Jestem tu nowa, przejrzałam sobie niektóre wątki i przeraziła mnie ta ogóle
panująca tu deprasia..no, co najmniej chandra i przygnebienie.. Czy nikt nie
postrzega rozwodu ( skoro do niego doszło to chyba juz było naprawde kiepsko,
nie?

jako początku, a nie konca?
Ja nigdy nie byłam tak pełna optymizmu, róznych planów, jak teraz.. i męza,
którego nienawidziłam jeszcze niedawno jako człowiek, któy wyrządał mi
krzywdy, teraz, kiedy odszedł, postrzgam jako faceta, który zrobił mi
przysługe..dał mi wolnośc.. To, czego sie bałam tak bardzo..samotnosc, wcale
nie okazało sie takie złe, wręcz przeciwnie..odkrywam mnóstwo przyjemności,
których wczesniej nie było.. Moze kiedys mi sie to znudzi, ale teraz jestem
ciagle w świetnym nastroju..

Czego i wam wszystkim życzę.