mar-yka
19.01.12, 01:22
Jesteśmy ponad 55 letnimi ludźmi. Od 28 lat małżeństwo, z długo wyczekiwanym 21 letni synem. Syn nigdy nie przejawiał żadnych niepokojących skłonności. Potrafił odnaleźć sie w grupie rówieśniczej, byl dizekciem towarzyskim, aktywnym społecznie, dobrym uczniem. Kręciły się za nim dziewczyny. Z żadną sie jednak nie spotykał. Jesteśmy wierzący, ta jego abstynencje poczytywaliśmy jako szanse na życie konsekrowane. Chcieliśmy aby syn, jak jego wuj-ksiądz, byl zakonnikiem. Syn, tak nam się zdaje, podziela nasze zapatrywania i garnął się do kościoła. przejął wiele inicjatyw, udzielał się. Byliśmy z niego dumni. Chcieliśmy, żeby na tej swojej drodze, miał jakiegoś mentora, kogoś kto go poprowadzi, zapozna go z tajnikami sztuki zakonnej. Chodził na spotkania tzw. dzieci boże i tam przejął go nasz wspaniały przyjaciel rodziny, zakonnik Ks.Marek.
O tym, ze syn ma defekt, dowiedzieliśmy sie własnie od naszego przyjaciela. Wyszło na spowiedzi u innego księdza, który kazał przyznać się Olkowi do sowich skłonności i Olek powiedział o wszystkim Markowi. Zaczęliśmy żmudną prace nad synem. Najpierw rozmowy, izolacja, terapia, na która skierował nas ks. Marek. Bardzo duze zaangażowanie Kościoła Katolickiego. Nasza walka i determinacja. Byliśmy nawet skłonni zrezygnować dla niego z planów o zakonie. Małżeństwo, nawet nieskonsumowane, byłoby lepsze, od tego wstydu i upokorzenia, jakich dostarczał nam nasz jedyny syn. Byl chory. Wiedział o tym i przez to cierpiał. Myśleliśmy o farmakologii, by nie tyle zmienić preferencje syna, co zabić popęd i odratować godność człowieka.
Przepraszam, ale dokończę jutro, bo w tej chwili jest ciężko.