniec dyskusji... a jak nie pomoże, przylać crying( na
            Was, kobiety, nie ma uniwersalnego sposobu crying(( jak szedłem do tej terapeutki,
            wierzyłem, że ona, fachowiec od zakamarków ludzkich dusz, doradzi mi chociaż
            cokolwiek, straciłem ponad godzinę, podczas której miałem wrażenie, że patrzy
            na mnie, jak na idiotę, co to sobie z babą dać rady nie potrafi, bo przecież do
            niej przychodzą skrzywdzone kobietki, bite i poniżane przez pijanych mężów, a
            nie faceci, żalący się na żony. Cały czas ją najbardziej interesowało, czy żona
            pije... jak nie pije, to gdzie problem????
            Aj, znowu mnie to wkurzyło. Znowu się poczułem, jak idiota, dokładnie tak, jak
            po tym, kiedy od niej wyszedłem. Ale wtedy tłumaczyłem sobie, że to jej zawód,
            powinna pomóc, w sumie przsyznaję rację, że taka terapia, gdzie bierze udział
            jedna strona jest niemożliwa, a ponieważ mi wyraźnie ta terapeutka się nie
            spodobała myślałem o zmianie. Próbowałem zasugerować żonie taką terapię, ale,
            ona mnie po prostu wyśmiała, że jeśli komuś jakaś terapia potrzebna, to chyba
            mi, u wariatów. Dałem sobie spokój.
            Może za wcześnie... sam już nie wiem, mętlik w głowie...
            • akacjax Re: Początek? końca... 27.06.05, 12:42
              Nie od razu trafia się na włąściwego sobie terapeutę.
              Musisz w takim razie nadal podlegać terapii forumowejsmile
              Po pierwsze nalezy ustalić problem do przepracowania, a jeżeli jest to coś
              niemozliwego, należy niemożliwość uswiadomić.
              W zasadzie terazpeuta nie powie zrób tak a tak. Do tego musisz dojść sam,
              pokazuje tylko sprawy z innej strony, dla rozjaśnienia widzenia(co nie zawsze
              rozaśniasmile
              Twoja żona powiedziała, nie ma sensu(czyli nie chcę już Cię- w tłumaczeniu na
              naszesmile
              Ty chcesz by zmieniła decyzję. Póki ma to wszystko, co miała w zasięgu ręki,
              czyli jest tak samo, nie zrobi tego. Trzeba sięgnąć do dna. Może uda się Wam
              odbić?
              • bezecnymen Re: Początek? końca... 27.06.05, 13:06
                noooo akacjosmile bardzo dobry textsmile
                scriptusie...to właśnie jest tak... ktoś w tym waszym bagienku musi coś
                zmienić, inaczej będziesz w nim zawieszony tak pól metra nad dnem i nawet nie
                będziesz mógł się odbić
                wygląda na to, że Ona tak sobie właśnie wyobraża dalszy ciąg waszego małżeństwa
                pamiętaj jednak, że za te nadzieje, nader iluzoryczne moim zdaniem, płacisz
                własnym życiem
    • kasiar74 Re: Początek? końca... 27.06.05, 13:53
      wiesz faktycznie po jakims czasie jak naprawde nic nie wychodzi nawet prosta
      rozmowa to zaczyna po prostu przechodzic. jest żal ale też człowiek zaczyna
      obojętniec i zdawac sobie sprawę z tego ze
      NIKT TU NIE JEST ZA KARĘ
      ty tez nie jestes scripusie na tym padole ziemskim za karę
      pomyśl nad tym
      • scriptus Re: Początek? końca... 27.06.05, 13:58
        Tak się dzisiaj trochę rozżaliłem, nic to, już przechodzi, nie martwcie się,
        dzień słoneczny, lato, trzeba się cieszyć tym, co się ma... miłego dnia życzę
    • vertigo5 Scriptus... 27.06.05, 14:04
      ... u mnie było podobnie jak u Ciebie. Bardzo podobnie wiele rzeczy wyglądało.
      Miesiącami to się ciąnęło - próbowałem rozmawiać, pisałem listy, namawiałem na
      psychologa, na terapię ale na nic się nie godziła. Słyszałem tylko, że "coś się
      w niej rozsypało" jeśli chodzi o jej stosunek do mnie, że w pracy się
      realizuje. Zapewniała jednak przy tym, że za tą całą sytuacja nie kryje się
      żaden inny mężczyzna. A ja wierzyłem bo wiedziałem, że nie może kłamać, no bo
      jak żona mogłaby mnie okłamywać ?? (śmiejcie się, smiejcie - tak myślałem).

      Mniej więcej znałem jej znajomych z którymi - jak sądziłem - się spotykała.
      Aż któregoś dnia dowiedziałem się wszystkiego (zbieg okoliczności plus małe
      śledztwo); dokładnie od czasu jak się zaczęło psuć byłem zdradzany... . Ale i
      wtedy jeszcze próbowałem coś zrobić, jeszcze prowadziłem starania mające na
      celu ratowanie małżeństwa. Ale wtedy stopień agresji z jej strony wzrastał już
      niepomiernie... . Teraz rozwód jest w toku; ja wiem, że zrobiłem wszystko aby
      ratować małżeństwo i rodzinę. Nie udało się, rozwód jest w toku.

      Nie twierdzę, że żona Cię zdradza. Ale czasem może warto pomysleć o tym, że
      najgorszy scenariusz może się jednak okazać prawdziwy... .
      Wybacz, może przywaliłem Ci trochę tym opisem... .

      Trzymaj się Stary !
      • anybody1 Re: Scriptus... 27.06.05, 14:26
        ciekawe. ja też przez czały czas myślałam że mój mąż mnie nie może okłamywać,
        bo to przecież mój mąż, kocha mnie, nigdy by mnie nie skrzywdził... a tymczasem
        kłamał bezczelnie, patrząc mi prosto w oczy. i przez cały czas grał
        pokrzywdzinego: mam dołek, muszę się zastanoić nas sobą, potrzebuję czasu...
        • vertigo5 Re: Scriptus... 27.06.05, 14:30
          toczka w toczkę to samo słyszałem po wielokroć !!
          ech...
          • anybody1 Re: Scriptus... 27.06.05, 14:51
            a potem, jak już niechcący odkryłam prawdę, to co chwila słyszałam: kocham
            ciebie, nie wiem czy kocham ją, potrzebuję czasu.
            a jeszcze potem było: spróbujmy jeszcze raz, nie będę się z nią spotykał,
            potrzebuję czasu. i wtedy tez wierzyłam że mówi prawdę, że przeciez nie może
            mnie okłamywać. ale okłamywał...
            • phokara Re: Scriptus... 27.06.05, 16:37
              U mnie bylo dokladnie tak samo. Kropka w kropke. Bardzo mi przykro
        • scriptus Re: Scriptus... 27.06.05, 14:34
          Prędzej uwierzę w zdradzającego faceta... może dlatego, że mnie to nie
          dotyczy... nie wiem

          • vertigo5 Re: Scriptus... 27.06.05, 14:51
            scriptus napisał:

            > Prędzej uwierzę w zdradzającego faceta... może dlatego, że mnie to nie
            > dotyczy... nie wiem
            >
            Jezu, scriptus !!!!!! Kobiety też zdradzają !!!! i to czasem z facetem starszym
            od siebie (i męża) o ćwierć wieku !!!! I nie przeszkadza im, że ten facet jest
            żonaty, że jest absolwentem licznych konkubinackich związków, że ma wnuki.
            Tylko nie pisz że w to nie uwierzysz... . Ja zmuszony zostałem w to uwierzyć
            choć bardzo chciałem aby to była nieprawda.

            Mimo wszystko zyję nadal...
            • libressa Re: Scriptus... 01.07.05, 19:48
              vertigo5 napisał:

              >Jezu, scriptus !!!!!! Kobiety też zdradzają<

              Bo nie ma absolutu miedzy Kobieta a Mężczyzną, to jest prawda smile
              Miłosć przychodzi, odchodzi...
              Powstaja zobowiązania,kochankowie, żeby czuć się szczęśliwymi, składają miłosne
              przysięgi i wierzą w ich trwałość.Zakochanym wydaje się, że jeśli już przyszła,
              pozostanie na zawsze, ale to iluzja, miło jest tak myśleć ,ale to wbrew naturze smile

              Pozdrawiam
              Libressa
        • nie_ma_nic Re: Scriptus... 27.06.05, 14:37
          Widze to tak: moze Twoja zona tęskni za Tobą sprzed lat, moze tęskni za sobą
          sprzed lat...czasem kobieta sie zacina, nie chce wyciagac juz reki do zgody,
          wspolnego porozumienia, czasem spotyka kogos i wydaje jej sie ze ten nowy to
          ktos kto jest lekiem na zlo calego swiata, ale zazwyczaj ten ktos kims takim
          nie jest, jest jedynie przystankiem w tej drodze, i uluda i marzeniem i
          tesknotą za czasem minionym lub za tym co mogloby byc a nie jest i nigdy nie
          bedzie...a potem ta kobieta potrzebuje duzo czasu by to wszystko przemyslec i z
          tym wszystkim sie pogodzic....niektore nigdy sie nie godzą...
          • scriptus Re: Scriptus... 27.06.05, 14:40
            To jakoś brzmi sensownie, tylko... i tak nie wiem, co z tym począć, walczyć z
            facetem, którego nie ma?
            • nie_ma_nic Re: Scriptus... 27.06.05, 14:42
              Moze go juz nie ma, a moze był i miotala sie, wahala sie i miota sie
              nadal...nic nie zrobisz na siłe, musisz dac jej czas, jezeli to to....
      • scriptus Re: Scriptus... 27.06.05, 14:31
        Pojęcie zdrady jest rzeczywiście dla mnie tak niezrozumiałe, że nie rozumiem
        motywów takiego zachowania. To znaczy rozumiem, że można "wpaść", zabłądzić,
        rozumiem, że można się do tego nie przyznać, rozumiem, że można nawet
        regularnie chadzać na boki, ale nie wyobrażam sobie utrzymywania drugiego,
        równoległego związku i to w tajemnicy. To jest chore, w tym wypadku pomocy i to
        mocno fachowej potrzebuje osoba, która się w coś takiego uwikłała, dlatego nie
        wierzę, żeby moja żona...
        Nonsens, za dobrze ją znam.

        Może jestem naiwny, ale nie potrafię w to wierzyć, podobnie jak w to, że któreś
        moje dziecię mogłoby nie być moim dzieckiem.
        • nie_ma_nic Re: Scriptus... 27.06.05, 14:40
          moze jednak zbladzila uczuciowo....i nie moze sie w tym odnalezc... .
          • scriptus Re: Scriptus... 27.06.05, 14:42
            I pozostaje cierpliwie czekać, może do końca życia, że może się odnajdzie...
            • nie_ma_nic Re: Scriptus... 27.06.05, 14:44
              nie znam waszej rzeczywistosci, ale czasem zdarza sie to szybciej niz by sie
              moglo wydawac..smile
              przeciez dobrze wiesz, ze nie zatrzymasz jej siłą, moze wkrótce przejrzy na oczy
              • scriptus Re: Scriptus... 27.06.05, 15:02
                Po skończeniu podstawówki nigdy nie stosowałem siły do rozwiązywania
                konfliktów...
                Mówcie, że jestem seksistą, ale sądzę, że kobiety nie posługują się normalną
                argumentacją, logiką, chociaż konkluzje miewają podobne do męskich. Nie mówie,
                że logiczne rozumowanie jest jedyną drogą dochodzenia do słusznych wniosków,
                ale z pewnością najłatwiejszą ... a na pewno ułatwia ich weryfikację.

                Z drugiej strony, facetowi, jak się chce, można logicznie udowodnić, że liście
                są czerwone, kobieta zawsze na zakończenie dowodu odpowie, tak, ale one są
                zielone...
                • nie_ma_nic Re: Scriptus... 27.06.05, 15:08
                  No niestety nie posługują się, przyznaje sie bez bicia (mowcie kobiety ze
                  jestem tchorzemwink, gdyby tak bylo, gdyby uzywaly jej (tej logiki rzecz jasna)
                  czesciej - wszystkim nam zyloby sie latwiej...
                  ale chyba za to nas wlasnie kochacie, czyz nie? jakie to byloby nudne-
                  rzeczowa,chlodna argumentacja, wywody logiczne- fuj!wink
                  • scriptus Re: Scriptus... 27.06.05, 15:21
                    No, chyba tak, choć to czasem wkurzające. Logiczna kobieta byłaby jak
                    facet ;DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
        • vertigo5 Re: Scriptus... 27.06.05, 14:41
          Scriptus !!! Piszesz: "Nonsens, za dobrze ją znam"
          A wszystkie wcześniejsze Twoje na jej temat wypowiedzi
          są jednym wielkim pytaniem - o co jej tak naprawdę chodzi...

          Powtarzam - nie wmawiam Ci, że Cie zdradza, ale uważam że powinienes
          i o takiej ewentualności pomyśleć.

          Natomiast pewien jestem, że jej nie znasz ...
          • scriptus Re: Scriptus... 27.06.05, 14:43
            Nikt do końca kobiety nie jest w stanie zrozumieć ;o(
            • scriptus Re: Scriptus... 27.06.05, 14:46
              Już się troszeczkę wyciągnąłem z tego porannego dołka, konkluzja niewesoła,
              każdy ma taką kobietę, na jaką sobie zasłużył... zapewne.
              • nie_ma_nic Re: Scriptus... 27.06.05, 14:47
                Hehe, dobre, podoba mi siesmileBędzie dobrzesmile
          • phokara Re: Scriptus... 27.06.05, 16:52
            Zgadzam sie z Vertigo.
            W ogole stwierdzenie "za dobrze ja znam" jest kompletnym nieporozumieniem. Mi sie wydawalo,
            ze znam mojego meza na wylot, jak nikt na swiecie. I co? No wlasnie. I nic. I bardzo dlugo nie
            wierzylam w zadne zdrady, bylam slepa i glucha, bo tak go dobrze znalam.

            To oczywiscie nie oznacza, ze Twoja zona kogos ma. To tylko oznacza, ze wcale jej tak dobrze
            nie znasz. Dobrze znasz swoje wlasne wyobrazenia na jej temat. A to chyba nie o to chodzi.
        • e.mes Czy dobrze znasz swoją żonę / swojego męża? 27.06.05, 14:51
          scriptus napisał:
          > Nonsens, za dobrze ją znam.
          >

          Owszem i ja tak mówiłam. Nie, nie - co Wy tam wiecie.. On by mi nigdy tego nie
          zrobił - wie przecież, jak bardzo bym cierpiała.
          Słuchajcie, nic nie dzieje się nagle; wszystko bierze się skądś i gdzieś ma swój
          początek. Ja wiem, że człowiek budzi się czasem z ręką w nocniku i myśli: "Jeny,
          tylko nie to! Jak to się stało, przecież ja go znam dobrze. To do niego
          niepodobne!" Tyle, że całe przeobrażenie następuje na naszych oczach.
        • anja_pl Re: Scriptus... 27.06.05, 15:09
          też myślałam, że znam mężasad((
          że kocha, że odpowiedzialny, że zapracowany, że zmęczony, że...
          a była inna...
          i jest nadal...
          a ja po dzisiejszej z Nim rozmowie i Twpoim scriptusie wątku mam doła jak Rów
          Mariański sad(((((((

          i nie wiem co dalej, bo wiem ,ze to wszystko dzieje sie poza mną, na nic nie
          mam wpływu,

          a dziś mam pierwszy dzień urlopu sad(((((((
          na szczęście pogoda jest super!!!!!!!!

          • scriptus Re: Scriptus... 27.06.05, 15:19
            anja_pl napisała:

            > a ja po dzisiejszej z Nim rozmowie i Twpoim scriptusie wątku mam doła jak Rów
            > Mariański sad(((((((
            >

            Przepraszam, Aniu, nie chciałem Cię wpędzić w doła

            Lepiej ciesz się urlopem. Ja też się cieszę, wyjeżdżam w Piątek wieczorem, choć
            początkowo w planie była sobota rano. Jasne, mam uzasadnienie tej zmiany. Ma
            być super, choć bez żony. Urlop jest raz w roku, nie mam zamiaru go zepsuć

            • nie_ma_nic Re: Scriptus... 27.06.05, 15:25
              A kto mowi ze urlop z ta druga polowka to lepszy jest? Ja tez jade sama i
              bardzo sie z tego powodu cieszesmile- moj maz oczywiscie mniej, ale on juz byl na
              urlopie, sprawiedliwosc jakas musi bycsmile
              • scriptus Re: Scriptus... 27.06.05, 16:18
                Sam jezdzilem na urlop jako kawaler, rodzina, to rodzina, choc przyznam, ze z
                taka malzonka na urlopie nie wiadomo czemu, wiecej klopotow, niz z 5 letnim
                dzieckiem.
                Jak jezdzilismy razem, to hotel zawsze chciala rezerwowac juz w lutym i
                martwila sie , gdzie zakupic posilki, jakby to byl jakis powazny problem. Ja
                zaczalem planowac, dokad pojedziemy dopiero dzisiaj, a o hotele sie nie
                martwie, zawsze cos znajde, jeszcze nigdy nie mialem z tym problemu. Na wszelki
                wypadek cos zarezerwuje na pierwsza noc, zeby nie gadala, ze jestem
                nieodpowiedzialny. A z ta jej rezerwacja bywalo tak, ze raz zarezerwowala nam
                miejsce na koloniach dla dzieci, halasliwych przeokrutnie. Coz, w 20 minut
                mielismy nowa kwatere, z pol kilometra od tamtego miejsca, powiedzalem, ze ja
                tam siedzial w tym halasie nie bede.
                A teraz znowu sam, tylko z synem
        • ciotkadee Re: Scriptus... 01.07.05, 21:39
          Scriptusie, to smutne, ale zwykle sprawdzaja sie najprostsze wyjasnienia -
          chociaz bolesne. Popatrz ile z nas cos takiego przezyło - Kłamstwa, kłamstwa i
          własną naiwność - ja tez! teraz myślę, że to strach przed prawdą i
          koniecznością zmian mnie oslepiał.Ale chyba nie ma nic gorszego niż to
          napięcie, godzenie się na taką poniżającą sytuacje i cekanie. W sumie cieszę
          się, że to sie skonczyło, mozna znowu sacząc oddyczać. Pozdrawiam Cie
    • libressa Re: Początek? końca... 01.07.05, 19:41
      Echhhh Scriptus, dawno nie zagladałam, czytam, czytam i dochodze do wniosku,że
      beda z Ciebie jeszcze ludzie, może nawet czasem wspominasz nasza dyskusję sprzed
      miesiecy...Pamietasz?? Nie nalezy stac w miejscu, w ktorym juz nic nie wyrośnie smile

      Pozdrawaiam Userów tego forum smile)))
      Libressa
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka