Od pewnego czasu moja małżonka starannie udowadnia mi, że nic nas już nie
łączy, a w każdym razie nie łączy jej nic ze mną. Pomijając sprawy intymne,
tu poza jakimś kilkudniowym epizodem przed jakimś czasem (trzy miesiące) od
dawna nic się nie dzieje, w innych sprawach stara się tak zorganizować czas,
żebyśmy nie byli razem, wychodzi, sama organizuje sobie weekendy (właściwie
to robi to, co dawniej robiliśmy razem, ale tak organizuje, żeby wyjechać
znienacka sama). Kiedy ją widzę, wiecznie skwaszona, na pytania odpowiada
opryskliwie, tak, że nawet nie mam ochoty pytać, a zanim zadam uprzejme
pytanie, to się już zastanawiam, czy je zadać, bo z góry znam niemiłą
odpowiedź.
Starałem się być miły i uprzejmy, ale nie narzucający się. Od pewnego czasu i
we mnie coś się złamało. Zaczynam coś tracić. Ciągle, z całym przekonaniem
powtarzam, że ją kocham, choć wiem, że między nami nie jest dobrze. Jednak,
kiedyw sobotę rano wyjechała, poczułem ulgę i zadowolenie, będzie spokojny
weekend... i ukłucie w sercu, coś jak bym zdradził. To moje zadowolenie w
krótkim czasie przerodziło się w żal. Starałem się spędzić miło weekend, nie
po raz pierwszy, samotnie, razem z synem. Pojechaliśmy na wycieczkę zwiedzać
zamki, odwiedziliśmy dziadków, było nam fajnie. Jednak, kiedy wczoraj
wieczorem miała wrócić, syn poprosił, że chce iść z kolegami do kina. Dałem
mu na kino i sam, niemal podświadomie, zrobiłem kolejny unik. Wyciągnąłem
kolegę na piwo. Zmiast na nią zaczekać, pomóc wypakować samochód, zwiałem,
jak smarkacz. Kolega niezbyt miał ochotę, bo to niedziela, jutro do pracy,
ale jakoś mu tam "zagrałem" na ambicji i poszliśmy. Teraz widzę, że zrobiłem
wszystko, żeby się ulotnić z domu w sposób usprawiedliwiony. Wieczór był
sympatyczny, jednak kolega rozgadał się o swoich planach urlopowych, gdzie to
z żoną pojadą, co wymyślił, jak będzie fajnie. Kiedy się rozstawaliśmy,
oczywiście z radosnym? uśmiechem życzyłem mu wspaniałego urlopu, on zresztą
nieświadomy tego, co się u nas dzieje, też mi życzył. Chwilę potem, usiadłem
na ławeczce w parku i omal się nie rozpłakałem. Dodatkowo, zaczynam odczuwać
poczucie winy, z powodu mojej chwiejności emocjonalnej. Tak, moje męskie
słowo, które dawno, dawno temu dałem teściowi, że będę się nią opiekował, że
jej nie skrzywdzę, obowiązuje nadal. A może ja ją krzywdzę, w jakiś sposób,
przecież twierdzi, że nie jest szczęśliwa... Przysięga małżeńska, że jej nie
opuszczę, itd... ja tego chcę dotrzymać, uważam, że nadal mnie obowiązuje...
Nadal ją kocham, a może tylko chcę kochać, już sam nie wiem.
Dzisiaj rano ulotniłem się do pracy z pół godzinki wcześniej, do fryzjera,
ale znowu się złapałem wychodząc na tym, że byłem zadowolony, że śpi... nie
wszedłem, nie przytuliłem, nie ucałowałem, jak to robią normalni ludzie...
Czy to tak się odbywa, ten rozpad pożycia??

((((((((((