Dodaj do ulubionych

pierwszy dzień samotności

30.06.06, 22:28
Dzisiaj małżonka wywiozła rzeczy, które chciała zabrać. Wczoraj pakowała się do czasu aż słoneczko wschodziło nad ranem. Przysłała krótkiego smsa, że już po wszystkim, że zabrała rzeczy. Jak wszedłem do domu to zastałem totalne pobojowisko. Po prostu syf, wszystko zabrane, mi zostawiła jakieś ochłapy. Najpierw mi się przykro zrobiło. Ale jak się przyjrzałem dokładnie to mnie to niesamowicie do życia zmotywowało. Doszedłem do wniosku, że jaka była w małżeństwie, w taki sposób kończy. Posprzątałem chałupę. Wszystko to co zostawiła zgarnąłem do worków do wywalenia. Wywaliłem chyba z 6 wielkich worków ze śmieciami, z gratami które mi łaskawie zostawiła, starymi ubraniami, jakimiś beznadziejnymi prezentami od niej. Obejrzałem mecz Niemcy-Argentyna, wk... się i pojechałem na zakupy. Pomyślałem sobie, że skoro mam urodziny to nie będę sobie niczego żałował. I pokupowałem różne sprzęty do domu. A potem się zastanowiłem jeszcze raz i doszedłem do wniosku, że to dobra okazja urodzinowo-rozstaniowa żeby napić się szampana. I jak pomyślałem tak zrobiłem. Ten pierwszy dzień samotności nie jest taki zły. Pewnie potem nadejdą mnie marne myśli i złe samopoczucie, ale teraz mam to w nosie.
Obserwuj wątek
    • 374.4w najlepszego 30.06.06, 22:34
      z okazji urodzin. czy to urodziny z przeskakujaca cyferką, czy symboliczne
      zaczynające nowy etap życia?
      • daleko_do_siebie Re: najlepszego 30.06.06, 22:42
        Też. Łagodnego końca, dobrego początku.
        A na szampana się zaprasza...
    • a.niech.to Re: pierwszy dzień samotności 30.06.06, 22:46
      To, że sama odeszła, jest warte skrzynki szampana. I zamilcz na temat
      porządków. Pusta chata jest tego warta.
    • der1974 Re: pierwszy dzień samotności 30.06.06, 23:14
      No z przeskakującą cyferką to już były jakiś czas temu.
      • gotyma Re: pierwszy dzień samotności 01.07.06, 07:03
        najlepszego!
        jeden etap zamkniety, smieci posprzatane, teraz nastaw sie na inne zycie i napewno nie gorsze,

        zycze wszystkiego dobrego i chwili kiedy pomyslisz; dobrze, ze tak sie stalo smile
    • mirlen samotność nie jest taka zła 01.07.06, 01:25
      Przeżyłam to 2 tygodnie temu. Tylko mój małżon pakował sie na moich oczach.
      Bolało. Posprzątałam wszystko i to był taki symbol porządkowania życia.
      Wczoraj przyszedł, oddał talerze i poinformował mnie, że zamieszkał z nią.
      Znowu bolało. Jak cholera. Znieczuliłam się trochę i doznałam objawienia wink Nie
      chcę już być z nim! Nie chcę bólu i łez. W poniedziałek składam pozew i
      zakończę temat definitywnie. Klamka zapadła.
      I naprawdę boli już mniej.
      A samotność jest względna. Nie ma tylko małżona. Przyjaciół mam więcej niż
      wcześniej...
    • la.loba Re: pierwszy dzień samotności 01.07.06, 09:25
      der... gratuluje i zazdroszcze. Ja moich "urodzin" nie moge się doczekać.
      Jeszcze troche i wiem że też bede mogła zamknąć definitywnie rozdział mojego życia.
    • crazysoma Re: pierwszy dzień samotności 01.07.06, 09:37
      Sto lat - nie_ w _samotnosci i niech kazde nastepne dni przyniosa Ci wiecej
      radosci niz smutku.

      pozdrawiam
      • kasiar74 Re: pierwszy dzień samotności 01.07.06, 10:37
        teraz już będzie tylko lepiej, ja po 2 miesiacach nie mam juz ani huśtawek
        nastrojów ani nie żaluje jest mi bardzo dobrze, czego i tobie zycze
    • misbaskerwill Re: a ja się bardzo boję... 01.07.06, 12:27
      ...bo właśnie wymieniłem zamki.
      Żona zabrała dziecko do teściów na miesiąc, potem na 2 tygodnie jedzie nad morze
      (chyba z gachem, bo sama nie jechała by z nim 800km - choćby dlatego, że jest
      zbyt wygodna, poza tym miesiąc temu "ledwo miała" na bilet do rodziców, a tu
      nagle takie cuda).
      Więc min. 1,5 miesiąca synka nie zobaczę (chyba, że się przemogę i pokonam
      odruchy wymiotne na widok szczęśliwej i zakłamanej żony z kochaną rodzinką i jak
      mi będą prawić katolickie kazania o dobru i wybaczaniu).
      A boję się - bo żona wraca SAMA już pojutrze... Choć parę dni temu mówiła, że
      zostaje na ponad dwa tygodnie. A tu nagle ma dużo pracy. Przedtem jak miała
      "dużo pracy" biegała do kochanka, więc teraz chyba też o to chodzi (zwłaszcza w
      lipcu z zaplanowanym urlopemsmile). Szkoda tylko, że nagle tak łatwo zostawia
      dziecko...A moje zdanie dla niej nie ma znaczenia...jak w każdej innej sprawie.
      Tylko po co w takim razie "chce", bym pozostawał jej mężem czy choćby ojcem jej
      syna???
      Miała 3,5 miesiąca na znalezienie mieszkania. Dwa razy odwoływała obietnice.
      Chyba nie muszę dłużej czekać na jej "zlitowanie"...
      • kasiar74 Re: a ja się bardzo boję... 01.07.06, 12:57
        to nie jest jej syn to jest wasz syn, nigdy o tym nie zapominaj bo twoje
        dziecko ma ojca bez względu na wszystko
        • misbaskerwill Re: a ja się bardzo boję... 01.07.06, 13:10
          kasiar74 napisała:
          > to nie jest jej syn to jest wasz syn, nigdy o tym nie zapominaj bo twoje
          > dziecko ma ojca bez względu na wszystko

          Ona czasem też tak mówi...szkoda tylko, że traktuje go jak swoją własność, "bo
          ja bym sobie sam z nim nie poradził". I pewnie w duchu wie, jak bardzo się myli,
          chyba, że w swoim zakłamaniu już sama w to uwierzyła... podobnie jak w inne rzeczy.
          I dlatego nie zgadza się, bym z nim gdziekolwiek jechał, ba! nawet bym mógł
          kiedykolwiek zabrać na weekend. "Bo on nigdy nie był ze mną sam na sam i się
          wystraszy jak ona nie będzie przy nim"... bo tatuś pewnie potwora przypominasmile))
          Ale żeby go swoim rodzicom na miesiąc zostawiać to się nie boi...
          Żałuję, że nie jestem twardą i kompletną świnią, może bym im pokazał, że nawet w
          tym kraju ojciec jakieś tam prawa jeszcze ma (chyba większe od dziadków)...
          • kasiar74 Re: a ja się bardzo boję... 01.07.06, 13:12
            ale dlaczego uwazasz ze bylbys swinia walczac o widzenie sie normalne z
            dzieckiem?? To twoje prawo!! i ono stoi za tobą, masz prawo wziac dziecko na
            weekened i walcz o to w sądzie, to w końcu krew z twojej krwi bez wzgledu na to
            co mówi o tym twoja żona
            • misbaskerwill Re: a ja się bardzo boję... 01.07.06, 13:21
              Dzięki...
              Już prawie uwierzyłem, że ja robi tylko "z chęci zemsty" jak ona mówi.
              Bo dziecko niby małe (2,5 roku) i "żaden sąd się na to nie zgodzi", bym nawet na
              dwa dni go mógł zabierać z daleka od tej najwspanialszej z matek.

              Przykre tylko, że to mi strasznie wydłuży rozwód (i stracę już przez nią resztę
              włosówsmile ). Ale wiem, że jak teraz nie będę walczyć, to potem sąd mi powie "a co
              się panu tak nagle przypomniało? Przedtem nie przeszkadzało?"
              Adwokat radzi, bym najpierw wziął szybko rozwód (na jej warunkach), a potem
              ustalił resztę kwestii (przyznaję, że na początku głównym moim celem było się
              szybko i polubownie rozwieść, ale myślałem wtedy, że "skruszona" ex zgodzi się
              na normalne warunki). Teraz widzę, że w 1 rozprawie nie dam rady i walka jednak
              będzie... I na pewno wszyscy jej znajomi dowiedzą się, jaki jestem wredny,
              niekompromisowy i że "od początku planowałem ją zniszczyć", a jeszcze specjalnie
              trzymałem w niepewności...
              Ło jeżu...
              • tricolour Podstawowy problem... 01.07.06, 13:28
                ... to niekonstruktywne myslenie. Zakładasz, że:

                1. Dziecko małe i nie dostaniesz choćby na chwilę.
                2. Stracisz włosy przez długi rozwód
                3. Adwokat coś Ci radzi, ale to rada by wziąc rozwód na JEJ warunkach i ku
                wygodzie adwokata.
                4. Myślisz, że w 1 rozprawie nie dasz rady.
                5. Zastanawiasz się, co pomyślą JEJ znajomi.

                Teraz Twoje pięć punktów, co chcesz zrobić. Dawaj.
                • misbaskerwill Re: aż pięć?:)))... 01.07.06, 13:42
                  tricolour napisał:
                  > ... to niekonstruktywne myslenie. Zakładasz, że:
                  > Teraz Twoje pięć punktów, co chcesz zrobić. Dawaj.

                  Dobra, spróbuję...

                  > 1. Dziecko małe i nie dostaniesz choćby na chwilę.
                  1. Niestety, tu jest stanowcza. Nie uwierzy, póki sędzia jej nie wytłumaczy, że
                  mam takie PRAWO (a nie jestem pewien, czy tak właśnie będzie - a co jak mi coś
                  zaczną tłumaczyć?)
                  > 2. Stracisz włosy przez długi rozwód
                  2. Zapuszczę fantazyjnie brodęsmile
                  > 3. Adwokat coś Ci radzi, ale to rada by wziąc rozwód na JEJ warunkach i ku
                  > wygodzie adwokata.
                  3. Moja papuga to chyba jednak świniasmile. Ale skoro już za nią zapłaciłem, to
                  prędzej zarżnę niż odpuszczę. Niech się biedaczek zasapie.
                  > 4. Myślisz, że w 1 rozprawie nie dasz rady.
                  4. No nie dam. Nawet jak się zgodzę płacić tyle alimentów ile zechce ona (albo
                  lepiej sąd), to i tak przez brak zgody na widzenia, przez jej problem z
                  mieszkaniem, itp... Słowem - nie jesteśmy zgodni w niczym KONKRETNYM (bo w tym,
                  że mam codziennie odwiedzać syna, pomagać go wychowywać to tak, ale ona niczego
                  nie podpisze, jeśli nie dostanie gwiazdki z nieba i mieszkania za 400 zł). Więc
                  idziemy z brakiem wspólnych postanowień do sądu (tyle,że obiecała "nie utrudniać
                  mi" rozwodusmile ). No to sąd się wkurzy, np. że ona nie zgadza się na żadne moje
                  warunki a ja na jej (choć na niektóre jestem gotów odpuścić - zgodzę się nawet
                  na każde alimenty nieprzekraczające obecnej pensjismile ).
                  > 5. Zastanawiasz się, co pomyślą JEJ znajomi.
                  5. Nie. Ja domyślam się, co oni myślą. I mam to gdzieś. Jestem tym złym, bo
                  rozbijam rodzinę - to ja chcę się rozwieść, a powinienem tylko w nieskończoność
                  wybaczać. OK - zgadzam się. Nazywajcie mnie świnią, lecz pozwólcie się paśćsmile)
                  • tricolour No dobra. Jedziem. 01.07.06, 13:51
                    1. Mnie nie obchodzi, czy stanowcza jest Twoja żona albo co będzie tłumaczyć
                    sąd. Pytam CO ZROBISZ w sprawie dziecka.

                    Jeżeli Twoja żona zostawi dziecko u swoich rodziców bez Twojej wiedzy i zgody -
                    możesz jechać na Policję i spisac notatkę. To niewiele dla dziecka, ale wiele
                    dla Ciebie, żony i sądu.

                    2. Z brodą dobry pomysł, bo fajnie drapie w podbrzusze. Niektóre to lubią, co
                    już niedługo się okaże.

                    3. Rżnij papugę, ale daruj sobie jeśli to facet. Lepiej KAŻ JEJ ROBIĆ, albo
                    zwrot kasy. Możesz walnąć pieścią w stół, bo rozwód to stres, a stres ma swoje
                    prawa.

                    4. W jedej sprawie niczego nie załatwisz - proste i odpuść sobie myślenie o tym.
                    Już nie ma oczym.
                    Alimenty płaci sie nie wedle tego ile chce żona (bo zona ma sama zarabiać na
                    siebie) tyle wedle POTRZEB dziecka. Jest tu na furum link do kalkulatora i
                    wychodzi, że 1000zł wystarczy - czyli Twoje 500.

                    Zresztą, kurwa mać, zabieraj kasę od papugi i dawaj mnie. Nie będe stukał w te
                    guziki za friko.

                    tongue_out
                    • misbaskerwill Re: No dobra. Jedziem. 01.07.06, 13:59
                      tricolour napisał:
                      > 1. Mnie nie obchodzi, czy stanowcza jest Twoja żona albo co będzie tłumaczyć
                      > sąd. Pytam CO ZROBISZ w sprawie dziecka.

                      No tu mnie masz... Rodzice mówią, żebym się z tym pogodził, że jak chcę być
                      takim genialnym ojcem to trzeba się było k. nie rozwodzić...
                      A ja siedzę jak ta dupa z założonymi rękami i nie wiem co począć. Bo co bym nie
                      zrobił, zostanie wykorzystane przeciwko mnie...Więc na razie tylko drapie się po
                      za-tyłku (ros. potylicasmile) i wiem, że to nie wystarczy.

                      > Zresztą, kurwa mać, zabieraj kasę od papugi i dawaj mnie. Nie będe stukał w te
                      > guziki za friko.

                      smile)))) Masz rację - na razie zapracowałeś na nie o wiele lepiej niż on...
                      Zabiorę z siłowni paru kolegów i już do niego jadę - załatwimy polubowny zwrot
                      pieniędzysmile)))
                      • tricolour Chodzisz na siłownię? 01.07.06, 14:04
                        To już plus, bo znaczy, że masz czas dla siebie, masz jakies cele do osiągnięcia
                        i ZNASZ SPOSÓB na codzienny stres - wysiłek fizyczny.

                        Rodziców nie słuchałbym zbyt uważnie, bo oni też są pogubieni w tej sprawie. Jak
                        nie wiesz, co zrobić, to zastanów się nad odpowiedzią, którą będziesz musiał dać
                        dziecku za kilkanaście lat, kiedy zapyta: A gdzie tato byłeś, kiedy byłeś potrzebny?
                        • misbaskerwill Re: Chodzisz na siłownię? 01.07.06, 14:34
                          > nie wiesz, co zrobić, to zastanów się nad odpowiedzią, którą będziesz musiał dać
                          > dziecku za kilkanaście lat, kiedy zapyta: A gdzie tato byłeś, kiedy byłeś potrz
                          > ebny?

                          "Byłem w pracy. Chcesz jeszcze piwa?"

                          To nie zbywanie... To świadomość, że i tak to pytanie będzie powracać.
                          Oczywiście, lepiej, żebym chociaż mógł powiedzieć, że zrobiłem wszystko...prawie
                          wszystko...
                          A nie, że "Tatuś miał to w dupie, bo go mamusia skrzywdziła"...
          • tricolour To nie żałuj tylko zrób coś... 01.07.06, 13:17
            ... Jest takie forum samotnych ojców (nigdy nie korzystałem i adresu nie znam)
            to zapytaj się co inni robią w takich sytuacjach.
            • misbaskerwill Re: To nie żałuj tylko zrób coś... 01.07.06, 13:28
              tricolour napisał:
              > ... Jest takie forum samotnych ojców (nigdy nie korzystałem i adresu nie znam)
              > to zapytaj się co inni robią w takich sytuacjach.
              Dziękismile
              Znalazłem nawet stowarzyszenie - spotykają się na tej samej ulicy, gdzie mieszka
              kochanek mojej jeszcze-żonysmile O ile nie wyprowadził się od swojej ż oczywiściesmile
              Do tej pory wierzę, że aż takich rad nie będę potrzebował (tam są opisane
              sytuację ekstremalne - ze zleconymi pobiciami, porwaniami, policją etc.).
              W końcu żona kocha nasze dziecko, a ja też nie chce mu fundować wieczorów ze
              smurfamismile)) Choć policjantów na razie bardzo lubi - jak któryś przechodzi
              krzyczy do niego "eoeoeoeo"smile))
              • kasiar74 Re: To nie żałuj tylko zrób coś... 01.07.06, 13:30
                zrób to dla siebie i dla dziecka, to na pewno zaprocentuje w przyszłości,
                będziemy cię wspierać choćby pisanym słowem, trzymam mocno kciuki
              • tata_tomek Jesli chodzi o fora ojcowskie 03.07.06, 10:25
                misbaskerwill napisał:

                > tricolour napisał:
                > > ... Jest takie forum samotnych ojców (nigdy nie korzystałem i adresu nie
                > znam)
                > > to zapytaj się co inni robią w takich sytuacjach.
                > Dziękismile
                > Znalazłem nawet stowarzyszenie

                Witam
                Są np. takie dwa:
                Radykalno-emocjonalno-rzeczowe:
                users.nethit.pl/forum/forum/tata/
                oraz rzeczowo-emocjonalne:
                www.ojcowie.pl/forum/
                [klasyfikacja forów moja smile]

                W ogóle to przepraszam, że się tak wtryniam, bo ja jestem raczej w sytuacji
                odwrotnej niz forumowicze/-czki, czyli muszę _nie_doprowadzić_ do rozwodu, ale
                na tamtych forach znalazłem trochę cennych rad w kwestiach nie tyle ściśle
                prawno-rozwodowych co rodzinno-praktycznych. Może sie przydadzą.
          • kasiar74 Re: a ja się bardzo boję... 01.07.06, 13:20
            widać nie tylko męzczyźni są okrutni potrafią zmanipulować, są kobiety które
            tez to potrafią, zrozum, że jesteś juz samodzielnym bytem i że masz swoje prawa
            i nie musisz się juz podporządklowywać jej zdaniu, trzymam za ciebie mocno
            kciuki
            • misbaskerwill Re: Dzięki!!! 01.07.06, 13:29
              kasiar74 napisała:
              > widać nie tylko męzczyźni są okrutni potrafią zmanipulować, są kobiety które
              > tez to potrafią, zrozum, że jesteś juz samodzielnym bytem i że masz swoje prawa
              > i nie musisz się juz podporządklowywać jej zdaniu, trzymam za ciebie mocno
              > kciuki

              Ja już naprawdę uwierzyłem, że to ja nagle zrobiłem się bardzo wrednysmile))
    • der1974 Re: pierwszy dzień samotności 02.07.06, 00:44
      Misiu! Zdaje się, że nie tylko Tobie przyjdzie borykać się w walce o swoje ojcowskie prawa. Moja jeszcze mau dzisiaj napisała mi, że kocha swoje dzieci i że jeśli chcę je zobaczyć to mam powiedzieć o której u nich będę (wywiozła je do rodziców - powód niewiadomy), gdzie je zabiorę i co zamierzam robić. Coś czuję w tym próbę ograniczania mnie, a w każdym razie stosowania dzieci do jakiejś chorej walki ze mną, no bo co jej niby więcej pozostało. Ja po zastanowieniu się uważam, że są dwie możliwości a) pokazać jej że mi niby wcale na tych kontaktach nie zależy, b) podjąć walkę w sądzie. I myślę, że wybiorę to drugie rozwiązanie.
      • misbaskerwill Re: pierwszy dzień samotności 02.07.06, 09:53
        > uważam, że są dwie możliwości a) pokazać jej że mi niby wcale na tych kontaktac
        > h nie zależy, b) podjąć walkę w sądzie. I myślę, że wybiorę to drugie rozwiązan
        > ie.

        I słusznie. Jak ostatnio moja prawie-ex wyjechała z dzieckiem do rodziców na
        weekend wybrałem rozwiązanie a) - nie dzwoniłem, żeby nie mówiła potem, że
        dzwonię do NIEJ, że niby tęsknię... I źle zrobiłem - nie dość, że źle się z tym
        czułem (tęskniłem za synem, czułem, że to sobie i synowi robię tym krzywdę) to
        jeszcze żonka mogła nieźle ponadawać po powrocie (i pewnie w trakcie też), że mi
        w ogóle na dziecku nie zależy, i na pewno odbierze mi prawa rodzicielskie...

        Dzieci są ważniejsze od tego całego zamieszania. Nawet jak druga strona gra
        ciągle poniżej pasa, należy wykazać się wyższością... co nie jest wcale łatwesmile
      • 1madzia Re: A gdzie dobro dzieci? 02.07.06, 10:32
        a) pokazać jej że mi niby wcale na tych kontaktach nie zależy, b) podjąć walkę
        w sądzie. I myślę, że wybiorę to drugie rozwiązanie.

        To co, chcecie pokazać swoim żonom, to zapewne nie ma dla nich znaczenia.
        Przecież się z Wami rozwodzą.

        Ale to widzą dzieci i one cierpią: "Tatuś, który się z nami nie kontaktuje, nie
        dzwoni...może i dobrze, że mamusia bierze rozwód"
      • chalsia Re: pierwszy dzień samotności 02.07.06, 23:04
        > rej walki ze mną, no bo co jej niby więcej pozostało. Ja po zastanowieniu się
        > uważam, że są dwie możliwości a) pokazać jej że mi niby wcale na tych
        kontaktac
        > h nie zależy, b) podjąć walkę w sądzie. I myślę, że wybiorę to drugie
        rozwiązan
        > ie.

        Ad a) - wielki bład, nie tylko w stosunku do dzieci, ale także potenacjalnie
        wobec sądu w temacie kontaktów
        Ad b). OK ale to jest wyjście ostateczne, jest inna droga.

        Jaka? Po dobroci.Jeśli zalezy Ci na dzieciach, to trzeba zacisnąć czasami zęby.
        To, że ona chce wiedzieć, o której przyjedziesz, uważam za całkowicie normalne -
        kazdy może mieć swoje plany. To, że chce wiedzieć, gdzie będziesz z dziećmi -
        też rozumiem - każda matka (nie wiem jak "dochodzący" ojciec) chce wiedziec,
        gdzie są jej dzieci - to kwestia poczucia bezpieczeństwa.
        Co zamierzasz z nimi robić? A czy chcesz z nimi robić coś, o czym wolałbyś by
        nie wiedziała? Chyba nie? No to podziel się planami. Szkodzi Ci to w czymś? Nie
        sądzę, to ewentualnie tylko kwestia dumy.

        Dużo więcej osiągniesz idąc na współpracę, będąc pomoocnym - tj. pokazując, ze
        o dzieci się troszczysz (np. pojście z dzieckiem do lekarza) i że może na Twoją
        pomoc liczyć.
        Nawet jeśli okazałoby się w przyszłości, że wymagania/oczekiwania eksi
        przekraczają pewne granice (no np. telefon byś przejechał natychmiast 200 km by
        naprawic dziecięcy rowerek) i trzeba im postawić tamę, to masz wtedy sporo
        faktów popierających przed ewentualnym sądem Twój pozytywny stosunek do kwestii
        kontaktów z dziećmi (i eks też).

        Chalsia
        • crazysoma Re: pierwszy dzień samotności 03.07.06, 11:42
          Chalsiu, to sa bardzo dobre rady i moze jedyne sluszne, ale raczej nie do
          wykonania kiedy 2 strony sa emocjonalnie rozhustane - a tak na ogol jest w
          poczatkowej fazie odrebnych zyc.

          pozdrawiam
          • chalsia Re: pierwszy dzień samotności 03.07.06, 12:29
            nie zgadzam się, że nie do wykonania w fazie rozhuśtania - tylko trzeba sobie
            powidzieć, że nie JA i MOJE PRAWO, albo kto "górą" są ważniejsze, ale takie
            działanie by dla dziecka było najlepiej.
            I jeszcze jedno przyszło mi do głowy - porada dla tych "dochodzących" rodziców -
            od początku postarać się tak ustalać częstotliwość kontaktów z dzieckiem, by w
            przyszłości, gdy zmienią się układy (tzn. pojawi się nowy partner/ka) rytm
            spotkań z dzieckiem nie uległ zmianie.
            Czyli, w przypadku Der'a - nie starać się np. o codzienne widywanie się z
            dzieckiem, albo zabieranie na każdy weekend. Bo jak zwiąże się z inna kobietą,
            to taki tryb się nie utrzyma i tak. I dziecko będzie musiało się przyzwyczaić
            do nowego schematu kontaktów z ojcem - z mniejszą ilością spotkań. Jest i
            jeszcze inne dno tegoż - matka przyzwyczai się do tego, że ojciec często
            zajmuje się dzieckiem, że może na niego (jego pomoc w sprawach dziecięcych)
            mocno liczyć. A potem, gdy okaże się, że ten czas i pomoc ulegną ograniczeniu z
            powodu układania sobie przez ojca nowego życia, to matce nie będzie to na rękę.
            I jej reakcje mogą być różne - począwszy od gadania na ojca, poprzez wzbudzanie
            niechęci do nexi, a także odejście od dotychczasowego, "polubownego" podejścia
            do kwestii związanych z dzieckiem.
            Chalsia
            • brzoza75 Mis 03.07.06, 12:35
              Misiu Ty wiesz co nie przeczytałam wszystkiego do końca ale,
              jak masz dziecko to naprawdę wywalcz sobie te kontakty i to od razu,
              co za farmazony, że za mały etc., lepiej żebyś go miesiąc nie widział czasu?
              kurcze ja nie rozumiem tych babek czasem no...

    • der1974 Re: pierwszy dzień samotności 03.07.06, 20:56
      Jednak wizyta wypadła pomyślnie i bez problemów. Dzieciaki zadowolone. Z żoną mimo małej scysji jakoś się dogadałem i potem podziękowałem jej, że było całkiem znośnie. Nieco ją to zaskoczyło, ale po co niepotrzebne konflikty?
      • kasiar74 Re: pierwszy dzień samotności 03.07.06, 21:05
        tak trzymaj!!
    • iva2 Re: pierwszy dzień samotności 04.07.06, 07:42
      niekoniecznie kolejne dni przyniosa smutek... ja juz półtora roku trwam w
      zadowoleniu pomieszanym ze zdumieniem, że wkońcu moge sie smiać.
      przeraza nas to co nieznane... ale nie taki diabeł straszny jak go malują.
    • m.4 Re: pierwszy dzień samotności 04.07.06, 12:02
      spoznione ale szczere zyczenia lepszych dni w zyciu bez eks smile
      wspolczuje ci stary ze Ci taki syf zostawila. Ja najpierw sam spakowalem jej
      walizeczke a potem po kilku dniach umozliwilem zabranie rezty rzeczy ale w
      mojej obecnosci(zaprosilem swoich rodzicow bo wiedzialem ze bedzie probowala
      mnie wziac na swe wdzieki....... naiwniara.... )Gdyby mnie nie bylo przy
      wyprowadzce pewnie tez mialbym syf.Rozmuiem ze woleales tego nie widziec.
      Trzymaj sie......powodzenia.
      • der1974 Re: pierwszy dzień samotności 04.07.06, 18:50
        Wyprowadzka cz. II w sobotę. I również nie zamierzam tego oglądać. Ustaliłem z nią co chcę zostawić. Swoje rzeczy zebrałem w jednym pokoju. A jak zabierze to ... grrrr ... oleję to. Przyszłość, tylko przyszłość się liczy.
        • kasiar74 Re: pierwszy dzień samotności 05.07.06, 09:17
          super, ja mam takie samo podjeście, zamknięty rozdział to zamkniety nie ma
          sensu się rozczulać nad rzeczami materianymi
    • egretta_alba Re: pierwszy dzień samotności 05.07.06, 17:14

      Hmm jeszcze apropos dzieci - wydaje mi się,ze dałeś sobie wcisnąć wersje żony:
      pt. "żaden sąd nie zgodzi się na jakiekolwiek twoje zamiary, żadania itp. w
      sprawie dzieci. Jesteś na mojej łasce, więc nie podskakuj"
      I - jak sądze ulokowało cię to w pozycji bezradności: "nic nie moge zrobić, nie
      mam zadnych praw, wszystko zalezy od żony"
      MOja sugestia - sprawdź jakie są realia na co możesz liczyć, a na co nie.
      Spora baza danych to:www.wstroneojca.ngo.pl/poradnik_pl.htm; o ile wiem
      w sądzie rodzinnym tez mają obowiązek udzielić ci info. Poza tym, ty chyba
      prawnik jesteś - uruchom kontakty zawodowe.
      Do boju chłopie. DZIECI POTRZEBUJĄ OJCA ZAWSZE. TO JEST WAŻNE ŻEBY DOSTAWAŁY OD
      OJCA, TO CO SIE DOSTAJE OD OJCA:CZAS UWAGE MIŁOŚĆ, OPEER, WZÓR POSTĘPOWANIA ,
      TZW MĘSKIE KLIMATY!!! NIe daj sobie i im tego zabrać, łyknąwszy BEZ SPRAWDZENIA
      sugestie Twojej Żony, że nie masz żadnych praw, ani żadnych szans.
      Inna rzecz z ustaleniami grafiku spotkań - jeśli nie służa do tego,zebyś
      zastawał zamknięte drzwi - no to w sytuacji okołorozwodowej są konieczne-żeby
      obie strony I DZIECKO mogły sobie zaplanowac życie i miały (zwłaszcza dziecko)
      jakąś przewidywalność kontaktów z ojcem = pozucie przynajmniej jakiejś stałości
      i bezpieczeństwa. To tak w telegraficznym skrócie.
      • der1974 Re: pierwszy dzień samotności 05.07.06, 23:04
        W telegraficznym skrócie to od niedzieli ja op... w sprawach dzieci, że nie dam się ograniczać w kontaktach, że ma wszystko uzgadniać, że jadę do nich jutro, że ma je przywieźć w następną sobotę. Mowy nie ma żebym w tej kwestii coś odpuścił. Tu akurat zamierzam być pryncypialny. A że mnie to nieco stresuje bo to nowa sytuacja to inna inszość smile
        • berek_76 Re: pierwszy dzień samotności 05.07.06, 23:20
          Der, honey, weź Ty nie przegnij w drugą stronę. Ja rozumiem, że Cię żona wkurza,
          tylko że nadmiernie szalejąc możesz wylać dziecko z kąpielą. Jednak ZAWSZE od
          radykalnych żądań i warczenia lepsza jest spokojna i rzeczowa rozmowa.

          > Mowy nie ma żebym w tej kwestii coś odpuś
          > cił. Tu akurat zamierzam być pryncypialny.

          To znaczy, że co? Będziesz się kierował przede wszystkim tym, żeby postawić na
          swoim? Czy jednak dobrem dzieci? Mam nadzieję, że to drugie. Czasem - niestety -
          jest tak, że trzeba coś odpuścić.

          To nie znaczy, że masz odpuścić wszystko. Oprócz skrajności istnieje jeszcze coś
          pośrodku i radziłabym do tego dążyć. Bo inaczej prędzej czy później zacznie się
          wartościowanie rodziców na lepszego i gorszego w oczach dzieci.
          -----------------------
          Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
          • der1974 Re: pierwszy dzień samotności 06.07.06, 07:33
            Widzę, że się miotam redakcyjnie. Krótko jeszcze raz stan faktyczny. Trzeba dodać, że małżonka wywiozła dzieci na cały miesiąc do rodziców około 100km ode mnie to po pierwsze. Po drugie starsza córka bez mojej zgody i wiedzy została wyekwipowana na kolonie, wbrew zaleceniom psychologa, u którego byliśmy w sprawie dzieci. Po trzecie, po powrocie z tych kolonii ex chce z nimi gdzieś wyjechać na kilka dni. No to gdzie miejsce dla mnie i moich kontaktów? Czuję się ograniczany. Dlatego jej rzeczowo ale stanowczo powiedziałem co o tym myślę i jakie widzę rozwiązania. Dzisiaj jadę do dzieci, bo zależy mi na nich bardzo. Postaram się także w niedzielę.
            • tricolour Moim zdaniem paskudzisz sprawę. 06.07.06, 08:41
              Z tego, co piszesz, to tylko Ty chcesz takich regularnych kontaktów. To
              normalne, że czujesz sie ograniczany, bo po to jest rozwód, by Cię w ogóle
              ograniczyć i usunąć z życia. To co czujesz ma drugorzędne znaczenie, bo jedyne
              co pozostało, to dzieci.
              I może dobrze dla nich byoby gdybyś nie robił żadnych radykalnych kroków, bo je
              przestraszysz swoim gwałtownym zachowaniem i na całe lata stracisz szansę na
              bliskie relacje.
            • chalsia Re: pierwszy dzień samotności 06.07.06, 12:06
              no niestety musisz się przyzwyczaić, że TWOJE potrzeby sa mniej istotne niż te
              dziecięce. Pomijając sprawę wysłania córki na kolonie wbrew Twojej opinii, to
              WY obydwoje ( anie tylko Ty0 macie w tym czasie ograniczony kontakt z
              dzieckiem). Po za tym NIKT CI NIE BRONI pojechac i odwiedzić córkę na koloniach.
              • der1974 Re: pierwszy dzień samotności 06.07.06, 21:52
                I właśnie dzisiaj ją odwiedziłem. Razem z młodszą córką. I było OK.
                • brzoza75 Re: pierwszy dzień samotności 06.07.06, 21:54
                  super!smile))
    • scriptus Re: pierwszy dzień samotności 06.07.06, 23:25
      Der, ja mojej już dawno powiedziałem, że nie chcę żadnych rzeczy i że można
      wynająć profesjonalną firmę, którz zapakuje, co będzie chciała, nie trzeba tego
      robić w pośpiechu, ani po kryjomu. Mój zysk, że nie będzie bałaganu, czysto,
      pusto, posprzątane, odkurzone.... święty spokój i porządek. Do następnego
      sprzątania odkurzacz przecież można kupić. Popatrz, jestem pewien, że by zabrała
      wszystko, co sie da zabrać, ale nie jestem pewien, czy skorzysta z dobrej rady,
      czy zostawi bałagan.
      Jestem rozżalony, żonka z dziećmi jest na wczasach u mojej bliskiej rodziny i
      wygaduje głupoty na mnie, opowiada, że postanowiliśmy sie rozwieść, itd.
      Zdziwieni bliscy dzwonią do mnie, co się dzieje, dlaczego posyłam rozwodzącą się
      kobietę, a więc obcą, do nich... Muszę się tłumaczyć, bez sensu, tym bardziej,
      że wcale nie postanowiliŚMY się rozwieść. DER, Ty masz pierwszy dzień
      samotności, ja już chyba jestem stale samotny od dwóch, trzech lat.
      I tylko udaję, że nie sad
      • scriptus Blisko, coraz bliżej... 06.07.06, 23:36
        końca...
        Nawet juz mi się chyba nie uda wychować dzieci w pełnej rodzinie.
        A to jeszcze tylko kilka lat. Kilka najtrudniejszych lat rozwoju dojrzewających
        dzieci, podczas których dwójka nie potrafiących się dogadać dorosłych wyrządzi
        im najgorszą krzywdę sad.

        Potem będzie potem, nieistotne, ale teraz jest coraz gorzej.
        • crazysoma Re: Blisko, coraz bliżej... 07.07.06, 00:42
          Scriptusie jakos przykro patrzec jak sie meczysz sam ze soba i z tym wszystkim.
          Mam znajomego - kiedy zaczelam czytac Twoje wypowiedzi przez dlugi czas
          myslalam, ze to On tu pisze. Ale teraz mam pewnosc, ze Ty to Ty a On to On smile,
          ale jestes jak jego alter ego. Mysle, ze cokolwiek by Ci teraz nie powiedziec,
          to beda zwyczajne farmazony wiec... zamilkne.
          Trzymaj sie. Nie zawsze to co wydaje nam sie zle takim zlym jest, czasem to co
          myslimy, ze jest latwiejszym wyjsciem tak naprawde jest trudniejszym. Dzieci
          szkoda, ale jest nadzieja, ze kiedys dorosna i beda miec swoje zycie a Ty
          przeciez wciaz zyjesz i bedziesz zyl, nawet jesli troche dalej od nich to wciaz
          bedziesz ich ojcem. Moze da sie przebic glowa mur ale... jakim kosztem?
          pozdrawiam
          • scriptus Re: Blisko, coraz bliżej... 07.07.06, 01:15
            Taki mały dołek, przejdzie...
            • der1974 Re: Blisko, coraz bliżej... 07.07.06, 05:52
              Przepraszam Scri ale mi się wydaje, że Ty po prostu kochasz żonę i znajdujesz miliony powodów do tego, żeby usprawiedliwiać swoje trwanie przy niej. Ciągle nie chcesz odrzucić iluzji. I mnie to właściwie nie dziwi. Ja też byłem na takim etapie. Mniej więcej rok. Ciągle się czegoś dobrego doszukiwałem w niej, albo w całej sytuacji, albo w sobie szukałem winy. A to dla dobra dzieci, a to dla świętego spokoju, a to coś tam, a może nie dostanie kredytu, a może jest w ciąży itd itp. Dopóki nie pogodzisz się z faktami będziesz cierpiał. Ale widać potrzebujesz tego. Trzymaj się mocno! (Ja samotny się czułem w małżeństwie od jesieni 2004 roku).
              • kasiar74 Re: Blisko, coraz bliżej... 07.07.06, 08:15
                jasne samotność, czy samodzielność bez kogoś kto cię wiecznie dołuje i
                przygnębia wcale nie jest taka zła, ja czuje się z każdym dniem lepiej a nie
                gorzej i czuję że bedzie jeszcze lepiej
        • phokara Re: Blisko, coraz bliz˙ej... 07.07.06, 10:30
          Scriptus, no do cholery...
          ja Ci jak zwykle przykopie ze szczerej sympatii bo to sie we lbie nie miesci co Ty wypisujesz.

          > Nawet juz mi sie˛ chyba nie uda wychowac´ dzieci w pe?nej rodzinie.
          W rodzinie pelnej CZEGO? Zastanow sie i odpowiedz sobie czego niby ta Twoja rodzina jest
          pelna. Bo raczej nie ciepla, milosci i porozumienia z tego co zdazylam sie zorientowac.
          Teoretycznie masz zone co w praktyce sie objawia obrazona damesa, ktora ma Cie w nosie i
          demonstruje to na lewo i prawo. I co, i myslisz ze dzieci tego nie widza? Ze to taki swietlany
          przyklad dla nich na dalsza droge? Sielankowy obraz "pelnej rodziny", ktory bedzie im
          przyswiecal, jak zaczna budowac wlasne zwiazki... Zyczysz im realizacji takiego wzorca domu,
          w ktorym teraz jestes? Tak fajnie jest?
          Piszesz, ze dwojka doroslych ludzi nie potrafiacych sie dogadac wyrzadzi im najgorsza krzywde
          rozwodzac sie... To bardzo 'niedorosle' myslenie. Bo Wy sie nie dogadujecie od ladnych paru lat
          i z tego, co piszesz wynika, ze jest coraz gorzej - taka rownia pochyla... To jest watpliwy
          wzorzec robaczywych relacji emocjonalnych miedzy ludzmi - duzo glebiej zapadajacy w pamiec
          niz zdjecie slubne oprawione w sliczna ramke.
          Wiesz, zawsze powtarzam, ze 'poswiecac sie' dla kogos to tez trzeba umiec. Tylko malo kto
          umie... ciekawe czemu?
          • scriptus W oparach absurdu. 07.07.06, 11:28
            Phokara napisała:

            .........

            > Piszesz, ze dwojka doroslych ludzi nie potrafiacych sie dogadac wyrzadzi im naj
            > gorsza krzywde
            > rozwodzac sie... To bardzo 'niedorosle' myslenie. Bo Wy sie nie dogadujecie od
            > ladnych paru lat
            > i z tego, co piszesz wynika, ze jest coraz gorzej - taka rownia pochyla... To j
            > est watpliwy
            > wzorzec robaczywych relacji emocjonalnych miedzy ludzmi - duzo glebiej zapadaja
            > cy w pamiec
            > niz zdjecie slubne oprawione w sliczna ramke.
            > Wiesz, zawsze powtarzam, ze 'poswiecac sie' dla kogos to tez trzeba umiec. Tylk
            > o malo kto
            > umie... ciekawe czemu?


            Nie wiem, nie wiem, nie wiem.

            Jak bym wiedział, to byłbym poszukiwanym fachowcem od więzi międzyludzkich, a
            tak jestem tylko niewydarzonym małżonkiem.
            Otrzymałem "propozycję". Już będzie ze dwa lata temu. Usłyszałem tekst (skrót
            mniej więcej zachowujący sens wypowiedzi) "wiesz co, nie układa nam się, czy
            mógłbyś się wyprowadzić i załatwić rozwód - najlepiej ze swojej winy, sam
            rozumiesz, że tak będzie lepiej". Pomyślałem, jest w dużym stresie, głupoty
            gada. Po jakimś czasie, kiedy nieco ochłonęła, zaproponowała, żebym poszedł
            załatwić w miejsce rozwodu dyscyplinarnego rozwód za porozumieniem stron, czy
            jak sie to nazywa i podział mmieszkania, dzieci oczywiście zostają przy niej, co
            do alimentów się dogadamy... Mój Boże, jaka wspaniałomyślna. Co miałem na to
            powiedziec? Powiedziałem, że nic nie będę załatwiał, mam wystarczającą ilość
            zajęć. Po jakimś czasie zaczęła opowiadać, że sama złożyła pozew.... ale nic nie
            przyszło, nic się nie dzieje. W międzyczasie jakieś krótkie ocieplenia epoki
            lodowcowej. To znaczy, nie żeby zaraz ciepło, ale, już taka odwilż cieszy jak
            diabli, kiedy człowiek zmarznięty na amen.

            Na ostatnie walentynki nawet prezent dostałem od Niej, drobiażdżek, ale miły.
            Cieszyłem się, jak diabli, mało nie ćwierkałem z radości, zupełnie szczerze.
            Stoi na biurku i na zmianę mnie dołuje, czasem podbudowuje i daje coś jakby
            trochę nadziei.
            Szczerze ?? chyba wolałbym, żeby mnie pobiła, mogłaby to zresztą uczynić bez
            ryzyka, bo ja bym jej nie uderzył.
            Ja wiem, że jestem beznadziejnie głupi, ale nie wiem, na jakie szkolenie iść
            nauczyć się mądrości.
            Mam dwa wyjścia, zrobić to, co Ona zaproponowała, czyli złożyć pozew ze swojej
            winy, czy bez orzekania... albo nie robić nic, co jak dotąd skwapliwie robię od
            kilku już lat, no może czasem jakieś farmazony gadam, o miłości itd, ale zdaje
            się, że to oklepana śpiewka i nie robi najmniejszego wrażenia na niej.
            W chwili buntu powiedziałem, że skoro jej zależy na rozwodzie, to niech to sama
            załatwia, ja tego nie chcę, więc dlaczego to ja mam załatwiać ??

            Dobrze Ci mówić Pho, ale co mam zrobić? Pójść do terapeuty? Byłem. Posłuchał,
            posłuchał i kazał przyjść z żoną, żona na to, że nigdzie nie pójdzie i tak
            jestem w sytuacji człowieka, który ma wrzód na plecach, że sam nie przetnie, a
            chirurg mówi, zaczekamy, aż się drugi zrobi, bo jednego się nie opłaca leczyć smile))
            A może zrobić "co żona kazała"? W czym to jest lepsze od pętli "nie rób nic,
            czekaj na następne dane" ?? A w przypadku następnych danych realizować jakiś
            program (jaki, kiedy on nie napisany), lub przejść z powrotem do pętli "nie rób
            nic, czekaj na następne dane" ??
            • phokara Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 12:00
              > Jak bym wiedzia?, to by?bym poszukiwanym fachowcem od wie˛zi mie˛dzyludzkich, a
              > tak jestem tylko niewydarzonym ma?z˙onkiem.

              No to badz chociaz 'wydarzonym' facetem i ZROB COS, skoro wyczerpales praktycznie
              wszystkie mozliwosci dotarcia do swojej szanownej malzonki, a do niej nie dotarlo nic.
              Ta kobieta Cie poddaje systematycznej tresurze, strzelajac coraz to nowe fochy, a Ty sie temu
              poddajesz bez sensu. Bez sensu, bo taktyka poddanstwa w takim przypadku przynosi zerowe
              rezultaty, jak sam zreszta widzisz.

              >W mie˛dzyczasie jakies´ krótkie ocieplenia epoki
              > lodowcowej. To znaczy, nie z˙eby zaraz ciep?o, ale, juz˙ taka odwilz˙ cieszy jak
              > diabli, kiedy cz?owiek zmarznie˛ty na amen.

              Dokladnie o tym mowie... regularna tresura. Ty juz od tego kompletnie straciles zdolnosc
              obiektywnej oceny sytuacji. Zadowala Cie 'byle ochlap', co oczywiscie ja rozumiem, bo jak sie
              tyle czasu lezy w kostnicy to czlowiek traci instynkt do zycia. To jest CHORE. I jesli Ci sie
              wydaje, ze otoczenie tego nie widzi i nie czuje (dzieciaki) to sie bardzo ale to bardzo myslisz.
              Moga to widziec nawet wyrazniej niz Ty. Wiec nie wmawiaj sobie tekstow o "pelnej rodzinie" bo
              to kompletne nieporozumienie. Emocjonalne rozgrywki pomiedzy Toba a zona kreuja atmosfere
              Waszego domu. Zimno jest wszystkim - nie tylko Tobie. To jest niestety zarazliwe...

              > Szczerze ?? chyba wola?bym, z˙eby mnie pobi?a, mog?aby to zreszta˛ uczynic´ bez
              > ryzyka, bo ja bym jej nie uderzy?.

              Wiesz, ja Cie moge natluc, jak Ci na tym jakos strasznie zalezy... choc watpie zeby to jakos
              pomoglo. Ja Ci juz rok temu pisalam w zartach, zebys spral ta swoja zone to od razu jej sie
              lepiej zrobi. Oczywiscie to taka przenosnia, ale im dluzej sledze Twoja historie, tym bardziej
              jestem przekonana, ze Twoje subtelne metody naprawcze sytuacji - przynosza dokladnie
              odwrotny efekt. Zona pomiata Toba coraz bardziej, coraz mniej Cie szanuje i to jest takie bledne
              kolo... Smutne to jak cholera. I zeby byla jasnosc - Twojej zony tez mi jest szkoda, co zawsze
              powtarzam. Nie wierze, ze zawsze byla taka. Taka sie stala przy Tobie, jakies sprzezenie
              charakterow nastapilo w pewnym momencie, ktore spowodowalo taki a nie inny efekt. Fatalny
              dla obu stron.

              Ja nie wiem, co Ty masz zrobic. Ale z pewnoscia nie to czego sie Twoja zona po Tobie
              SPODZIEWA. A mysle, ze wcale sie nie spodziewa, ze walniesz piescia w stol i konkretnie cos
              postanowisz. Mysle, ze bylaby w wielkim szoku, gdyby nastapila z Twojej strony jakas
              zdecydowana reakcja na cala ta schizofrenie. Wiec moze to jest jakis pomysl... moze przestan
              byc mily i wyrozumialy w nieskonczonosc, a zacznij ZADAC i WYMAGAC. Powinno zadzialac.
              • kasiar74 Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 12:03
                a'propos dzieciaków
                pytam mojej 7-letniej córki: myslisz że tata mnie kocha??
                a ona: -mamo ty myślisz że ja jestem ślepa?
              • crazysoma Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 12:27
                o kurde - siedzimy przy tym samym kompie? smile

                pozdrawiam
              • scriptus Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 12:55
                phokara napisała:

                > Ja nie wiem, co Ty masz zrobic. Ale z pewnoscia nie to czego sie Twoja zona po
                > Tobie SPODZIEWA. A mysle, ze wcale sie nie spodziewa, ze walniesz piescia w
                > stol i konkretnie cos postanowisz. Mysle, ze bylaby w wielkim szoku, gdyby
                > nastapila z Twojej strony jakas zdecydowana reakcja na cala ta schizofrenie.
                > Wiec moze to jest jakis pomysl... moze przestan byc mily i wyrozumialy w
                > nieskonczonosc, a zacznij ZADAC i WYMAGAC. Powinno zadzialac.

                Taaak... zrobić coś, czego się nie spodziewa, zszokować... pomyślę.
            • crazysoma Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 12:16
              Przepraszam, ze sie wcinam w Wasza rozmowe ale jestes pewien Scri, ze to byl
              dobry terapeuta?
              Ja mysle, ze w Twoim przypadku sa 2 wyjscia
              - o jednym ktos tu juz pisal, chyba Tricolour - akceptujesz fakty i slowem
              nigdy juz nie wspomnisz, ze chcialbys zeby Cie zona kochala (bo w ogole to ja
              mysle, ze na pewno bylbys kochany przez kogos innego ale TY nie chcesz, zeby to
              byl ktos inny) nie uzalasz sie, nie masz malych ani wiekszych dolkow -
              jestes "kochanym inaczej" i to jest OK. (i nie dziwisz sie i nie rozpaczasz jak
              zona jednak Cie zostawi)
              - drugie - nie akceptujesz i nie zgadzasz sie na takie traktowanie BEZ szacunku
              ze strony zony, nie podniecasz sie ochlapami milosci z jej strony, idziesz na
              terapie sam dla siebie i żądasz normalnego traktowania bo nie jestes cholerka
              jakims prostakiem, ktorego mozna traktowac jak g...

              zakladajac pierwsza wersje - do konca swiata wzdychasz, marzysz, zazdroscisz,
              tesknisz, "lizesz cukierki przez papierek" - bo w Twoja wiernosc i uczciwosc
              nie watpie nawet przez sekunde, wyplakujesz sie, ze tak bys chcial ale...
              zyjesz uluda, ze dzieci maja normalna rodzine, a na koniec stajesz sie
              stetryczalym dziadkiem, ktory marzyl o milosci ale jej nie dostal bo mu sie
              pomylila wiernosc z frajerstwem. Aha byc moze wcale tak nie bedzie, bo
              zagluszysz w sobie te wszystkie tesknoty ale to i tak na bank rzuci Ci sie na
              splot sloneczny bo jednak z Twoich wypowiedzi wynika, ze za czyms tesknisz.

              co sie stanie w drugim przypadku - kiedy tupniesz noga i pokazesz, ze "masz
              jaja"? - Nie jestes ciekawy co sie moze stac? Mimo strachu, ze Twoj dom, zamek
              z piasku, moze (ale moze wcale nie musi) sie rozleciec?

              Ja rozumiem, ze kochasz zone, ze zalezy Ci na utrzymaniu rodziny, ze...

              Scriptus zrob cos...

              pozdrawiam (aha terapeute tez znam dobrego smile))

              • misbaskerwill Re: Popieram... 07.07.06, 12:56
                ...parę razy wytykano mi moją prostacką "receptę" - postaw się babie, a zacznie
                Cię szanowaćsmile))

                Niestety, osobiście uważam, że się sprawdza - w każdym razie, od razu wiadomo,
                na czym się stoi...

                Tyle, że nie wydaje mi się by Scriptus do końca chciał to wiedzieć...
                Ale może warto spróbować... może się na Ciebie rzuci małżonka jak okażesz się
                nieokiełznaną bestią, Scriptusiesmile))
                • phokara Re: Popieram... 07.07.06, 13:25
                  > Tyle, z˙e nie wydaje mi sie˛ by Scriptus do kon´ca chcia? to wiedziec´...

                  Mi sie (misie?) nawet nie wydaje...

                  Ale jak nie chce, to musi lepiej potrenowac wiare w 'normalnosc' wlasnej sytuacji i przestac sie
                  katowac durnymi przemysleniami na forum "rozwod i co dalej". To jest jakas paranoja...

                  Scri, kiedys w innym watku pytales "czy komus pomogl czas?" W sensie kiedy przestaje bolec.

                  JAK TEN CZAS MA TOBIE POMOC DO CHOLERY CIEZKIEJ I JAK MA CIE PRZESTAC
                  BOLEC, SKORO TRZYMASZ CALY CZAS LAPE POD PILA TARCZOWA I JESZCZE SIE
                  DZIWISZ, ZE CZAS CI NIE POMAGA???
                  Wyjmij najpierw lape z tej pily...
                • scriptus Re: Popieram... 07.07.06, 14:30
                  To nie to. Problem polega na tym, że Ona właśnie ma jakąś swoją koncepcję,
                  niezwiązaną już ze mną, a ja sie stawiam, na zasadzie dekretu, ma być normalnie,
                  czyli tak i tak... w ogóle nie zachowuję się zgodnie ze stereotypem. Sama mi
                  powiedziała, że każdy facet na moim miejscu trzasnąłby drzwiami, aż tynk poleci
                  i poszedł do innej. Cóż, przykro mi, że nie jestem masowym produktem, nie
                  zachowuję się według Jej stereotypów, choć wydaje mi się, że działam według
                  ogólnie przyjętych zasad, uznawanych przez wszystkich ludzi za słuszne. Czyli w
                  jej pojęciu, mężczyzna powinien łamać zasady.

                  Pho, nawiązując do Twojego porównania z cyrkularą, owszem, najłatwiej uciec poza
                  zasięg, jednak, jak to zrobić, jeżeli Twoim obowiązkiem jest obsługa tej piły??
                  Można odejść dopiero, jak cała praca jest wykonana, całe drewno pocięte. Albo
                  się jest mięczakiem, który się łamie na drobnych niepowodzeniach, ot drzazga
                  weszła pod paznokieć. Rodzina, to praca zespołowa, taki chyba sport ekstremalny,
                  jak widać, życie wszystkich członków zespołu zależy od każdego z nich. Czasem
                  sędziowie (rozwodowi) zasądzają wyłączenie, czy zmianę niektórych zawodników,
                  ale te zespoły nie dochodzą raczej do mety na wysokich pozycjach.

                  Jak wygląda wyobrażenie bardzo wielu Pań o kontaktach ojca z dziećmi? W ogóle
                  nie przyjmują do wiadomości, że dzieci mogłyby zamieszkać z ojcem.
                  Bardzo protestują przeciw nieograniczonym kontaktom ojca z dziećmi, muszą być
                  zasady. No bo jak to, gdyby mógł przychodzić codziennie do dzieci, bawić się z
                  nimi, rozmawiać, odrabiać lekcje..., to może by codziennie przychodził? I co
                  wtedy, co by to było za rozstanie ? Jaka różnica, czy wieczorem kładzie się do
                  łóżka w swoim pokoju, czy wychodzi spać gdzie indziej i wraca po szkole
                  następnego dnia? Czy usiądzie z dziećmi do stołu, czy pokątnie zje jakąś
                  przyniesioną kanapkę na kolację ?? Tylko po to, żeby móc powiedzieć - mąż nas
                  porzucił, już z nami nie mieszka ?? A co, jak nowy facet się wystraszy starego
                  chodzącego po domu i bawiącego się z dziećmi ??
                  No przecież to nie o to chodziło, chdziło o to, by się go pozbyć, a on się
                  wyprowadził, ale nie zniknął. Dlatego trzeba ustalić zasady spotykania się z
                  dziećmi, im rzadziej, tym lepiej. Po co ci faceci tak się domagają tych spotkań
                  z dziećmi, zamiast tam gdzieś siedzieć w jakijś swojej norze, płacić alimenty i
                  nie pokazywać się na oczy kobiecie.

                  Pho, czy to jest odsunięcie się od piły?? Misiu, czy taka drastyczna decyzja o
                  wyprowadzce, to jest właśnie to, co wstrząśnie moją żoną, albo zaspokoi jej
                  potrzeby? Owszem, wyprowadzić się mogę, mam dokąd. Nie zrezygnuję jednak z
                  kontaktu z dziećmi. Niby z jakiej racji, to są moje dzieci. Czy zmieni się w
                  jakikolwiek sposób moja sytuacja i organizacja mojego czasu ?? Nie za bardzo,
                  poza tym, że będę musiał zużyć trochę dodatkowego paliwa na dojazd do łóżka.

                  misbaskerwill napisał:

                  > ..parę razy wytykano mi moją prostacką "receptę" - postaw się babie, a zacznie
                  > Cię szanowaćsmile))

                  Misiu, postawię się, będzie po mojemu, po mojemu będzie, ja sprite, ona
                  pragnienie Chachaaaaa, tylko nie wiem, czy będzie mnie szanować sad
                  • misbaskerwill Re: Wiesz co Scri... 07.07.06, 15:42
                    nie mam pojęcia, co jest dobre w Twoim wypadku, ba! - nie wiem co zrobić nawet w
                    moim wypadkusmile
                    Jak ją kochasz, to sorry - sąd i tak nie da rozwodu na wyłączne jej żądanie przy
                    Twojej wiernej i kochającej postawie...smile))))
                    I niech o tym Twoja Księżniczka pamiętasmile

                    Ja natomiast mam w drugą stronę - nienawidzę, nie szanuję swojej żony - ale już
                    nie za to co zrobiła kiedyś i co było głównym powodem do rozwodu, ale za to jak
                    się zachowuje teraz, gdy już przestało jej zależeć na pozorach...
                    I też nie jestem wystarczająco silny, by ją wyrzucić z mieszkania (do którego
                    nie ma żadnych praw), by przestać się bać, że oddzieli mnie od syna (co de facto
                    już zrobiła, bo nawet dzwonić nie można, bo podobno potem mały płacze w nocy z
                    tęsknoty)...
                    Ale jestem już wystarczająco wk*ony, by w końcu dojrzeć do jakiejś "męskiej"
                    decyzji.

                    Życie jest za krótkie, by poświęcić je wyłącznie niewłaściwej osobie.
              • daleko_do_siebie Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 13:56
                To ja tez się wetnę.
                Myślę, że oba te wyjścia to nie są wyjścia. To tylko sposoby na przetwanie.
                Tylko to nie Alaska, puszcza żeby tylko o przetrwanie chodziło.
                Co do dzieci. Ty sobie Scri zrób króciutki test. Wyjdź do kawiarni, na basen -
                gdzie tam chcesz. Popatrz na pary, które tam spotkasz. Po godzinie potrafisz
                sobie odpowiedzieć na pytanie "czy oni się kochają". Nie pomylisz się zbyt wiele
                - stawiam na 95% trafności.
                To czy myślisz, że Twoje dzieci są aż tak głupie?? Dobra, zrób test także im (na
                obcych, na obcych).
                Czy na codzień jesteś uśmiechnięty, zadowolony, czuły, szczęśliwy, pełen
                energii? Czy Twoja żona taka jest?
                To co myślą i czują Twoje dzieci?
                Jesli Cię nawet kiedyś zrozumieją - to wierz mi, to będzie za trzydzieści parę lat.
                • scriptus Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 14:42
                  Zadajesz retoryczne pytania, jasne, że nie. Nie jestem zadowolony i
                  uśmiechnięty, ale kiedy dziecko przyjdzie, zapyta, tatusiu, uśmiechnij się, nie
                  martw się, siadamy, uśmiechamy się do siebie i rozmawiamy.

                  Dzieci nie są głupie, przeciwnie, one też cierpią wskutek tej sytuacji. Jednak
                  żadna z dostarczonych mi "recept" nie prowadzi do zmniejszenia ich cierpienia.
                  Nie będą bardziej zadowolone, jeżeli ich tata się wyprowadzi. I tak nie zyskają
                  wzorca kochającej się pary rodziców w domu, bo jej nie ma. Wręcz przeciwnie,
                  mogą poczuć się zagrożone zmianami, utracić poczucie bezpieczeństwa. A to w
                  przypadku nastolatków może prowadzić do katastrofy. Brrr, wygladam przez okno,
                  czy już tam nie krążą jacyś dilerzy w oczekiwaniu na to zdarzenie tongue_out
                  • crazysoma Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 15:06
                    Scriptusie odwrociles kota ogonem.

                    pozdrawiam
                    • scriptus Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 15:12
                      crazysoma napisała:

                      > Scriptusie odwrociles kota ogonem.
                      >
                      > pozdrawiam


                      Cholerne koty, znowu ganiają ogonami do przodu...
                      Jeszcze jedna rzecz przeciw naturze. sad((
                    • phokara Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 17:13
                      > Scriptusie odwrociles kota ogonem.

                      To jest klasyczna reakcja. Wyparcie sie to fachowo nazywa w psychologii.
                      I ja to nawet swietnie rozumiem.

                      Ostatni komentarz i spadam.
                      Scri, piszesz o dzieciach tak, ze ja dlugo bylam swiecie przekonana, ze sa
                      nieomal w wieku niemowlecym, haha. Natomiast z tego co sam pisales, wynika, ze
                      jedno dziecko juz jest dorosle i sie z domu wynioslo, natomiast drugie -
                      nastoletnie oczywiscie moze nie byc zachwycone tym, ze 'tatus wyniesie sie z
                      domu'. Ale samo sie za pare lat z tego domu wyniesie, co rzecz jasna nie
                      oznacza, ze przestaniesz byc jego tatusiem, bo chyba jest to funkcja
                      dozywotnia, ze sie tak wyraze. No w kazdym razie moi rodzice z niej nie
                      zrezygnowali, jak sie wyprowadzilam z domu. I ostatnia rzecz - w kwestii wzorca
                      rodzicielskiego. Sytuacja, w ktorej tkwisz latami uczy nastoletniego czlowieka
                      nie tylko 'odpowiedzialnosci, traktowania serio danego slowa i szerokopojetej
                      szlachetnosci' ale takze (niestety) fatalnego przekonania, ze jak sie w zyciu
                      cos spieprzy i czlowiek sie pomyli to NIC Z TYM NIE MOZNA ZROBIC. Czyli postawy
                      mocno tchorzliwej i asekuranckiej. I to jest rowniez skladowa wzorca, jaki
                      pokazujesz temu nastolatkowi. Jesli w dodatku jest to syn, to doprawdy
                      przerabane.
                      Ja nigdy nie twierdzilam, ze z malzenstwa trzeba sie wypisywac szybko, lekko i
                      przyjemnie, bo to jest z pewnoscia chore. Ale u Ciebie to sie ciagnie juz tyle
                      czasu, ze doprawdy trudno mowic o jakiejs pochopnej decyzji. Jesli zas
                      zamierzasz wytrwac (wytrwac to dobre slowo) u boku malzonki do konca zycia, to
                      ok. Wbrew pozorom szanuje taka niezlomna postawe choc jej z pewnoscia nie
                      rozumiem. W koncu nie ma obowiazku szczesliwego zycia.
                      Tylko nie pisz o czajacych sie za rogiem dealerach i nie szukaj abstrakcyjnych
                      uzasadnien dla swojej decyzji, bo to bez sensu. Jesli chcesz sie poswiecac, to
                      sie poswiecaj dla idei wlasnej a nie dla kogos. Bo ten ktos bedac dorosla osoba
                      moze miec z tym bardzo duzy klopot. Wiekszy niz z rozwodem rodzicow. Znam
                      takich przypadkow na tony.
                      Ale jesli mi pokazesz osobe, ktora jest szczesliwa z tego powodu, ze rodzice
                      poswiecili dla jej dobra wlasne zycie i obarczyli ja tym watpliwej wartosci
                      prezentem - to wejde pod stol i odszczekam. Powaga.

                      (i nawet walne hymn pochwalny na Twa czesc - wierszem lub proza)

                      • daleko_do_siebie Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 20:47
                        Ja też, ale nie wiem czy ostatni.
                        Rozwód, rozstanie jest katastrofą, nieudane życie rodziców kryzysem.
                        Katastrofę cięzko przeżyć dzieciom małym - niewiele rozumieją. Katastrofę ciężko
                        przeżyc nastolatkowi, dorosłemu dziecku - jeśli przyczyną była zdrada czy
                        "nagła" przemoc, a on o tym wie. Całej reszcie dzieci dużo ciężej przeżyć
                        kryzys. Kryzys ciągnie się latami, przynosi do domu atmosferę "lodówki",
                        samotności, wyobcowania. Z takiego domu się ucieka - jak najszybciej, w pierwszy
                        związek, który da złudzenie ciepła. Albo w imprezy, rozrywkę, cynizm.
                        Nie wiem jak Wy. Ja znam trochę dzieciaków "porozwodowych". Jeśli oboje rodzice
                        potraktowali je poważnie, jeśli są w nowych, szczęśliwszych związkach, w których
                        na dzieci jest miejsce - rozumieją i wyszły z tego bez szwanku. Te, które latami
                        patrzyły na "zły" związek często nie umieją pozbierać własnego, dorosłego zycia.
                        A potem, czasami powielają te złe doswiadczenia. A żal do rodziców pozostaje na
                        lata. To te dzieci (między innymi) mówią często o smutnym dzieciństwie.
                        Podsumowanie?? Nie wiem. Jeśli chcesz trwać w tym związku (a nie walczysz o
                        niego z całych sił) oszczędź dzieci. Jak? Wyłącznie szczerością. Mów o tym, że
                        kochasz żonę, że nie chcesz rozstania - ale się nie układa i nie wiesz jak to
                        naprawić (bo nie wiesz..). Nie zwalaj na nie problemów, ale nie stwarzaj
                        sztucznej atmosfery "jest ok".
                        • scriptus Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 22:36
                          Tak właśnie robię, mówię, że kocham mamę, jednak nie zdobyłem sie na rozmowę o
                          problemach z dzieckiem. Nie chcę w jakikolwiek sposób wciągać dzieci w te
                          problemy. Moja pozycja, to kochający tatuś, w stosunku do dzieci staram się
                          wypełniać tę funkcję i otrzymuję tez bardzo wiele uczucia.
                          Staram się, żeby dzieciom nie było "zimno", muszę przyznać, że żona też obdarza
                          je ciepłem. Dlatego uważam, że nie ma sensu przyczyniać się do katastrofy, jaką
                          jest rozwód. Jeśli nawet dziecko nie zobaczy prawidłowych relacji rodzinnych u
                          nas, może je zobaczyć u dziadków, wujków, itd.

                          Nawet, gdybym postanowił budować nowy, "pokazowy związek", to już mam na to za
                          mało czasu, żeby to miało jakiekolwiek znaczenie dla dzieci. Powiedzmy, że dwa
                          lata może potrwać rozwód, następne dwa lata budowanie jakiegoś związku, bez
                          gwarancji powodzenia, a w tym czasie młodsze dziecko będzie miało 17 lat. Odpada
                          więc ten argument, że rodzic dziecku powinien pokazać życie w szczęśliwym
                          związku. Nawet choćbym chciał, to nie mam szans zrobić tego wtedy, kiedy to ma
                          jakiekolwiek znaczenie wychowawcze.

                          Moi drodzy, miotam się, targają mną wątpliwości i sprzeczne uczucia, nie wiem,
                          co robić, ale chyba jednak na razie nie mam lepszej drogi, niż ta, którą idę.

                          Utrzymanie związku, jako poświęcenie dla dzieci - samo w sobie nie ma wielkiego
                          sensu. tego dzieci nie docenią. Jednak, jeżeli weźmie się pod uwagę, że dzieci
                          mi są potrzebne niemal tak samo, jak ja im, to w tym momencie przestaje to być
                          czyste poświęcenie. Wiem, że kiedyś dzieci odchodzą, zakładają swoje rodziny,
                          ale nawet wtedy nie zostanę z niczym, przy założeniu, że z naszego małżeństwa
                          nic już może nie pozostać. Dzieci odwiedzają przecież tych rodziców, których
                          kochają, przychodzą z małżonkami, wnukami...
                          A czy wnuczki, jak przyjdą do dziadka, dostaną ciasto upieczone przez babcię,
                          czy kupione w sklepie, to już chyba na dzisiaj ma drugorzędne znaczenie.

                          <piwo> zdrowie wszystkich smile
                          • sylwiamich Re: W oparach absurdu. 07.07.06, 23:04
                            zawsze jest tak, że gdy ktoś ma inne zdanie niż ja, to to szanuję ale zazwyczaj
                            nie rozumiem jak mozna tak mysleć.A ciebie Scriptusie rozumiem.Ja tez tak kiedyś
                            żyłam.Tylko dla dzieci.Ich szczęście...moim szczęściem.Moja córa wtedy utykała
                            kołdrę i nie mogła zasnąć bo brakowało jej kilk acentymetrów żeby sie dobrze
                            przykryć.Była zamknieta w sobie.Gdy szła do kibelka, to kładła naprzeciwko
                            lalkę, po obydwu stronach książki i równym odstępie buciki.Tylko wtedy mogła
                            zrobić siusiu.Miała problemy w szkole i w kontaktach z rówieśnikami.Nigdy nie
                            widziała mnie przytulonej do męża, nie widziała żebyśmy ze soba spali, siedzieli
                            obok siebie.Chłód.Ale ja trawałam.Bo nie miałam nic innego.bo wydawało mi sie
                            żęe to najlepsze co moge zrobić...dla niej i syna.Ale zobaczyłam wreszcie smutek
                            w ich oczach.oni nie byli szczęśliwi, ja też nie.Dzieci widzą świat naszymi
                            oczami.Moje szczęście...ich szczęściem.Nie chcę Ci powiedzieć że kiedyś
                            dojrzejesz...ja jestem matką i ja mam dzieci.Ty ich mieć nie będziesz.piszesz
                            prawdę.Mój mąż sam z siebie zrezygnował z kontaktów z dziećmi.Mnie to ciesz bo
                            nie muszę na niego patrzeć.Ale serce mnie boli gdy widzę jak oni tęsknią.Jak
                            czekają w sobotę...może przyjedzie...nie pokazał sie od miesiąca.Wygrałam i
                            przegrałam ale nie żałuję.Ale to ja mam dzieci.Współczuję ci.
                          • misbaskerwill Re: Szacunek... 07.07.06, 23:49
                            > A czy wnuczki, jak przyjdą do dziadka, dostaną ciasto upieczone przez babcię,
                            > czy kupione w sklepie, to już chyba na dzisiaj ma drugorzędne znaczenie.

                            Scriptus, wreszcie zrozumiałemsmile))
                            Twoja decyzja - bo to jednak jest decyzja, nie impas - imponuje mi.
                            Gdyby wszyscy ludzie tak długofalowo podchodzili do życia - nie byłoby
                            rozwodówsmile. A tak co rusz zachciewa się nieodpowiedzialnym ludkom jakiś przygód,
                            a to że niosą one za sobą często rozwód, to i tak "mniejsze zło", bo znajdzie
                            się jeszcze ktoś, itd...

                            Mam nadzieję, że Twoje dzieci to czują, albo kiedyś zrozumieją. To co robisz,
                            wymaga więcej samozaparcia, niż nasze "walnięcie w stół". Oby to miało sens. Bo
                            nie wiem, czy będąc młodym człowiekiem - Twoim dzieckiem, czy zrozumiałbym, że
                            robisz to dla mnie...a nie jesteś tylko nieszczęśliwym, niespełnionym człowiekiem.
                            Wybacz za twarde słowa, ale taka jest teraz młodzież - bezlitosnasmile).

                            Ale jedno wiem na pewno - Twoje wnuki będą miały bardzo mądrego i kochającego
                            dziadka. Obyś zbyt długo nie musiał na nie czekaćsmile))
                            • tricolour Co za bzdura... 08.07.06, 00:02
                              ... że rodzic ma coś robić dla dorosłego dziecka.

                              Rodzic ma dawać swoim życiem przykład. Jak decyduje się na życie obok żony w
                              imię szczytnych ideałów, to niech zdobedzie się na rozmowę z dziećmi o tych
                              ideałach. Niech nie skarży się na swoje samotne życie, bo daje sprzeczne sygnały.
                          • tricolour Jak zwykle nie zgodzę się z Tobą, Scriptusie... 07.07.06, 23:58
                            ... i powtarzam - skoro Twoje postępowanie ma sens i jest świadomą decyzją, to
                            nie skarż się. Skoro zostajesz z żoną, prawie dorosłe dzieci traktujesz jak
                            maluszków, to nie skarż się. Po prostu żyj tym.

                            I nie skarż się, bo inaczej narażasz się na niezrozumienie lub nawet śmieszność...

                            Jak zwykle sielanka jest w Twoich opowieściach o babcinych ciastach i wnuczkach.
                            Oczywiście piszesz też coś o pełnej rodzinie i prawidłowych relacjach
                            rodzinnych... nie skarż się.
                            • scriptus Re: Jak zwykle nie zgodzę się z Tobą, Scriptusie. 08.07.06, 01:24
                              Tri, wiem, że sytuacja mnie przerasta.
                              Zaczynam "świrować", pewnie teraz już mi potrzebny terapeuta.
                              Nie wiem, czy moje postępowanie ma sens, jest to stale wybór najlepszego spośród
                              złych wariantów. Moje decyzje powstają pośród huśtawki nastrojów, stąd poważna
                              obawa, że mogą być nietrafne. Jednak cieszy mnie, że Maheda i Madzia, po
                              przemyśleniu potwierdziły, że ich zdaniem te moje decyzje nie są takie
                              najgorsze, dziękuję. Wychodzi, ze tak naprawdę za bardzo nie mam ruchu. Ale to
                              nic, czasem gra na zwłokę też ma sens.
                              Trudno powiedzieć, że jestem z żoną, albo że nie jestem. Równie trudno
                              powiedzieć, że mi to odpowiada. Jednak, cokolwiek bym zrobił, to pogorszę moją
                              sytuację i mojej rodziny, więc chyba najlepiej nie robić żadnych istotnch
                              ruchów, tylko takie, kóre służą utrzymaniu status quo.
                              • tricolour Owszem - zaczynasz świrować. 08.07.06, 08:41
                                "Trudno powiedzieć, że jestem z żoną, albo że nie jestem" - nawet nie wiesz jak
                                jest.
                                "Równie trudno powiedzieć, że mi to odpowiada" - też nic nie wiadomo.

                                Wcale nie dziwię się Twojej żonie, że ma cie w nosie. Zresztą Ty w wypowiedziach
                                forumowiczów wypatrujesz tylko tych, które zwalniają Cię od jakiegokolwiek
                                działania. Nie chodzi o rozwód, separację - Ty nic nie chcesz zrobić, nic nie
                                wiesz, wszystkiego się boisz, zasłaniasz dobrem dzieci... ręce opadają. Jak
                                można założyć rodzinę i nic dla niej nie zrobić? Przecież Twoja dzisiejsze
                                zachowanie bierze się z czegoś...

                                Szkoda gadać.
                              • kasiar74 Re: Jak zwykle nie zgodzę się z Tobą, Scriptusie. 08.07.06, 09:36
                                Scriptusie problemu by nie było gdyby sytacja cie nie męczyła, ale jednak
                                ciebie to przerasta. Kiedys pisałam o bracie że ma taka sama sytację, że
                                pogodził się z zona, sielanka trwała kilka miesięcy teraz wszystko wróciło do
                                normy. Mają 9-telniego syna za którego brat dalby się zabić. Widać po chłopcu
                                jak bardzo zły jest taki układ i zycie w takim domu. Ma problemy w szkole, w
                                kontaktach z rówieśnikami mimo tego, że oboje rodzice go kochają. Współczuje ci
                                sytuacji i podziwiam determinację.
                                Skoro twoja zona opowiada, że się bedziemy rozwodzic to niech to zrobi. Siądź i
                                porozmaiwam z nią, ze ty nie chcesz rozwodu, ale jesli ona nie chce z tobą zyc
                                to niech działa i wtedy ty sie zgodzisz z jej decyzcja, a sam nie bedziesz
                                przykladac reki do takiego rozwiazania
                                • chalsia Re: Jak zwykle nie zgodzę się z Tobą, Scriptusie. 08.07.06, 10:44
                                  moja znajoma i jej o 4 lata starsza siostra do dziś mają największy żal do
                                  rodziców, ze nie rozwiedli się, gdy w związku nastał totalny chłód. Ich rodzice
                                  ciągnęli ten "cyrk" (z powodów dokładnie takich, jakie podaje Scriptus) do
                                  momentu, gdy były mocno nastoletnie.
                                  A one były szczęśliwe jak zobaczyły, JAK ich rodzice odetchnęli, gdy skończył
                                  się ten teatr. I jak okazało się, że i ojciec i matka odżywają i budują
                                  szczęście każde z osobna. I matka i ojciec weszli w ponowne związki małżeńskie,
                                  a one miały bardzo dobry kontakt z partnerami rodziców.
                                  Dodam, że obie - jeszcze w czasie małżęństwa rodzićów (w fazie układu
                                  dla "dobra dzieci")) - robiły różne rzeczy, z których raczej cieszyc by się nie
                                  należało (na szczęście bez baaaardzo powaznych konsekwencji dlaszych), i które
                                  na pewno bardzo zmartwiłyby ich rodziców.
                                  Chalsia
                              • maheda Scri... 08.07.06, 16:42
                                ... ja nie mówię, że należy to ciągnąć. Ja tylko mówię, że złożenie pozwu nie do
                                Ciebie należy.
                                Natomiast błaganie żony, żeby nie składała pozwu w sytuacji, kiedy Ona nie chce
                                z Tobą żyć, i zasłanianie się dobrem dzieci - jest poniżej pasa, bo kobieta dla
                                (nawet domniemanego) dobra dzieci przeważnie zrobi wszystko, ze skrzywdzeniem
                                siebie i Ciebie włącznie.
                                Musisz powiedzieć żonie, żeby - jeśli nie chce być już dłużej Twoją żoną -
                                złożyła pozew do sądu; niech nie liczy, że Ją w tym względzie wyręczysz. Pod tym
                                względem absolutnie zgadzam się z Kasiąr74.
                                Natomiast rzeczywiście nie widzę powodu, dla którego Scri miałby sam wnosić o
                                separację czy rozwód i wyręczać w tym żonę. Przecież to Ona chce zakończyć to
                                małżeństwo, nie On? Skoro tak, niech się tym sama zajmie.
    • 1madzia Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 07.07.06, 19:10
      - zimne piwo imbirowe - bardzo Ci współczuję, bo pewnie od tych wszystkich rad
      w mózgu Ci chlupie. Zachowując trzeźwe myślenie (jeszcze) - po jednym małym
      łyczku - powiem tak (tu waląc pięścią w stół): nikomu nie dano prawa mówić, co
      masz robić, bo nikt nie przyjmie za Ciebie odpowiedzialności i konsekwencji za
      decyzje podjęte w imię tych rad.
      Dlaczego Ty masz wnosić o rozwód, skoro go nie chcesz? Niech czyni to osoba
      bardziej zainteresowana rozwiązaniem tej sytuacji. Tym bardziej, że druga
      strona miałaby podstawy żądać zasądzenia alimentów nie tylko na dzieci, ale
      również dla siebie. Kto Ci zagwarantuje, że kiedyś dzieci nie wypomną Ci, że
      przyczyniłeś się do rozpadu małżeństwa, skrobiąc ten pozew?
      Kto Ci da całkowitą pewność, że dzieci (duże czy małe - bez znaczenia) będą
      szczęśliwsze przy matce z dochodzącym tatusiem? Skoro w Waszej rodzinie nie ma
      patologicznych sytuacji, to dzieci mogą Waszą sytuację odbierać zupełnie
      inaczej, niż oceniamy my - dorośli.
      Pozdrawiam i drugi łyczek...smile
      • maheda Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 07.07.06, 19:17
        Z jednym nie sposób się zgodzić:
        Niech o rozwód wnosi osoba, która chce się rozwieść!!! PEŁNA ZGODA!!!
        I nie wolno nie pozwalać na wniesienie pozwu, tak myślę.
        Jeśli ktoś chce go składać - niech składa.
        Zawsze można pozew wycofać - to raz, a dwa - można drugi raz się pobrać.
        Oczywiście w razie, gdyby rozwód okazał się dla OBU sron pomyłką.
        smile Pozdrawiam wszystkich ciepło.
        M.
        • scriptus Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 07.07.06, 22:08
          I ja tak myslę.
          Dzięki, zdrówko.
          • malgog Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 10:57
            Scriptusie

            to ja jestem Twoją żoną
            to "naszą" sytuację opisujesz,
            to ja jestem tą która chce się rozwieść
            tylko (wyczytałam między wierszami)że chyba wiek dzieci się nie zgadza

            rady dla Ciebie są radami dla mnie
            mnie/Twojej żonie nie zależy absolutnie na ratowaniu związku
            trwanie razem umotywowane/usprawiedliwione dobrem małych (2 i 6 lat) dzieci
            jest chore ale ja jestem tchórzem, więc chociaż Ty okaż się mężczyzną i zrób
            pierwszy krok

            oszukujemy siebie od kilku lat
            bez miłości, bez szacynku, bez szans na inne życie

            te same scenariusze..
            • scriptus Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 11:07
              malgog napisała:

              > Scriptusie
              >
              > to ja jestem Twoją żoną
              > to "naszą" sytuację opisujesz,
              > to ja jestem tą która chce się rozwieść
              > tylko (wyczytałam między wierszami)że chyba wiek dzieci się nie zgadza
              >
              > rady dla Ciebie są radami dla mnie
              > mnie/Twojej żonie nie zależy absolutnie na ratowaniu związku
              > trwanie razem umotywowane/usprawiedliwione dobrem małych (2 i 6 lat) dzieci
              > jest chore ale ja jestem tchórzem, więc chociaż Ty okaż się mężczyzną i zrób
              > pierwszy krok
              >
              > oszukujemy siebie od kilku lat
              > bez miłości, bez szacynku, bez szans na inne życie
              >
              > te same scenariusze..

              Pozwól mi chociaż zrozumieć, dlaczego...
              Co Tobą, co Wami, kobietami kieruje w takiej sytuacji?
              Dlaczego kobieta, którą kocham, której oddałem serce i pragnę oddawać wszystko,
              dlaczego jest nieszczęśliwa i chce odejść?
              Napisz, żebym zrozumiał.

              Dlaczego?
              • daleko_do_siebie Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 13:11
                Scri,
                Ty cholera nie pytaj dziewczyn na forum - zapytaj TĘ kobietę.
                Coś mi się wydaje, że nie pytałeś. Albo odpowiedzi nie chcesz przyjąć.
                No to męcz ją dalej. Dręcz tym uczuciem, kórego ona nie chce. Cierp i pokazuj
                swoje cierpienie. Żebraj. Nie rozmawiaj broń Boże, nie chciej niczego
                "konkretnego". Trwaj na szańcu i chełp sie tym, że trwasz.
                Jak do dziś nie wiesz DLACZEGO??
                Wiem, ona jest Chinką, a Ty nie znasz chińskiego...
              • malgog Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 13:57
                no ....to że Ty kochasz to za mało dla trwania w nieudanym związku
                nie wyjaśnię co czuje Twoja żona
                ja ...nie czuję się szczęśliwa
                z Tobą/moim m
                zapewnienia o miłości (których w moim związku brakuje a odnoszę wrażenie, że
                jej po prostu nie ma) to za mało

                mój m nigdy w ciagu 8 lat związku nie powiedział, że mnie kocha
                czy jest wśród uczestników forum kobieta, która nigdy (po ślubie a właściwie
                chyba i przed) nie usłyszała od swego partnera zapewnienia o miłości ?????!!!!!!
                a ja mówiłam bez przerwy, bo kochałam a może byłam tylko głupio do niego
                przywiązana, jak pies do pana
                dorosłam, przejrzałam na oczy i uświadomiłam sobie, że jestem z nim
                bo wydawało mi się, że nie spotkam nigdy nikogo, lepszego
                mówiłam kocham wiele razy aż mi się znudziło
                tak znudziło, to przykre wiem

                spróbuj porozmawiać jeśli potrafisz
                my na "te" tematy nie rozmawiamy
                ja mam egzemplarz "nie pije (w swojej ocenie), nie bije" więc czego chcesz....
                ja zawsze mówię to samo (tak, wiem..) on NIE UMIE SŁUCHAĆ i ma od wielu lat te
                same argumenty
                każda rozmowa to powtarzanie tych samych słów, zarzutów - znamy się jak łyse
                konie i wiemy z góry jak odbijemy piłeczkę
                rozmowa-awantura jest jak mantra
                wiecznie to samo
                ile można

                chcę uczucia i wielu innych rzeczy których wyliczanie zajęło mi wiele tygodni
                spędzonych u psychologa (i sporej kasy sad(()
                ale to chyba bardziej skomplikowane niż się wydaje
                albo nie umiem tego przelać na "papier"

                rozmowa - to moja recepta
                ale nie rozmowy o dupie-maryni (przepraszam za wyrażenie)

                acha i jeszcze jedna ważna rzecz której u mnie zabrakło
                udany sex
                a to niestety rozkłada każdy związek
                • scriptus Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 23:16
                  Nie jesteś moją żoną...
                  Ja mojej często powtarzałem, co do niej czuję, ze ją kocham.
                  Za to ona od dawna powtarza mi, że mnie nie kocha.
                  Sex, coż, nie powiem nic na ten temat, ale żona mówiła, że było OK.

                  Moje zdanie jest, że ona sama nie wie, o co jej chodzi.
                  Raz chodzi o teścia, raz o kasę, raz jeszcze o coś innego, ja się pilnuję, żeby
                  nie mieć żadnej "wpadki" spóźnienia, itp...

                  Dowiaduję się, że nic nas nie łączy i powinienem odejść... Ja??? Ja mimo
                  wszystko chcę z nią być. Jeżeli ona za wszelką cenę chce rozwiązania naszego
                  związku, to niech się ona tym zajmie. Już jej to mówiłem. Ale nie. To facet musi
                  być zawsze winien...

                  Przepraszam za szyderczy nastrój, ale jestem po rozmowie z kimś, z kim ona
                  rozmawiała o nas. Coraz bardziej jestem przekonany, że ona mnie prowokuje do
                  odejścia.

                  Głupio tak napisać o własnej żonie, ale mam poczucie nieuczciwości z jej strony,
                  przeżywam zawód, nie chcę wierzyć w to, co widzę, słyszę, itd.
              • finnka Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 14:07
                Bo jesteś niezdara. Bo gadasz na forum zamiast gadać z nią i "dziećmi". Bo nie
                nazywasz rzeczy po imieniu. Bo nie widzisz, że jesteś nudny. Bo można narobić ci
                na głowę, a ty tylko pojdziesz pod prysznic. Bo jesteś jak mebel. Bo gadają do
                ciebie a ty nie słuchasz tylko powtarzasz swoją mantrę.
                Bo chcesz oddawać wszystko, a my nie chcemy wszystkiego tylko to, co chcemy - ty
                nie wiesz czego chcemy.

                I TAK NIE ZROZUMIESZ, BO NIE CHCESZ...
              • maheda Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 14:42
                Scri, jeśli Twoja żona nie chce z Tobą żyć - pozwól Jej odejść.
                Niech składa pozew, rozwiedźcie się.

                Jeśli za to Twojej żonie brakuje odwagi, by podjąć ten krok - wniesienia pozwu
                do sądu - to ONA powinna się zastanowić, czego tak naprawdę chce.

                Trzymaj się ciepło z chłodnym bezalkoholowym drinkiem w te upalne dni... ściskam.
                • der1974 Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 15:12
                  No to dostało się Scri po głowie. Niestety w większości to trafne
                  spostrzeżenia. Ja też przechodziłem przez tę fazę, w której jest Scriptus, ale
                  jakimś cudem podniosłem się na sam koniec małżeństwa. I wcale nie żałuję. W
                  końcu mam poczucie, że kontroluję rozmowę, swoje emocje itp. Miłość nie może
                  być mędzeniem drugiemu człowiekowi, że się go kocha, a już zwłaszcza, gdy
                  partner po prostu już nie chce trwać w związku. Scri, a może Ty byś chciał,
                  żeby ona sobie poszła tylko się boisz wziąć odpowiedzialność? To byłoby jakieś
                  usprawiedliwienie. Jak przejrzałem swoje zapiski to ze zdumieniem odkryłem, że
                  we wrześniu zeszłego roku chciałem, żeby sobie już ode mnie poszła.

                  Aha i dzisiaj się spakowała całkiem. Jak mi kolega powiedział, że zabrała już
                  rzeczy z domu, to aż echo się niosło w słuchawce ... Nie mam ochoty tam
                  wracać sad. Teraz to już prawdziwy pierwszy dzień samotności się zaczyna. Boję
                  się i cieszę się.
                  • finnka Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 15:32
                    To ty też nic sam nie zreobiłeś? Też chciałeś by zona sobie poszła, kolegę
                    wysyłasz by sprawdził co w domu? Jezu - co za "faceci" teraz żyją. Ciała bez jaj.
                    • misbaskerwill Re: co za czasy... 08.07.06, 15:35
                      Za to nadrabiają nasze żony - nie dość że z jajami, to ile w sobie plemników
                      mają - często z różnym DNA jednocześniesmile))
                      • finnka Re: co za czasy... 08.07.06, 15:39
                        Na swoim zachowaniu budujesz opinię o żonie? Dziwce szukasz mieszkania? Typowa
                        męska postawa - szukać winy o kogoś innego.
                        • misbaskerwill Re: co za czasy... 08.07.06, 17:27
                          > Na swoim zachowaniu budujesz opinię o żonie? Dziwce szukasz mieszkania? Typowa
                          > męska postawa - szukać winy o kogoś innego.

                          Cieszę się, że Twoje życie jest takie proste, że możesz mieć czarno-białe opiniesmile))
                          Ja do niedawna też tak miałem, kochanej żonie zawdzięczam wprowadzenie
                          dyferencjału w postrzeganiu światasmile))

                          Wygląda na to, że dopiero się przejechałaś na facecie i jesteś mocno wk*ona, ale
                          pewnie to minie. Ja np. nie twierdzę, że wszystkie baby są złe i wyrachowane -
                          na razie stwierdziłem to tylko u jednej pani, którą bardzo dobrze znam (no, może
                          u kilkusmile).

                          A co do tego, że ja szukam mieszkania - cóż, moja kochana prawie-ex jest istotą
                          na tyle sprytną i wyrachowaną, że wszelkie ciosy wymierzone w nią sprowadza do
                          znęcania się nad dzieckiem... Zgodnie z prawem - powinna się wynieść po
                          rozwodzie, pod warunkiem znalezienia mieszkania zastępczego...czyli za 15 lat,
                          gdyby to zostawić sądowismile))
                          Tylko po co się w ogóle w takim razie rozwodzić? Dlatego biorę sprawy w swoje
                          ręce - to ja jej znajdę to mieszkanko, zapłacę na dobry początek, przeprowadzę
                          i... podziękuję jej za wszystko.
                    • der1974 Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 19:55
                      Nie miałem czasu wcześniej napisać, ale przeczytałem Twoją wypowiedź i chodziła
                      mi ona po głowie. Nie znasz stanu faktycznego, a się wysilasz na kategoryczne
                      zdanie. Nie wysłałem kolegi żeby coś sprawdzał, tylko byłem w pracy a kolegę
                      poprosiłem, żeby otworzył małżonce drzwi i zaczekał aż żona wszystko wyniesie.
                      Potem zamknął drzwi i oddał mi klucz. W kwestii kolegi to wszystko. A w kwestii
                      męskich zachowań, to co jest męskie a co nie-męskie? Szarpałem się przez rok,
                      dwa, starałem się coś zmienić w związku, stresowałem się i wymyślałem nowe
                      idee, żeby ożywić małżeństwo, byłem u psychologa i u biegłego sądowego w
                      sprawie dzieci. W końcu zaakceptowałem jej decyzję o rozstaniu, dałem niemałą
                      kasę na zadatek na jej mieszkanie, zastałem dziś syf, kiłę i mogiłę w domu. To
                      co niby miałem zrobić żeby było po męsku? Dać po gębie, bo od dwóch lat ma
                      romans i ze wszystkich moich starań się wesoło zaśmiewała? Sorry ale nie tak
                      sobie wyobrażam męskie zachowania.
                  • misbaskerwill Re: Do Scri i Der:) 08.07.06, 15:34
                    der1974 napisał:
                    > Scri, a może Ty byś chciał,
                    > żeby ona sobie poszła tylko się boisz wziąć odpowiedzialność? To byłoby jakieś
                    > usprawiedliwienie. Jak przejrzałem swoje zapiski to ze zdumieniem odkryłem, że
                    > we wrześniu zeszłego roku chciałem, żeby sobie już ode mnie poszła.

                    No właśnie Scri - jesteś mężczyzną, być może żona oczekuje od Ciebie męskiej
                    decyzjismile
                    Albo udowodnij jej zdradę (coś tam zawsze się znajdziesmile) lub jakąś inną winę za
                    rozkład pożycia, albo sam wnieś o szybki rozwód bez orzekania o winiesmile)
                    I nie mów, że nie chcesz o tym słyszeć - to nie jest forum "ratowanie
                    małżeństwa" czy "znudzone mężatki i żonaci" (a takie istniejesmile), tylko
                    "rozwód..." - skoro tu siedzisz, to chyba o tym czasem myśliszsmile))


                    > Aha i dzisiaj się spakowała całkiem. Jak mi kolega powiedział, że zabrała już
                    > rzeczy z domu, to aż echo się niosło w słuchawce ... Nie mam ochoty tam
                    > wracać sad. Teraz to już prawdziwy pierwszy dzień samotności się zaczyna. Boję
                    > się i cieszę się.

                    Gratulacje - ja zazdroszczęsmile)) Cały zeszły tydzień szukałem swojej
                    mieszkania... i nic (bo chciałbym sprostać jakimś minimalnym wymaganiom, choć i
                    tak nie będzie zadowolona, bo pałacu za 250 zł do tej pory nie znalazłemsmile ).
                    Zresztą - i tak nie jest powiedziane, że nie zechce wrócić do poprzedniego
                    mieszkania...Ale tym razem powita ją już właściciel - kochany teśćsmile)
                    Co się odwlecze, to nie uciecze.
                  • 13monique_n Der... 08.07.06, 15:44
                    > Aha i dzisiaj się spakowała całkiem. Jak mi kolega powiedział, że zabrała już
                    > rzeczy z domu, to aż echo się niosło w słuchawce ... Nie mam ochoty tam
                    > wracać sad.
                    To idź obejrzeć mecz - bliskimi, albo z kumplami, albo w Rynku, gdziekolwiek.
                    >Teraz to już prawdziwy pierwszy dzień samotności się zaczyna. Boję
                    > się i cieszę się. ...
                    samotności??? Mam wrażenie, że Ciebie ten rodzaj samotności nie zmęczy, masz
                    jeszcze wiele do odkrycia. Już jest lepiej, pamiętasz? I trzymaj się.
                  • 374.4w der 08.07.06, 16:14
                    często powtarzałam to sobie w czasie najwiekszych rozwodowych zawirowań:

                    Budowałam na piasku
                    I zwaliło się.
                    Budowałam na skale
                    I zwaliło się.
                    Teraz budując zacznę
                    Od dymu z komina.
                    • nicky7 Re: der 08.07.06, 23:28
                      ładne, zapamiętam wink
                • scriptus Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 23:27
                  maheda napisała:

                  > Scri, jeśli Twoja żona nie chce z Tobą żyć - pozwól Jej odejść.
                  > Niech składa pozew, rozwiedźcie się.
                  >
                  > Jeśli za to Twojej żonie brakuje odwagi, by podjąć ten krok - wniesienia pozwu
                  > do sądu - to ONA powinna się zastanowić, czego tak naprawdę chce.

                  Święte słowa.
                  Pozwól jej odejść...
                  Czy ja ją na smyczy trzymam, czy co ??
                  Nie ukrywam, że nie chcę, żeby odeszła, ale, nigdy, przez całe życie nie
                  trzymałem jej na uwięzi. Teraz też nie trzymam. Jest ze mną, czy raczej obok
                  mnie, z własnej woli i własnego wyboru. Ma własne klucze do drzwi wejściowych,
                  wchodzi i wychodzi z domu kiedy chce, jeździ własnym samochodem, ma swój telefon
                  komórkowy, rozmawia i spotyka się z kim chce i kiedy chce. Czego ja jej nie
                  pozwalam?? Czy ja ją ograniczam?
                  • nicky7 Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 08.07.06, 23:40
                    > Nie ukrywam, że nie chcę, żeby odeszła, ale, nigdy, przez całe życie nie
                    > trzymałem jej na uwięzi.

                    ależ ją na pewno wiele z Tobą łączy i jest jej trudno z tego zrezygnować. Może z
                    lenistwa nie podejmuje żadnych działań i chce, być ją wyręczył? Może nie chce po
                    prostu przyjać odpowiedzialności za ostateczne rozwiązanie i czeka, aż chłód
                    zmęczy Cię tak, że sam to zrobisz?



                    • 374.4w Re: Scri 09.07.06, 12:37

                      Co byś nie zrobił będzie źle...
                    • scriptus Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 10.07.06, 12:28
                      >ależ ją na pewno wiele z Tobą łączy i jest jej trudno z tego zrezygnować. Może z
                      >lenistwa nie podejmuje żadnych działań i chce, być ją wyręczył? Może nie chce po
                      > prostu przyjać odpowiedzialności za ostateczne rozwiązanie i czeka, aż chłód
                      > zmęczy Cię tak, że sam to zrobisz?

                      To chyba prawdopodobne... bierze mnie na przetrzymanie i liczy, że stracę
                      cierpliwość, ale w przypadku aż takiego wyrachowania nie mam już żadnych szans
                      na naprawę czegokolwiek sad, to tylko kwestia czasu, a pozew złoży to z nas,
                      które okaże się słabsze psychicznie. Nie ma co, świetlana perspektywa....

                      Ech nie chcę w to wierzyć. To po co mi dała śliczny prezencik na walentynki ??

                      Możecie się śmiać ze mnie, bowiem cały czas czuję śmierdzący oddech rozwodu na
                      plecach i uciekam przed nim, jednak nie chcę w ogóle dopuścić do świadomości
                      możliwości, że mnie dopadnie....
                      • phokara Re: Scri, pija˛c Twoje zdrowie 10.07.06, 12:34
                        Paradoksalnie moze byc tak, ze jak Cie dopadnie ten grozny potwor - rozwod, to Ci sie zrobi
                        lepiej...
                        Ucieczki strasznie rozwalaja psychicznie.
                      • nicky7 Re: Scri, pijąc Twoje zdrowie 10.07.06, 13:02
                        >Możecie się śmiać ze mnie, bowiem cały czas czuję śmierdzący oddech rozwodu na
                        >plecach i uciekam przed nim, jednak nie chcę w ogóle dopuścić do świadomości
                        >możliwości, że mnie dopadnie....

                        i tym samym skazujesz sie na zycie w zawieszeniu, na czekanie na wyrok, a raczej
                        na jego wykonanie. dlaczego tak trudno zrobic ten krok, mimo, ze wszystko jest
                        przesadzone?
                        - pytanie retoryczne, zadaję je sobie od kilku miesiecy...
                        • scriptus dzięki, przepiję też Wasze zdrowie :) 12.07.06, 08:51
                          Wszystko jest przesądzone, nie muszę chyba kiwnąć nawet palcem w bucie,
                          szczerze?, tak może będzie łatwiej. Wyrok już właściwie chyba zapadł. Wypada mi
                          już tylko, ze spokojem skazańca oczekiwać na jego wykonanie. Mam nawet swoje
                          przewidywania, co do terminarza wydarzeń, założyłem się z sobą o
                          butelkę-pocieszycielkę Jasia z zieloną etykietką, że będzie tak, jak
                          przewidziałem. sad
                          Ludzie siedzą w celi śmierci po kilkadziesiąt lat, i jakoś żyją big_grinDD, w moim
                          wypadku to najwyżej kilkanaście miesięcy.
                          I tak nie wiem, .... i co dalej. Nie szkodzi, chyba to nie będzie nic szczególnego.
    • marcepanna beznadziejne prezenty od niej 15.07.06, 18:06
      Widze ze
      cie niezle malzonka denerwuje))

      Wydaje mnie sie ze ulozysz kontakty z dziecmi po mysli, na razie probowala
      tylko lekko ukasac- tez ja denerwujesz)))

      kochanek wymaga czasu...




    • der1974 Re: pierwszy dzień samotności 15.07.06, 23:25
      Dzisiaj to 15 dzień kiedy jej nie ma. I dla mnie to szok, bo czuję się dobrze.
      Jestem pod wrażeniem, jak bardzo jest OK. Wczoraj co prawda wlazłem na schody
      ruchome jadące do góry zamiast w dół i się wywaliłem z wielkim hukiem w galerii
      w centrum miasta smile. I dobrze mi z tym jest. I że zabrała wszystko z
      mieszkania też mi dobrze, bo nie mam na co patrzeć i spotykać się z
      przeszłością. I budzę się co rano z wielką ulgą i zadowoleniem, że jestem sam,
      ale nie samotny. I dzisiaj miałem imprezę pierwszą w domu ze starymi
      przyjaciółmi, od których mnie konsekwentnie izolowała. Jestem drugi dzień z
      dziećmi, które mnie kochają i chcą być u mnie, i są usatysfakcjonowane z tego i
      wczoraj wieczorem poszły ze mną i za mną jak w ogień z jej mieszkania i
      rozrabialiśmy do 1 w nocy i że nie ma szans, na to, żeby mnie od nich odcięła.
      I cieszę się, że wczoraj zamiast siedzieć u niej jak baran (rzekła wpadnij Karo
      na kawkę - ja Ci q.. dam Karo, tak może moja Mama do mnie mówić pomyślałem i
      odpowiedziałem, że o tej porze kawy nie piję), to wolałem się po autostradzie
      jak wariat przejechać bez celu i sensu, za to z odpowiednią dawką adrenaliny. I
      czuję się zadowolony - wiem to głupio brzmi, ale takie są moje emocje. Kiedyś
      się wyciszą i będzie dobrze. Normalnie.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka