jasminowo
09.04.07, 21:57
Jest wieczór. Mała śpi a ja próbuję skupić myśli. Pozew napisany. Powinien
powstać już dawno. Rok? Dwa? Wcześniej? Od dawna mieszkaliśmy jak obcy sobie
ludzie i tylko Mała nas łączyła. Rozstanie było nieuniknione. Planowałam je
poważnie. Ale bez pośpiechu. Po swojemu. Co drugi weekend na uczelni, zajęte
myśli. Co drugi weekend on jeździł do nowej niej. Coraz bardziej zależało mi
na rozwodzie ale nie mogłam wydębić według mnie potrzebnych zmian
technicznych. Żałuję że zwlekałam... Telefon życzliwych poinformował, że
widują ich na mieście. Pękłam. Nacisnęłam. Wiedziałam, że to skutek a nie
przyczyna ale i tak zabolało. Zła kolejność - najpierw odejdź jak prosiłam -
potem buduj. Idealistka. Zginę kiedyś przez to. Nacisnęłam i okazało się, że
można. Trzy dni później podpisał umowę najmu nowego mieszkania. Przywyczajam
się do myśli o zmianach. I tylko szarpie mną demon wewnętrzny złości - że to
ja miałam mieć kontrolę, że to ja miałam powiedzieć - odejdź stąd. I choć
słowa padły to czuję, że nie odchodzi ode mnie tylko do niej. Kolejny raz się
nie liczę. Zakręciłam? Pewnie jak wszystko... ale musiałam to wysypać.
Czekają mnie ciężkie trzy tygodnie do wyprowadzki. Czekamy z rozmową z małą.
W tym tygodniu nie, bo jadę na uczelnię i za nic nie zostawię jej na weekend
z taką wiadomościa beze mnie. Więc w przyszłym. Ale przed weekendem bo chcę
być przy niej dzień i noc zaraz po takiej informacji. I jeszcze jeden
tydzień - bo tak radzą, żeby jeszcze został tydzień, dwa. Nie dłużej. W
żadnym wypadku!
To takie trudne. Nie kocham. Ale świadomość, że ja tu a on tam, szczęśliwy. I
może łatwiej byłoby gdyby nie to, że za pół godziny wróci. Nie mam już na to
siły. Błagam - pomóżcie mi przetrwać te trzy tygodnie...