maal-ina
19.09.07, 16:25
Rozwód i co dalej? To pytanie mnie własnie dręczy. Ja jeszcze przed, może w
ogóle nigdy tego nie zrobie… O mnie:
7 lat po ślubie, syn trzyletni. Przez pierwsze 3 lata mieszkaliśmy z rodzicami
męża. Czułam się tam fatalnie, ich podejście do męża– ot ich małe dziecko, a
to „dziecko” wchodziło w tę przypisaną mu rolę bez mrugnięcia okiem. Myślałam
sobie, ok., wyprowadzimy się, będziemy sami – wtedy poczuje się głową rodziny.
Od 4 lat mieszkamy sami. Pozornie szczęśliwe małżeństwo, wszystkim się wydaje
że pana boga za nogi złapałam – mąż zmywa, sprząta ze mną, wstaje rano do
małego żebym ja mogła dłużej pospać. Nie kłóci się, bo nie potrafi (to nie
żart ani kpina) A ja mam dosyć. Serdecznie dosyć życia z kimś kto nie ma
własnego zdania, kto nie potrafi kierować własnym życiem, kto w razie
jakichkolwiek – mniejszych czy większych problemów - chowa się za moimi
wątłymi barami a w oczach ma napis: „I co my teraz kochanie zrobimy?” Kto
zamiast dyskutować reaguje jedynie płaczem. Kto nie ma życiowych ambicji,
nawet tych najprostszych – mama załatwiła pracę? – super, będę w niej
siedział, aż mnie wyrzucą, nawet jeśli jest kiepska, nie daje żadnych
możliwości rozwoju.
Mój mąż nie jest dla mnie mężczyzną. Darzę go wieloma ciepłymi uczuciami, bo
to dobry, uczciwy, wrażliwy człowiek. Świetny ojciec. Ale nie daje mi poczucia
bezpieczeństwa, nie jest dla mnie oparciem, nie jest moim przyjacielem, nie
jest mi z nim dobrze w łóżku. Nie bawią nas te same żarty, nie mamy o czym
rozmawiać, kiedy już opowiemy sobie co tam było w pracy. Jest dla mnie jak
ktoś, kim musze się opiekować, zadbać o niego. Troszczyć się by w towarzystwie
się dobrze bawił, bo przecież jest nieśmiały. Przypominać co ma zrobić, skosić
trawę i takie tam…
W moim życiu pojawił się ktoś inny. Ktoś z kim jest mi cudownie w łóżku, z kim
świetnie rozmawia mi się o wszystkim – i o bzdetach i o poważnych rzeczach.
Kto imponuje mi swoją wiedzą, zapobiegliwością, zaradnością. Kto jest dla mnie
w pewien sposób autorytetem. I ktoś, kto czegoś ode mnie wymaga. Tak, wymaga –
bo mój mąż pozwala mi na wszystko, na wszystko się godzi, nie ma swojego
zdania w żadnej kwestii. A może je ma, tylko nie umie lub nie chce go
przedstawić lub przeforsować.
Wiem, że to bardzo złe, wiem że jestem nieuczciwa, że krzywdzę i męża i moje
dziecko i siebie. Znalazłam się na cholernie ostrym życiowym zakręcie i nie
wiem jak z niego wybrnąć. Z jednej strony mam już dość takiego życia jakie do
tej pory wiodłam. Mam poczucie, że moja miłość do męża skończyła się. Tego już
nie ma. Chciałabym budzić się koło kogoś innego, śmiać się z żartów, budować
codzienność z kimś innym.
I tu pojawia się problem. Nie mam siły powiedzieć mężowi że to koniec. Mamy
kryzys, on wie że mam wątpliwości, ale ja nie chcę, nie mogę otwarcie
powiedzieć mu jakie są moje uczucia. Dlaczego? Bo po pierwsze ciągle się
zastanawiam, czy ja już rzeczywiście go nie kocham, czy to nie jest efekt
jakiejś nudy, rutyny, czy to nie jest kryzys 7 roku? Po drugie nie mam siły i
odwagi na to żeby go tak skrzywdzić. On płacze i włosy rwie z głowy na samo
wspomnienie o rozwodzie, o tym, że to może już koniec. On przez te 7 lat,
pomimo moich prób rozmawiania o tym, co mi w naszym związku nie odpowiada,
uważał, że jest wszystko ok. A ja tu nagle chcę odejść.
Czy mogę skrzywdzić tak kogoś, komu przysięgałam? Z kim planowałam całe
życie, kto nie widzi życia beze mnie? A z drugiej strony zostać,
nieszcześliwa, ale po to by nie krzywdzić jego? Naprawdę nie wiem co robić.
Przetrwać, przeczekać kryzys? Ale mam teraz poczucie że nigdy nie spojrzę na
niego jak na faceta, który jest moją podporą, moim menem. Nigdy tak przeciez
nie było. To nie to, że coś się po drodze zgubiło. Tego nie było. I teraz jest
to już ponad moje siły. Pewnie dlatego że oto pojawiła się nowa szansa.
Pomóżcie. Może ktoś był w takiej sytuacji? Może żałuje podjętych decyzji, może
się z nich cieszy. Czy zaczynając życie z kimś innym nie będzie dręczyła mnie
myśl, że za sobą pozostawiłam skrzywdzonego człowieka, pewnie w głębokiej
depresji?
Przepraszam za ten elaborat, ale krócej się nie dało.