pomimo1
04.05.07, 22:06
mi nie wyszło. nie wiem,jak Wam. Nawet dzisiaj nie umiem powiedziec, czy
odpowiednio sie staralam.
No wlasnie, czy sie staralam? Staralam sie duzo znosic, a nie naprawiac.
wlasciwie jest to jakis grzech zaniechania.
Trudno wziac na siebie karb odpowiedzialnosci za odejscie. Zdecydowalam
samolubnie, ze wole zyc sama. Bez cynizmu w stylu: faceci to swinie, zrobiono
mi krzywde, oni sa nic nie warci i te pe...
Nie ma we mnie zawisci gdy slysze, ze ktos sie bardzo kocha, ze maz szanuje
zone, ze jej nie zdradza. Owszem zazdrosze, ale w taki wlasciwy i zdrowy
sposob i zycze sobie i innym , by takie szczescie mieli jak najdluzej, w jak
najwiekszej ilosci i najlepiej po grob.
Pytaja mnie czesto, czy zaluje albo czy sie ciesze. Rozwod to moja najwieksza
zyciowa porazka. Osobista porazka przez grzech zaniechania.Czlowiek dostaje
tyle, ile daje z siebie. Tak niestety moglo byc i u mnie. I moze bylo. Nie
jestem obiektywna, wiec tego nie ocenie, ale kazdego dnia czuje na sobie
pytanie, czy zrobilam wszystko. Nie jestem oredowniczka jednego ciecia i
niewybaczalnej zdrady. Liberal? Niekoniecznie.
Pomimo,ze duzo osiagnelam dzieki rozwodowi i wreszcie czuje spokoj i
satysfakcje, to nie opowaidam wszem i wobec, ze rozwod to najlepsze, co mi sie
w zyciu przytrafilo. Zawsze mowie, ze zaluje. Bo jest czego zalowac:
pogrzebanych nadzieji, straconych lat na budowanie zamkow na piasku, godnosci,
wiary w siebie.
I milosci,bo przeciez kochalam i pewnie on tez.
Smiesza mnie czasem te radykalizmy, ze rozwod hip hip hurra.
z dystansem mowie: odnioslam konstruktywną porażkę z której zamierzam
wyciagnac wnioski.
Ot, taki moj bilans.