Dodaj do ulubionych

To ja zdradziłam

31.08.06, 10:19
Witam,
tak tu sobie czytam i przeglądam... same zdradzone dziewczyny. A w moim
przypadku to ja zdradziłam.

Od razu zaznaczę, że moje małżeństwo było koszmarem, wieloletnim dla mnie
upokorzeniem i horrorem... Tkwiłam w tym bo dziecko, bo wspólny majątek bo
nie wiem co!?!?!?!? sad(((

I w pewnym momencie stanął na mojej drodze ON. I ruszyło. Zdradziłam męża.
Byłam z tamtym niedużo ponad dwa lata i oczywiście się rozsypało (on żonaty,
z innej części kraju - nie miało szans) ale ja dzięki temu podjęłam wreszcie
decyzję. Zobaczyłam, że można inaczej, że są inni męzczyźni, że można
rozmawiać, można się nie bać, można SPOKOJNIE ŻYĆ, że można nie kłamać. Że ja
potrafię, że mogę mieć spokój, że mogę kochac i być kochana!!! Że mężczyzna
może prowadzić, pomagać, wspierać i takie tam różne ... I to był koniec
mojego "małżeństwa".

Założyłam sprawę już po rozstaniu z tamtym. Nie potrafiłam już zobaczyć
mężczyzny czy nawet człowieka w moim ex-mężu. Dzięki tamtemu wyszłam z
cienia, zobaczyłam inny świat, zrozumiałam co jest dla mnie ważne kim jestem
i czego tak na prawdę pragnę. Pozew pisałam jakieś cztery miesiące. W końcu
napisałam jedno zdanie i wysłałam poleconym.

Dziewczyny. Spójrzcie na swoje byłe związki i byłych mężów pod tym kątem.
Może oni też się męczyli? Może to dla nich nie było to? Podejmujemy decyzję o
zawarciu małżeństwa:
bo nieplanowana ciąża
bo rodzina
bo zakochałyśmy się na śmierć i życie (w wieku 20 paru lat albo wcześniej...)
bo znamy człowieka pół roku z randek i spotkań na mieście i nam się wydaje że
to ten jedyny, najwspanialszy itd...
bo jemu też się wydaje
bo mamy nadzieję itd itp...

Oczywiście. Mamy rozum i powinniśmy z niego korzystać ale uczucia chadzają
własnymi drogami...

Wiem jak mało kto co to znaczy cierpienie, w każdym wymiarze...

Nie oceniam nikogo - Panie broń!!! Każdy ma swoje potrzeby, oczekiwania,
moralność, duszę, uczucia itd. Ale ludzie się zmieniają, z czasem wychodzą z
własnej skorupki i pokazują prawdziwe JA. Często bardzo niewłaściwie
odczytujemy jakieś jego/jej zachowania czy postawy bo nam się tak wydaje, bo
myslimy że cos tam. Ludzie nie mówią czego chcą, czego oczekują, szczególnie
my kobiety. Ileż to razy zamiast mojemu ex powiedzieć STOP! NIE ŻYCZĘ SOBIE!
PROSZĘ NIE to czy tamto, to ja nadymałam się i nie mówiłam nic albo bez
przerwy twierdziłam, że "nic się nie stało", "nic mi nie jest". Znacie to?
znacie.

Oj dużo by pisać...
Obserwuj wątek
    • brzoza75 Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 10:23
      "Dziewczyny. Spójrzcie na swoje byłe związki i byłych mężów pod tym kątem.
      Może oni też się męczyli? Może to dla nich nie było to? Podejmujemy decyzję o
      zawarciu małżeństwa:
      bo nieplanowana ciąża
      bo rodzina
      bo zakochałyśmy się na śmierć i życie (w wieku 20 paru lat albo wcześniej...)
      bo znamy człowieka pół roku z randek i spotkań na mieście i nam się wydaje że
      to ten jedyny, najwspanialszy itd...
      bo jemu też się wydaje
      bo mamy nadzieję itd itp..."


      JA WYSZŁAM ZA MĄŻ BO KOCHAŁAM SWOJEGO MĘŻA I TYLKO TYLE MAM DO DODANIA....
      • pudeleczko_75 Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 10:28
        ja też, wyszałm za mąż bo kochałam męża.
        nie wiem dlaczego mnie zdradził, ona nie jest ani ładniejsza, ani młodsz,a ma
        męża i dziecko. nie mili wspólnej przyszlości. moze po prostu dobrzez się bawił?
        ja teraz dobrze sie nie bawię, ale też nie zamierzam smazyć jego kochanki w
        ogniu piekielnym. moje małżęństwo się skończyło. i tyle.
      • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 12:54
        I też Ci nie wypaliło? Ale jaja...
    • nieide Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 10:35
      Dobry tekst, weekenda.
      Ja teraz odniosę się tylko do jednego fragmentu:

      "Ludzie nie mówią czego chcą, czego oczekują, szczególnie my kobiety. Ileż to
      razy zamiast mojemu ex powiedzieć STOP! NIE ŻYCZĘ SOBIE! PROSZĘ NIE to czy
      tamto, to ja nadymałam się i nie mówiłam nic albo bez przerwy twierdziłam, że
      'nic się nie stało', 'nic mi nie jest'. Znacie to?"

      Uważam, że otwartość i szczerość w związku popłaca. Jeżeli coś jest "nie tak" to
      należy o tym rozmawiać jak najszybciej i szczerze, a nie dusić to w sobie. Takie
      "zaduszone" często niszczy osobę a w konsekwencji cały związek.

      Z drugiej strony należy być otwartym na partnera na tyle, by ten chciał z nami
      szczerze i o wszystkim rozmawiać i żeby ułatwić mu tę rozmowę.

      Zgodzę się z Tobą, że ta sprawa ("duszenie w sobie" zamiast rozmowy) dotyczy
      kobiet. Często ta przypadłość dotyka też mnężczyzn, ale kobiety są na to jakby
      dużo bardziej podatne.

      Pozdrawiam smile
      • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 13:07
        nieide napisał:

        > Dobry tekst, weekenda.
        Prawda!

        > Uważam, że otwartość i szczerość w związku popłaca. Jeżeli coś jest "nie tak"
        t
        > o
        > należy o tym rozmawiać jak najszybciej i szczerze, a nie dusić to w sobie.
        Taki
        > e
        > "zaduszone" często niszczy osobę a w konsekwencji cały związek.
        Czy zdajesz sobie sprawę, że to często odwagi? Za szczerość obrywasz od
        partnera po kilkakroć w zęby. Co robisz dalej? Forsujesz prawdomowność,
        milkniesz, może kłamiesz? Pamiętaj, że nie każde małżeństwo to związek ludzi
        dobrej woli, niektórym się należy, mają wyłącznie wymagania.
        > Z drugiej strony należy być otwartym na partnera na tyle, by ten chciał z nami
        > szczerze i o wszystkim rozmawiać i żeby ułatwić mu tę rozmowę.
        Wystarczy zachować szacunek, dochować tajemnicy. Powiedzieć: rozumiem, choćby o
        problemie się miało zaledwie niejakie pojęcie, a potem go drążyć. Słowem
        niewiele - zwyczajnie stanąć przy czyimś ramieniu. Proste jak kilo kitu we
        wprawionym oknie.
        > Zgodzę się z Tobą, że ta sprawa ("duszenie w sobie" zamiast rozmowy) dotyczy
        > kobiet. Często ta przypadłość dotyka też mnężczyzn, ale kobiety są na to jakby
        > dużo bardziej podatne.
        Nie zawsze należy ogłaszać wszem i wobec o czym się myśli, co się czuje.
        Rozumiem, ale przecież tak trudno utrzymać język za zębami szczególnie, gdy
        sprawa ma pierwszorzędne znaczenie dla przyszłści świata. To jakby
        człowieka/kobietę gnótł gwaltowny imperatyw: trzeba to ogłosić, na zasadzie, że
        jeśli wiem ja, niech wiedzą i inni. No bo...
      • nangaparbat3 Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 15:21
        > Zgodzę się z Tobą, że ta sprawa ("duszenie w sobie" zamiast rozmowy) dotyczy
        > kobiet. Często ta przypadłość dotyka też mnężczyzn, ale kobiety są na to jakby
        > dużo bardziej podatne.


        U nas maż był na to "bardziej podatny", superpodatny, ja sie starałam
        ograniczać, a i tak dowiedziałam się, że chcę nim rządzić i jestem okropnie
        agresywna.
    • misbaskerwill Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 10:50
      >Podejmujemy decyzję o zawarciu małżeństwa, bo....

      Znakomita większość ludzi żeni się z wielkiej miłości a rozwodzi z wielkiego
      rozsądku.
      Też żałuję, że np. nie jest na odwrótsmile, ale stwierdzenie truizmu nic tu nie
      zmieni... zwłaszcza na forum rozwodowym. Może napisz to na forum dla nowożeńcówsmile

      >zobaczyłam, że można inaczej, że są inni męzczyźni, że można
      >rozmawiać, można się nie bać, można SPOKOJNIE ŻYĆ, że można nie kłamać.

      Zobaczyłaś to dopiero, kiedy zaczęłaś okłamywać męża, a Twój partner okłamywał
      żonę, do tego okłamywaliście się nawzajem - bo gdyby to była "prawdziwa miłość"
      nie zrezygnowalibyście ze swojego "związku"...

      Wybacz Weekendo, ale winę za rozkład w związku ponoszą zawsze dwie osoby, a winę
      za zdradę - zdrajcy. Rozumiem, że dla równowagi chcesz zwalić wszystko na męża,
      wierzę, że "to był koszmar", bo tak jak większość ludzi na tym forum
      doświadczyłem czegoś podobnego na własnej skórze, ale ten "koszmar" sama sobie
      zafundowałaś i sama nawet pośrednio opisujesz w jaki sposób do tego doszło...
      • weekenda Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 11:36
        Masz rację. Już od bardzo dawna wiedziałam i czułam, że mój związek to
        kompletna porażka i nieporozumienie ale w tym tkwiłam. Nie potrafiłam
        powiedzieć STOP już wiele lat temu.

        Nie okłamywałam męża. Po pierwsze już od bardzo dawna ten człowiek nie był moim
        mężem. Już od dawna nie łączyło nas nic poza układem: kat-ofiara. Mój ex-mąż
        nie miał pojęcia, że jest ktoś inny. I nie wie. Moja "zdrada" nie była powodem
        złożenia przeze mnie pozwu. Wiem też, że mój ex miał przygody ale byłam wówczas
        spokojniejsza i miałam nadzieję - "może go sobie ktoś weźmie?" Jego zdrady nie
        były dla mnie kłopotem.

        Mój ex-związek to związek przemocowy, życie z oprawcą, katem i potworem. Mój ex
        jest chory, wie o tym i nie chciał się leczyć. Nie chcę o tym pisać bo nie o to
        tu chodzi.

        Nie zawsze za rozpad odpowiadają dwie strony. Nieprawda. To stereotyp.

        Ale nie zwalam wszystkiego na męża. Moją winą jest to, że powinnam już dawno
        temu próbowac zacząć go leczyć, powinnam od dawna mówic mu STOP, DOSYĆ, NIE
        itd. Nie robiłam tego. Ja widziałam, że jest chory i za późno zaczęłam o tym
        mówić. Dla niego było już za późno. Jasne, że sama sobie to zafundowałam.
        Powinnam uciekać gdzie pieprz rośnie po pierwszym numerze jaki mi wywinął wiele
        lat temu... Potem juz było tylko gorzej... a ja ciągle miałam nadzieję, że się
        zmieni, że potrafię go zmienić. Ciężka idiotka.

        Nie oceniaj mnie Misbaskerwillu... wiesz tylko to co chcę napisać i nie znasz
        ani sytuacji ani mnie, ani ex. Napiszę jeszcze tylko jedno: czy spowodowanie
        śmierci własnego dziecka przez ex to jest wystarczający powód do ucieczki? (to
        nie było moje dziecko tylko ex). Nie musisz odpowiadać... Nie zawsze chcemy się
        przyznać nawet przed samym sobą do różnych rzeczy... I nie pisz mi o policjach,
        sprawiedliwościach, różnych "służbach", kościołach, które z założenia mają
        się "zajmowac i pomagać"... przetestowałam WSZYSTKIE mozliwości szukania pomocy
        w tym kraju... i wierz mi - NIKT CI NIE POMOŻE. NIKT I NIC. I tu, na tym padole
        nie znajdę sprawiedliwości.

        Wiem co przeżyłam i dziekuję codziennie Komuś Na Górze, że udało mi się z tego
        wyjść z synem cało i zdrowo.

        Zdrady, kłótnie, inne duperele... Jak nie chce to niech idzie w czortu!
        • aagnieszka76 Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 11:46
          Oczywiście, że nie zawsze wina jest proporcjonalnie rozłożona. W przypadku
          kiedy powiedzmy mąż pije i bije, a żona kiepsko gotuje i narzeka to nie są
          przewiny tego samego kalibru i nie można mowić, że obie strony w równym stopniu
          doprowadziły do rozkładu związku.
          Weekenda nie ma sensu się obwiniać, bo i tak nie miałaś szansy go leczyć.Tylko
          on sam mógł podjąc taką decyzję, a z pewnością nie miał takiego zamiaru.
          Pewnie, że powinnaś uciekać od niego od razu, ale w takich układach ofiary są
          zwykle zmanipulowane i uzaleznione psychicznie przez kata, więc nie jest to
          takie proste jak się wydaje. I nie sama sobie to wszystko zafundowałaś, tylko
          zrobił to on. I nie ma dla niego żadnego wytłumczenia.
          • weekenda Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 11:56
            Dzięki Agnieszko76... czytam, że rozumiesz o czym napisałam...

            Ale niestety obwiniam się. Pamiętam go kiedy był inny, kiedy ta jago "mania"
            nie rozwinęła jeszcze skrzydeł... a już wtedy widziałam, że coś nie tak.
            Bardziej to czułam niż rozumiałam... Teraz już za późno.

            Dlatego nie mam żadnych wyrzutów sumienia za moją "zdradę"... przez kilka chwil
            byłam szczęśliwa. Tyle. I pamiętam jak bardzo mi to pomagało utrzymac się w
            pionie wtedy, kiedy ex-mój "nabrał wiatru w żagle"... Inaczej mówiąc, moja
            zdrada uratowała mi życie... Obawiam się, że dosłownie.
            • bozka28 Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 12:58
              a ja chyba cię rozumiem weekendo-już dawno powinnam dać sobie spokój z miom
              meżem, ale jakoś nie potrafię, jakoś wcześniej godziłąm sie na to w jaki sposób
              mnie traktował, nawet wydawało mi sie że tak jest wszędzie..... do czasu, potem
              pojawił sie ON, na początku był tylko przyjacielem.... nie chciałam nic więcej,
              ale stało sie, od jakiegoś czasu zdradzam meża i dzięki tej zdradzie i temu
              KOMUŚ uświadomiłam sobie jak mężczyzna powinien traktować kobietę - że moze
              mnie szanować, być moim przyjacielem itd. a sex?? czy to jest najważniejsze???
              NIE, ale też nas łączy.... i powiem ci że też nie mam wyżutów sumienia z
              powodu tej zdrady, wiem, że kiedyś to sie skończy i kazde pójdzie w swoją
              stronę, ale jak na razie jest jak jest, najważniejsze że dzięki temu coś
              zaczęłam robić ze swoim życiem, jestem jeszcze z mężem ale nie wiem co będzie
              dalej.... a to że robię coś ze swoim życie to dzięki NIEMU, sama bym nie miałą
              na to siły, i co najważniejsze robie to dla SIEBIE - DLA SIEBIE, nie dla niego,
              nie dla męża, nie wiem jak dalej potoczy sie moje życie, czy zostanę sama czy
              nie, ale dzięki zdradzie przejżałam na oczy z kim jestem związana.... no i
              dzięki temu jest mi troszkę "różowo" , zdrada to coś złego - ale czy każda
              zdrada......
              • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 13:47
                bozka28 napisała:

                > potem
                >
                > pojawił sie ON, na początku był tylko przyjacielem.... nie chciałam nic
                więcej,
                >
                > ale stało sie, od jakiegoś czasu zdradzam meża i dzięki tej zdradzie i temu
                > KOMUŚ uświadomiłam sobie jak mężczyzna powinien traktować kobietę - że moze
                > mnie szanować, być moim przyjacielem itd. a sex?? czy to jest
                najważniejsze???
                > NIE, ale też nas łączy.... i powiem ci że też nie mam wyżutów sumienia z
                > powodu tej zdrady, wiem, że kiedyś to sie skończy i kazde pójdzie w swoją
                > stronę, ale jak na razie jest jak jest,
                Nie pękaj. Takie życie. Powetujesz sobie w pozagrobowym, dłuuugo.
                > najważniejsze że dzięki temu coś
                > zaczęłam robić ze swoim życiem, jestem jeszcze z mężem ale nie wiem co będzie
                > dalej.... a to że robię coś ze swoim życie to dzięki NIEMU, sama bym nie
                miałą
                > na to siły, i co najważniejsze robie to dla SIEBIE - DLA SIEBIE, nie dla
                niego,
                >
                > nie dla męża,
                Po niejakim czasie dostrzeżesz osoby, które skorzystały dzięki Twej haniebnej
                działalności. Masz dzieci, bo jakoś zapomnialam, ale chyba masz coś?
                > nie wiem jak dalej potoczy sie moje życie, czy zostanę sama czy
                > zdrada to coś złego - ale czy każda
                > zdrada......
                Jeeej, chowaj ten kwantyfikator, bo się do reszty wypłoszę.
            • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 13:41
              weekenda napisała:

              > mam żadnych wyrzutów sumienia za moją "zdradę"... przez kilka chwil
              >
              > byłam szczęśliwa. Tyle.
              Sporo.
              > I pamiętam jak bardzo mi to pomagało utrzymac się w
              > pionie wtedy, kiedy ex-mój "nabrał wiatru w żagle"... Inaczej mówiąc, moja
              > zdrada uratowała mi życie... Obawiam się, że dosłownie.
              Popadasz w przesadę, albo nie umiem pojąć jakieś wielowarstwowej zawiłości
              Twojego pokrętnego myślenia.
              • weekenda Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 13:55
                smile nie jest pokrętne. Odpowiadałam na to co pisali inni tudzież coś tam
                dodawałam. Bo wątek w międzyczasie trochę zszedł na inny temat. Z mojego powodu
                i trochę haosu niestety się wkradło.
        • misbaskerwill Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 12:22
          Weekendo, przepraszam, że "zmusiłem" Cię do takich wyznań...

          Nie chciałem Cię oceniać, tylko to - co napisałaś, posługując sie zresztą Twoimi
          słowami...
          Wiesz, co innego - stwierdzenie o "przejrzeniu na oczy" po upojnym romansie, a
          co innego związek przemocowy - czyli z chorym człowiekiem.

          Masz rację - wiele lat temu przepaliła Ci się lampka STOPu, skoro potrafiłaś tak
          długo tkwić w czymś takim - czy raczej po prostu nie miałaś sił lub ochoty tego
          oficjalnie skończyć.

          Być może, z moralnego punktu widzenia to nie była żadna więc zdrada, ale Ty sama
          to właśnie tak zatytułowaś, więc "zasugerowałem się"smile


          • weekenda Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 12:39
            smile

            No bo jakoś to zeszło na inną drogę. Temat znaczy.

            Jak świat światem ludzie nawzajem się zdradzali. Czasami taki skok w bok może
            człowiekowi pomóc. I nie mam tu na myśli podjęcia decyzji o rozwodzie ale wręcz
            przeciwnie! Znam ludzi, którzy przeżyli takie coś i dopiero "po" zaczęli
            doceniać drugą stronę, to co mają, co wspólnie zbudowali... Czasami to
            małżeństwu pomaga.
            A "po" tylko od obu stron zależy czy dadzą sobie z tym radę, na ile są w stanie
            rozmawiać o tym, o nich itd. To strasznie trudne ale możliwe...

            Nie twierdzę, że to lekarstwo na rozłam, marazm czy kłopoty w małżeństwie -
            żadne takie! ale coś w tym jest...
            • nangaparbat3 Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 15:32
              weekenda napisała:

              > smile
              >
              > No bo jakoś to zeszło na inną drogę. Temat znaczy.
              >
              > Jak świat światem ludzie nawzajem się zdradzali. Czasami taki skok w bok może
              > człowiekowi pomóc. I nie mam tu na myśli podjęcia decyzji o rozwodzie ale
              wręcz
              >
              > przeciwnie! Znam ludzi, którzy przeżyli takie coś i dopiero "po" zaczęli
              > doceniać drugą stronę, to co mają, co wspólnie zbudowali... Czasami to
              > małżeństwu pomaga.
              > A "po" tylko od obu stron zależy czy dadzą sobie z tym radę, na ile są w
              stanie
              >
              > rozmawiać o tym, o nich itd. To strasznie trudne ale możliwe...
              >
              > Nie twierdzę, że to lekarstwo na rozłam, marazm czy kłopoty w małżeństwie -
              > żadne takie! ale coś w tym jest...
              >
              To doleję oliwy.
              Sama nigdy meża nie zdradziłam, ale wielokrotnie myslalam, że gdyby ex w
              odpowiednim momencie naszego malzeństwa znalazł sobie kochankę (i umial to
              ukryć przede mną) być może bylibysmy dziś szczęśliwą, pełną rodziną.
              Chociaż zaczęłam się zastanawiac teraz czy ja jako ja nie byłabym mniej
              szczęśliwa niż jestem - ale to juz zupełnie osobny temat.
        • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 13:38
          weekenda napisała:

          > przetestowałam WSZYSTKIE mozliwości szukania pomocy
          >
          > w tym kraju... i wierz mi - NIKT CI NIE POMOŻE. NIKT I NIC. I tu, na tym
          padole
          Wniosek : Bóg ci musi pomoc, skoro nikt inny nie chce, bodajże podpowiedzią jak
          masz wypleść linę ratunkową.
          >
          > nie znajdę sprawiedliwości.
          >
          > Wiem co przeżyłam i dziekuję codziennie Komuś Na Górze, że udało mi się z
          tego
          > wyjść z synem cało i zdrowo.
          Podzielam Twoje zacięcie religijne.
          > Zdrady, kłótnie, inne duperele... Jak nie chce to niech idzie w czortu!
          Przeważnie chciałby być i znikać. Jedni będą zatrzymywać a inni popychać, lecz
          nie jest to dziełem przypadku. Poza zdrajcą/nią jest człowiek.
      • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 13:28
        misbaskerwill napisał:

        > Znakomita większość ludzi żeni się z wielkiej miłości a rozwodzi z wielkiego
        > rozsądku.
        Wskaż źródło wskazujące na prawdziwość przytoczonego szacunku, bo jeśli Ci się
        tak tylko wydaje, sądzę, że jesteś w poważnym błędzie. Rozwody są motywowane
        przez potężne emocje, niekoniecznie pozytywne.
        > Też żałuję, że np. nie jest na odwrótsmile, ale stwierdzenie truizmu nic tu nie
        > zmieni... zwłaszcza na forum rozwodowym. Może napisz to na forum dla
        nowożeńców
        > smile
        Nie strasz, póki co niech się cieszy święta naiwność. Potem będzie gorzej, o
        czym bardziej otrzaskani i tak swoje wiedzą.
        > Zobaczyłaś to dopiero, kiedy zaczęłaś okłamywać męża, a Twój partner okłamywał
        > żonę, do tego okłamywaliście się nawzajem - bo gdyby to była "prawdziwa
        miłość"
        > nie zrezygnowalibyście ze swojego "związku"...
        Kiedyś palnęłam zgrabny pościk na innym forumie o tym, co tworzy sytuację
        sprzyjającą zdradzie i czym ona jest w istocie rzeczy. Odchodzenie od siebie
        poza horyzont myśli i uczuć to wolna przestrzeń, a największym kalibrem zdrady
        nazwałałabym uogólniony brak wiary i zaufania. Potem już się nie da, chyba że
        zdrajca bardzo by się starał, a zdradzany umiałby po raz X uwierzyć temu samemu
        człowiekowi. Musi jaki heros, a jeśli kto woli, idiota.
        >
        > Wybacz Weekendo, ale winę za rozkład w związku ponoszą zawsze dwie osoby, a
        win
        > ę
        > za zdradę - zdrajcy. Rozumiem, że dla równowagi chcesz zwalić wszystko na
        męża,
        > wierzę, że "to był koszmar", bo tak jak większość ludzi na tym forum
        > doświadczyłem czegoś podobnego na własnej skórze, ale ten "koszmar" sama sobie
        > zafundowałaś i sama nawet pośrednio opisujesz w jaki sposób do tego doszło...
        Nic nie jest doskonale czarne ani białe, aliści jest bielsze niż szare.
    • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 31.08.06, 12:53
      weekenda napisała:

      > I w pewnym momencie stanął na mojej drodze ON. I ruszyło. Zdradziłam męża.
      > Byłam z tamtym niedużo ponad dwa lata i oczywiście się rozsypało (on żonaty,
      > z innej części kraju - nie miało szans) ale ja dzięki temu podjęłam wreszcie
      > decyzję. Zobaczyłam, że można inaczej, że są inni męzczyźni, że można
      > rozmawiać, można się nie bać, można SPOKOJNIE ŻYĆ, że można nie kłamać. Że ja
      > potrafię, że mogę mieć spokój, że mogę kochac i być kochana!!! Że mężczyzna
      > może prowadzić, pomagać, wspierać i takie tam różne ... I to był koniec
      > mojego "małżeństwa".
      Ale Ci facio wyciął numer! Wcisnął Ci w rękę wzorzec. Ciekawe czy to podarek
      czy raczej złodziejstwo. Zależy, zależy..
      > Założyłam sprawę już po rozstaniu z tamtym. Nie potrafiłam już zobaczyć
      > mężczyzny czy nawet człowieka w moim ex-mężu.

      > Dziewczyny. Spójrzcie na swoje byłe związki i byłych mężów pod tym kątem.
      > Może oni też się męczyli? Może to dla nich nie było to? Podejmujemy decyzję o
      > zawarciu małżeństwa:
      > bo nieplanowana ciąża
      > bo rodzina
      > bo zakochałyśmy się na śmierć i życie (w wieku 20 paru lat albo wcześniej...)
      > bo znamy człowieka pół roku z randek i spotkań na mieście i nam się wydaje że
      > to ten jedyny, najwspanialszy itd...
      > bo jemu też się wydaje
      > bo mamy nadzieję itd itp...
      Mój pierwszy ex wciąż się skarżył, że musiał się przy mnie uwijać na palcach, a
      to dość męczące, na dłuższą metę wręcz nie do wytrzymania. Mówił mi, że
      nauczony doświadczeniem naszego małżeństwa teraz dopiero wie, kim powinna być
      jego nexa.
      > Oczywiście. Mamy rozum i powinniśmy z niego korzystać ale uczucia chadzają
      > własnymi drogami...
      Zdusić i za łeb do ziemi. Uczucia chadzają, my - kobiety - płaczem. Należy
      zachować najwyższy rozsądek, wszak gra idzie o życie, albo traktować młość z
      przymrużeniem oka. Można też wyssać z partnera, co się da, a zewłok odrzucić,
      bo się już nie da od niego niczego nauczyć ani nim zabawić. Możliwości jest
      100. Są tacy, którzy muszą się nad tym zastanawiać. Ja, dzięki Bogu, jestem
      wolna od takich rozterek.
      > Każdy ma swoje potrzeby, oczekiwania,
      > moralność, duszę, uczucia itd.
      Nie zapominaj, że jednak obowiązują wybrane zasady. Relatywizm doprowadzi świat
      na krawędź przełęczy.
      > Ale ludzie się zmieniają, z czasem wychodzą z
      > własnej skorupki i pokazują prawdziwe JA.
      Jak nam nie kłamać innych, gdy nie znamy siebie? A jeśli nawet, to nie
      dopuszczamy prawdy do naszej świadomości. Znajdziemy 100 przyczyn, 100 masek,
      aby zaprzeczyć, usprawiedliwić, dalej - brnąć w neurotyzm.
      > Ludzie nie mówią czego chcą, czego oczekują, szczególnie
      > my kobiety. Ileż to razy zamiast mojemu ex powiedzieć STOP! NIE ŻYCZĘ SOBIE!
      > PROSZĘ NIE to czy tamto, to ja nadymałam się i nie mówiłam nic albo bez
      > przerwy twierdziłam, że "nic się nie stało", "nic mi nie jest". Znacie to?
      > znacie.
      Na moim exie nie robiła wrażenia artykulacja rozbijanym szkłem, ciężką klątwą,
      krzykiem, prośbą, łzami. Chciałam siebie wypowiadać, nie raczył udzielać
      audiencji, a może zyczajnie nie kumał, o co babie biega. Sądzę, że tak mu już
      na zawsze zostanie, ale to już nie moje zmartwienie.
    • tricolour Jak coś się rozpieprzy... 31.08.06, 16:21
      ... to zawsze można szukać, że miało się rozpieprzyć i szukać racjonalnych
      powodów... np niechciana ciąża... Można też napisać, że rozum swoją drogą, a
      uczucia swoją...

      Za żadne skarby nie chciałbym kobiety, która jest tak rozdwojona... normalna schiza.

      tongue_outP
      • brzoza75 Tri 31.08.06, 16:40
        a Ty nie miałeś takich dylematów zaraz tuż po odejściu, rozwodzie ?
        ja przyznam się, że miałam sporo myśli , a nie powiem już co myślałam o całej
        przemocy, że np. to moja wina była i masz rację to była schiza natomiast
        zastanawiam się czy to aby nie jest pewien etap naszego położenia...co dalej..?
        • a.niech.to Re: Tri 31.08.06, 16:50
          brzoza75 napisała:

          > zastanawiam się czy to aby nie jest pewien etap naszego położenia...co
          > dalej..?
          Pewnie jak to bywa, boleśnie zadrwi z nas życie. Nie ukrywam, że mnie nie do
          śmiechu. Podobno nic dwa razy... może nieco więcej?
        • tricolour Problem w tym... 31.08.06, 16:55
          ... że jak się ma nieudane małżenstwo, potem się zdradza z żonatym facetem i ten
          związek też jest nietrwały (co było wiadomo od początku)... to ja bym się w
          takiej sytuacji zastanawiał, czy w ogóle jestem zdolny do trwałych relacji, a
          nie szukał "dobra" we własnych porażkach.

          Bo jak zacznę szukać tego dobra, to dojdę do wniosku, że facet niepłacący
          alimentów dobrze robi, bo uczy dziecka oszczędności...

          tongue_outPPP
          • brzoza75 pójdźmy dalej... 31.08.06, 16:57
            a nie spotykający się facet z własnym dzieckiem uczy dziecka czego?
            samodzielności?
            • tricolour To była tylko ilustracja, a nie chęć jałowej.. 31.08.06, 16:58
              ... dyskusji o facecie, który nie płaci, co jest karalne.
              • brzoza75 Re: To była tylko ilustracja, a nie chęć jałowej. 31.08.06, 17:00
                oj dobra już dobra
          • weekenda Re: Problem w tym... 31.08.06, 17:04
            smile) przeczytaj moje pozostałe posty...
            • tricolour Z pozostałych postów nic nie wynika... 31.08.06, 19:22
              ... a nawet lektura innego wątku niewiele wnosi. Bo ja jakos nie za bardzo
              wierzę w skrajności, w czarno-białe, a bardzo wierzę w zwyczajną szarość, która
              jest najciekawsza.

              Na razie (na razie, co podkreślam) Twoje pisanie jest mało spójne. To znaczy z
              ogromnego koszmaru, który trudno sobie wyobrazić... dochodzisz do "lekkich"
              wniosków. Może przeżyłaś ogromną przemianę (w rok, a to krótko)...

              Zobaczymy...

              smile)
      • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 31.08.06, 16:52
        Rozczaruję Cię - nie jestem schizofreniczką smile))

        Tak do końca to nie rozumiem Twojej wypowiedzi... To pewnie jakieś spore skróty
        myślowe... i tak do końca nie wiem jakiego postu dotyczą... nie musisz ofkors
        tego rozwijać ale skoro już coś określasz mianem schizy to czy mógłbyś
        rozwinąć? Chociażby dlatego, że to ciężka jednostka chorobowa...
        • wojtekp67 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 12:38
          Załosne, naprawde załosne...
          Szanowna weekendo, a nie przeszkadzało ci ze mialaś romans z żonatym, ze
          wpieprzasz sie w czyjaś rodzinę. Swoje małzenstwo spieprzyłaś wraz z mezem ale
          chcialas i inne rozwalic? W imię własnego egioizmu, zeby zobaczyc że z innym
          jest lepiej?
          I Ty sie zalisz ? Bleeee
          • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 13:13
            oj najpierw poczytaj... nie oceniaj. Tam wyżej czarnymi literkami jest coś
            niecoś napisane. Wystarczy poczytać.
            • phokara Re: Jak cos´ sie˛ rozpieprzy... 01.09.06, 13:25
              Daj spokoj, kobieto.
              Niektorzy w zyciu nie pozbeda sie z domu czarno-bialego telewizora, zeby przypadkiem czegos
              w innych barwach nie zobaczyc.
            • f.l.y Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 13:34
              ja też zostawiłam męża...
              po wielu próbach ratowania związku, rozmów...nie, nie było zdrad w naszym
              związku, ale brakowało życia, wspólnych celów, codziennych rozmów, troski o
              siebie wzajemnie, o dom...

              miałam dość marazmu...odeszłam, szantażował, że się zabije, prosił, mówił jak
              był ze mną szczęśliwy...a czy moje szczęście się nie liczy? ja też chciałam być
              szczęśliwa...

              po paru latach wiem, że dobrze zrobiłam...
              owszem, potem pojawił się inny mężczyzna...ale na trwałe związki (ślub) to ja
              już chęci nie mam....

              obiecanie sobie przed ołtarzem czy urzędnikiem, że nie opuszczę Cię aż do
              śmierci jest wg mnie niezamierzonym kłamstwem...
              nie możemy zagwarantować tego, że dotrzymamy tej obietnicy....
              ja takowej już nigdy więcej nikomu nie złożę...

              owszem, ja wiem, że zdradę powinno się zwyczajowo potępiać, ale dlaczego tak
              rzadko mówi się o jej powodach?

              weekenda założyła dobry wątek...
              punkt widzenia strony zdradzającej....

              zdradzeni czują wrogość do zdradzających, żal itp....czy zadaliście sobie
              pytanie dlaczego zostałem/am zdradzony/a?

              to prawda, że często powodem jest chwilowe zaćmienie umysłu
              tzw 'chemią'...zaszumi w głowie i robimy głupstwo...
              ale często, zdrada to ucieczka z domu, od ludzi, którzy często zapominają, że o
              związek dbają dwie strony.....
              • pudeleczko_75 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 13:54
                > zdradzeni czują wrogość do zdradzających, żal itp....czy zadaliście sobie
                > pytanie dlaczego zostałem/am zdradzony/a?

                FLY ja to pytanie zadaje sobie codziennie od kiedy się dowiedziałam, zadałam je
                też kilka razy mojemu mezowi, analizuję siebie, swoje małżeństwo, zachowania.
                analizuję sama i z przyjaciółmi, którzy nas znają od tych 7 lat i nie umiem
                znależć odpowiedzi.... strasznie trudno jest zyć z tym czego się nie rozumie.
                • a.niech.to Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:39
                  pudeleczko_75 napisała:

                  > strasznie trudno jest zyć z tym czego się nie rozumie.
                  KOSZMARNIE!!!
                  • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:43
                    eeee tam. Jak życie może być trudne z czymś czego się nie rozumie??? Jak się
                    nie rozumie to sie nie rozumie - nie ma tego człowiek w swym obszarze więc nie
                    tykasmile
              • wojtekp67 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:05
                Nie mówimy o zdradzie w tym wątku, tylko o 2 letnim romansie, podwójnym zyciu z
                żonatym facetem. Tamten rozumiem też biedny i stłamszony przez żone,
                nieszczesliwy ? Czy naprawdę nie widac tu zwykłego oszustwa, tchórzostwa bez
                wzgledu na stan zwiazku małzeńskiego. Nie podoba się, jesteś nieszczesliwa to
                odejdź, ale nie.... lepiej przecież prowadzić podwójne zycie, oszukiwac, ta
                adrenalinka, zakazany owoc, rajcuje, nieprawdaz?
                • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:19
                  To Ty Wojtkup67 mówisz o romansie... smile ja nie użyłam takich słów ani nic
                  takiego nie miało miejsca. To Ty tak to nazywasz.

                  To nie było podwójne życie. Mam jedno i swoje życie. On był dla mnie oparciem,
                  pionem, podporą... był dla mnie Mężem przez pewien czas. Pokazał Kim dla
                  kobiety powinien być mężczyzna. To co nas łączyło, powinno mieć miejsce w
                  każdym małżeństwie: to było pełne zrozumienie, szacunek, tolerancja dla naszej
                  odmienności, inności, spokój i wzajemna uczciwość.

                  Nikogo nie oszukiwałam smile bo nie było kogo oszukiwać. Nie miałam i nie mam
                  żadnych wyrzutów sumienia bo nie było przy mnie męża... chyba, że na papierze.
                  Nie znam tego uczucia o jakim piszesz: "adrenalinka, zakazany owoc rajcuje".
                  Nigdy nie czułam czegoś takiego ale Ty coś o tym chyba wiesz skoro o tym
                  piszesz? To tak się czuje? wink

                  Poprosiłam Cię abyś poczytał to było wcześniej napisane...
                  • pudeleczko_75 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:22
                    Weekenda sama napisalaś, że ten facet był zonaty, z innej czesci kraju, a wiec
                    to BYŁ ROMANS, to było podówjne zycie. dla niego i dla Ciebie w konsekwencji
                    tez.
                    rozumiem, że oszukiwanie jego zony dla ciebie nic nie znaczy.
                    • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:35
                      Masz rację, jego żona nie interesowała ani nie interesuje mnie wcale. Nie ona
                      była częścią mojego życia. To ich sprawa, ich małżeństwa. W ich małżeństwo nie
                      ingerowałam.

                      Pudełeczko_75, przepraszam i zarazem pozwól: jaki związek ma to, że facet był
                      żonaty i z innej części kraju z określeniem romans... to nie ma żadnego związku
                      chyba, że użyłaś jakiegoś skrótu myślowego i ja go nie wychwyciłam... Zresztą,
                      jeśli ma to dla Was takie znaczenie i tak bardzo Wam do sytuacji pasuje, to
                      nazywajcie to sobie jak chcecie smile

                      Mam jedno życie swoje, nie podwójne. Z tego co wiem, to każdy ma jedno życie.
                      To stereotyp - podwójne życie itd. Idąc dalej tym tokiem to powinniśmy
                      stwierdzić, że każdy ma wiele żyć: jedno dla dzieci (jesteśmy idealni), jedno w
                      pracy (jesteśmy niezastąpieni), jedno dla przyjaciół, jedno dla współmałżonka,
                      jedno dla urzędników itd itp...

                      Ja byłam mężatką, on był żonaty. Ani ja jego ani on mnie do niczego nie
                      zmuszaliśmy. Nikt z tego powodu nie cierpiał, nikt poza nami o tym nie wiedział
                      i ani jego ani moje małżeństwo nie rozsypało się z tego powodu. Mnie pozwoliło
                      i nauczyło inaczej patrzeć na świat i zrozumieć siebie. I w konsekwencji wyrwać
                      się z horroru.
                      • pudeleczko_75 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:38
                        żona tez nie cierpiała, że mąż ją zdradzał? pewnie tak, ale ona Cie nie
                        interesuje i nie interesowała, bo przeciez nie ingerowałas w ich małżeństwo.
                        nie wcale, to az śmieszne.
                        • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:54
                          Nie Pudełeczko_75 nie ingerowałam w ich małżeństwo. Tak samo jak on nie
                          ingerował w moje. Posłuchaj (poczytaj?) nmnie uważnie:

                          jedyną osobą jaka ingerowała i miała możliwość ingerować w moje małżeństwo to
                          JA. JA SAMA miałam możliwość je zmienić, naprawić, skierować na inną drogę,
                          skończyć. JA i mój ex. Nikt poza nami. Bo małżeństwo dotyczy tylko i wyłącznie
                          DWÓCH osób: MNIE i MĘŻA. Spróbuj to spokojnie przeczytac i przemyśleć. To MY
                          jesteśmy w naszym małżeństwie, MY je tworzymy, MY mamy na nie wpływ. Nikt poza
                          nami nie ma na to wpływu. Jakim cudem ktoś trzeci może mieć na to wpływ? Chyba,
                          że zmusi jedną ze stron w taki czy inny sposób. Ale to MY podejmujemy decyzję o
                          wyglądzie NASZEGO małżeństwa. Jeśli nie chcemy to nikt - ktokolwiek by to nie
                          był - nie da rady mieć wpływu na moje małżeństwo.

                          Moją sprawą było aby mój ex-mąż i moje ex-małżeństwo nie ucierpiało z powodu
                          mojej znajomości i vice versa: jego sprawą było aby z tamtej strony nikt nie
                          cierpiał. To było jasne jak słońce od początku do końca.

                          I wierz mi. Jego żona nie cierpiała z tego powodu smile Cierpiałam ja i on ale też
                          do pewnych granic. Jeśli coś jest jasne, klarowne i proste od samego początku
                          to i koniec nie jest trudny.

                          pozdrawiam! smile
                          • a.niech.to Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:56
                            weekenda napisała:

                            > Jeśli nie chcemy to nikt - ktokolwiek by to nie
                            > był - nie da rady mieć wpływu na moje małżeństwo.
                            W zasadzie... Zabiłaś mi ćwieka. Taa... są tacy, którzy nigdy nie kradną.
                            > I wierz mi. Jego żona nie cierpiała z tego powodu smile Cierpiałam ja i on ale
                            też
                            >
                            > do pewnych granic.
                            Jest ze mnie straszny niedowiarek.
                            > Jeśli coś jest jasne, klarowne i proste od samego początku
                            > to i koniec nie jest trudny.
                            Też mnie nie przekonuje, chyba że cały czas mówimy o przyjaźni.

                        • a.niech.to Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:51
                          To odwracanie się plecami do poważnego problemu, który realnie istnieje.
                          A mają dzieci?
                          • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:55
                            Mają. dorosłe i poza gniazdem smile
                      • wojtekp67 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:43
                        hmmm... ty naprawdę nic nie rozumiesz....
                        Wyobraż sobie,z ę teraz zkochasz sie w jakimś facecie, pobierzecie się i za
                        parę lat nagle dowiesz sie ze on ma romans z inną kobietą. Z inną mezatką. I
                        co? nikogo nie chcieli skrzywdzić, nikt sie o tym nie miał dowiedzieć. tak
                        wyszło, ale Ciebie to nie powinno obchodzic. Nie bedziesz przecież z tego
                        powodu cierpieć. Nikomu nic złego sie nie stanie.
                        Weekenda, troche empatii, wczucia sie sie w to co inni czują. czy naprade tylko
                        własne "ja"?
                        • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:19
                          oj rozumiem, Wojtekp_67, rozumiem bardzo dużo i wielu rozmaitych tematach i
                          dziedzinach znam się bardzo dobrze wink (sorki - złapałam Cię za słówko...)

                          Wojtekp_67.........: o moim/naszym związku "romansie" nikt poza nami nie
                          wiedział.... (jęk, jęk uncertain) To jakim cudem mogliśmy kogoś skrzywdzić?

                          Mogę sobie wyobrazić tysiące różnych sytuacji, w konsekwencji których wszyscy
                          będą cierpieć. Wierz mi potrafię. I rozumiem takie sytuacje doskonale. Ale
                          wciąż mówimy/piszemy o mojej sytuacji - chyba, że mi się już wszystko pokićkało
                          i piszemy tak, ogólnie na temat zdrady tak w ogóle... teoretyzujemy i dyskusja
                          stała się akademicką...

                          Tak?
                          • a.niech.to Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 16:03
                            weekenda napisała:

                            > Wojtekp_67.........: o moim/naszym związku "romansie" nikt poza nami nie
                            > wiedział.... (jęk, jęk uncertain) To jakim cudem mogliśmy kogoś skrzywdzić?
                            Zachowaniem można skrzywdzić tym bardziej, im ktoś mniej rozumie. Gdzie
                            klarowność sytuacji?
                            > teoretyzujemy i dyskusja
                            > stała się akademicką...
                            >
                            > Tak?
                            W moim odczuciu trochę. Kręcimy się wokół jakiegoś nieprawdopodobnego w realu
                            modelu.
                          • agash4 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 16:11
                            Wojtekp_67.........: o moim/naszym związku "romansie" nikt poza nami nie
                            wiedział.... (jęk, jęk uncertain) To jakim cudem mogliśmy kogoś skrzywdzić?

                            weekenda stosujesz tutaj logike, ze jak zlodziej nie zostal przylapany to nie
                            bylo kradziezy. Chyba troche dziecinna logika.
                            Zaiste, moge sobie wyobrazic, ze jak sie jest kochanym czy pozadanym przez
                            dwoch facetow to sie mozna podbudowac i "nie rozumiec" o co oni na tym watku
                            tyle szumu robia. Ale jak sie rozstalas z kochankiem, planujesz to samo z mezem
                            i jednak Ci sie nie pouklada wspaniale - to zaczniesz inaczej uwazac. Punkt
                            widzenia zalezy od punktu siedzenia/polozenia.
                            Na tym forum wiekszosc ludzi jest totalnie pogubionych i maja poczucie krzywdy
                            i oszukania, wiec nie dziw sie ich komentarzom. A swoja droga gratuluje tupetu,
                            przyszle doswiadczenia moga Ci go stepic nieco i naucza troche empatii i pokory.
                            • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 16:28
                              ojoj... już nie mam siły zaczynać od nowa tego samego. To nie był/jest mój
                              kochanek, nie planowałam żadnych rozstań itd itp. Z tego co napisałeś
                              odczytuję, że nie czytałeś pozostałych postów? Trudno. Już na dzisiaj mam
                              dosyć. Jeśli Ty nie - przeczytaj proszę pozostałe posty. Szczególnie moje
                              dzisiejsze z Wojtkiemp_67.

                              Tupet? O czym Ty piszesz chłopaku? I na temat mojego współodczuwania i mojej
                              pokory nic nie wiesz.

                              > Na tym forum wiekszosc ludzi jest totalnie pogubionych i maja poczucie
                              krzywdy
                              > i oszukania, wiec nie dziw sie ich komentarzom.

                              To forum jest o nazwie "rozwód... i co dalej" więc nie dotyczy tylko i
                              wyłącznie stron pokrzywdzonych. Czyż nie? A poza tym gdybyś przeczytał posty to
                              wiedziałbyś, że to ja byłam i jestem stroną pokrzywdzoną.

                              Tak czy siak już nie pociągnę tego wątku bo moim zdaniem wystarczy na dziś (a
                              może w ogóle?)
                              • pudeleczko_75 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 16:30
                                przecież zdradziłaś męża (vide pierwszy wpis) to jak to nie byl kochanek???
                                • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 16:52
                                  Nie wszystko odbywa się jak w holyłódzie... i nie wszystko jest takie izi i
                                  takie jednoznaczne jak w harlekinach czy innych operach mydlanych. Czasami
                                  ludzie korzystają z rozumu, niektórzy to nawet podciągają pod wyrachowanie...
                                  żeby nie zwariować, żeby żyć, żeby coś też mieć od życia...

                                  pozdrawiam i życzę miłego łikendu!
                      • a.niech.to Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:50
                        weekenda napisała:

                        > Ja byłam mężatką, on był żonaty. Ani ja jego ani on mnie do niczego nie
                        > zmuszaliśmy. Nikt z tego powodu nie cierpiał, nikt poza nami o tym nie
                        wiedział
                        >
                        > i ani jego ani moje małżeństwo nie rozsypało się z tego powodu. Mnie
                        pozwoliło
                        > i nauczyło inaczej patrzeć na świat i zrozumieć siebie. I w konsekwencji
                        wyrwać
                        >
                        > się z horroru.
                        Jajako żona nie miałabym nic przeciwko takiemu związkowi męża z inną kobietą.
                        Szanuję wartościową przyjażń, a coraz bardziej mi na to wygląda.
                        • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 16:01
                          Nie opisywałam szczegółów tamtego związku bo i po co? Ale mogę. Na początku i
                          owszem był seks, bo zauroczenie, bo chemia bo nie wiadomo jeszcze co. Ale
                          okazało się porażką. Kompletną. I zaczęliśmy rozmawiać. I tak rozmawialiśmy
                          przez ponad dwa lata... Zresztą kontakt nie jest zerwany... jak to miło
                          usłyszeć przyjazny głos w słuchawce w dzień urodzin, imienin, z okazji Świąt
                          czy bez okazji...

                          Każdemy życzę z całego serca takiego związku smile
                  • a.niech.to Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:46
                    weekenda napisała:

                    > On był dla mnie oparciem,
                    > pionem, podporą... był dla mnie Mężem przez pewien czas. Pokazał Kim dla
                    > kobiety powinien być mężczyzna. To co nas łączyło, powinno mieć miejsce w
                    > każdym małżeństwie: to było pełne zrozumienie, szacunek, tolerancja dla
                    naszej
                    > odmienności, inności, spokój i wzajemna uczciwość.
                    >
                    A może pomyliłaś przyjaciela z kochankiem? Facet by się zdziwił. Spotkałaś
                    ideał nieskalany żadną rysą - znaczy idealizujesz. Tak nie ma.
                    > Nikogo nie oszukiwałam smile bo nie było kogo oszukiwać. Nie miałam i nie mam
                    > żadnych wyrzutów sumienia bo nie było przy mnie męża... chyba, że na
                    papierze.
                    > Nie znam tego uczucia o jakim piszesz: "adrenalinka, zakazany owoc rajcuje".
                    > Nigdy nie czułam czegoś takiego ale Ty coś o tym chyba wiesz skoro o tym
                    > piszesz? To tak się czuje? wink
                    To pewnie dość obrzydliwe doznanie, które powinno wskazać powrotną drogę do
                    domu i to w te pędy, zanim małżeństwo na igrcach ucierpi.

                    • agash4 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 16:15
                      i jeszcze jedno, skoro to przyjaciel a nie kochanek, to po co sie ukrywac?
                      przyjaznie sa spolecznie przyzwolone. A ten przyjaciel dzwoni do domu? Maz
                      odbiera telefony od niego do Ciebie? Rozmawiasz z nim przy mezu? Czy wychodzisz
                      do przyslowiowej lazienki, zeby wysluchac tych zyczen swiatecznych?
                      • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 16:40
                        nie czytałaś postów...

                        Moje małżeństwo z którego uciekłam, to związek kat-ofiara. I to ja byłam tą
                        ofiarą... przemoc w rodzinie... przemoc psychiczna, bicie, okradanie, gwałt...
                        teraz jestem już bardzo mądra i mocna ale jeszcze parę lat temu... Parę lat
                        zajęło mi dochodzenie do siebie... I stoję BARDZO mocno na nogach!

                        Nie. On nie dzwonił do mnie do domu.
                        Nie. Mąż nie odbierał telefonów od niego.
                        Życzenia różne składał mi jak byłam poza domem. smile

                        Zaspokoiłam Twoją ciekawość? Nie wszystko odbywa się jak w holyłódzie... i nie
                        wszystko jest takie izi i takie jednoznaczne jak w harlekinach czy innych
                        operach mydlanych. Czasami ludzie korzystają z rozumu... żeby nie zwariować,
                        żeby żyć, żeby coś też mieć od życia...

                        pozdrawiam i życzę miłego łikendu!
                • a.niech.to Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:41
                  wojtekp67 napisał:

                  > lepiej przecież prowadzić podwójne zycie, oszukiwac, ta
                  > adrenalinka, zakazany owoc, rajcuje, nieprawdaz?
                  Więcej zrozumienia, a mniej złośliwości.
                  Zasadniczo zaś się z Tobą zgadzam. Wypadałoby usiąść we troje/czworo i
                  najzyczajniej pogadać.
              • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:26
                Cześć f.l.y smile

                jakiś czas temu nawrzeszczałam na Ciebie na innym forum... dałam upust swoim
                uczuciom i tu się znów spotykamy smile)) Również Cię tam przeprosiłam i mam
                nadzieję, że nie chowasz do mnie urazy? co?

                Ładnie napisałaś.

                Dobrze mnie zrozumiałaś. Zawsze są dwie strony medalu. Mało kto zastanawia się
                dlaczego on/ona zdradziła (pomijam patologie czy Casanowy...). Zdecydowana
                większość nie mam tego we krwi, nie planuje takich posunięć, nie marzy od
                dziecka o takim rozwiązaniu a jednak się zdarzają i to stosunkowo często.
                Kończą się różnie: ktoś cierpi lub nie cierpi nikt; ktoś to zrobi mądrze a ktoś
                zrobi z tego magiel... różnie, jak różni są ludzie...

                Pozdrawiam Cię!
              • a.niech.to Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:37
                f.l.y napisała:

                > obiecanie sobie przed ołtarzem czy urzędnikiem, że nie opuszczę Cię aż do
                > śmierci jest wg mnie niezamierzonym kłamstwem...
                > nie możemy zagwarantować tego, że dotrzymamy tej obietnicy....
                Nie można przysiąc miłości, ale solidarność w obliczu nieszczęścia jak
                najbardziej. Według mnie decydują tu przyjaźń i wierność. Można dotrzymać słowa
                lub nie - kwestia wyboru. O wierności decyduje wola, na miłość nie ma sposobu,
                żeby ją z drogi zawrócić, gdy postanowiła odejść. Zresztą gdy przyjdzie
                nieoczekiwanie też problem, co z nią uczynić.
                > zdradzeni czują wrogość do zdradzających, żal itp....czy zadaliście sobie
                > pytanie dlaczego zostałem/am zdradzony/a?
                Ciekawy zamysł, masz chwilę czasu, klepnij taki wątek. Może być wielce
                pouczający dla zdradzonych i zdradzających.
                > to prawda, że często powodem jest chwilowe zaćmienie umysłu
                > tzw 'chemią'...zaszumi w głowie i robimy głupstwo...
                Nie czyniłabym z tego problemu, to tak jak z koleżanką z pracy na integracyjnej
                imprezie po kielichu. Przeważnie kończy się wstydem i kacem.
                > ale często, zdrada to ucieczka z domu, od ludzi, którzy często zapominają, że
                o
                >
                > związek dbają dwie strony.....
                Taa...Spotkałam się z koncepcją, że wystarczy do kury domowej powiedzieć:
                księżniczko i już jest Twoja.
          • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:07
            A poza tym Wojtkup67 tu są sami pokrzywdzeni... rozwodzą się dwie strony a nie
            jedna.

            W mojej sytuacji moja wina jest tylko jedna - w porę nie powiedziałam głośno i
            wyraźnie DOŚĆ, STOP i nie znalazłam argumentów ani wystarczającej siły aby
            skierować czy wręcz zmusić do terapii mojego ex-męża. I tu do końca życia będę
            czuła się winna. Przez 14 lat walczyłam o związek i poniosłam porażkę.

            Natomiast życie robi różne niespodzianki i różne sytuacje stawia na naszej
            drodze. Nie wiadomo co i kto stanie za godzinę, jutro, za rok. I po to mamy
            rozum aby sobie z tym radzić. Nikt nie cierpiał poza mną i tym "trzecim" w tym
            układzie, który pojawił się w moim życiu i z którym starałam sobie poradzić.
            Nikt o tym nie wiedział. Ani ja nie weszłam w rodzinę tamtego ani on w moją.
            Natomiast pomógł mi jak nikt na świecie. Również w podjęciu decyzji o
            bezsensowności mojego związku i zrozumieniu przeze mnie, że nic na siłę, że ja
            też mam swoje potrzeby, uczucia i chcę mieć swoje życie. Normalne i spokojne.

            Nie żalę się smile nie. I nie oczekuję współczucia. Żadne takie. Opisałam w
            zarysie i przyznaję w sporym chaosie moje przeżycia aby pokazać, że w rozwodach
            jest wiele stron. Nie: że opuścił, że zdradziła, że wyrzucił, że oskubała, że
            nie kocha, przestała kochać itd.

            Nie zawsze zdrada jest tym złym elementem, nie zawsze jest to tak jednoznaczne
            i negatywne. No chyba, że ktoś należy do LPR czy innej podobnej formacji...
            (bez urazy)

            Zdrada pojawia się tam gdzie komuś czegoś brakuje. Pomijam tu patologie czy
            jakieś odchylenia od standardu (patrz wątek: Casanova smile) Jeśli ta strata, brak
            czegoś jest dotkliwy - coś się wydarzy. Potocznie mówi się o tym, że sami
            podświadomie ściągamy na siebie jakieś sytuacje, jakich nam brakuje. A co z tym
            zrobimy to już insza inszość smile

            Wojtkup67 - nie oceniaj tak radykalnie tym bardziej, że nie znasz całości. I w
            końcu forum po to jest aby dzielić się swoimi przeżyciami. A są z pewnością
            różne. Ja się do swoich przyznałam. I nie oczekuję ani nie spodziewam się
            współczucia ani potępienia bo nie jest to możliwe, aczkolwiek wiem, że ludzie
            (szczególnie na monitorze) są różni. Trochę zrozumienia? wymiany poglądów?
            spojrzenia na temat z tej drugiej strony? wymiany doświadczeń?

            Nigdy nie zdarzył Ci się skok w bok? cokolwiek by to nie miało być? jakaś na
            boku kawa? kino? rozmowa wykraczająca poza neutralne normy? (jest coś
            takiego? wink) czy nawet kudłate myśli? smile))

            pozdrawiam Cię! smile
            • phokara Re: Jak cos´ sie˛ rozpieprzy... 01.09.06, 14:16
              > Nigdy nie zdarzy? Ci sie˛ skok w bok? cokolwiek by to nie mia?o byc´? jakas´ na
              > boku kawa? kino? rozmowa wykraczaja˛ca poza neutralne normy? (jest cos´
              > takiego? wink) czy nawet kud?ate mys´li? smile))

              Ale to sie nie liczy. Skok w bok, rabanka na boku jest ok - ale dwuletni romans juz nie jest ok.
              Albowiem moralnosc jest sprawa dalece wzgledna. W dosc bezwzglednej ocenie.
            • wojtekp67 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:25
              Oczywiscie , ze sa rózne sytuacje, rózne związki, rózni ludzie. Ale nie
              przekonam sie do tezy ze zdrada moze być środkiem na rozwiazywanie problemów.
              No, powiedzmy wyobrazam sobie , ze ktos spróbuje raz jak to jest z kimś innym,
              bo nie spróbował przed ślubem smile ale trudno i wtedy mówić o miłosci .
              Ale nie jest to srodek na szukanie drogi zycia. Bo sama zdrada a zwłaszcza
              podwójne zycie jest juz wyborem tej drogi zycia. Ty znasz problem z tamtej
              strony ja znam z tej. Wydaje mi sie ze jesli dwoje ludzi powiedizało sobie
              kiedyś "tak" i potem sie nie udało, to powienien pozostać szacunek, a w
              podwójnym życiu i oszukiwaniu drugiej strony ja tego szacunku niestety ale nie
              widze. Nie wypaliło, zle, rozstajemy sie i po bólu.
              pozdrawiam.
              • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:41
                smile no i w konsekwecji tak zrobiłam!: kiedyś powiedziałam "tak", budowałam,
                walczyłam, próbowałam. Nie udało się, nie mam więcej sił BASTA! Koniec. Po
                bólu. Wiele czasu upłynęło od momentu kiedy tamten "romans" przestał istnieć i
                napisałam pozew...

                Napisałeś Wojtkup67:

                > No, powiedzmy wyobrazam sobie , ze ktos spróbuje raz jak to jest z kimś
                innym,bo nie spróbował przed ślubem smile ale trudno i wtedy mówić o miłosci . >

                Czyli dopuszczasz, że raz może być coś zdradą a raz nie w zależności od
                sytuacji czy interpretacji? tak? smile

                pozdro! smile
                • wojtekp67 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 14:48
                  Nie, po prostu dopuszczam myśl, ze ludzie błądzą. kazdy pewnie kiedys cos
                  zrobił czego załuje. sa rózne chwile słabosci. Ale nie iluś letni romans, lata
                  oszukiwania, kluczenia. Tu był czas na przemyślenie, podjecie decyzji itd, itp.
                  Myślisz ze to nie odbija sie na psychice, ze nie uczy kłamstw, potem wchodzi w
                  nawyk.
                  • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:12
                    Cieszę się że dopuszczasz ludzkie błędy i pomyłki smile

                    Nie. Nie zgadzam się z Tobą. Wszystko oczywiście zależy od sytuacji a ja przez
                    cały czas odnoszę się tylko i wyłącznie do mojej sprawy. Jeszcze raz
                    podkreślam: nikogo nie oszukiwałam. Na tym etapie mojego ex-małżeństwa nie było
                    już kogo oszukiwać. Jeśli już, to oszukiwałam sama siebie, że dam radę, że
                    wytrzymam, że skoro inne też nie mają słodko to może tak ma być??? i takie tam
                    inne dyrdymały. W zasadzie nawet nie wiem jak to się stało, że dzień za dniem,
                    dzień za dniem i tak minęło parę lat...:
                    on: co kupić?
                    ja: zakupy już zrobiłam
                    on: jutro wyjeżdżam na miesiąc.
                    ja: OK, co mam powiedzieć dzieciom?
                    on: że wrócę za miesiąc.

                    I takie tam. Jak sobie przypomnę to sama zachodzę w głowę jak tak się dało... a
                    się dało. Tyle lat.

                    W moim przypadku nie było żadnego kluczenia bo nie musiało być.

                    Zgadzam się z Tobą w jednym przypadku. Oczywiście, że takie życie odbija się na
                    psychice. Strasznie. I to zostanie już do końca ale pod innym względem. Boję
                    się nowego związku. Więcej. Nie dopuszczam na razie myśli, że mogłabym się
                    związać z nowym mężczyzną. Boję się straszliwie: przemocy, znęcania i
                    okradania. Trzeci raz życia nie będę rozpoczynała od początku to pewne! smile
                    Mój, jak to określiliście "romans" pokazał mi, że są Mężczyźni-Partnerzy-
                    Przyjaciele. Że potrafią i mogą ze mną rozmawiać, być bez żadnych zobowiązań,
                    tylko dlatego, że chcą. Że chcą ze mną. Piszę w l.mnogiej bo spodziewam, że nie
                    trafiłam w tego jednego i jedynego rodzynka na świecie smile No i jednak wciąż mam
                    nadzieję...

                    Wracam do formy (psychicznej) sprzed mojego ex-małżeństwa. Znów ze spokojem
                    patrzę w przyszłość, znów chce mi się pomagać ludziom i robię to! smile Znów
                    ŻYJĘ!!! big_grin

                    pozdrawiam smile
                    • wojtekp67 Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:28
                      smile Moze masz racje, ze dyskusja zrobiła sie akademickasmile "Zdrada-jako forma
                      rozwiazywania problemów" "Problem zdrady we wspólczesnym społeczenstwie" smile
                      Nie znałem i nie znam Twojej sytuacji i twojego zycia wiec to tylko
                      teoretyzowanie. A ze patrze przez pryzmat moich problemów - to fakt.
                      A poza tym jakos dusza romantyka we mnie siedzi. ehhhh... zycie....
                      Pozdrawiam.
                      • weekenda Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:38
                        No to witaj w klubie romantyków! smile Odkąd się wyzwoliłam znów zaczęłam chodzic
                        w sukienkach w kwiatki, przynosić kwiaty do domu, słuchac ukochanej muzyki,
                        czytac ksiązki, chodzić na spacery itd... smile

                        Każdy patrzy na wszystko ze swojej strony. No bo z jakiej ma patrzeć? przecież
                        tak naprawdę zna i rozumie tylko swoją.

                        I tym optymistycznym mam nadzieję akcentem może się uda skończyć ten wątek?
                        Trochę mnie tu chyba za dużo...

                        miłego łikendu! (jakem Weekenda) smile
        • a.niech.to Re: Jak coś się rozpieprzy... 01.09.06, 15:24
          weekenda napisała:

          > skoro już coś określasz mianem schizy to czy mógłbyś
          > rozwinąć? Chociażby dlatego, że to ciężka jednostka chorobowa...
          Znam gorszą: paranoja rozmiarów pająka. Jakby co, nic nie powiedziałam.
          • dzamira1 Re: Bylas szczesliwa. 01.09.06, 19:01
            Ze facet ,ktory byl zonaty ,mowil piekne slowka ,byl dla Ciebie wsparciem.A
            dlaczego nie zostawil zony ,bo napewno bardzo ja kochal ,a Ty dla niego bylas
            zabawka ,odskocznia ,nie wiem jak to nazwac.Niektorzy faceci maja taki
            bajer ,ze dadza sie na to nabrac takie dziewczyny ,jak Ty.Jaka Ty bylas
            szzesliwa i tak Cie kochal ,ze zostal z zona.Mysle i to jest tylko moje
            zdanie ,ze kazdy z Nas zdradzonych moglby zrdadzic ,moze dla zemsty ,ale co to
            da.Nic ,zadnej satysfakcji ,bo chetnych ,zeby zabawic sie za darmo jest
            duzo.Ciekawe jakby Twoj maz zdradzil Cie ,to bylabys heppy ,nie mialabys
            zadnego zalu.Nie mam zadnej litosci dla takich osob jak Ty i naprawde chwaly to
            Tobie nie przynioslo
            • a.niech.to Re: Bylas szczesliwa. 01.09.06, 19:17
              dzamira1 napisała:

              > chetnych ,zeby zabawic sie za darmo jest
              > duzo.
              Gdzie ? Nie jestem przy forsie.
              > Ciekawe jakby Twoj maz zdradzil Cie ,to bylabys heppy ,nie mialabys
              > zadnego zalu.
              Byłam mocno zaskoczona.
            • a.niech.to Re: Bylas szczesliwa. 01.09.06, 19:18
              dzamira1 napisała:

              > naprawde chwaly to
              >
              > Tobie nie przynioslo
              ..ale nieco lokalnej sławy z pewnością.
              • dzamira1 Re:a.niech.to to nie bylo do Ciebie tylko do 01.09.06, 19:55
                weekendowej. A slawy to chyba miedzymiastowej.
                • a.niech.to Re:a.niech.to to nie bylo do Ciebie tylko do 01.09.06, 20:35
                  No, no...nawet w takim zakresie...Prawda.
                  • f.l.y tak jak... 01.09.06, 21:09
                    tak jak zdradzony nie zrozumie zdradzającego, tak tez i na odwrót...

                    każda strona ma swoje racje, swoje odzczucia i ciężko jest mówic
                    komuś...zrozum, że...
    • berek_76 Re: To ja zdradziłam 01.09.06, 18:48
      Przeczytałam. Się wypowiem.

      Wina za rozpad małżeństwa leży zawsze po obu stronach.

      Wina za zdradę leży po stronie zdradzającego. Wyboru "pozostanę uczciwy i
      odejdę" versus "zdradzę" dokonuje sam zdradzający, na ogół nie pod groźbą pistoletu.

      Bywa, że osoba uwikłana w jakiś koszmarny związek nie umie go przerwac, chociaz
      wie, że powinna. Bywa, że dopiero po zdradzie jest w stsnie wyzwolic się z
      koszmaru. Bywa, że to jej ratuje życie.

      Nie sprawia to jednak, ze zdrada staje się przez to uczciwsza.

      Dlatego złości mnie odbrązawianie zdrady na zasadzie, ze w końcu wyszło na
      dobre, ergo - nie było złe. Mnie mój mąż powiedział, ze prosze, jak skorzystałam
      na jego zdradzie - jestem teraz szczęsliwa, pogodzona z Bogiem...

      A co do tego, że oni nie wiedzili, ze byli zdradzani, czyli zdrada nikogo nie
      bolała... czego oczy nie widza, tego sercu nie żal, nieprawdaż?

      "Dawnych lat architektury
      budowano z równą troską
      widoczne i skryte mury,
      licząc się z wszechwiedzą Boską".

      Tak, tak, ja wiem, to, o czym pisze, to są wydumane zasady. już to słyszałam,
      możecie mi nie odpowiadac.

      -----------------------
      Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
      • pudeleczko_75 Re: To ja zdradziłam 01.09.06, 18:57
        berek
        zgadzam się z Toba w 100% a wydumane zasady? lepiej miec wydumane niz żadne.
        i chciałbym móc w zyciu tych wydumanych się trzymać, oby mi się udało.
      • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 01.09.06, 19:22
        berek_76 napisała:

        > jestem teraz szczęsliwa, pogodzona z Bogiem...
        Klikasz,a więc żyjesz..choć i to nie wydaje się być aż takie pewne.
        > czego oczy nie widza, tego sercu nie żal, nieprawdaż?
        Nieprawdaż.
        • to.ja.kas Re: To ja zdradziłam 01.09.06, 20:33
          A ja rozumiem autorke watku. Rozumiem bo sama przezyłam takie malzeństwo i byc
          moze zycie uratował mi mój eks narzeczony. Bardzo prawdopodobne. On wprawdzie
          nie był zonaty, ale ja zdradziłam męża będąc jeszcze formalnie w związku.
          I dziekuje do dzis, że Artur sie pojawil że był, ze nie pozwolil wrócić, że
          tłumaczył, ze pokazał inne zycie, że dał siłe do walki to by wyrwac się z tej
          matni. T długa i czarna historia. Na szczescie z happy endem.
          Życzę szcześcia.

          Weekenda i nie dziw się, kto nie przezył ne zrozumie. A nikomu nie zycze
          takiego zrozumienia i swiadomosci, ze zadna instytucja w tym kraju nie pomoze.
          Dobrze, ze znalazl sie KTOŚ kto dal siłe.
          • daleko_do_siebie Re: To ja zdradziłam 01.09.06, 23:48
            Ciekawe podejście - nikt się nie dowiedział więc nikomu sie krzywda nie stała.
            Przecież to bzdura. Zdrada, czyli zło dzieje się w chwili zdradzania - nie w
            chwili wyjścia na jaw. Ktoś poświęcał Ci swój czas, swoje serdeczne myśli,
            dzielił Twoje troski, pomagał, pocieszał, bawił, rozśmieszł, przytulał. Biegł na
            spotkania, długo rozmawiał przez telefon. Tyle tylko, że to wszystko - i czas i
            uczucia obiecał kiedyś komu innemu. Nie ma ludzi, którzy z równą temperaturą,
            równym zaangażowaniem są z dwiema osobami. A to znaczy, że będąc z Tobą, myśląc
            o Tobie musiał ukraść i ten czas i te uczucia swojej żonie. A Ty się na to
            zgadzałaś. Tyle. To właśnie jest zdrada - i to jest Twoja i jego wina. I nie
            chrzań, że nikomu nie stała się krzywda. Stała się.
            • nangaparbat3 Re: To ja zdradziłam 02.09.06, 00:21
              >>>Tyle tylko, że to wszystko - i czas i
              uczucia obiecał kiedyś komu innemu. Nie ma ludzi, którzy z równą temperaturą,
              równym zaangażowaniem są z dwiema osobami. A to znaczy, że będąc z Tobą, myśląc
              o Tobie musiał ukraść i ten czas i te uczucia swojej żonie

              Żona ani mąż nie są WŁAŚCICIELAMI swoich uczuc ani czasu. Nie mozna ich ukraść.
              Nie mozna tez oczekiwać, że z chwilą zawarcia związku porzucą swoje przyjaźnie
              i znajomości, ani ze nie bedą zawierać nowych. Oczywiscie nie mam tu na mysli
              zdrady - ale zauważ, że przy Twojej interpretacji wszysko staje się zdradą i
              złem.
              Z drugiej strony uważam, że zdradę (seksualną) demonizuje się, ze nadaje się
              jej nadmierne znaczenie - zwlaszcza wtedy, gdy namietność przygasa i tak
              naprawdę zazdrość nie jest bolem kochanka/kochanki tylko
              właściciela/włascicielki.

              Powtórzę jeszcze raz: jestem przekonana, że gdyby mój mąż potrafił zdobyć sie
              na odwagę i wziąć sobie kochankę (ale tak, zebym ja się nie domysliła), nasze
              malżeństwo pewnie byłoby teraz cale i szczęśliwe.
              Bo on miałby kogoś, komu mógłby sie na mnie pozalić, wyrwac na chwile z naszych
              domowo-rodzinnych problemów, nabrac dystansu.
              Oczywiście bardzo prawdopodobne, ze trafiłby na damę, która na przyklad
              postanowiłaby spotkac się ze mną, zeby mi wytłumaczyć, ze on mnie nigdy nie
              kochal i nie powinnam stac na drodze ich szczęściu.
              Ale byc moze to tez nie byłoby takie dla naszego związku destrukcyjne.

              Chce zaznaczyć, ze nie namawiam nikogo do zdrady. Natomist uważam, ze szkoda z
              powodu czegos takiego rozwalać rodzinę.
              • daleko_do_siebie Re: To ja zdradziłam 02.09.06, 00:35
                Rozróżniam przyjaźń od miłości. I nie o poczucie własności mi chodziło. Każdy
                jest właścicielem swojego czasu i swoich uczuć. Każdy ma prawo do swoich pasji,
                przyjaciół, znajomych. Ale nie żenimy się z tabunem przyjacioł czy zanjomych -
                żenimy się z kimś o kim myślimy i mówimy, że jest najważniejszy. Z nim chcemy
                spędzać czas, o nim myślimy, on się o nas martwi i troszczy. Banał - nie? Ale
                powiem Ci, że w dobrej kondycji w moim otoczeniu przetrwały te małżeństwa, w
                których choć namiętności przygasły to to uczucie "najważniejszości" drugiej
                osoby pozostało. I myślę, że taki dwuletni związek, o którym pisze Weekenda, a
                pisze jak o związku uzdrawiającym, intensywnym, musiał jego żonie odebrać
                właśnie to poczucie najważniejszości.
            • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 02.09.06, 08:39
              daleko_do_siebie napisała:

              > Nie ma ludzi, którzy z równą temperaturą,
              > równym zaangażowaniem są z dwiema osobami. A to znaczy, że będąc z Tobą,
              myśląc
              > o Tobie musiał ukraść i ten czas i te uczucia swojej żonie. A Ty się na to
              > zgadzałaś. Tyle. To właśnie jest zdrada - i to jest Twoja i jego wina.
              Niekoniecznie, to mogła być równie dobrze żonina wypłata, na którą rzetelnie,
              konsekwentnie pracowała od dłuższego czasu. Nie upieram się, że dobrano
              najwłaściwszą walutę, ale to samo życie trudne i nieprzewidywalne, dalekie od
              ideału i prostych schematów.
              • daleko_do_siebie Re: To ja zdradziłam 02.09.06, 08:55
                Mogła być, mogła nie być. Założenie, że wolno być współuczestnikiem zdrady, bo
                jego partner na pewno na to zapracował prowadzi do paranoi. Dla mnie żonaci nie
                istnieją - bardziej niż gdyby habity nosili. Ktoś "po związku" - tak. W związku,
                według niego nawet najgorszym - nie. Najpierw uporządkuj swoje życie - potem
                zaczynaj nowe.
                • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 02.09.06, 09:36
                  daleko_do_siebie napisała:

                  Łatwo mówić, nie zawsze wykonać. Zgadzam się z Tobą, ale nie dałabym głowy.
                  Gdyby tak... No nie wiem, nie wiem... Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.
                  Niby wychodzi na Twoje, ale jednak... nie wiem. Tyle jeszcze przede mną, jestem
                  taka młoda. Nie dałabym głowy.
                  > Najpierw uporządkuj swoje życie - potem
                  > zaczynaj nowe.
                  Niepodważalnie. Nex też człowiek.
        • berek_76 Re: To ja zdradziłam 02.09.06, 11:10
          > > jestem teraz szczęsliwa, pogodzona z Bogiem...
          > Klikasz,a więc żyjesz..choć i to nie wydaje się być aż takie pewne.

          Nie rozumiem surprised .
          Tego komentarza, znaczy.

          -----------------------
          Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
          • a.niech.to Re: To ja zdradziłam 02.09.06, 14:07
            Żartuję.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka