Wiecie co, mam jakieś powielenie - bo już nie rozdwojenie - jaźni.
Z jednej strony nie ma opcji nowego faceta przy moim boku. Zasady, nie zasady,
czort wie, dlaczego, ale jakoś tego nie widzę.
Z drugiej strony, próbujemy się dogadać z mężem. No więc tym bardziej nie ma
opcji na układnaie sobie życia z kimkolwiek innym.
Ale z trzeciej strony dopada mnie taka tęsknota za prawdziwym mężczyzną

.
Takim, który nie usiłuje zwalac na mnie odpowiedzialności za swoje decyzje,
kóry nie potrzebuje ciągłego pocieszania, utwierdzania w przekonaniu o własnej
ważności i wyjątkowości, który wreszcie mógłby być DLA MNIE oparciem, obroną,
którego mogłabym podziwiać i szanować - za umiejętności, za zasady, za to
właśnie czego nie mam.
Dobra, qrde, mam mózg, nie jestem słodką idiotką, ale poza tym całkiem nieźle
pasuję do opcji "słaba kobieta" i nie miałabym nic przeciwko temu, żeby móc
nią bezkarnie być. (Drzewo, i owszem, rąbię, ale tylko dla rozrywki

).
Dobra, niechby i nie na własnośc, ale popatrzeć sobie chociaż

Czy
ktoś nie ma na wyposażeniu jakiegoś macho, którego mogłabym sobie popodziwiać?
**********************
Uprasza się o nietłumaczenie mi, że ten macho bijałby mnie co piątek, a
interesowałabym go tylko jako kucharka/kochanka/sprzątaczka. Każdy ma prawo
mieć jakieś marzenia, nie?
-----------------------
Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)