nangaparbat3
20.12.06, 22:57
Kiedy po trzech czy czterech latach niemieszkania razem postanowilismy sie
rozwieść, usiedlismy razem przy (okraglym) stole, i w najlepszej wierze
napisalismy wspolne pismo do sądu z prosbą o udzielenie rozwodu.
Przed rozprawą Jeszcze Wtedy Mąż wyjał z kieszeni jakaś kartkę , podał mi ją
z bardzo glupią miną i powiedział: wywalili mnie z tym naszym pismem, kazali
pisać pozew, napisalem, przegonili mnie, za drugim razem kazali mi iśc do
prawnika, ta pani takie cos napisala, ja sie wlasciwie z tym nie zgadzam, ale
nie dalo sie załatwic inaczej.
Przeczytalam.
Wpadłam w furię.
Wcale sie nie dziwilam, ze mu głupio. Tłumaczył: mowili, ze musze to jakoś
uzasadnić, bo inaczej nie dadza nam rozwodu.
Potem juz było spokojnie, trafilismy na madrą i taktowna pania sędzię.
Ale: (prosze mnie nie katować za nieprzejrzenie wszystkich starych watkow,
naprawdę nie jestem w stanie)
Czy naprawdę tak jest, ze aby dostać rozwod MUSI sie wnieść pozew PRZECIWKO
wspołmałzonkowi? Czy nie ma prawnych mozliwosci unikniecia tego? Czy wspolnie
wyrazona wola dwoch pełoletnich, teoretycznie przynajmniej zdrowych na umysle
osob nie powinna wystarczyć, by sąd taki wniosek rozpatrzył?
Troche grzebałam w necie i wydaje mi się, ze pozew jest konieczny. Ale wciąż
jeszcze mam nadzieję, ze nie znalazlam jakichs ukrytych innych mozliwości.