Dodaj do ulubionych

Trochę nadziei

20.07.09, 21:00
Tu postarajmy się wpisywać konkretne cytaty z różnych źródeł, które
dodają Wam nadziei...
Obserwuj wątek
    • osmiorniczka030 Sw Andrzej Bobola ukazuje sie zakonnikowi 21.07.09, 14:19
      W listopadzie 1819 r. w celi klasztornej ojcow Dominikanow w Wilnie
      podczas nocnej modlitwy ukazala sie jasniejaca postac sw. Andrzeja
      Boboli. Do przestraszonego o. Alojzego Korzeniowskiego Bobola
      rzekl: "Nie lekaj sie! Bog wysluchal twoja modlitwe i oto jestem
      przed toba, poniewaz mnie niejednokrotnie wzywales. Polska
      zmartwychwstanie, a ja zostane jej patronem. Stanie sie to po
      wielkiej bitwie narodow".

      Zdumionemu zakonnikowi brewiarz wypadl z reki: "Ojcze Andrzeju, czy
      to, co ja widze nie jest snem lub zjawa?" - zapytal. W odpowiedzi
      uslyszal wyrazny glos: "Nie! Twoja wizja jest rzeczywista, a na
      dowod tego pozostawie ci znak." Bobola uczynil ruch reka i znikl. O.
      Korzeniowski tej nocy juz nie mogl zasnac. Dopiero rano ze
      zdumieniem razem z konfratami zauwazyl na stoliku drewnianym dlon
      odcisnieta tak dokladnie, ze mozna bylo rozpoznac nawet linie
      papilarne. Wyznaczono nawet nagrode za wskazanie, jaka technika
      zostalo to wykonane, ale najwieksi fachowcy nie potrafili na to
      odpowiedziec.

      Sw. Andrzej Bobola zostal zamordowany przez oddzial Kozakow
      zaporoskich 16 maja 1657 r. za odmowienie wyparcia sie wiary. W 1702
      r. ukazal sie on we snie rektorowi kolegium pinskiego i wskazal mu
      miejsce swojego pochowku. Znalezione cialo bylo w stanie
      nienaruszonym, mimo, ze lezalo w wilgotnej ziemi przez blisko 60
      lat. W 1853 r. zostal beatyfikowany, a w 1938 r. Pius XI dokonal
      aktu jego kanonizacji. W 1918 r. Polska rzeczywiscie
      zmartwychwstala, zas sw. Andrzej Bobola zostal naszym Patronem.
    • osmiorniczka030 Sw. Maksymilian Maria Kolbe ukazuje sie matce 21.07.09, 14:37
      W roku 1941, wkrotce po meczenskiej smierci w Oswiecimiu
      Maksymiliana Kolbe, jego matka, Maria Kolbe, obudzila sie o 7 rano.
      Gdy zaczela poranna modlitwe, uslyszala delikatne pukanie do drzwi,
      ktore otworzyly sie i nagle zobaczyla ku swemu wielkiemu zdziwieniu
      syna w habicie. Byl radosny, twarz mial usmiechnieta i otaczalo go
      przedziwne swiatlo. W pierwszej chwili Maria Kolbe zaniemowila z
      wrazenia, wyczuwajac intuicyjnie, ze chociaz widzi syna, to jednak
      jest to jakas nieziemska jego postac. Zapytala po chwili
      milczenia: "Synu, czy Niemcy ciebie puscili?" Tajemnicza postac
      przeszla przez pokoj, zblizyla sie do okna i rzekla: "Nie martw sie
      o mnie matko. Tam, gdzie jestem jest pelnia szczescia." To
      powiedziawszy... znikl nagle. Wowczas Maria Kolbe zrozumiala, ze jej
      syn na pewno nie zyje, a widziala jego ducha. Potwierdzeniem byla
      otrzymana tego samego dnia wiadomosc o smierci Maksymiliana Kolbe.
    • osmiorniczka030 Zakonnik ukazuje sie sw. Ojcu Pio 21.07.09, 14:46
      Ojciec Giuseppe Antonio byl bliskim przyjacielem o. Pio przez wiele
      lat. Przebywajac w klasztorze sw. Anny w Foggi, ciezko zachorowal na
      dolegliwosci nerkowe. 30 grudnia 1936 r. powiadomiono o. Pio, ze
      jego drogi przyjaciel jest smiertelnie chory i prosi o modlitwe w
      jego intencji. Jeszcze tej samej nocy, gdy o. Pio byl pograzony w
      modlitwie za swego przyjaciela, uslyszal pukanie do drzwi
      celi: "Prosze wejsc!" - powiedzial. Drzwi otworzyl o. Giuseppe
      Antonio. "Jak sie czujesz? - zapytal o. Pio - Slyszalem, ze jestes
      chory?" - "Czuje sie dobrze. Wszystkie bole zniknely na zawsze.
      Przyszedlem podziekowac ci za twoje modlitwy." Gdy o. Pio wstal,
      chcac pozegnac sie z przyjacielem, tajemnicza postac nagle znikla.
      Rano o. Pio otrzymal wiadomosc, ze Giuseppe Antonio zmarl w nocy.
    • osmiorniczka030 Zakonnica ukazuje sie sw. Siostrze Faustynie 21.07.09, 15:06
      Z Dzienniczka sw. Siostry Faustyny...

      Koniec postulatu (1926 r.) Przelozeni wyslali mnie do Krakowa do
      nowicjatu. Radosc niepojeta panowala w duszy mojej. Kiedysmy
      przyjechaly do nowicjatu Siostra (...) byla umierajaca. Za pare dni
      Siostra (...) przychodzi do mnie (po smierci) i kaze mi isc do Matki
      Mistrzyni i powiedziec, zeby Matka prosila jej spowiednika ksiedza
      Rasponda, zeby za nia odprawil jedna msze sw. i trzy akty
      strzeliste. W pierwszej chwili powiedzialam, ze dobrze, ale na drugi
      dzien pomyslalam sobie, ze nie pojde do Matki Mistrzyni, poniewaz
      niewiele rozumiem, czy to sen, czy jawa. I nie poszlam. Na przyszla
      noc powtorzylo sie to samo wyrazniej, w czym nie mialam zadnej
      watpliwosci. Jednak rano postanowilam sobie, ze nie powiem o tym
      Mistrzyni. Dopiero powiem, jak ja zobacze wsrod dnia. Zaraz sie z
      nia (umarla) spotkalam na korytarzu, robila mi wyrzuty, ze nie
      poszlam zaraz i napelnil dusze moja wielki niepokoj, wiec
      natychmiast poszlam do Matki Mistrzyni i opowiedzialam wszystko, co
      zaszlo. Matka odpowiedziala, ze te sprawe zalatwi. Natychmiast
      spokoj zapanowal w mej duszy, a na trzeci dzien owa siostra przyszla
      i powiedziala mi: "Bog zaplac".
    • osmiorniczka030 Zmarla pacjentka ukazuje sie Elisabeth Kübler-Ross 23.09.09, 12:12
      Dr Elisabeth Kübler-Ross - urodzona w Szwajcarii, swiatowej slawy
      lekarz-psychiatra, pracowala z osobami nieuleczalnie chorymi, badala
      ich doswiadczenia z pogranicza smierci.

      Oto jej relacja:

      "Bylam na rozdrozu. Czulam, ze musze porzucic moja prace z
      umierajacymi pacjentami. W koncu zdecydowalam o zlozeniu
      wypowiedzenia w szpitalu i na Uniwersytecie Chicagowskim. Byla to
      niezwykle trudna decyzja, gdyz naprawde kochalam moich pacjentow.

      Po zakonczeniu mojego ostatniego seminarium na temat smierci i
      umierania szlam w kierunku windy, gdy niespodziewanie podeszla do
      mnie kobieta. Usmiechala sie bardzo szczerze, jakby znala wszystkie
      moje mysli.

      "Dr Ross, zajme pani jedynie dwie minuty. Jesli nie ma pani nic
      przeciwko temu, odprowadze pania do biura" - powiedziala. Musze
      przyznac, ze byl to najdluzszy spacer w moim zyciu. Gdzies w glebi
      siebie wiedzialam, ze to pani Johnson, moja pacjentka, ktora zmarla
      i byla pochowana prawie rok temu. Jednak jestem naukowcem i nie
      wierze w duchy, ani zadne widziadla!

      Wykonalam wiec najbardziej niezwykly w moim zyciu test, a mianowicie
      sprobowalam jej dotknac, poniewaz jej cialo wygladalo na mleczno-
      przezroczyste. Trudno bylo dostrzec cokolwiek poza nia, ale wydawala
      sie byc normalna osoba. Pamietam, ze dotknelam jej, a ona to poczula.

      Otworzyla drzwi do mojego biura i weszlysmy do srodka. Po chwili
      zwrocila sie do mnie: "Musialam wrocic z dwoch powodow. Po pierwsze,
      chcialam podziekowac pani i wielebnemu pastorowi Smith jeszcze raz
      za wszystko, co uczyniliscie dla mnie. Jednak przede wszystkim
      pragne pania poprosic, aby nie porzucala pani swojej pracy na temat
      smierci i umierania - jeszcze nie teraz."

      Pomyslalam, ze moze naprawde to pani Johnson, ale wiedzialam
      rowniez, ze nikt mi w to nie uwierzy. Wszyscy pomysla, ze oszalalam.

      Moja dusza naukowca wpatrywala sie w te postac przenikliwie, a po
      chwili zwrocilam sie do niej z prosba: "Mysle, ze pastor Smith bylby
      wzruszony, gdyby dostal od pani krotki list. Czy zechcialaby pani
      cos napisac?" Jako naukowiec potrzebowalam zelaznego dowodu.
      Musialam niec jej odreczne pismo na papierze i, jesli to mozliwe jej
      podpis.

      Znala moje mysli i wiedziala, ze nie zamierzam niczego przekazywac
      pastorowi. Mimo to wziela kartke papieru, napisala krotka notke i
      podpisala sie pelnym imieniem i nazwiskiem. Gdy podniosla glowe, na
      jej twarzy widnial przepiekny usmiech, pelen milosci, wspolczucia i
      zrozumienia.

      - Czy teraz jest pani usatysfakcjonowana? - zapytala. - Nie moze
      pani porzucic swojej pracy na temat smierci i umierania. Jeszcze nie
      teraz, jeszcze nie nadszedl czas. Pomozemy pani i gdy nadejdzie
      odpowiednia chwila, dowie sie pani o tym. Czy obiecuje pani?

      Powiedzialam tylko - Obiecuje - i kobieta wyszla.

      Natychmiast, gdy zamknely sie za nia drzwi, wybieglam na korytarz,
      lecz nigdzie nie bylo zywej duszy!"

      Bill i Judy Guggenheim "Pozdrowienia z niebios!"
    • luna67 Re: Trochę nadziei 24.09.09, 00:36
      Kochana Osmiorniczko030, niech mi nikt nie powie, ze czytanie w myslach nie
      istnieje:-))))) (ja tylko czekalm na kogos, kto moje mysli przeczyta:-))))

      Oto link do ineresujacych opowiesci w j. polskim:

      www.nderf.org/Polish/
      www.life-after-life.paranormalium.pl/
      Czytam w internecie w roznych jezykach (szukajac mojego potwierdzenia, ze nie
      snilam, i nie halucynowalam (bo to co przezylam jest bardziej realne od
      terazniejszosci).

      W internecienie nie mozna niestety duzo znalezc w jezyku polskim, wiec jezeli
      ktos zna niemiecki to podam bardzo interesujace linki.
      I na "YouTube" mozna znalezc duzo "klipow" o tej tematyce w roznych jezykach.

      Ostatnio przeczytalam "tony" ksiazek, prac naukowych, recesji, o tej tematyce i
      o fizycze kwantowej (ktora bylam zawsze zafascynowana i, ktora "liznelam" w
      liceum).

      O Dr Elisabeth Kübler-Ross, ktora przyczyniła się do zmiany traktowania
      umierających ludzi przez lekarzy, o Michael Sabom, ktory operowal Pim van
      Lommel, ktory byl najwiekszym krytykiem ksiazki "zycie po zyciu" Raymonda Moody,
      o Peterze Fenwick renomowanym naukowcu na Royal Society, przeczytalam bardzo
      duzo i moja wiara (nie nadzieja) sie poglebila......

      Moj los przez "przypadek"(?????) zakotwiczyl mnie zawodowo w dziedznie medycznej
      (pomagam chorym ludziom), a skonczylam studia ekonomiczne i sztuki pieknej.

      W mojej praktyce med. moj pacjent 86-cioletni, opowiedzial mi dzisiaj, ze widzi
      swoich rodzicow przechadzajacych sie po jego pokoju, i zmarli znajomi, ktorzy
      nic nie mowia tylko uchmiechaja sie do niego czule.

      Nikt mu nie wierzy...., opiekunka mi sie zali, ze zwariowal, ze mozg juz nie tak
      funkcjonuje....., neurolog przypisal jakies tabletki uspakajajace i na sen, a ja
      wiem, ze jego dni sa policzone, tak jak Dr Elisabeth Kübler-Ross w swojej pracy
      dr. napisala o przezyciach ludzi zbizajacych sie do smierci....

      • first.marionetka Re: Trochę nadziei 24.09.09, 08:37
        Witajcie,

        nie wiem, czy uda mi się dobrze wkleić link o śmierci klinicznej,
        żeby się otwierał.

        karrlk.webpark.pl/ Howard Storm , doświadczenie śmierci
        klinicznej.

        Jeżeli nie, to proszę osobę, która wie jak go wkleić, aby to zrobiła
        w tym wątku. Z góry dziękuję.

        Dlaczego tak nieliczni otwierają się na " poszerzoną wiedzę", na
        nadzieję ? - nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć.

        Ja również jak Wy poszukuję, bo bez tej wiedzy nie potrafiłabym
        dalej żyć.

        Z włąsnego życia ostatnich 10 lat, mam również przykłady, które
        można tylko wyjaśnić istnieniem czegoś WYŻSZEGO, czegoś co mnie
        pcha ku wiedzy dającej nadzieję.

        Wiecie, mój tata też widział swoją mamę w dniu poprzedzającym Jego
        odejście. " Przyszła po mnie moja mama " powiedział.
        Moja mama nie uwierzyła, a ja wiem, że tata mówił prawdę.

        To właśnie ta moja babcie czekała w chorobie na swojego syna
        wracającego z niewoli i gdy wrócił na drugi dzień odeszła.
        Przypadek? nie, Ona wciąż powtarzała, czekam na Antosia....

        Mój syn też czuł swoje przeznaczenie, bo tak naprawdę to wszyscy
        czujemy, tylko wiele to odrzuca, zagłusza........

        Jak wiele mamy przykładów, gdy ktoś mówi " wiesz, ja to nie będę
        długo żył , ja umrę młodo" i to się niestety sprawdza.
        Ci ludzie to czują tylko nikt nie traktuje tego poważnie, bo tak
        jest łatwiej, bo nie jesteśmy gotowi przyjąć taką wiedzę.........ale
        tylko do momentu jak to się naprawdę wydarzy.
        " patrz , On mi to mówił, że umrze młodo" - mówi mi znajoma o swoim
        dwudziestoparo letnim eks chłopaku....... wiedział, bo to się gdzieś
        podświadomie czuje........

        Ale ONI wiedzą też , że nie idą w nicość, tylko w dalszą drogę i to
        jest ta nadzieja. Ja się tego trzymam.
        • amberka2 Re: Trochę nadziei 24.09.09, 11:12
          An pewno cos w tym jest.

          Moja mama od kilku lat powtarzala, zebym w koncu urodzila dziecko,
          bo chcialaby dozyc tego momentu.
          Nie bralam jej slow na powaznie - o glupie takie gadanie. W koncu
          byla jeszcze w sile wieku i bylam przekonana, ze ma przed soba
          kilkanascie lat zycia.
          Zmarla niecale dwa miesiace tygodni po narodzinach mojego dziecka.
          Wydaje mi sie, ze mama nieswaidomie przechuwala swoja smierc.
          • osmiorniczka030 Re: Trochę nadziei 25.09.09, 14:04
            Droga Amberko!

            Tak, wyglada na to, ze wiele osob potrafi w jakis sposob przeczuc
            swoja smierc.

            Mama mojej kolezanki tydzien przed smiercia przepowiedziala date
            swojego odejscia i oczywiscie wszystko sie sprawdzilo.

            Ale nie zawsze ta "dziwna pewnosc" dotyczy momentu smierci, lecz
            takze roznych innych wydarzen.

            Corka mojej kolezanki potrafila przewidziec wiele czasem nie
            majacych wiekszego znaczenia wydarzen. A kiedy to, czego sie
            spodziewala juz sie wydarzylo, na pytanie skad wiedziala,
            odpowiadala: "Wiedzialam i juz!"

            Pozdrawiam.
        • osmiorniczka030 Re: Trochę nadziei 25.09.09, 13:54
          Droga First.marionetko!

          Tobie rowniez dziekuje za link o smierci klinicznej.

          Doswiadczenia smierci klinicznej tez sa bardzo waznymi relacjami.
          Niektorzy uwazaja je za skutek niedotlenienia mozgu. Jednak jak
          wytlumaczyc fakt, ze wielu pacjentow opowiada ze szczegolami co sie
          dzialo w momencie, kiedy byli nieprzytomni zarowno w pomieszczeniu,
          w ktorym sie znajdowali, jak i w innych pomieszczeniach, a ich opisy
          zgodne sa z rzeczywistoscia?

          Dlatego uwazam, ze nie wolno lekcewazyc doswiadczen smierci
          klinicznej. Twoj link, to jedno z takich waznych swiadectw, ktore
          potwierdza moim zdaniem istnienie Boga, Nieba, Piekla oraz stanu
          oczyszczenia. Zwraca uwage na to, ze w zyciu powinnismy sie kierowac
          miloscia w stosunku do innych ludzi oraz ze nie jestesmy jedynie
          poszczegolnymi jednostkami, ale wszyscy jestesmy powiazani ze soba.
          Losy jednostki maja ogromny wplyw na losy innych. To dlatego tak
          wazne jest, by nie skupiac swojej uwagi tylko na sobie.

          A teraz inna sprawa, na ktora chcialabym zwrocic uwage:

          Napisalas:

          >"Wiecie, mój tata też widział swoją mamę w dniu poprzedzającym Jego
          odejście. " Przyszła po mnie moja mama " powiedział.
          Moja mama nie uwierzyła, a ja wiem, że tata mówił prawdę.<

          I ja rowniez jestem tego pewna, ze bylo to prawdziwe widzenie i ze
          Twoja babcia przyszla w chwili smierci po tate.

          Pozdrawiam.
        • first.marionetka Re: Trochę nadziei 09.10.09, 10:02


          " Jeśli uczeń gotowy, nauczyciel się znajdzie..." - mówiła
          prof. Lidia Stawowska na swoich wykładach.

          Luno, jesteś tym moim nauczycielem na Uniwersytecie Życia, który był
          mi bardzo, ale to bardzo potrzebny.
          Dziękuję Ci bardzo za Twoje opisy przeżycia śmierci klinicznej.

          "Śmierci nie ma , śmierć nie istnieje", ja mam kontakt
          ze "świetlistymi postaciami" - głosiła.
          Słuchałam z zaciekawieniem, nagrywałam te wykłady, rozmawiałam z Nią
          prywatnie, ale czegoś mi brakowało.
          Ona była naukowcem- prof. psychologii, badaczką osób niewidomych pod
          kątem poprzednich wcieleń, a ja ........... miałam to brać za
          prawdę, co Ona mówi?
          Brałam bardziej jak " coś" co może kiedyś ułoży się w całość.
          Twoje słowa, przeżycia dają mi pewność, że to co Ona mówiła, a
          pokrywa się z tym co Ty doświadczyłaś MA SENS i daje olbrzymią
          nadzieję na nasze dalsze życie po życiu.

          Jak tak myślę, jest lepiej.

          Wiem kochanie, że tam też możesz siedzieć w bibloitece, mądrze
          rozmawiać, cieszyć się swoją wiedzą i słuchać mądrych ludzi.
          Kochałeś mądrość i tam ją też masz i to mi daje spokój, ukojenie.
          A moją miłość też masz , od zawsze, na zawsze i Twoją ja też czuję.
          Tak bardzo Cię kocham syneczku- mama.
      • osmiorniczka030 Re: Trochę nadziei 25.09.09, 13:04
        Droga Luno!

        Przede wszystkim bardzo dziekuje Ci za podanie linkow do stron
        poswieconych istnieniu zycia po smierci. To bardzo interesujace
        teksty. Mysle, ze to bardzo wazne, by osoby pograzone w zalobie
        nabraly przekonania, ze zycie wcale nie konczy sie w momencie
        smierci, a jedynie sie zmienia. Stad wlasnie ten watek... Ciesze
        sie, ze rowniez Ty trafilas na to forum. Myslisz, ze to przypadek?
        Ja juz nie wierze w przypadki. Jestes przeciez zywym tego
        swiadectwem, ze zycie po smierci trwa nadal... Moze skopiujesz do
        tego watku swoja relacje?

        Rowniez nieprzypadkowo los zwiazal Cie z chorymi pacjentami. Mysle,
        ze to wlasnie tam, a nie w internecie masz otrzymac potwierdzenie
        wlasnych wizji i przekonan.

        To, co opowiedzialas o swoim pacjencie, to bardzo wazna sprawa i nie
        nalezy jej lekcewazyc. Oczywiscie wcale nie kwestionuje tego, ze
        moze to byc skutek niedotlenienia mozgu, tylko zastanawiam sie,
        dlaczego umierajacy, a jeszcze przytomni pacjenci zamiast
        widziec "rozowe slonie," na lozu smierci najczesciej doswiadczaja
        wizji Swiatla, Matki Bozej, Chrystusa, Aniolow, czy wlasnie swoich
        wczesniej zmarlych krewnych lub przyjaciol? Mysle, ze cos w tym
        jest, ze Oni przychodza po tych umierajacych, by nie bali sie
        smierci.

        No, a teraz Ty wyobraz sobie moje zdziwienie, kiedy zobaczylam Twoj
        wpis, zwlaszcza relacje o tym pacjencie. Bo widzisz moim nastepnym
        krokiem mialy byc relacje lekarzy i pielegniarek wlasnie dotyczace
        wizji umierajacych pacjentow, co zreszta zaraz uczynie...

        Przypadek?????

        Pozdrawiam.
    • osmiorniczka030 Wizje umierajacych pacjentow 25.09.09, 13:12
      Wizja 1

      Wielu umierajacych na lozu smierci widzialo swiatlo. Twierdzili oni,
      ze przyszedl do nich sam Bog, ktory jest przeciez Swiatloscia Swiata.

      Zaczne od relacji mojej kolezanki:

      Kiedy umierala jej mama, krotko przed smiercia ujrzala w pokoju
      wlasnie swiatlo. Zaczela sie zachwycac niesamowitym pieknem tego
      swiatla i miala pretensje do mojej kolezanki, ze ona tego swiatla
      nie widzi. Zaraz potem zmarla.

      Wizja 2

      Do mego wuja lezacego na lozu smierci, ale jeszcze w pelni
      przytomnego przyszli w odwiedziny sasiedzi. Gdzies po godzinnej
      rozmowie wuj nagle podniosl sie, siadl na lozku i patrzac prosto w
      drzwi, rzekl do zdumionych sasiadow: "Na mnie juz czas, przyszli po
      mnie." Na pytanie: kto przyszedl? (nikt bowiem do mieszkania nie
      wszedl) - wuj zdazyl jeszcze powiedziec: Rodzice przyszli - mama,
      tata, o... i koledzy ze szkoly tez sa..." Nim zdazono sie
      zorientowac, wuj opadl na poduszke i skonal z usmiechem na ustach.

      Wizja 3

      Lekarz onkolog byl swiadkiem, jak siedmioletnia dziewczynka w
      ostatnim stadium bialaczki podniosla sie na lozku i powiedziala do
      swej mamy: "Ci aniolowie, alez oni sa piekni! Mamusiu, widzisz ich?
      Slyszysz, jak spiewaja?"

      Wizja 4

      Ciezko chora kobieta kilkakrotnie miala widzenie swego zmarlego
      meza, ktory ukazywal sie jej w oknie szpitala, dajac do zrozumienia,
      ze pragnie sie z nia polaczyc. Pewnego dnia pacjentka oglosila na
      sali szpitalnej date swej smierci. W tym dniu odwiedzila ja corka i
      inni czlonkowie rodziny. W pewnym momencie chora wstala, wyjela z
      szafy swoj pogrzebowy ubior, umiescila go na krzesle, oznajmiajac
      obecnym, iz polozy sie na chwile, by sie zdrzemnac. Zasnela i po
      dwoch godzinach zgasla. Nie tylko obecni byli zszokowani tym faktem,
      lecz takze lekarz, ktory orzekl, ze stan zdrowia kobiety ulegal
      poprawie. (To tez bardzo charakterystyczne - czesto tuz przed
      smiercia stan chorego ulega nagle gwaltownej poprawie)

      Wizja 5

      Chora na raka jelit szescdziesiecioletnia kobieta, leczona w
      szpitalu otworzyla nagle oczy. Zaczela rozmowe ze swym zmarlym
      mezem: oswiadczyla mu, ze juz do niego idzie. W tym momencie twarz
      jej wypiekniala. Pogodny usmiech i wyraz tesknoty sprawialy
      wrazenie, jakby sie chciala komus rzucic na szyje. Nagle
      zawolala: "Guy, juz ide!" W tej samej chwili skonala.


      Wizja 6

      Chora w czasie konania nagle uniosla glowe, jej twarz rozpromienila
      sie i zawolala: "Och, jakie to piekne, widze w kacie pokoju jasnosc,
      co za wspaniale postacie... A tam stoi moj ojciec i usmiecha sie do
      mnie... Cieszy sie, ze przychodze do niego." O, nawet Vida jest przy
      ojcu... (zmarla poprzedniego dnia kuzynka konajacej). Ojcze, juz ide
      do ciebie... i w tym momencie zmarla.

      Wizja 7

      Pielegniarka obecna przy lozku umierajacej 70-letniej kobiety,
      chorej na raka, opowiadala lekarzowi, iz do ostatniej chwili
      rozmawiala ona spokojnym glosem z kims dla pielegniarki
      niewidzialnym. Z usmiechem na twarzy zapewniala swojego dawno
      zmarlego meza, jak bardzo bylo go jej brak. Nie mogla doczekac sie,
      kiedy znow beda mogli polaczyc sie ze soba. "Juz niedlugo bede przy
      tobie" - zawolala, wyciagajac rece i w tej chwili zmarla.

      Wizja 8

      Przywieziona do nowojorskiego szpitala inteligentna i wyksztalcona
      kobieta dostala ataku serca, byla jednak przytomna. Nagle do
      stojacej przy jej lozku pielegniarki zawolala: "Siostro, czy siostra
      widzi tam, w kacie sali , mojego meza? (Zmarl przed kilkoma laty).
      Rozlozyl ramiona, jakby chcial mnie objac... Jak tu wszedzie
      pieknie... kwiaty... muzyka. Czy siostry tego nie widza i nie
      slysza? Spojrzcie, tam stoi moj Charlie" - po czym zamknela oczy i
      zmarla.

      Wizja 9

      W szpitalu znalazla sie 11-letnia dziewczynka z wada serca, ktorej
      matka zmarla w czasie porodu. W trzecim dniu pobytu dziewczynka
      oswiadczyla nagle pielegniarce, ze jej mamusia przyszla do niej i
      przyniosla jej sliczna, biala sukienke. Z usmiechem na buzi
      poprosila pielegniarke, aby pomogla jej sie podniesc, bo mamusia
      zamierza ja zabrac ze soba. Wizja trwala pol godziny, po czym
      dziecko straciwszy przytomnosc zmarlo.

      Henryk Dominiczak "Powroty z tamtego swiata"
      • maretta111 Re: Wizje umierajacych pacjentow 25.09.09, 13:26
        Trochę jestem takim niedowiarkiem, czy tam jest to życie po śmierci? Czy spotkam
        się z bliskimi, ale trzyma mnie przy tym nadzieja. Przypomniałam sobie jak byłam
        w szpitalu u swojej babci(to był dzień w którym zmarła). Babcia zaczęła
        opowiadać różne sytuacje, ale związane z bliskimi, którzy dużo przed nią
        odeszli, widziała np mojego dziadka, który nie żył wiele lat. Opowiadała
        zdarzenia..jak się później okazało z pogrzebu. Widziała mnie z córcia na rękach
        i inne sytuacje, później to się powtórzyło na pogrzebie,. Więc może jest to
        życie po śmierci, może moi bliscy wyjdą mi na spotkanie. Może....tak mi ich brak...
        • bezprzerwy Re: Wizje umierajacych pacjentow 25.09.09, 14:09
          Witam, piekne te historie, przyznaje, ze milo to czytac, mnie tylko
          zastanawia fakt, dlaczego moja umierajaca Mama (bardzo dobra
          kobieta,nie majaca latwego zycia, ponadto wierzaca w Boga i te
          wszystkie rzeczy, o ktorych pisze osmiorniczka) umierala z takim
          ogromnym cierpieniem na twarzy i wrecz krzykliwym przerazeniem w
          oczach?
          Dlaczego po moja dobra Mamusie nie przyszli Jej zmarli rodzice, moj
          Tato, czy Jej ukochana babcia?
          Dlaczego ten tak bardzo kochany przez Mame Bog nie pofatygowal sie
          do Niej w tak trudnym momencie?
          Cale swoje zycie byla tak bardzo posluszna swojemu Bogu a on nie
          raczyl wydelegowac do Niej chocby jednego ze swych aniolow?

          Jak ja mam wierzyc w "tradycyjnego" Boga? Nie umiem i chyba nawet
          nie chce.
          • osmiorniczka030 Re: Wizje umierajacych pacjentow 25.09.09, 14:52
            Witaj Bezprzerwy!

            Skad wlasciwie wiesz, co Twoja mama widziala podczas umierania? Skad
            wiesz, ze bliscy zmarli po nia nie przyszli? Skad wiesz, ze nie
            zabrali jej aniolowie? Skad wiesz, ze nie ujrzala swiatla? Skad to
            wiesz? Nie wkroczylas z nia przeciez do wymiaru duchowego...

            Widzisz, doswiadczenia smierci klinicznej wskazuja na to, ze
            zdecydowana wiekszosc takich wizji zaczyna sie dopiero w momencie,
            kiedy zanikaja ostatnie funkcje zyciowe organizmu.

            Historie, ktore opisalam wczesniej zdarzaja sie, ale bardzo rzadko.
            Jednak jak wynika z wypowiedzi rowniez innych osob piszacych w tym
            watku naprawde sie zdarzaja, czyli ja nie zmyslam.

            Nie kazda smierc wyglada z naszej perspektywy tak pieknie, co wcale
            nie jest dowodem na to, ze ze smiercia wszystko sie konczy. My
            zostajemy tu, z cialem, pamietajacym kazde cierpienie naszych
            bliskich. To ich dusza wkracza w inna rzeczywistosc, rzeczywistosc
            duchowa, gdzie my nie mamy juz wstepu.

            Osoby, ktore takich wizji doswiadczyly byly nie tylko przytomne i
            swiadome az do smierci, ale przede wszystkim dane im bylo
            doswiadczyc pewnych wizji jeszcze za zycia.

            To, ze Twoja mama nie doswiadczyla tego za zycia, nie znaczy wcale,
            ze nie doswiadczyla tego chwile pozniej, w momencie smierci.

            Ja osobiscie jestem przekonana, ze tak wlasnie sie stalo.

            Pozdrawiam.
            • bezprzerwy Re: Wizje umierajacych pacjentow 25.09.09, 15:12
              osmiorniczka030 napisała:

              > Witaj Bezprzerwy!
              >
              > Skad wlasciwie wiesz, co Twoja mama widziala podczas umierania?
              Skad
              > wiesz, ze bliscy zmarli po nia nie przyszli? Skad wiesz, ze nie
              > zabrali jej aniolowie? Skad wiesz, ze nie ujrzala swiatla? Skad to
              > wiesz? Nie wkroczylas z nia przeciez do wymiaru duchowego...
              >
              Nie , nie wkroczylam do wymiaru duchowego, widzialam tylko Jej wyraz
              twarzy , widzialam paniczny strach w Jej oczach.. moje wrazenie sa
              zupelnie inne niz ipisane przez Ciebie

              > Historie, ktore opisalam wczesniej zdarzaja sie, ale bardzo
              rzadko.
              > Jednak jak wynika z wypowiedzi rowniez innych osob piszacych w tym
              > watku naprawde sie zdarzaja, czyli ja nie zmyslam.
              >
              Ja nie twierdze, ze cokolwiek zmyslasz lub historie tego typu sie
              nie zdarzaja, ja tylko opsalam swoja historie

              >
              >
              > To, ze Twoja mama nie doswiadczyla tego za zycia, nie znaczy
              wcale,
              > ze nie doswiadczyla tego chwile pozniej, w momencie smierci.
              >
              > Ja osobiscie jestem przekonana, ze tak wlasnie sie stalo.
              >

              Rowniez mam taka nadzieje.
              > Zycze przyjemnego weekendu!
              • 198-3mk Re: Wizje umierajacych pacjentow-do bezprzerwy 25.09.09, 17:31

                Witaj... Przytocze Ci pewne słowa...

                Ślady na piasku...

                We snie szłam brzegiem morza z Panem, ogladajac na ekranie nieba całą
                przeszłość swojego życia...
                Po kazdym z minionych dni, zostawały na poasku dwa ślady-mój i Pana.
                Czasem widziałam tylko jeden ślad, odciśnięty w najcięższych dniach mego
                życia.
                I rzekłam:
                " Panie, postanowiłam iść zawsze z Tobą... Przyżekłeś byćzawsze ze mną...
                Czemu zatem zostawiłeś mnie samą, wtedy kiedy było mi tak bardzo ciężko?"
                Odrzekł Pan :
                " Wiesz dziecko że Cię kocham i nigdy Cie nie opusciłem....
                W te dni, gdy widziałaś jeden tylko ślad-ja niosłem Ciebie na moich
                ramionach."

                Tak Łatwo przychodzi nam osądzanie Boga... Czyżby dlatego, że On nie
                może sie bronić...?

                Beata-mama Marcina.
                • tilia7 Re: Wizje umierajacych pacjentow-do bezprzerwy 25.09.09, 19:53
                  Jest wszechmocny, może się bronić, a jeśli nie może,to nie jest
                  wszechmocny.Myślę,że raczej mu na tym za bardzo nie zależy.Czemu Go osądzamy bo
                  kościół każe nam wierzyć, że jest dobry i miłosierny,że nasze modlitwy na pewno
                  zostaną wysłuchanie itd. itp.A tu nagle zonk, brzydko mówiąc...
        • osmiorniczka030 Re: Wizje umierajacych pacjentow 25.09.09, 14:11
          Martuniu!

          Nie moze, tylko na pewno!

          >Przypomniałam sobie jak byłam w szpitalu u swojej babci(to był
          dzień w którym zmarła). Babcia zaczęła opowiadać różne sytuacje, ale
          związane z bliskimi, którzy dużo przed nią odeszli, widziała np
          mojego dziadka, który nie żył wiele lat. <

          Moj Tata powiedzialby teraz: "A widzis !" ;-)
          • halas1961 Re: Wizje umierajacych pacjentow 25.09.09, 14:45
            Moj tata kiedy odchodzl byla przy nim tylko mama.Opowiadała potem
            bardzo podekscytowana, ze tata cos jakby chcial jej powiedziec. Ze
            patrzyl gdzies w gore bez strachu, takim wzrokiem, ze napewno cos
            tam widzial i spogladal co chwile na nia i potem znow w gore.
            Wygladalo to tak jakby kazal jej tez patrzec do gory i bardzo chcial
            zeby zobaczyla to co On widzi. Agatka kiedy odchodzila tez nie
            patrzyla na mnie, tylko miala wzrok utkwiony gdzies w dal, w jednym
            wciaz tym samym kierunku. Oboje odchodzac byli bardzo spokojni, az
            ten spokoj byl dziwny...Chorowali oboje na choroby, ktore
            przysporzyly im ogromnych cierpien fizycznych i psychicznych.
            Halina-mama Agatki
            • 198-3mk Re: Wizje umierajacych pacjentow 25.09.09, 17:41

              Ja miałam taka dziwna sytuacje z moim synem... Nie wiem jak mam ja
              tłumaczyć...

              Było to około trzech tygodni przed Jego śmiercią...
              Byłam z nim w domu sama. Marcinek był juz bardzo słabiutki... Drzemał na
              łózku, a ja siedziałam na fotelu i czuwałam przy nim.
              Nagle Marcin usiadł na łózku, patrzy na mnie, i pyta: " mamo, byli tu juz?
              no powiedz byli...? Wiem że byli... Jak przyjda jeszcze raz, to powiedz im
              ze jestem już gotowy... Niech wiedzą, że jestem gotowy..."
              Połozył sie i spał dalej.

              Zmarł trzy tygodnie później...
              Beata-mama Marcina.
    • osmiorniczka030 Sens cierpienia wedlug wiary katolickiej 28.09.09, 18:24
      DLACZEGO BÓG DOPUSZCZA CIERPIENIE?

      "Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: "Rabbi, kto zgrzeszył, że się
      urodził niewidomym - on czy jego rodzice?" Jezus odpowiedział: "Ani
      on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby na nim
      objawiły się sprawy Boże
      ".
      (Ewangelia sw. Jana)

      CIERPIENIE SAMO W SOBIE

      Cierpienie samo w sobie jest bez sensu. Jedynie cierpienie
      przeżywane z Chrystusem i ofiarowane Chrystusowi ma sens. Ale nie
      wszyscy są to w stanie zrozumieć, bo do tego potrzeba wiary.
      (o. Jan Góra)

      CIERPIENIE Z CHRYSTUSEM

      "Krzyz Chrystusa jest najdoskonalszym objasnieniem sensu cierpienia
      oraz jego wartosci w zyciu i historii..."
      (Jan Pawel II)

      Argument 1: Ale ja wcale o ten krzyz nie prosilem...

      "Wszyscy cierpiacy raz na zawsze zostali wezwani, aby stali
      sie "uczestnikami cierpien Chrystusowych". Tak, jak tez wszyscy
      zostali wezwani, aby "dopelniac" cierpieniem swoim "braki udrek
      Chrystusa". Chrystus nauczyl czlowieka swiadczyc dobro cierpieniem -
      oraz swiadczyc dobro cierpiacemu. W tym podwojnym aspekcie odslonil
      sens cierpienia do samego konca"
      (Jan Pawel II)

      CIERPIENIE RODZI DOBRO

      Co to znaczy swiadczyc dobro cierpieniem?

      „W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa”
      (św. Paweł)

      Każde cierpienie, udreke, umartwienie mozemy ofiarować Bogu. Każde
      ofiarowane Bogu cierpienie ma wartość zbawczą.
      (o. Leszek Pawlak)

      ----

      (Z punktu widzenia Czyscca, nasze doczesne cierpienia bardzo nam
      pomagaja po tej drugiej stronie - w osiagnieciu zbawienia swojego
      lub innych. Podobnie cierpienie, czy inne utrapienie ofiarowane Bogu
      w intencji duszy Zmarlego, przynosi coraz wieksza ulge tej duszy w
      Czysccu).

      ----

      Zawiera się w cierpieniu jakby szczególne wezwanie do cnoty, którą
      człowiek musi wypracowywać ze swojej strony. Jest to cnota
      wytrwałości w znoszeniu tego, co dolega i boli.
      (Jan Pawel II)

      Cierpienie nie tylko wyniszcza człowieka w nim samym, ale zdaje się
      czynić go ciężarem dla drugich. Człowiek czuje się skazany na ich
      pomoc i opiekę, a równocześnie sam zdaje się sobie niepożytecznym.
      Odkrycie zbawczego sensu cierpienia w zjednoczeniu z Chrystusem
      przeobraża to przygnębiające poczucie. Wiara w uczestnictwo w
      cierpieniach Chrystusa niesie w sobie tę wewnętrzną pewność, że
      człowiek cierpiący „dopełnia braki udręk Chrystusa”, że w duchowym
      wymiarze dzieła Odkupienia służy, podobnie jak Chrystus, zbawieniu
      swoich braci i sióstr. Nie tylko więc jest pożyteczny dla drugich,
      ale, co więcej — spełnia służbę niczym niezastąpioną
      (Jan Pawel II)

      Co to znaczy świadczyć dobro cierpiącemu?

      "Przypowiesc o milosiernym Samarytaninie nalezy do Ewangelii
      Cierpienia, wskazuje bowiem, jaki winien byc stosunek kazdego z nas
      do cierpiacych bliznich. Nie wolno nam ich "mijac," przechodzic z
      obojetnoscia, ale winnismy przy nich "zatrzymywac sie." Milosiernym
      Samarytaninem jest kazdy czlowiek, ktory zatrzymuje sie przy
      cierpieniu drugiego czlowieka, jakiekolwiek by ono nie bylo. Owo
      zatrzymanie sie nie oznacza ciekawosci, ale gotowosc."
      (Jan Pawel II)

      Argument 2: Gdyby Bog istnial, z pewnoscia nie pozwolilby mi
      cierpiec...


      Chrystus nie ukrywał wobec swoich słuchaczy potrzeby cierpienia.
      Bardzo wyraźnie mówił o tym, że kto chce iść za Nim, musi wziąć
      krzyż na każdy dzień, a uczniom swoim stawiał wymagania natury
      moralnej, których spełnienie jest możliwe tylko pod
      warunkiem „zaparcia samego siebie”. Droga, która wiedzie do
      Królestwa Niebieskiego, jest „wąska i stroma” i Chrystus
      przeciwstawia ją drodze „wygodnej i szerokiej”, która
      jednakże „wiedzie na potępienie”.
      (Jan Pawel II)

      Argument 3: Gdyby Bog mnie kochal, nie pozwolilby mi cierpiec...


      Bóg nas kocha i dlatego stawia nam wymagania, abyśmy nauczyli się
      przekraczać samych siebie. Co to jest miłość? Jest to nieustanne
      pragnienie dobra dla osoby, którą się kocha. Nikt z nas nie wie, co
      dla tej osoby jest dobre. Nie można mylić dobra z przyjemnością,
      ani z dobrym samopoczuciem.
      To jest coś więcej. Przecież jeżeli
      ja kogoś kocham, to chcę aby się rozwijał, zadaję mu pracę, a przez
      to i cierpienie. Także miłość Boga do człowieka przejawia się w
      zadanej nam pracy do wykonania, która może być cierpieniem. Gdyż
      pragnienie dobra to zadawanie pracy, obowiązków, rozwoju, a to jest
      czasem bardzo duży trud i bardzo duży ból. I to jest miłość.
      Robienie komuś cały czas przyjemności to jest oszukańcza miłość.

      Jeżeli matka kocha dziecko, to nie odmówi mu szkoły, studiów, będzie
      go ku temu popychała, a to nie zawsze jest przyjemne, ale to jest
      zawsze pożyteczne. Trzeba skończyć z takim populistycznym myśleniem,
      ze miłość równa się przyjemność, błogostan. Miłość jest wielkim
      wyzwaniem. Jeżeli ja kogoś kocham, to od niego wymagam, chcę,
      żeby wzrastał i pokazuję mu gdzie może i powinien dojść
      . To jest
      miłość. I Bóg dopuszczając cierpienie chce naszej wielkości, abyśmy
      stali się silniejsi i przede wszystkim, żebyśmy nauczyli się
      miłości. Chce, żebyśmy przekroczyli samego siebie i poszerzyli swój
      świat. Przecież człowiek nie może przekroczyć siebie samego inaczej,
      jak tylko czyniąc z siebie w miłości bezinteresowny dar dla kogoś.
      To jest dopiero miłość.
      (o. Jan Gora)

      CIERPIENIE, JAKO SPRAWDZIAN BEZINTERESOWNEJ MIŁOŚCI DO BOGA

      Ma teraz Jezus wielu milosnikow swego Krolestwa Niebieskiego, ale
      malo, ktorzy by chcieli Jego Krzyz dzwigac.
      Ma wielu pragnacych pociechy, niewielu gotowych na cierpienie.
      Znajduje licznych uczestnikow stolu, ale malo gotowych do postow.
      Wszyscy pragna sie z Nim weselic, rzadko kto coskolwiek cierpiec.
      Wielu idzie za Jezusem az do lamania chleba, lecz niewielu az do
      wychylenia Kielicha Meki.
      Wielu podziwia Jego cuda, malo kto chce z Nim dzielic zelzywosci
      Krzyza.
      Wielu Go kocha, dopoki nie spotykaja ich przeciwnosci.
      Wielu Go wielbi i blogoslawi, dopoki im zsyla pociechy.
      Ci, ktorzy kochaja Jezusa dla Jezusa, nie dla jakiejs wlasnej
      pociechy, ci blogoslawia Go zarowno we wszelkim utrapieniu i ucisku
      duszy, jak posrod najwiekszego wesela.
      Czyz nie sa wiekszymi milosnikami samych siebie, anizeli
      Chrystusa ci, ktorzy mysla nieustannie o swych wygodach i
      korzysciach?

      (Tomasz A. Kempis)

      CIERPIENIE, JAKO DROGOWSKAZ

      Chrystus cie poprzedzil, dzwigajac Krzyz dla siebie i umarl na nim
      za ciebie, abys i ty dzwigal swoj krzyz i pragnal na nim umrzec.
      Jesli bowiem wspolumrzesz z Jezusem, z Chrystusem razem zyc
      bedziesz; jezeli sie staniesz towarzyszem Jego cierpienia, bedziesz
      takze uczestnikiem Jego chwaly.
      Wszystko zamyka sie w Krzyzu, wszystko polega na umieraniu, nie ma
      innej drogi do zycia i do prawdziwego pokoju wewnetrznego poza droga
      swietego Krzyza i codziennego umartwienia.
      Bog pragnie, abys sie nauczyl znosic cierpienie bez pociechy, abys
      sie Jemu calkowicie oddal i przez cierpienie stal sie pokorniejszy
      Czy myslisz uniknac tego, co nie ominelo nikogo ze smiertelnych?
      Ktory swiety zyl na ziemi bez krzyza i strapienia? Nawet sam Pan
      nasz Jezus Chrystus zyjac na tym swiecie nie mial ani godziny wolnej
      od bolu i udreki. Trzeba bylo, aby Chrystus cierpial i
      zmartwychwstal i tak wszedl do swojej chwaly. Cale zycie Chrystusa
      bylo krzyzem i meczenstwem, a ty zabiegasz dla siebie o spoczynek i
      radosc?
      (Tomasz A. Kempis)
      • tilia7 Re: Sens cierpienia wedlug wiary katolickiej 28.09.09, 19:24
        Dlaczego szczęście nie ma możliwości przyczyniać się do zbawienia?Czemu nie mogę
        chwalić Boga poprzez zachwyt nad światem, poprzez radość, śmiech, miłość,
        przyjaźń,zdrowie,naukę itp.?Czemu Bogu są tak potrzebni ludzie pogrążeni w bólu
        zamiast ludzi, którzy mogą powiedzieć z czystym sumieniem i szczerze:"dziękuję
        ci Boże za ten piękny świat, który stworzyłeś abym się nim cieszył"?Czemu jedni
        cierpią bardziej inni mniej, niezależnie od swojej wolnej woli?Nie rozumiem tego
        i nie chcę takiej wizji Boga, bo z tego nie tylko wynika,że akceptuje On
        cierpienie,ale że wręcz źle by się czuł, gdybyśmy się nie nacierpieli albo tu
        albo tam...
        • halas1961 Re: Sens cierpienia wedlug wiary katolickiej 28.09.09, 21:03
          Szukalam dzis znowu wytlumaczen nad sensem cierpienia, czytalam podobne cytaty
          jak zamiescila Osmiorniczka, wrocilam znow do sw. Jana od Krzyza, troche do
          Edyty Stein...bo odeszlam na jakis czas od tej lektury. To wszystko takie
          skomplikowane...ale jak mowi Sw. Jan nie staraj sie na sile zrozumiec, ile
          przyjmiesz dzis tyle wystarczy, nie staraj sie zrozumiec tego czego nie jestes w
          stanie...Myslalam nawet "coz Ty mogles wiedzic Janie od Krzyza o duszy, o
          cierpieniu, Ty nie miales dziecka, Ty nie musiales patrzec na jego cierpienie,
          Ty nie musiales pochowac swego dziecka, dla Ciebie Janie to teoria..."
          Rzucilam cale to czytanie za przeproszeniem w cholere, ale moze cos pozostalo,
          moze... Napisze tak po prostu jak czuje od dawna...
          Tilio, mysle ze i czyjes szczescie ma mozliwosc przyczynic sie do zbawienia, nie
          tylko cierpienie. Ja tez uwazam, ze oprocz modlitwy a nawet czesto przede
          wszystkim Boga nie tylko mozna, ale trzeba chwalic zachwycajac sie swiatem,
          dostrzegajac piekno natury, blysk w oku blizniego, dostrzegajac usmiechy na
          ulicy i madrosc czlowieka. Wcale nie mysle, ze Bogu zalezy aby bylo wielu
          pograzonych w bolu, cierpieniu i zalobie. I mysle, ze napewno Bog czuje sie
          lepiej gdy cierpienia jest jak najmniej. Ludzie pytaja "dlaczego Bog dopuscil to
          czy tamto, dlaczego nie wysluchal mojego blagania, dlaczego..."
          No coz i ja te pytania zadawalam, ale...mysle ze Bog nie ma z tym wszystkim zbyt
          wiele wspolnego... Wiemy przeciez, ze w tej postaci w jakiej jestesmy teraz nie
          bedzemy trwac wiecznie, ze tacy jacy jestesmy teraz umrzemy,
          odejdziemy...kazdego to spotka, dopuscmy tę mysl, nie walczmy z tym, bo tak sie
          stanie...Dla nas tylko jest niezrozumiale dlaczego tak szybko, dlaczego tak
          mlodo...Nie zrozumiemy...
          A cierpienie... jesli ktos jest chrzescijaninem a nawet jesli nie jest...to z
          cytowantych przez Osmiorniczke madrych tego swiata, (a i ja tez tak czuje)
          wynika, ze cierpienie nie musi byc bezsensowne, mozna mu nadac pewnien sens,
          mozna je zamienic w cos dobrego...Nie potrafie tego wyjasnic, pisze tylko jak
          czuje ja osobscie.
          I teraz przyszedl mi a mysl ten sen , kiedy Agatka tak bardzo cos chciala mi
          pokazac, powiedziec, przekazac a ja tak bardzo chcialam zobaczyc, zrozumiec, i
          az bylam zla, zmeczona i nie potrafilam , nie widzialam, nie slyszalam, nie
          rozumialam, a ona byla na mnie zla, ze nie widze, nie rozumie... tak wiec nie
          zrozumiemy nigdy Tilio dopoki trwamy w tej obecnej rzeczywistosci, nie
          pojmiemy... Mysle, ze dopiero tam oczy nam otworza sie tak jak bysmy tego teraz
          pragneli...I jescze mysle, ze tajemnica jest potrzebna, tajemnica smierci,
          losow, sensu cierpienia, tajemnica zycia...
          Napisalam tak zupelnie "nieuczenie",
          tak po prostu jak czuje...Pewnie bardzo chaotycznie i nic z tego bełkotu nie
          zrozumiecie:)

          Halina-mama Agatki

          • tilia7 Re: Sens cierpienia wedlug wiary katolickiej 28.09.09, 22:34
            Halinko, do mnie tylko tak "nieuczenie" dociera, bo wtedy wiem,że mam do
            czynienia z wiarą a nie z religią.Ja się zgadzam z tym,że Bóg z tym nie ma nic
            wspólnego,właśnie o to mi cały czas chodzi.W każdym razie nie w taki sposób,że
            zsyła na nas nieszczęścia.Nie odpowiada też bezpośrednio za szczęśliwe zdarzenia
            i chwile w naszym życiu.Jak ktoś już dziś napisał w innym wątku może reguluje to
            natura, może los, może przypadek, tego nie wiemy.Bóg po prostu jest.I nie chce
            wcale,żebyśmy umierali na krzyżu - ani dosłownie ani w przenośni.Tak ja czuję.Ja
            tylko nie zgadzam się z taką wizją Boga, jaką przedstawia kościół.Nie czytam
            tych wszystkich pism różnych mądrych osób, które jak sama zauważyłaś g....
            wiedzą, bo nie straciły ukochanych istot.Ja wierzę po swojemu, w swoją wizję
            boskości.
            Taki fragment zaraz mi się przypomina z IV cz. Dziadów Mickiewicza, kiedy
            nieszczęśliwie zakochany bohater trafia do pustelnika i mówi mu o swoim
            nieszczęściu.Mnich pustelnik go pyta:"Znasz ty ewangeliję?" -"A znasz Ty
            cierpienie?" pyta bohater
        • annubis74 Re: Sens cierpienia wedlug wiary katolickiej 28.09.09, 21:23
          będąc osoba szczęśliwą i spełnioną w wielu dziedzinach byłam na pewno lepszym
          człowiekiem niż obecnie. moje życie składało się z codziennych radości,
          większych i mniejszych, porażek też ale z nimi potrafiłam sobie radzić. Byłam
          świadoma tego że wiele w życiu dostałam i mimo, że nie uważałam się za osobę
          religijną zdarzało mi się często dziękować Bogu. Teraz przytłoczona tym
          niechcianym cierpieniem, które rzekomo ktoś nakłada na mnie w imię wyższych,
          sobie tylko znanych racji, czuję się zgorzkniała, zobojętniała, zamknięta w
          sobie...
          poza tym nie jestem katoliczką, więc czemu ktoś na mnie wypróbowuje swoje teorie
          o sensie cierpienia, które są bez sensu
          • halas1961 Re: Sens cierpienia wedlug wiary katolickiej 28.09.09, 21:45
            Mysle, ze nikt na nas nie naklada cierpienia, ze nikt na nas nie wyprobowuje
            swoich teorii o sensie cierpienia. Szczescie, radosc ale i cierpienie i lzy sa
            nieodlaczna czescia zycia. Szczescie i radosc przyjmujemy z otwartymi dlonmi,
            cierpienia nie jest latwo przyjac. Rowniez smierc jest czescia tego zycia. Tylko
            my nie chcemy na to sie zgodzic, my nie dpouszczamy tej mysli, ze nas moze
            dotknac cierpienie ,ze naszych bliskich... Tak ciezko to przyjac do wiadomosci.
            Bog pewnie nie ma z tym wiele wspolnego. I mysle, ze nie ma co obarczac go wina
            za to co na spotyka...Ale to moje mysli i odczucia.
            Halina-mama Agatki
        • edzia764 Re: Sens cierpienia wedlug wiary katolickiej 28.09.09, 21:43
          Ból fizyczny ma w sobie to dobrego,
          że jeśli przekroczy pewną granicę, zabija.

          Ból psychiczny, kiedy boli serce,
          zabija nas codziennie od nowa
          jednak ciągle żyjemy ….
          Paulo Coelho
          ... i żyć będziemy nadal, jesteśmy potrzebne innym i to własnie jest
          sensem dalszego naszego "wegetowania". Pozdrawiam WAS serdecznie
          Irena
          • bezprzerwy Re: Sens cierpienia wedlug wiary katolickiej 29.09.09, 09:59
            Wedlug mnie zadno cierpienie nie ma sensu.

            Moje cierpienie nie mialo na mnie zadnego pozytywnego wplywu, wrecz
            przeciwnie:
            Kiedys kazdego dnia dziekowalam usmiechnieta "swojemu" Bogu i
            potrosze Bogu osmiorniczki, ( mniemam, ze "moj" Bog jest tym samym
            Bogiem,o ktorym pisze tilia) za moje zdrowe dziecko, za meza, za
            slonce, za milosc...( my wszyscy tutaj jestesmy jednym krzykiem,
            jedna prosba o milosc: chcemy kochac i byc kochani!).
            Dzis nie umiem dziekowac.
            Jestem zgorzkniala osoba, nie lubie ludzi, zazdroszcze im szczescia,
            widzac szczesliwe pary w myslach powtarzam zlosliwie " i tak sie wam
            to kiedys skonczy...." Nie, nie jestem z siebie dum,na, wiem ze to
            jest zle i bezmyslne, ale tak czuje, niestety tak mnie uksztaltowalo
            moje cierpienie.
    • luna67 Re:Co o tym myslicie? 02.10.09, 00:47

      Egipt 68
      www.medjugorje.ws/en/videos/photo-proof-miracles/
      www.youtube.com/watch?v=CUeW5cS3My4&feature=related
      www.youtube.com/watch?v=3QB4YzAK6J8&feature=related
      Fatima`07
      www.youtube.com/watch?v=2VOc_y88fx8&feature=related
      Wietnam:
      www.youtube.com/watch?v=hPwLR-euCCg&feature=related
      Hiszpania (po prawej stronie "kliknac" ):
      video.google.de/videosearch?client=firefox-a&rls=org.mozilla:de:official&channel=s&hl=de&source=hp&q=objawienia%20maryjne&um=1&ie=UTF-8&sa=N&tab=wv#
      itd.
      www.medjugorje.ws/en/videos/virgin-mary-messages/
      www.youtube.com/watch?v=djWEmUiyZEo&feature=related
      • osmiorniczka030 Re:Co o tym myslicie? 08.10.09, 00:34
        Ja osobiscie uwazam, ze przy ocenianiu takich zjawisk nalezy byc
        bardzo ostroznym. Duzo fragmentow filmow jest moim zdaniem
        mocno "naciaganych," ale tez kilka filmow przedstawia dobrze
        udokumentowane przypadki cudow i objawien.

        Zainspirowalas mnie do napisania na ten temat jakiegos elaboraciku :-
        ) Ale to dopiero za jakis czas.

        Pozdrawiam.
    • osmiorniczka030 Cialo zmyslowe, a cialo duchowe wedlug sw. Pawla 07.10.09, 00:30
      Lecz ktoś powie: "Jak umarli zmartwychwstają? Jakie będą mieli
      ciało, gdy przyjdą?" Głupcze! Czy to, co zasiane, powraca do życia,
      jeśli wpierw nie obumrze? To, co zasiewasz, nie jest przecież od
      razu rośliną, którą będzie potem, ale zwykłym ziarnem, na przykład
      pszenicy lub czegoś innego. Dopiero Bóg daje mu wygląd według swej
      woli, każdemu ziarnu daje własny wygląd. Nie każde ciało jest takie
      samo: inne ciało mają ludzie, a inne - bydło, jeszcze inne - ptaki i
      ryby. Są też ciała niebieskie i ciała ziemskie. Inne jest piękno
      tych niebieskich, a inne ziemskich. Inny jest blask słońca, inny
      księżyca, jeszcze inny gwiazd. Gwiazda też od gwiazdy różni się
      blaskiem. Tak też jest ze zmartwychwstaniem. Sieje się zniszczalne,
      powstaje niezniszczalne; sieje się mało wartościowe, a
      zmartwychwstaje chwalebne; sieje się słabe, a zmartwychwstaje mocne;
      sieje się ciało zmysłowe, a powstaje ciało duchowe. Jeśli jest ciało
      zmysłowe, powstaje ciało duchowe. Jest napisane: Stał się pierwszy
      człowiek, Adam, istotą żyjącą, a ostatni Adam duchem ożywiającym.
      Nie to, co duchowe, było najpierw, ale to, co zmysłowe. Dopiero
      potem było duchowe. Pierwszy człowiek utworzony z ziemi jest
      prochem, drugi Człowiek jest z nieba. Ci z prochu ziemi są tacy jak
      ten z prochu, a ci z nieba - tacy jak Ten z nieba. I jak zaczęliśmy
      nosić w sobie obraz człowieka z prochu ziemi, tak zaczniemy nosić w
      sobie obraz Tego z nieba.
      Bracia! Mówię wam, że to, co śmiertelne, nie może odziedziczyć
      królestwa Bożego, ani to, co zniszczalne, nie ma udziału w
      niezniszczalnym. Oto ogłaszam wam tajemnicę: Nie wszyscy umrzemy,
      ale wszyscy będziemy przemienieni nagle, w jednej chwili, w mgnieniu
      oka, na sygnał ostatniej trąby. Kiedy ona zabrzmi, umarli zostaną
      wskrzeszeni niezniszczalni, i my zostaniemy przemienieni. Musi
      bowiem to, co zniszczalne, przyoblec niezniszczalne, a to, co
      śmiertelne, przyoblec nieśmiertelne.
      Gdy już to, co zniszczalne, przyoblecze się w niezniszczalne, a to,
      co śmiertelne, przyoblecze się w nieśmiertelne, wtedy spełni się
      słowo, które zapisano: Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o
      śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzie jest, o śmierci, twój oścień?
      Żądłem śmierci jest grzech, a siłą grzechu jest Prawo. Niech będą
      dzięki Bogu, który daje nam zwycięstwo przez Pana naszego Jezusa
      Chrystusa. Braci moi umiłowani, bądźcie więc wytrwali, niezachwiani,
      bez reszty oddani dziełu Pana. Zawsze pamiętajcie, że dzięki Panu
      wasz trud nie jest daremny.

      Św. Paweł
      1 List do Koryntian
      • luna67 Re: Cialo zmyslowe, a cialo duchowe wedlug sw. Pa 07.10.09, 20:57
        Osmiorniczko,

        skosztowalam i liznelam zaledwie (bedac w smierci klinicznej) pieknosc zycia na
        tamtym swiecie jako dziecko, nie przekraczajac granicy zycia i smierci.

        A to graniczne przezycie bylo bardziej realne od terazniejszosci, wiec nie umie
        sobie wyobrazic po prawdziwym przejsciu, realnosci tamtego swiata..........
        nasze umysly sa za marne zeby to objac......, wiem, ze po smierci jestesmy w
        stanie to wszystko zrozumiec..., ale nie teraz, naszym skapym umyslem.....

        Do dzisiaj pamietam barwy kwiatow po tamtej stronie, nawet ich zapach mam w
        moich nozdrzach po dzis, spiew nieziemskich pieknych ptakow, bylo to
        paredziesiat lat temu, a o dziwo nie umie sobie przypomniec co robilam przed
        3-ma miesiacami.....(?????)

        Podobno bylam wtedy po reanimacji 20-sto minutowej, zkapitulowanej jak to nazwal
        ordynator szpitala, i potem 30 minut martwa (a mozg obumiera po paru minutach
        bez doplywu tlenu(???), bylam martwa od przeszlo pol godziny po
        reanimacji!!!!!!!!!, czyli 50 minut od ustania pracy serca!!!! przykryto moje
        martwe cialo po reanimacji sztywnym (skrochmalonym) przescieradlem smiertelnym
        (co obserwowalam bedac "martwa"!!!) i przewieziono moje lozko z cialem do
        poczekalni kostniczej (korytarz kostnicy)......

        Niby "martwa", nie interesujaca sie juz wiecej moja powloka ziemska (byla mi
        obca), unosilam sie w gorze korytarza szpitalnego, moglam wszystko obserwowac
        na co mialam ochote i przenosic sie nawet na ostatnie pietro szpitala (co mi nie
        wolno bylo za zycia) obserwujac poczynania lekarzy operujacych (byly tam sale
        operacyjne i izolatki), poznajac zakatki tajemniczego nie osiagalnego mi za
        zycia zaulkow szpitala.

        Moja dziecieca radosc byla nie do opisania, nagle nikt mi niczego nie mogl
        zabronic, bylam "czysta", i bardziej madrzejszym istnieniem od "ziemskich
        istot", nawet od mamy i taty (za zycia dla mnie "Bogow"). Ale towarzyszyly mi
        jasne "anioly" zebym nie przekraczala jakiejs granicy.....czulam ich obecnosc i
        wiedzialam co mi wolno a co nie..., i jako dziecko wiedzialam wszystko: o sensie
        zycia, smierci....., wszystko bylo jasne i mialo sens.

        .....a moja dusza byla napelniona szczesciem, spokojem, jasnoscia i miloscia
        jakie nigdy w zyciu nie zaznalam (a moi rodzice kochali mnie do bolu, bo ich
        tylko milosc znalam).

        Widzialam moich rodzicow zachodzacych sie placzem w poczekalni szpitalnej
        rozmawiajacymi z lekarzem prowadzacym, nie wiedzialam dlaczego placza, ale
        chcialam dac od siebie znak, zeby nie plakali, mowilam, blagalam, a oni mnie
        niestety nie slyszeli i nie widzieli...., wiem, ze bylam zla na nich, gdyz mnie
        ignorowali, czego nigdy nie robili wczesniej....

        Po spotkaniu ze swiatloscia (co opislam wszesniej), wrocilam na ten ziemski
        padol pelna bolesci i tesknoty za moim prawdziwym domem......

        Jezeli to byl wymysl mojego umierajacego mozgu (po 50-ciu minutach od ustania
        pracy serca), to kazdemu czlowiekowi darujacemu swoje organy dla ratowania zycia
        innemu, nalezy sie totalna narkoza, bo on jeszcze
        zyje..............................................

        .........rozmawialam z czlowiekiem, ktory sie obudzil po 2-ch dniach po
        stwierdzeniu zgonu.........................:-))))))))))))), w kostnicy przy
        ubieraniu do trumny....., polamali mu kosci przy skladaniu
        rak.......................

        No i kiedy konczy sie nasze zycie?????????? po paru minutach? czy po paru
        dniach??????? a moze wogole sie nie konczy??? Te pytania juz znam, ale ja znam
        tez na nie odpowiec-)))))))))))
        • osmiorniczka030 Smierc kliniczna Luny 07.10.09, 23:47
          Droga Luno!

          Coz powiedziec... Czekalam na taka relacje bardzo dlugo! Bardzo Ci
          za nia dziekuje. Czytalam ja juz kiedys w innym watku, ale sie
          gdzies nam zgubila. A tu, w watku, ktory ma za zadanie dodawac
          nadziei byla ona bardzo potrzebna, bo inaczej traktuje sie to, co
          wyczyta sie gdzies w ksiazkach, czy uslyszy w telewizji, a inaczej
          kiedy zna sie osobe, ktora miala lub ma takie niezwykle
          doswiadczenia.

          Ja za jakis czas planuje tu napisac wlasnie na temat smierci
          klinicznej. Jednak Twoj post jest do tego wspanialym wstepem i
          niezwyklym swiadectwem. Jeszcze raz dziekuje.

          A teraz rozbiore Twoja relacje na czynniki pierwsze, bo pojawiaja
          sie w niej bardzo charakterystyczne cechy:

          Piszesz, ze mimo, iz bylas dzieckiem, pamietasz wszystko doskonale...

          Z tego, co wiem dusza ludzka jest od poczatku calkowicie
          uksztaltowana. Tylko nasze ziemskie ciala sa najpierw malutkie, a
          potem stare. Zmarli mowia o swoim wieku tak: "Tu wszyscy mamy
          Chrystusowe lata."

          >A to graniczne przezycie bylo bardziej realne od terazniejszosci<


          Podobnie mowia rowniez osoby, ktore doswiadczyly "wyjscia z
          ciala." "Bylem bardziej zywy, niz kiedykolwiek"

          >nasze umysly sa za marne zeby to objac<

          Wiele osob, ktore powrocily z tamtego swiata mowi dokladnie to samo:
          nie da sie tamtego swiata opisac slowami. Nie da sie znalezc
          odpowiednich slow do opisu tego, jak tam jest. Nasze umysly nie sa w
          stanie wielu rzeczy pojac.

          >wiem, ze po smierci jestesmy w stanie to wszystko zrozumiec<

          Osoby, ktore byly poza cialem opowiadaja, ze w tym stanie doznaly
          niezwyklego poszerzenia swiadomosci, uczucia, ze wszystko wiedza, ze
          wszystko rozumieja. Nagle byly tez w stanie wszysko zobaczyc,
          wszystko uslyszec, mogly natychmiast przemieszczac sie w dowolnie
          wybrane przez siebie miejsce, nie czuly bolu, czuly sie "bardziej
          zywe niz kiedykolwiek."

          >Do dzisiaj pamietam barwy kwiatow po tamtej stronie, nawet ich
          zapach mam w
          moich nozdrzach po dzis, spiew nieziemskich pieknych ptakow, bylo to
          paredziesiat lat temu, a o dziwo nie umie sobie przypomniec co
          robilam przed 3-ma miesiacami<


          To swiadczy o tym, jak wielkiej wagi bylo to dla Ciebie przezycie

          >bylam martwa od przeszlo pol godziny po reanimacji!!!!!!!!!,
          czyli 50 minut od ustania pracy serca.<


          To po prostu niesamowite!

          >towarzyszyly mi jasne "anioly" zebym nie przekraczala jakiejs
          granicy<


          To podobno granica, po przekroczeniu ktorej nie moglabys juz wrocic.

          >Widzialam moich rodzicow zachodzacych sie placzem w
          poczekalni szpitalnej rozmawiajacymi z lekarzem prowadzacym, nie
          wiedzialam dlaczego placza, ale chcialam dac od siebie znak, zeby
          nie plakali, mowilam, blagalam, a oni mnie niestety nie slyszeli i
          nie widzieli...., wiem, ze bylam zla na nich, gdyz mnie
          ignorowali, czego nigdy nie robili wczesniej....<


          A ten cytat dedykuje tym, ktorzy maja zal do swoich bliskich o to,
          ze nie dostaja od nich znakow. Te nasze swiaty istnieja co prawda
          obok siebie, ale nie da sie na zyczenie pokonac dzielacej nas
          granicy. A nasi kochani Zmarli sa czesto obok nas, podobnie, jak
          Luna probuja do nas mowic, dac nam znak, a my tego po prostu nie
          widzimy i nie slyszymy.

          I ja musze sobie czesto te wlasnie slowa czytac, bo tak bardzo bym
          chciala, zeby moj Tatus byl tak przy mnie, jak Ty wtedy przy
          rodzicach, doslownie na wyciagniecie reki...

          >Po spotkaniu ze swiatloscia wrocilam na ten ziemski padol pelna
          bolesci i tesknoty za moim prawdziwym domem<


          Moj sasiad, ktory umieral na raka dwukrotnie odchodzil i dwukrotnie
          go odratowano. Pamietam, ze za kazdym razem mial wielkie pretensje
          wlasnie o to, ze nie mogl odejsc tam, gdzie bylo tak pieknie i tak
          dobrze. Ale nikt tego wtedy nie rozumial.

          Napisz, co dokladnie myslalas w tym stanie o swoim ciele fizycznym?
          Co myslalas o swoich bliskich, czy po tamtej stronie nadal sie
          odczuwa milosc do osob na ziemi, czy tez stali Ci sie oni na ten
          czas obojetni, skoro piszesz, ze bylo tam tak pieknie, ze bylo tam
          duzo milosci, ze to byl Twoj prawdziwy dom... I jeszcze jedno, czy
          ten czlowiek, ktory obudzil sie po 2 dniach od zgonu mial podobne
          przezycia do Ciebie?

          Zazdroszcze Ci tej wiedzy. Tak bardzo chcialabym sama moc choc na
          chwile tam zajrzec...

          Jeszcze raz dziekuje Ci za Twoja relacje. To wielka dawka nadziei
          dla nas wszystkich.

          Pozdrawiam serdecznie.
          • luna67 Re: Smierc kliniczna Luny 08.10.09, 00:58
            Kochana osmiornichko, napisalas:

            "> Napisz, co dokladnie myslalas w tym stanie o swoim ciele fizycznym?"

            Wysliznelam sie z mojego ciala (przez glowe), tak jak sie rozbiera ciezki,
            uczazliwy plaszcz zimowy, wracajac z zimnego dworu do cieplego rodzinnego
            ogniska, w ktorym czekaja kochani najblizsi ze szklanka cieplej cherbaty:-) (nie
            ma na to slow), czulam ulge, niesamowity spokoj, nie czulam bolu mojego ciala,
            ktore mi dokuczalo niemilosiernie, ani strachu....stan totalnej obojetnosci,
            odpoczywajaca przed nastepnymi pieknymi, nowymi zdarzeniami.

            Patrzac na moje cialo, mialam swiadomosc przemijalnosci, ze cos powstalo i musze
            sie z tym pogodzic, co przyszlo mi bardzo latwo, ze w kazdej chwili moze ono byc
            na nowo stworzone.....

            Nie bylo mi szkoda moich pieknych zlocistych lokow, ktore moja mama bardzo
            pielegnowala, pomyslalam, dlaczego sie tak trudzila?, jezeli to nie jest wazne.
            Moje cialo stalo mi sie jakies obce, jak kukla, jak moja lalka, ktora dostalam
            pare dni temu w szpitalu na gwiazdke od rodzicow.

            > Co myslalas o swoich bliskich, czy po tamtej stronie nadal sie
            > odczuwa milosc do osob na ziemi, czy tez stali Ci sie oni na ten
            > czas obojetni, skoro piszesz, ze bylo tam tak pieknie, ze bylo tam
            > duzo milosci, ze to byl Twoj prawdziwy dom...

            Kochalam dalej moich rodzicow jak za zycia (wrecz czulam ich bol cielesny,
            dlawienie lzami, co nie bylo przyjemne), nie stali mi sie obojetni, przeciez
            jakby tak bylo, to nie probowalabym ich uspokoic. Ich "brak", uzupelniala mi
            jakas nieopisana milosc, ktora mi ich w jakims sensie zastepowala.

            Nie czulam czasu, zastanawialam sie dlaczego tak rozpaczaja, przeciez niedlugo
            mielismy sie spotkac, ich bolu nie moglam pojac...., wiem, ze przez ich bol bylo
            mi nieswojo, bo dla mnie smierc byla pieknym przezyciem, uwolnieniem sie od
            bolu fizycznego i wkroczenia do miejsca, ktore bylo mi zajome, poufne, stary
            najmilszy dom....

            I jeszcze jedno, czy
            > ten czlowiek, ktory obudzil sie po 2 dniach od zgonu mial podobne
            > przezycia do Ciebie?

            Tak, mial takie same, a moze jeszcze piekniejsze, on przechodzil przez tzw.
            tunel w bardzo szybkim tepie, widzial i rozmawial z dawno zmarla siostra, o
            ktorej juz zapomnial (bo mial wtedy 2-latka). Jego granica po tamtej stronie byl
            blekitny, krysztalowy stumyk, wiedzial, ze jak go przekroczy to nie bedzie odwrotu.

            On chcial go przekroczyc, ale "swietliste istoty" nie pozwolili mu na to, on
            mial jeszcze kupe roboty do wypelnienia na tym swiecie. A najsmieszniejsze jest
            w to, ze on jest anastezjologiem, i zawsze takie opowiastki traktowal jako
            zaburzenia spowodowane odurzeniem mozgu....

            >
            > Zazdroszcze Ci tej wiedzy. Tak bardzo chcialabym sama moc choc na
            > chwile tam zajrzec...

            Nie kazdemu jest to dane, wiem, ale tez wiem, ze musze sie bardziej starac od
            ludzi, ktorzy tego nie przezyli....., i nie wiem czy krocze dobra droga.....,
            mam nadzieje, ze tak jest:-))))
            • flying.sasha Re: Smierc kliniczna Luny 09.10.09, 01:46
              Droga Luno!

              Dziekuje za kolejne relacje. Znowu napisalas duzo waznych rzeczy!

              Wczoraj napisalas, ze bedac w ciele duchowym zwiedzalas wszelkie
              zakamarki szpitala, mijsca, do ktorych nie wolno Ci bylo normalnie
              wchodzic. Ta dziecieca ciekawosc swiadczy o tym, ze w ciele duchowym
              nie zmienia sie nasza natura, ze nadal jestesmy soba.

              Jesli chodzi o stosunek do ciala fizycznego, to kiedy tak sobie
              czytam o wedrowkach poza cialo, czy o doswiadczeniach kontaktow ze
              Zmarlymi to wlasnie odczucia sa bardzo podobne do Twoich. Powiem Ci,
              ze Tata w moich snach ku mojemu wielkiemu zdziwieniu rowniez ma taki
              wlasnie stosunek do swego ciala.

              Pytalam o ta milosc do rodzicow, bo wiele osob, w tym rowniez ja
              zastanawia sie, czy jesli Zmarly po tamtej stronie doswiadcza tyle
              piekna, milosci i szczescia, to czy nie zapomina o bliskich na
              ziemi, czy nie przestaje ich kochac. To bardzo wazna dla nas
              wiadomosc.

              >dla mnie smierc byla pieknym przezyciem, uwolnieniem sie od bolu
              fizycznego i wkroczenia do miejsca, ktore bylo mi zajome, poufne,
              stary najmilszy dom.... <

              Zmarli mowia o tym dniu, ze to najpiekniejszy i najwazniejszy dzien
              w ich zyciu, narodziny do nowego, lepszego zycia.

              >Jego granica po tamtej stronie byl blekitny, krysztalowy stumyk,
              wiedzial, ze jak go przekroczy to nie bedzie odwrotu.<

              Te granice sa rozne. Mury, strumyki, rzeki, lasy...

              >A najsmieszniejsze jest w to, ze on jest anastezjologiem, i zawsze
              takie opowiastki traktowal jako zaburzenia spowodowane odurzeniem
              mozgu.... <

              Czy po swoim doswiadczeniu zmienil poglady?

              >Nie kazdemu jest to dane, wiem, ale tez wiem, ze musze sie bardziej
              starac od
              ludzi, ktorzy tego nie przezyli<

              Skad wiesz, ze od Ciebie wiecej sie wymaga?

              Czy doswiadczylas obecnosci Boga?


              Serdecznie pozdrawiam.
          • tilia7 Re: Do: Luny 09.10.09, 11:50
            Sceptyczna natura i rozumowe podejście do życia trochę mi
            przeszkadza wierzyc w takie relacje bez zastrzeżeń.Z drugiej strony
            to,co opisujesz Luno w dużym jednak stopniu pokrywa się z tym,co ja
            sobie wyobrażam na temat życia "tam".
            Czytałam kilka razy i cały czas mnie coś niepokoiło.W końcu doszłam
            do tego, o co chodzi.Piszesz o granicy, której nie wolno ci było
            przekroczyc, podobne odczucia miał ten drugi człowiek.Więc tak
            naprawdę nie do końca wiadomo,co jest po "tamtej stronie",czym jest
            ta ostateczna śmierc po przekroczeniu tej granicy.To miejsce,gzie
            byłaś, skąd mogłaś jeszcze wrócic sprawia wrażenie
            takiej "poczekalni",przejścia.Oby było tak pięknie naprawdę,oby
            również i za tą granicą było tak dobrze.

            • 198-3mk Re: Do: Wszystkich... 09.10.09, 12:31

              Witam wszystkich...
              Obiecałam sobie ze już nic nie napisze na forum... :)
              Ale jestem tylko człowiekiem, a człowiek to taka słaba istota... :)

              Wiele z nas, tutaj obecnych wciąż zastanawia się czy istnieje coś
              po tej naszej śmierci, czy też nie istnieje... Sama też należę do
              tych osób które szukają utwierdzenia mnie w tym, że jednak nasze
              życie toczy sie dalej, tylko w innym wymiarze...
              Napiszę Wam coś całkiem z innej beczki... Troszkę na wesoło...
              Proszę, potraktijcie to z przymrurzeniem oka... :)
              Historyjka ta, wczoraj wpadła mi w ręce...:)

              Pod sercem mamy rozmawiały ze soba bliźnieta:
              - A ty wierzysz w "życie po porodzie"?
              - No jasne, tam musi przecież coś być!...
              Mnie sie wydaje, że właśnie po to teraz tu jesteśmy,by się
              przygotowac na to, co bedzie dopiero potem.
              - Ej,ty głupoty opowiadasz! Żadnego życia po porodzie przecież nie
              ma,bo jakby to miało wyglądać?
              - Nie wiem jeszcze... Ale bedzie wiecej światła;może bedziemy biegać,
              skakać, jeść buzią?
              - To bez sensu! Biegać się nie da! Kto widział by jeść ustami?
              Przecież żywi nas pępowina!
              - Nie wiem jeszcze... Napewno zobaczymy nasza mamę. Ona bedzie się o
              nas troszczyć.
              - Mama? Ty wierzysz w mamę? Toż to jakieś bajki! A kto to wogóle
              według ciebie jest?
              - No,przecież ona jest wszędzie,wokół nas.Dzięki niej żyjemy. Bez
              niej, nas by tu nie było.
              -Nie wierzę! Ja żadnej mamy jeszcze nie widziałem, czyli że jej nie
              ma.
              - No jak to!? Przecież jak jestesmy cicho,to możemy posłuchać jak
              śpiewa,jak do nas mówi, albo poczuć jak głaszcze nasz świat.
              Wiesz,myślę,że prawdziwe życie zaczyna się dopiero później..."

              Troszke nadziei na wesoło?:)

              Przepraszam tych bez poczucia humoru, bo mimo tragedi, jaka
              dotkneła NAS wszystkich, walczmy też o to, aby została w nas choć
              odrobina poczucia humoru... Mimo wszystko...

              Pozdrawiam. Beata-mama Marcina.
              • halas1961 Re: Do: Wszystkich... 09.10.09, 12:51
                Beatko, to co napisalas bardziej przekonywujace dla watpiacych niz
                niektore cytaty:):):)Trudno uwierzyc w to co nieznane, nie dajace
                sie udowodnic, sprawdzic, zrozumiec...
                A tak na wesolo, to ja z innej beczki. Tak apropo niektorych rzeczy
                Agatki. Skarpety wczoraj ubralam Agatki, zeby w nogi cieplo bylo i
                tak lubie jej rzeczy nosic. Skarpety mlodziezowe, smieszne. Żólto-
                niebieskie odblaskowe kolory. Wystroilam sie na wyjscie w czarna
                kurtke, spodnice, mokasyny czarne, torebeczka czarna, a skarpety
                zapomniane na nogach pozostaly. Jaki ubaw mialy w autobusie
                dzieciaki naprzeciwko ktorych usiadlam, a i ja mialam ubaw razem z
                nimi:):):) Przy mojej posturze to bylo dopiero komiczne , jeszcze
                sie smieje:)
                Ps. Dlaczego takie obiecanki co do forum sobie stawiasz:)
                Pozdrawiam serdecznie
                Halina-mama Agatki
                • 198-3mk Re: Do: Wszystkich... 09.10.09, 13:54
                  No... Ja raczej ubrań Marcina, nie mogę założyć...:) Bo... Na
                  szerokość byłyby za wąskie, a na wysokość za długie...:):):) Ja mama
                  tylko 164 cm wrostu, a On mierzył sobie ponad 180...-)

                  Ale uwielbiam słuchać Jego muzyki, której przedtem nie znosiłam...
                  Najbardziej zespół MEZZO, piosenka pt: SAKRUM. Uwielbiam ją... I
                  kiedy tylko leci w radiu, to pogłaszam na ful -) Słuchamy wtedy
                  razem z Marcinem-)

                  No... Zw skarpetami narobiłaś Agatce obciachu:):):)
                  Musiała mieć niezły ubaw:):):)
                  Pozdrawiam. Beata-mama Marcina.
              • pam_71 Re: Do: Wszystkich... 09.10.09, 14:22
                Wspaniała opowieść i bardziej trafiająca do "niewiernych" niz
                wszelkie wyciągane cytaty i dowody cudów ... poważnie ;-)
                Mam nadzieję,że po narodzinach Mama będzie dbała i kochała oba
                bliźniaki jednakowo ... ;-p
                Pozdrawiam i dziekuję
                Pam
              • osmiorniczka030 Re: Do: Wszystkich... 10.10.09, 02:09
                Normalnie prawie, jak rozmowy Tilii z Osmiorniczka :-)

                A oto ciag dalszy - kilka miesiecy pozniej:

                Osmiorniczka:

                "Blogoslawione sa matki, co za zle karza dziatki" ;-)

                Tilia:

                "Jaki chleb, taka skorka, jaka matka, taka corka"

                Osmiorniczka:

                "Przeklety, kto zasmuca matke swoja!" ;-)

                Tilia:

                "U swej matki kazdy gladki"

                :-)

                Beatko! Swietny tekst!

                Pozdrawiam.

            • luna67 Re: Do: Luny 10.10.09, 01:17
              Tilia7 napisała:

              > Sceptyczna natura i rozumowe podejście do życia trochę mi
              > przeszkadza wierzyc w takie relacje bez zastrzeżeń.

              Tilia7, nie mozna nikogo o czyms przekanac czego sie nie da dowodnic naukowo
              (taka materialistyczna natura ludzka i tez nie mialam najmniejszego zamiaru), ja
              pisze do ludzi wierzacych, zeby im dopingowac, bo z wiara sie czlowiek rodzi.

              Pisalam tylko o moich przezyciach, nikogo nie "naciagajac",....a przez takie
              wypowiedzi (z ktorymi sie liczylam) czuje na sobie pregierz......, tacy ludzie
              jak ja przez "niedowiarkow" albo sceptykow, boja sie opowiadac o swoich
              przezyciach, wiec sie juz pozegnam.

              Chcialam jeszcze duzo napiasc....., bo po tamtej stronie nie bylo 50 miniut
              ziemskich, ale miljardy, wiec jestem starsza niz moj wiek ziemski ..........


              www.youtube.com/watch?v=dT4IKMv9gVE&feature=related
              Ps.
              wiem, ze robie duzo bledow, no i stylistyka sie klania, przebaczcie, ale
              mieszkam za granica wiecej czasu niz w Polsce.
              • osmiorniczka030 Re: Do: Luny 10.10.09, 02:31
                Luno!

                Niepotrzebnie sie obawiasz. Nie musisz sie z niczego tlumaczyc. Pisz
                o wszystkim i nie przejmuj sie naszymi "niewiernymi medrkami".
                Takie relacje zawsze beda budzic ogromne kontrowersje i to jest
                normalne. A my i tak wiemy swoje.

                Choc rozumowe podejscie naszych forumowych medrkow kaze im od czasu
                do czasu zglosic jakies zastrzezenie, to tak naprawde medrki sa
                bardzo ciekawe i chetnie nadal beda czytac o Twoich przezyciach,
                zapewniam Cie. Nie obawiaj sie pisac!

                Pozdrawiam.
              • tilia7 Re: Do: Luny 10.10.09, 12:17
                Luno droga,nie czuj pręgierza i nie bój się pisac.Przeczytaj moją
                wypowiedź jeszcze raz,dokładnie,spokojnie i spróbuj zauważyc,że choc
                zaznaczyłam,że mam sceptyczną naturę-taką mam i nic na to nie
                poradzę-to ciekawi mnie to,co piszesz,absolutnie tego nie wysmiewam
                i jak już naprawdę milion razy tu pisałam też wierzę,że jest
                jakaś
                forma życia po śmierci.
                Z wiarą niekoniecznie człowiek się rodzi a bywa tak,że się z nią
                rodzi a potem ją traci a potem się stara odzyskac,znaleźc nową
                drogę.Ty wiesz,co przezyłaś i ja tego nie kwestionuję w żaden
                sposób.Wierzę,że na pewno tego wszystkiego doświadczyłaś.Sama
                doświadczam różnych,czasem dośc dziwnych stanów.Mój sceptycyzm
                bierze się stąd,że nie jesteśmy w stanie na 100% określic czy to
                jest efekt faktycznego pobytu w zaświatach czy efekt jakiegoś
                działania naszego mózgu.Wolałabym,żeby to były najprawdziwsze
                zaświaty.Ale mam prawo miec wątpliwości prawda?Mam prawo pytac i
                samą siebie utwierdzic w tym,że jest tak jak piszesz?
                Więc nie wycofuj się,nie obrażaj.Przynajmniej czytam z uwagą co
                piszesz i jakoś na to reaguję.Czy nie na tym powinna polegac wymiana
                doświadczeń,poglądów?
            • tilia7 Re: Do: Luny 10.10.09, 12:29
              Nawiasem mówiąc, mam wrażenie,że nie przeczytałaś Luno,co
              napisałam.Bo ja teraz jeszcze raz przeczytałam swój wpis i na litośc
              boską tam nie ma ani jednego słowa krytyki.Pytam konkretnie,co mnie
              zaciekawiło,zaniepokoiło-ale przecież nie po to,żeby wyśmiac tylko
              dlatego,że sama mam ukochanego człowieka po tamtej stronie i
              chciałabym móc pozbyc się własnych wątpliwości.
              Pozdrawiam ciepło i mam nadzieję,że już niczego złego się nie
              dopatrzysz w mojej wypowiedzi.

              Na tym forum chyba jednak nie ma miejsca dla
              poszukujących,wątpiących,niepewnych.Smutne to i przykre bardzo.Bo ja
              po wstrząsie który przezyłam jestem na takim etapie żałoby kiedy
              potrzebuję pytac, szukac, czasem poddac w wątpliwośc to co piszą
              inni po to,żeby dojśc do ładu z własnymi uczuciami.I myślałam,
              naprawdę tak myślałam,że tu na pewno znajdę zrozumienie.Tymczasem co
              chwilę ktoś ma jakieś pretensje o to,że ośmielam się pytac,myslec
              inaczej niż reszta itd.
              I wtedy ja się czuję pod pręgierzem i myślę,że może lepiej sobie
              stąd pójśc w ogóle.Moja taka bardzo gorzka refleksja:dużo to
              osób,które pod wpływem żałoby otwarło się na Boga.Bardzo mało
              takich,którzy się otwarli na człowieka.A póki co jesteśmy tu,nie w
              zaświatach.
              Pozdrawiam ciepło wszystkich
          • luna67 Re: Do: Luny 10.10.09, 00:02
            Osmiornichko, nie mam niestety dostepu do mojej poczty (jak sie "Gazeta"
            zmodernizowala to przegapilam odnowienie. Wiec pisz pod:
            Gosia.janik@gmx.de
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka