pomimo1
19.02.07, 06:54
Miało go nie być. Wyjechał podobno.
Przyszedł wczoraj wieczorem. Już nawet nie pamiętam,jak wszedł i co
powiedziałam. Wydawał mi się, taki jak dawniej. Uśmiechnięty, z iskrą
namiętności w oku. Miło się rozmawiało.
-Zostań u mnie na noc.
-Chętnie.
Całą noc się przytulałam. Zapach mężczyzny w moim łóżku. Nad ranem zaczęłam go
całowac powolutku.
-Zostań juz ze mną na zawsze, przecież Ciebie potrzebuje, może się ułoży.
-Jak chwilę jest miło, to już nie znaczy, że będziesz dobrą żoną. Przyszedłem
na chwilę.
- Błagam, zostań.
-Nic nie rozumiesz, ja Ciebie nie chcę.Nie kocham Cię. Nie zasłużyłaś.
Wychodził, a ja rzucałam sprzętami w dzrwi i krzyczałam:
-Zostań!.....
Położyłam się zpac roztrzęsiona.
O ja powiem mojej psycholog? Tyle pracy nade mną, bym już taka nie była i co?
Zjawia się niespodziewanie i ja znów to samo. Boże, w głowie huczy,
co to tak warczy? Co mi jest? Otwieram oko.
To kot, warczy sobie na poduszce.
Boże, jak to dobrze, że to tylko sen. Opowiem o nim Pani psycholog i Wam.