Dodaj do ulubionych

co dalej?...rozwód?

19.09.07, 16:25
Rozwód i co dalej? To pytanie mnie własnie dręczy. Ja jeszcze przed, może w
ogóle nigdy tego nie zrobie… O mnie:
7 lat po ślubie, syn trzyletni. Przez pierwsze 3 lata mieszkaliśmy z rodzicami
męża. Czułam się tam fatalnie, ich podejście do męża– ot ich małe dziecko, a
to „dziecko” wchodziło w tę przypisaną mu rolę bez mrugnięcia okiem. Myślałam
sobie, ok., wyprowadzimy się, będziemy sami – wtedy poczuje się głową rodziny.
Od 4 lat mieszkamy sami. Pozornie szczęśliwe małżeństwo, wszystkim się wydaje
że pana boga za nogi złapałam – mąż zmywa, sprząta ze mną, wstaje rano do
małego żebym ja mogła dłużej pospać. Nie kłóci się, bo nie potrafi (to nie
żart ani kpina) A ja mam dosyć. Serdecznie dosyć życia z kimś kto nie ma
własnego zdania, kto nie potrafi kierować własnym życiem, kto w razie
jakichkolwiek – mniejszych czy większych problemów - chowa się za moimi
wątłymi barami a w oczach ma napis: „I co my teraz kochanie zrobimy?” Kto
zamiast dyskutować reaguje jedynie płaczem. Kto nie ma życiowych ambicji,
nawet tych najprostszych – mama załatwiła pracę? – super, będę w niej
siedział, aż mnie wyrzucą, nawet jeśli jest kiepska, nie daje żadnych
możliwości rozwoju.
Mój mąż nie jest dla mnie mężczyzną. Darzę go wieloma ciepłymi uczuciami, bo
to dobry, uczciwy, wrażliwy człowiek. Świetny ojciec. Ale nie daje mi poczucia
bezpieczeństwa, nie jest dla mnie oparciem, nie jest moim przyjacielem, nie
jest mi z nim dobrze w łóżku. Nie bawią nas te same żarty, nie mamy o czym
rozmawiać, kiedy już opowiemy sobie co tam było w pracy. Jest dla mnie jak
ktoś, kim musze się opiekować, zadbać o niego. Troszczyć się by w towarzystwie
się dobrze bawił, bo przecież jest nieśmiały. Przypominać co ma zrobić, skosić
trawę i takie tam…

W moim życiu pojawił się ktoś inny. Ktoś z kim jest mi cudownie w łóżku, z kim
świetnie rozmawia mi się o wszystkim – i o bzdetach i o poważnych rzeczach.
Kto imponuje mi swoją wiedzą, zapobiegliwością, zaradnością. Kto jest dla mnie
w pewien sposób autorytetem. I ktoś, kto czegoś ode mnie wymaga. Tak, wymaga –
bo mój mąż pozwala mi na wszystko, na wszystko się godzi, nie ma swojego
zdania w żadnej kwestii. A może je ma, tylko nie umie lub nie chce go
przedstawić lub przeforsować.
Wiem, że to bardzo złe, wiem że jestem nieuczciwa, że krzywdzę i męża i moje
dziecko i siebie. Znalazłam się na cholernie ostrym życiowym zakręcie i nie
wiem jak z niego wybrnąć. Z jednej strony mam już dość takiego życia jakie do
tej pory wiodłam. Mam poczucie, że moja miłość do męża skończyła się. Tego już
nie ma. Chciałabym budzić się koło kogoś innego, śmiać się z żartów, budować
codzienność z kimś innym.
I tu pojawia się problem. Nie mam siły powiedzieć mężowi że to koniec. Mamy
kryzys, on wie że mam wątpliwości, ale ja nie chcę, nie mogę otwarcie
powiedzieć mu jakie są moje uczucia. Dlaczego? Bo po pierwsze ciągle się
zastanawiam, czy ja już rzeczywiście go nie kocham, czy to nie jest efekt
jakiejś nudy, rutyny, czy to nie jest kryzys 7 roku? Po drugie nie mam siły i
odwagi na to żeby go tak skrzywdzić. On płacze i włosy rwie z głowy na samo
wspomnienie o rozwodzie, o tym, że to może już koniec. On przez te 7 lat,
pomimo moich prób rozmawiania o tym, co mi w naszym związku nie odpowiada,
uważał, że jest wszystko ok. A ja tu nagle chcę odejść.
Czy mogę skrzywdzić tak kogoś, komu przysięgałam? Z kim planowałam całe
życie, kto nie widzi życia beze mnie? A z drugiej strony zostać,
nieszcześliwa, ale po to by nie krzywdzić jego? Naprawdę nie wiem co robić.
Przetrwać, przeczekać kryzys? Ale mam teraz poczucie że nigdy nie spojrzę na
niego jak na faceta, który jest moją podporą, moim menem. Nigdy tak przeciez
nie było. To nie to, że coś się po drodze zgubiło. Tego nie było. I teraz jest
to już ponad moje siły. Pewnie dlatego że oto pojawiła się nowa szansa.
Pomóżcie. Może ktoś był w takiej sytuacji? Może żałuje podjętych decyzji, może
się z nich cieszy. Czy zaczynając życie z kimś innym nie będzie dręczyła mnie
myśl, że za sobą pozostawiłam skrzywdzonego człowieka, pewnie w głębokiej
depresji?
Przepraszam za ten elaborat, ale krócej się nie dało.
Obserwuj wątek
    • yoma Re: co dalej?...rozwód? 19.09.07, 17:19
      Wiesz co?

      A może wydrukuj to, połóż na stole, tak żeby mąż znalazł, i wyjdź?
      • sylwiamich Re: co dalej?...rozwód? 19.09.07, 17:32
        Nigdy tego nie rób...sama musisz zdecydować co jest dla Ciebie ważne
        i postawić na to.Ale tylko wtedy, gdy będziesz tej decyzji pewna.
    • cosmopszczolka Re: co dalej?...rozwód? 19.09.07, 17:43
      Wiesz co pozwoli Ci spojrzeć inaczej na Twojego męża, gdy to on
      przyjdzie i powie Ci, że to koniec i ma swoje życie. Nigdy nie
      doceniamy jak ktoś nam nadskakuje i aby nam sie przypodobać
      przytakuje i zgadza sie na wszystko. Zawsze jest czas na rozstanie,
      ale poki co trzeba dać sobie szanse i pozwolić coś zmienić. Ja nie
      tyle mam żal do mojego meża ze mnie oszukiwał, ale właśnie za to ze
      nie dał nam żadnej szansy. Odszedł i tak naprawde do dzis nie
      porozmawialismy, a ja zostałam zraniona, pełna żalu,z
      niespełnionymi marzeniami itp, itd.....
    • marek_gazeta Re: co dalej?...rozwód? 19.09.07, 17:50
      Bardzo źle zrobiłaś.

      Trzeba było się z nim rozwieść, zanim jeszcze go zdradziłaś.
      • yoma Re: co dalej?...rozwód? 19.09.07, 18:14
        No, to wtedy by po świecie chodzili sami rozwodnicy smile
      • grzegorz6_4 Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 00:31
        Marek, ale to czasami jest chwila. Impuls. Cieżko jest zostawić męża
        choćby dlatego, że nie wie się czy ten drugi jest tym na kogo się
        czekało.
        • marek_gazeta Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 09:48
          ...ale już się wie, że mąż nie jest tym, na kogo się czekało. Więc należy się rozwieść ZANIM taki książę z bajki się pojawi. Tak jest uczciwie, chociaż nie wiem, czy w dzisiejszych czasach to słowo coś jeszcze oznacza.
          • sylwiamich Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 10:08
            Marku...byłam mamą dwójki małych dzieci.Podjęłam pracę
            zawodową.Wiedziałam że moje małżeństwo jest niezbyt udane.Ale jakoś
            to było.Nie szukałam wrażeń....same do mnie przyszły...przez
            przypadek czysty
            Zaczęło się niewinnie...zwykłe gadanie...dla zabicia czasu...
            Stało się.Zauroczyłąm się facetem.tak jak koleżanka.I wiesz co?Ja
            wtedy po raz pierwszy zauważyłam ze ja męża po prostu nie
            kocham.Dostałam obuchem w łeb.Uczciwie.Czasami się bardzo chce.Mój
            mąż był pierwszym który się dowiedział.Wróciłam do niego.Na
            chwilę.Nie wiem po co?Żeby sobie udowodnić ze zrobiłam wszystko co
            dso mnie należało?Brak miłości to brak miłości.Mój powrót był
            kłamstwem....
            • marek_gazeta Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 11:20
              Piszesz tak, jakbyś się tłumaczyła. Niepotrzebnie. Każda historia jest nieco inna, choć wszystkie do siebie podobne. Pojawia się kryzys, rozczarowanie, znudzenie, czasami do tego pojawia się katalizator - czyli ktoś inny na horyzoncie. Ktoś, kto będzie automatycznie bardziej ponętny, bo widzi się go od święta.

              Przecież ja nikogo nie namawiam do trwania "na posterunku" do końca. Wbrew pozorom, to może i jemu wyjść na dobre - może on też nie był szczęśliwy, ale tkwił w tym, bo Cię kochał, bo dał słowo, albo czuł się odpowiedzialny, no nie wiem. A teraz może ma nową kobietę, może taką, która jest z nim szczęśliwa, albo młodszą (przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać wink ).

              Natomiast, wracając do tematu, powody takiego czy innego zachowania męża/żony mogą być różne i również wynikać z naszego zachowania. Sam wiem, że drugiego człowieka można zgnoić i wpędzić w marazm. A potem się dziwić, że wszystko zlewa i nic mu się w życiu nie chce.
    • nangaparbat3 Re: co dalej?...rozwód? 19.09.07, 18:53
      Wiesz co, z jednej strony to Ci wspołczuje, rozumiem, a co gorsza nie widze
      dobrego rozwiazania.
      ale z drugiej strony sie wściekłam.
      Bo co? Porwał Cie ten maż i siłą zmusił do ozenku?
      Przecież nie.
      Takiego sobie wybrałaś, taki Ci pasował.
      I ja rozumiem, ze przestał pasować - ale nie miej pretensji do niego, ze jest
      jaki jest. Że takiego kiedys pokochałaś.
      To Ty sie zmieniłaś, zmienily sie Twoje potrzeby - OK. Ale nie miej tego za złe
      jemu. I na Boga, nie mów mu, ze jest słaby, ze nie jest dla ciebie mężczyzną.
      Wystarczy, jeśli powiesz, ze bardzo go kochałaś, ale to mineło i chcesz byc z
      kimś innym. Nie musisz mu jeszcze dokładać.
      Ma racje osoba, która napisała, ze pewnie inaczej by bylo, gdyby to on chciał
      Ciebie zostawic.
      Znam takie małżeństwo, ona miała do niego zarzuty jak Ty do Twego meża,
      zdradzała go, on to tolerował, ona przezyła kilka burzliwych romansów, i nagle
      dowiedziala się, ze on ma kochanke. I wtedy uznała, ze go kocha. I sa dalej razem.
      Chore? Moze , ale prawdziwe.
    • misbaskerwill Nie marnuj więcej czasu... 19.09.07, 18:59
      ...im szybciej odejdziesz tym większą szansę będzie miał Twój prawie-były mąż by
      spotkać kogoś, kto go naprawdę pokocha. Nie czekaj, aż on odejdzie. Skończ to,
      co zaczęłaś. Odwagi!
      • to.ja.kas Re: Nie marnuj więcej czasu... 19.09.07, 19:11
        Droga autorko wątku,

        a odeszłabys jakby nie było tego drugiego?

        Poza tym mysle tak jak miś..odejdź. Nie mecz siebie i męza...po co???
        • marek_gazeta Re: Nie marnuj więcej czasu... 19.09.07, 19:18
          ...zwłaszcza, że w przedpokoju czeka Prawdziwy Mężczyna, męski, silny, uważny, potrafiący słuchać i dać kobiecie oparcie, świetny w łóżku, w dodatku taki, który Cię kocha i nie opuści aż do śmierci.

          --
          Tako rzecze Heniek Mróz, koneser, miłośnik muzyki barokowej i ostrego porno.
          • to.ja.kas Re: Nie marnuj więcej czasu... 19.09.07, 19:28
            Marek, zdarza sie ze ludzie przestaja sie kochac. Zdarza sie, ze
            poznaja kogos kto jest jak objawienie i zdarza sie ze odchodza....
            Ten prawdziwy facet z którego troche chyba zakpiłes....moze taki
            własne jest...a moze urwie sie ten zwiazek za jakis czas i co
            wtedy???

            Droga autorko wątku, przemysl to.
            Moja siostra odeszła od kogos kto w pewnych kwestiach wypisz wymaluj
            Twój mąż...ale ona stwierdziła ze nie ma znaczenia czy ktos inny z
            nią bedzie czy nie...ona juz nie chce tego małzenstwa w którym tkwi,
            nie da rady i odchodzi bez wzgledu na to czy ktos za furtka czeka na
            nią czy nie...a Ty? Jak sądzisz?
            • marek_gazeta Re: Nie marnuj więcej czasu... 20.09.07, 00:09
              > Marek, zdarza sie ze ludzie przestaja sie kochac. Zdarza sie, ze
              > poznaja kogos kto jest jak objawienie i zdarza sie ze odchodza....
              > Ten prawdziwy facet z którego troche chyba zakpiłes....moze taki
              > własne jest...

              Nie, nie zakpiłem, po prostu z natury jestem złośliwy.

              Oczywiście, że masz rację. Ja jednak uważam, że w tej sytuacji należy po prostu rozwiązać małżeństwo - nie poniżać i nie ranić człowieka, który kocha, którego się kiedyś kochało, z którym ma się dziecko. Który - być może - nie wie, o co chodzi, dlaczego jego żona nie zachowuje się wobec niego tak, jak kiedyś. Tylko, że tak jest trudniej.

              Ponadto, żadnych bajek - szczera prawda. Niech wie, że kobieta odeszła, bo jest maminsynkiem i lalusiem. Będzie w szoku, ale spoko, przeżyje, w końcu jest facetem (a jeśli nie przeżyje, no cóż, okaże się niedostosowany). I może wyciągnie wnioski, o co już teraz zaczynam trzymać kciuki.
          • anka262 Re: Nie marnuj więcej czasu... 19.09.07, 19:31
            "...zwłaszcza, że w przedpokoju czeka....."hehe dobresmile
            noo ale jak nie bedzie zmywał, sprzątał z Tobą, wstawał do dziecka
            rano byś mogła jeszcze pognić, to...znów tu napiszesz...że jest Ci
            źle, bo nie sprząta, nie wstaje - a do tego jest taki męski i ma tak
            silne własne zdanie, że nie potrafisz tak żyć, nie jesteś
            przyzwyczajona do zakazów i nakazów, do zazdrości czy ograniczenia
            Twojej zajebistej dotychczasowej swobody.
            Wkurzyłam się...
            nie chciałaby odejść gdyby nie spotkała tego "aktualnego"
            • to.ja.kas Re: Nie marnuj więcej czasu... 19.09.07, 19:41
              anka262 napisała:
              > Wkurzyłam się...

              Ale Ty dlaczego???

              > nie chciałaby odejść gdyby nie spotkała tego "aktualnego"

              Tego akurat nie jestes w stanie wiedziec?

              Mozna zagłaskac kotka na smierc. I wierz mi, ze facet który
              zapomniał dlaczego nosi spodnie potrafi spowodowac, ze ma sie
              dosc...nawet jak jest troskliwy, swietnie gotuje, nie przeszkadzaja
              mu partnerzy na boku, toleruje wyskoki, zajmuje sie domem...
              Czasem taki zwiazek zamienia sie w swietna przyjazn...ale nie jest
              małżenstwem....To trudne kwestie i osadzanie na łapu capu może byc
              krzywdzace
              • anka262 Re: Nie marnuj więcej czasu... 19.09.07, 20:50
                anka262 napisała:
                > > Wkurzyłam się...
                >
                > Ale Ty dlaczego???
                >

                No nie aż tak bardzo, żeby sobie włosy z głowy rwaćsmilesmileale śmierdzi
                mi tu "widzimisiem" jakimś. Może gdyby przez te 7 lat nie wyręczała
                go (tak podejrzewam bo mialam to samo w domu)tylko część
                odpowiedzialności starała się jemu odstąpić, to może nabrałby jajek
                w spodnie. Nie mówię o zmywaniu tylko o odpowiedzialności z pozycji
                dorosłego faceta.

                > > nie chciałaby odejść gdyby nie spotkała tego "aktualnego"
                >
                > Tego akurat nie jestes w stanie wiedziec?

                nie jestem, ale opieram się na doświadczeniach i tak sobie
                trochę "gdybam". 7 lat małżeństwa, dziecko trzyletnie więc autorka
                widziała jaki jest ten pan mąż, ale wtedy jej to odpowiadało. Teraz
                nie odpowiada bo jest ten "na przedpokoju"
                przepraszam, zapomniałam dodać "sądzę, że",- to tylko moje zdanie
                (własnesmilesmile)i chyba mogę je wyrazić?

                dziewczyna ma porównanie pana na codzień i pana od święta, a to
                tragedia, odsuwa jeszcze bardziej od męża, zniechęca, wypala. Znam
                to na własnej skórze, dlatego piszę, tylko ja nie wpuściłam do
                przedpokoju...i nigdzie indziej teżsmilesmile, dlatego gdybam. I widzę
                sama, jak mnie bierze, jak kręci...a ja z tym walczę...zdrada to
                zdrada, i nie ma tłumaczenia że zmywal abo nie zmywał.
                • to.ja.kas Re: Nie marnuj więcej czasu... 19.09.07, 20:58
                  Hmmmm ja tez niby wiedziałam co brałam a jestem rozwódką (byam
                  powódką na sprawie rozwodowej) i wielu z nas tutaj też...zmieniamy
                  sie, rozwijamy, zwijamy zdarza sie ze nam nie po drodze...a zdarza
                  sie, ze jako "młodzi, głupi, slepi, zakochani" nie zauwazylismy jak
                  jest nasz partner i jacy my jestesmy. Zdarza sie, ze partner pewne
                  rzeczy ukrywa. Autorke watku zrozumiałam tak, ze od dawna (od czasu
                  mieszkania z tesciami) nie podobalo jej sie zachowane meza ale
                  liczyła na zmiane jak sie wyprowadza...wyprowadzili sie i facet sie
                  nie zmieniał a ona zastanawiała sie czy to ona ma głupie wymagania
                  czy z mezem jednak cos nie tak, a potem trafił sie ktos kto pokazał,
                  ze mezczyzna moze byc inny...
                  ....moim zdaniem upraszczasz....Mój tez kiedys miał żone, kiedyś
                  pewnie bardzo sie kochal, a potem zaprzepascili to co mieli a moze
                  po prostu jak minał okres zafascynowania okazało sie, ze to nie to???
                  W drobniejszych sprawach popełniamy błedy a co dopiero jak
                  przychodzi do wyboru partnera na całe zycie.....chyba idealizujesz
                  oczekujac ze w takiej kwestii czlowiek sie nie moze pomylic...po
                  prostu...jak człowiek

                  W sumie dobrze ze sie zastanawia. Ostatnio pisała tu osoba która
                  szybko stwierdziła, ze to nie to i po roku była rozwódka...co
                  niektórzy zarzucili jej brak refleksji nad zyciiem...tu refleksje w
                  pełnej krasie i tez zle tongue_outPP
          • z.odzysku Re: Nie marnuj więcej czasu... 19.09.07, 23:01
            Marek,
            jeśli to sarkazm, to bardzo celny i się z nim zgadzam.
            Jeśli natomiast pisałeś serio, to żaden z przymiotów (za wyjątkiem
            łóżka, które "namacalnie" i z entuzjazmem autorka sprawdza), które
            wymieniłeś jest nie do zweryfikowania, a zwłaszcza to, że "ją kocha
            i nie opuści aż do śmierci" - przecież na tym etapie jej znajomości,
            to frazes.
    • z_mazur Re: co dalej?...rozwód? 19.09.07, 19:47
      Pewnie moja była żona mogłaby się podpisać pod większością tego co napisałaś. No może poza tym, że trzeba się było mną zajmować w towarzystwie, z tym nigdy nie mialem problemu. smile)) No i w łóżku nie było najgorzej, ale może to tylko moja opinia. smile))

      No i odeszła ode mnie, do pewnie też takiego mężczyzny, który dał jej to czego jej ja nie dawałem.

      I wiesz co, z perspektywy czasu nie wiem jak ona, ale ja nie żałuję. Dzięki temu rozstaniu stanąłem na nogi, zyskałem wiarę w siebie i odzyskałem poczucie kontroli nad swoim życiem.

      Jeśli trzymają Cię przy nim jedynie wyrzuty sumienia, to nie ma sensu tkwić ze sobą, odejdź od niego.
    • julka1800 Re: co dalej?...rozwód? 19.09.07, 22:13
      Wiesz co chyba teraz jest troche za pozno na pytanie co dalej?...
      rozwod?...
      Nie przyszlo ci do glowy ze powaznie powinnas sie zastanowic dwa
      trzy lata temu, i zamin spotkalas Boskiego Apollo?
      Bo jakos nie moge oprzec sie wrazeniu, ze to jego boskosc znacznie
      przyczynila sie do nasilenia sie Twoich watpliwosci dotyczacych
      mazlzenstwa.
      Wierze ze bycie z kims, kto nie jest emocjonalnie dorysly, jedynie
      kartki w kalendarzu to potwierdzaja, jest trudne. To duze dziecko.
      Ale przeciez Twoj maz nie zmienil sie wczoraj czy przedwczoraj,
      prawda?
    • z.odzysku Re: co dalej?...rozwód? 19.09.07, 22:56
      > Czy mogę skrzywdzić tak kogoś, komu przysięgałam?

      Przecież już dawno go skrzywdziłaś tylko on jeszcze o tym nie wie.
      Może przestań go oszukiwać, a przede wszystkim siebie. Złóż pozew o
      rozwód i zakończ to małżeństwo. Przecież już na pierwszy rzut oka
      widać, że przy mężu trzyma Cię jedynie litość. Jeśli ona Cię
      dowartościowuje, to popełniasz spory błąd, bo raczej szlachetna Ci
      ona nie dodaje.
      I nie mów o kryzysie, bo kryzys to już dawno mieliście. Teraz
      konsekwencją tego kryzysu jest Twój kochanek. Oczywiście
      jest "wspaniały", bo się w nim zadurzyłaś i jest "absolutną
      przeciwnością" Twojego mężą. Mam wrażenie, że "świetność w łóżku",
      jakkolwiek bardzo istotna, jakoś przytępia ocenę pozostałych
      przymiotów Twojego nowego "mena".
      Bądź uczciwa względem męża, a przede wszystkim siebie i zakończ
      nieudane małżeństwo. Co prawda zbyt późno, ale lepiej późno, niż
      wcale.
      • grzegorz6_4 Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 00:45
        Czy ktoś może mi powiedzieć jak to się dzieje, że wszyscy
        odeszliście od pomysłu - może jakas KONKRETNA rozmowa ostrzegawcza z
        mężem? Czasami faceci kiedy im na kobiecie zależy - a w tym
        przypadku chyba tak jest, bo inaczej zachowywałby się zgoła
        odmiennie - czując zagrożenie, mogą góry przenosić. Zmienić się.
        Wydorośleć. czemu odmówiliście Mu tego prawa? Choćby dla dziecka?
        Choćby dlatego, że autorka tematu sama ma wątpliwości?
        • nangaparbat3 Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 00:48
          Bo tu wiekszość zdaje się wyznawac zasadę, ze jak zdrada, to juz koniec.
        • z_mazur Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 06:31
          Ja po pierwsze niespecjalnie wierzę w takie dramatyczne zmiany. Jeśli już to ewolucja, trwająca wiele miesięcy. Poza tym do chęci takich zmian musi faceta przeważnie popchnąć jakieś spektakularne wydarzenie.

          Druga sprawa, dla mnie istotniejsza, to to że ona przestała tego faceta kochać i straciła do niego szacunek, to jest praktycznie nie do odzyskania, a jeśli już, to wymagaloby przynajmniej wielomiesięcznej separacji, która pozwoliłaby jemu stanąć na nogi, a jej zobaczyć go w innym świetle (znam taki przypadek). Jeśli kobieta chciałaby być ze mną tylko dlatego, że nie chciałaby mnie zranić odejściem, to wolałbym żeby odeszła.
          • marek_gazeta Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 09:45
            W zasadzie się zgadzam, z jedną korektą: to "wiele miesięcy" to jest minimum rok, w praktyce jeszcze o "parę" miesięcy dłużej.

            Powiedziałbym, że najpierw przychodzi etap pierwszy, kompletnego załamania i depresji, potem etap drugi, stawania na nogi, dopiero potem odradza się poczucie własnej wartości, pojawia się inicjatywa, pierwsze sukcesy i człowiek "wraca" w pełni do życia. Każdy z tych etapów to kilka miesięcy, raczej więcej niż mniej, choć to oczywiście mocno zależy od wielu rzeczy - od charakteru, uczuć, kasy, przyjaciół itp. Co istotne, im silniejszy bodziec, tym sprawniej taki proces przebiega (co niestety oznacza, że facet powinien dostać mocno po d. - tak, aby nie miał złudzeń i nie próbował "wracać" do eksi co dwa tygodnie).

            A co do ewentualnego zejścia się w przyszłości (w sensie utworzenia z powrotem kochającego się związku) - szanse są oczywiście nieduże, ale są niezerowe tylko w przypadku rozstania na dłużej. Żadna "poważna rozmowa" nic tu nie da. Oboje muszą mieć czas, żeby pewne sprawy przemyśleć - np. może się okazać, że super-kochanek jest super jednocześnie dla jeszcze dwóch innych i eks-mąż jednak miał jakieś zalety, chociaż może się okazać zupełnie inaczej. Eksia na pewno zupełnie inaczej spojrzy na eksa, jeśli się okaże, że jednak jest atrakcyjny dla innych kobiet (ciekawy opis sytuacji ze zdradzającą żoną, która jednak została z mężem po tym, jak się okazało, że on też potrafi znaleźć sobie kochankę).
        • misbaskerwill Chyba dlatego, że czytamy ze zrozumieniem... 20.09.07, 08:23
          ... czy warto, aby kobieta, która żywi takie uczucia do męża (tudzież brak
          pozytywnych uczuć) dalej z nim była?
          • to.ja.kas Re: Chyba dlatego, że czytamy ze zrozumieniem... 20.09.07, 10:18
            Totalnie niewarto...ani dla niej, ani dla niego...
        • anja_pl Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 10:07
          bo kobieta podjęłą już decyzję, wynika to ze sposobu w jaki opisuje
          męża: lekceważący, wiele w nim pogardy,
          natomiast o BOSKIM APOLLO pisze całkowicie inaczej, prawie w ekstazę
          wpada,

          a u nas szuka tylko potwierdzenia swojej niewypowiedzianej na głos
          decyzji, bo resztki sumienia się tam gdzieś kołaczą,
          ale żadnej szansy mężowi nie chce dać, bo wie lepiej...
          nie potrafi z nim uczciwie porozmawiać, nie chce pójśc z nim ja
          terapię małżeńską, ogranicza muy prawa o decydowaniu o ich
          przyszłości

          jest skupiona na sobie i swoim przedpokojowcu
          • nangaparbat3 Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 10:28
            Jak juz pisałam, znam dość dobrze podobna parę.
            Zupełnie podobną.
            I są razem, mimo jej romansów, co więcej, jest miedzy nimi też wiele dobrego -
            to po prostu widać.
            I taki stan trwa już ze 20 lat. Własciwie od samego początku ich małzeństwa.
            Mnie by to nie pasowało, ale okazuje sie, ze może calkiem nieźle funkcjonować.
            Okropnie autorytarnie sie wypowiadacie.
            • maal-ina Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 11:05
              Witajcie. Dzięki za wszystkie opinie i uwagi.
              Ktos zapytał dlaczego u licha za niego wyszłam. No właśnie, to był błąd. I ja
              niestety miałam już takie poczcuie podczas przedślubnych przygotowań. Może nie
              poczucie że to błąd, ale miałam dużo wątpliwośći. Tłumaczyłam sobie jednak, że
              każdy przed ślubem je ma, że te dobre cechy męża jeszcze odkryję, że brak
              niektórych nie będzie m i wcale tak bardzo doskwierał. A nade wszystko, jako
              młode dziewcze nie miałam tak naprawdę pojęcie co znaczy to osławione :poczucie
              bezpieczeństwa”. Dopiero teraz to wiem, i wiem jak bardzo jego brak boli i
              przeraża. Nasze małżeństwo powidziliłabym na okresy (tak było w mojej głowie):
              1) musimy dać sobie czas na dotarcie się i poznanie i wypracowanei w sobie
              pewnych cech których nie mieliśmy bo niepotrzebowaliśmy przed ślubem (typu:
              odpowiedzialność za drugieg), 2) skoro to się nie udało, to muszę zaakceptować
              jego braki i wady 3) to już teraz: nie chcę tak.

              Co do tego, że może otrząsnęłabym się gdyby to on teraz chciał mnie zostawić.
              Też kiedyś o tym myślałam, ąle myśle, że to byłoby skuteczne rok, półtora temu.
              Teraz jestem w tak okropnych, przygnębiającym mnie poczuciu, że nie ma w nim
              prawie nic z tych cech które u mężczyzny są niezbędne. I nie wierzę że można je
              wypracować. Nawet terapia na którą chodzimy raczej w tym nie pomoże. Tak,
              chodzimy na terapię. Z mojej inicjatywy, bo miałam nadzieję, że pomoże mi ona
              odpowiedzieć spobie na pytanie co powinnam zrobić. Naiwną miałam nadzieję, wiem.
              Utwierdziłą mnie w tym, że tak nie chcę, ale nie pomogła przeskoczyć poczucia,
              że nie mogę skrzywdzić drugiego człowieka. Człowieka, który bardzo mnie kocha.

              Marku, rozumiem twoją ironię i sarkazm. Sama ich sobie względem siebie nie
              żałuję uwierz mi. I wcale nie jestem naiwną panienką która wierzy w to, że ten
              drugi, ten jak to ładnie nazwaliście „w przedpokoju” je3st doskonały i będę z
              nim na zawsze szczęśliwa. Ja przecież wiem , że niewiele go znam, niewiele wiem
              o kimś, kogo znam z krótkich spotkańi i rozmów na gg. Ale on otworzył mi oczy na
              to jaki facet powinien być. To żaden Apollo Boski. Ale tez myślę sobie i
              tłumaczę, że to, iż chcę spróbować z kimś innym jest dowodem na to że w
              małżeństwie nic mnie już nie trzyma oprócz poczucia odpowiedzialnośći czy
              strachu. I kiedy ja już po 7 latch prawie uwierzyłam w to, że wszyscy faceci są
              jak mój M – ten nowy mi tę teorię zburzył. Choć zapewniam, że to nie żaden
              ideał. Ot po prostu facet, ale z cechami mężczyzny. Przeziez już dawno
              skrzywdziłąm męża – ktoś napisał. No własnie. Ale cholera jestem tchórzem chyba
              po prostu który boi się, że nie będzie szczęśliwy ze świadomością, że zniszczyło
              się komuś życie.

              Czy szukam u was potwierdzenia swojej decyzji? No pewnie, ze w jakiś sposób tak.
              Bo może ktoś wie, że zranienie drugiej osoby zamyka nam drogę do odczuwania
              własnego szczęścia – i o tym mi powie.
              Pozdrawiam wszystkich.
              • akacjax Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 11:21
                Ja mam takie przekonania: kobieta zdradza, gdy na pewno coś w jej małżeństwie nie funkcjonuje dobrze; odchodzi się(pomijam sytuacje skrajne, patologiczne)do kogoś mniej lub bardziej.

                Tylko czasem ta czekająca osoba czasem zmienia zdanie i swoje zachowania, gdy okazuje się, że już się dzieje, że już sie stanie owo oficjalne "razem".

                Czy Twój "Przedpokojowiecwink" jest sam, czy też musi przeprowadzić rozstanie zanim będziecie mogli być razem bez tajemnicy?

                I drugie pytanie-co daje terapia, gdy masz kogoś w tle?
          • marcelka38 Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 11:01
            Przedpokojowiec??? Fajnie brzmi smile))) A kobieta jak?
            Przedpokojówka????
            Ale wracając do wątku, kurcze jak to w życiu nierówno się układa...
            Ja wyszłam za mąż za takiego kogoś z kim "cudownie było w łóżku, z
            kim świetnie rozmawiało się o wszystkim – i o bzdetach i o
            poważnych rzeczach, kto imponował mi swoją wiedzą,zapobiegliwością,
            zaradnością. Kto był dla mnie w pewien sposób autorytetem". No i u
            którego ceniłam bardzo uczciwość i prawdomówność. No i kiedy
            pojawiło się dziecko trzyletnie obecnie (nomen omen -podobny wiek)-
            okazało się, że BOSKI APOLLO daleki jest od wstawania w nocy,
            troski, robienia sniadań, pomocy itp.. Żona zmęczona, dziecko
            płaczace dniami i nocami (niespokojne-bo chore), rozdrażniona, seks
            żaden- bo wiadomo - jak się śpi dwie godziny w nocy a rano biegnie
            do pracy to... nie trzeba wyobraźni szczególnej -ile czasu można tak
            funkcjonować... Więc w takiej sytuacji jako
            odskocznia "przedpokojówka" się pojawiła. I mit o boskości,
            uczciwości i prawdomówności prysł jak bańka mydlana... No i tyle
            mojego..
            Nie - nie rozwiodłam sie - przynajmniej jeszcze nie- póki co
            próbujemy, terapeytyzujemy się itp.. Efekt póki co raczej mierny,
            ale próby są. Tyle, że czasami myślę, że jeżeli rozstaniemy się (co
            jest coraz bardziej prawdopodobne), a ja kiedykolwiek w przyszłości
            związałabym się z innym facetem to byłby facet w typie męża autorki
            wątku , no może nie w całości smile))- ale z niektórymi cechamismile))
            Mam dość boskości!!!!
            • marek_gazeta Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 11:29
              Cosik mnie się zdaje, że każdego faceta można przedstawić na wykresie, powiedzmy w dziedzinie [0;1], z prostą o równianiu y=-x+1 (x:dziedzina, y:przeciwdziedzina) oznaczającą empatię i ciapciakowatość zarazem, oraz z prostą o równaniu y=x oznaczającą poziom "maczowości". Czyli po lewej mamy "idealnego ciapciaka", zmywającego, piorącego, kochającego nas do końca, ale niestety, mało męskiego, z prawej mamy zaś "100% macho", silnego, niedogolonego, męskiego faceta, który w łóżku wyniesie kobietę do gwiazd, ale za godzinę chętnie wyniesie inną. Suma w każdym punkcie wynosi 1. A teraz wybierajcie sobie proporcje składników.
              • marcelka38 Re: Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 11:43
                To empatycznych ale męskich, zmywających ale dobrych w łóżku to już
                nie ma???? O kurcze tyle lat żyję i jeszcze idealistką jestem??? :-
                ))) Ha - przyjdzie w samotności umierać, bo dziecko też chłop!!! :-
                )))
                • marek_gazeta Re: Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 11:52
                  Nie ma.

                  Zmywa naczynia ==>> nie licz na drugi orgazm.

                  Nie zmywa i oświadcza, że nigdy nie będzie zmywać?
                  Ho, ho!
                  • marcelka38 Re: Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 12:08
                    sad((( czyli samotność...
              • z_mazur Re: Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 11:53
                W tej teroii chyba jednak pewna rzecz szwankuje.

                Bo przecież bycie empatycznym nie oznacza braku męskości i "boskości
                w łóżku". smile))

                A nieogolenie i "męskość" (no właśnie jak ją rozumieć) nie musi
                oznaczać niechęci do zmywania naczyń i kochania do końca. smile))
                • z_mazur Ps 20.09.07, 11:58
                  A tak w ogóle to tu się kłania psychologia ewolucyjna i ciągłe
                  rozdarcie kobiety, pomiędzy ciapowatym misiem będącym świetnym
                  opiekunem i z gwarancją wierności, za to z kiepskimi genami jeśli
                  chodzi o ich przekazywalność, oraz typem macho, którego geny pewnie
                  zostaną przekazane dalej, ale za to gwarancja opieki i wierności
                  kiepska.
                  • marcelka38 Re: Ps 20.09.07, 12:03
                    smile))))))))))) na ten temat mogłabym Ci coś powiedzieć - co
                    zdecydowanie łamie ten stereotyp, ale nie na forum ogólnym
                  • lilyrush Re: Ps 20.09.07, 12:37
                    Ja czytam o psychologii ewolucyjnej to mi sie juz nidobrze robi
                    pwoli.
                    Idź sobie na seksowe forum-z Yorickiem sie idealnie dogadasz...
                    najłatiwej wszytko tak wytłumaczyć.
                    • z_mazur Re: Ps 20.09.07, 12:56
                      Ale ja nie tłumaczę wszystkiego psychologią ewolucyjną. Nie ma
                      jednak sensu bagatelizować jej odkryć. Oczywiście jak każda teoria
                      ma swoje dziury, ale jednak dosyć dobrze tłumaczy pewne zachowania i
                      reakcje.

                      Przed naszą naturą nie ma co uciekać. Nikt się nie oburza gdy o psie
                      pisze się, że w określony sposób reaguje na suczkę w rui, mimo że
                      jest to pewne uogólnienie i każdy właściciel psa wie jak wielkimi
                      idywidualnościami potrafią być konkretne egzemplarze.

                      My też jesteśmy gatunkiem i jako takim rządzą nami pewne prawa.
              • julka1800 Re: Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 12:10
                Marku, slowo daje, jakis laur Ci sie nalezy lub inna nagroda za
                takie graficzne przedstawienie problemusmile

                Kiedys sie nad tym zastanawialam i wiem jacy mezczyzni mi
                odpowiadaja, i mysle ze wiekszosc kobiet tez wie.
                Moze pies pogrzebany jest w tym ze jak juz mamy ten typ, przez lata
                z nim zyjemy to nam sie "nudzi"? I szukamy innego?

                Mamy tu dwa obrazy: autorki watku i Marcelki, moze dziewczyny
                zamiencie sie facetami i juztongue_out
                • marcelka38 Re: Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 12:28
                  Wiesz to może nawet nie o te nudę chodzi.. Tak naprawde czesto po
                  prostu zakochujemy się nie w konkretnym facecie tylko w swoim
                  wyobrażeniu o nim.. Wiele rzeczy po prostu sobie "dośpiewujemy" ,
                  widzimy znacznie więcej niż jest. A później oczy powoli sie
                  otwierają. Zwłaszcza kiedy jesteśmy razem dzień i noc, kiedy
                  wspólnie wchodzimy w różne sytuacje zyciowe,szczególnie nowe, po
                  raz pierwszy, kiedy nie mogliśmy obserwować zachowania swojego
                  partnera wcześniej ...A nawet jeśli mogliśmy, to i tak widzieliśmy
                  inaczej... Smutne, ale prawdziwe.. Co ciekawsze teoretycznie
                  wyciągamy wnioski, mówimy, że juz nigdy więcej i.... wchodzimy w to
                  samo po raz drugi, trzeci... Ale to juz głębsze rozważania smile))

                  A z tą zamianąsmile)) no,no, ciekawe wink)))
                • akacjax Re: Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 12:31
                  Kiedyś zastanowiłam się nad ukladami w znanych mi małżeństwach. Często było tak-że gdy on byl ciapkowaty-złe określenie-może taki "domowy"-lepsze, to ona bardziej ku światu ciągnęła. Gdy ona taka domowa-to jego gdzieś nosiło.
                  A zanim się związali to zazwtczaj gustowli tylko w podobnych do siebie typach. Potem jakoś zapragneli czegoś innego. Na jakiś czas było to dobre, ale gdy sytuacja sie zmieniała np. pojawiały się dzieci...różnice były coraz większe.

                  I zawsze jedna ze stron cierpiała bardziej, a druga sie oddalała.

                  Gdy wiązały się osoby, dla których podobne rzeczy były ważne-łatwiej było przetrwać kryzysy.
                  • to.ja.kas Re: Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 12:36
                    akacjax napisała:

                    > Kiedyś zastanowiłam się nad ukladami w znanych mi małżeństwach.
                    Często było tak
                    > -że gdy on byl ciapkowaty-złe określenie-może taki "domowy"-
                    lepsze, to ona bard
                    > ziej ku światu ciągnęła. Gdy ona taka domowa-to jego gdzieś
                    nosiło.

                    Chyba Chmielewska (Mądra kobieta) powiedziała, że "Przeciwieństwa są
                    jak magnes - mocno sie przyciągaja tylko potem z hukiem na siebie
                    wpadają "
                    smile)))
                • to.ja.kas Re: Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 12:35
                  julka1800 napisała:
                  \> Mamy tu dwa obrazy: autorki watku i Marcelki, moze dziewczyny
                  > zamiencie sie facetami i juztongue_out

                  Żeby to takie łatwe było smile))
                  A tak na poważnie to słowo Wam daję , że możliwe są miksy co to i
                  opiekuja się dziećmi i zmywaja i seks z nimi jest
                  zajebisty....Szkoda tylko, że problem autorki wątku do łóżka został
                  sprowadzony...to duże uproszczenie na moje oko...
              • lilyrush Re: Mężczyzna na wykresie? 20.09.07, 12:39
                dobrze ze 100% jest niedogolony...mam szanse na znalezienie takiego
                ogolonego wink, a wtedy zostanei troche na ciapkowatość..
                do zmywania jest zmywarka, do prania pralka, zostaje kochanie do
                końca- powinno sie udac smile))))
    • lilyrush Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 10:55
      Przeczytałam autorkę, przeczytałam Wasze posty.
      Cos jakby moja sytuacja. I ja rozumie,z emożna móiwć przez kilka
      lat do kogos, kto nie rozumie w tym samym języku. Można nawet
      napisac...
      Ja tez mówilam, uprzedzałam, pokazywałam. nie zadziałało. Nic.
      Zadziałąo słowo rozwód. Tylko ja wrtedy powiedzałam to już na
      powaznie i ostatecznie. Mój mąż tez mi z począktu nie wierzyl. ale
      teraz zaczyna być nową lepsza wersja siebie.
      Ja fizycznie nie zdradiząłm przed odejsciem. Ale mi wystarczył sam
      fakt, ze w swojej głowie sobie na to pozwoliłam. Bo to jest jasny
      sygnał, ze nie kochaąłm juz swojego męża.
      Ot i tyle.
      • wojtekp67 Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 11:23
        Kazdy sam kowalem własnego losu jest. dodam tylko ku przestrodze, ze
        facet - przepraszam za określenie - bzykajacy mężatkę, niekoniecznie
        ma wobec niej poważne plany. i wtedy łatwo o rozczarowanie a moze
        być za późno. tu dochodzi jeszcze problem dziecka, z nim też rozwód
        czy ewentualna próba zamiany tatusia na przedpokojowca? I ciekawe
        czy ten wie o planach usidlenia go, bo typ bzykajacy niekoniecznie
        daje sie tak oswoić smile)
        • nangaparbat3 "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 12:39
          I właśnie najdziwniejsze i najbardziej niepokojace w postach Maal-iny jest, ze
          problemu dziecka jakby nie było.
          • marcelka38 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 12:54
            No tatuś potrafi sie dobrze zająćsmile)) Mój jak nie potrafił- to
            wypełnił sobie czas "przedpokojówką". Ja niestety w napiętym
            harmonogramie pomiedzy dzieckiem, domem, pracą i dokształcaniem nie
            znalazłabym wiekszej luki na "przedpokojowca".

            No trochę złośliwie wyszło, ale złośliwość skierowana jest bardziej
            do mojego macho, niz do Maal-iny. Ale z drugiej strony może się
            czegoś jeszcze nauczę np...
          • sylwiamich Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:07
            nangaparbat3 napisała:

            > I właśnie najdziwniejsze i najbardziej niepokojace w postach Maal-
            iny jest, ze
            > problemu dziecka jakby nie było.

            A mnie to nie niepokoi...może problemu z dzieckiem nie ma?Może uważa
            że ma prawo przeżyć swoje życie po swojemu?Może uważa że jej mąż-
            przyzwoity człowiek będzie nadal ojcem dla dzieci? A może twierdzi
            że gdy ona będzie szczęsliwa to jej dzieci pewnie też?smile))))
            • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:11
              A może by nie rozmydlać problemu (bo problemem jest
              niesatysfakcjonujący układ z mężem) autorka wątku skupiła sie na
              relacjach między osobami dorosłymi....w końcu każdy tu przekazuje
              tyle o sobie ile ma życzenie....
              • nangaparbat3 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:50
                to.ja.kas napisała:

                > A może by nie rozmydlać problemu (bo problemem jest
                > niesatysfakcjonujący układ z mężem) autorka wątku skupiła sie na
                > relacjach między osobami dorosłymi....w końcu każdy tu przekazuje
                > tyle o sobie ile ma życzenie....

                Ona nam przedstawiła sytuację swoją, swego małżeństwa, w ktorym tez jest
                dziecko. Nie da sie od tego dziecka abstrahować, jesli chce sie poważnie
                rozpatrzeć problem.
                I ja nie chce przez to sugerować, żeby dla dobra dziecka trwała w zwiazku z
                niekochanym męzczyzną, unieszczęśliwiając prawdopodobnie jego, siebie i dziecko.
                Ale niepokoi mnie i dziwi, ze ona problemu dziecka nie roważa.
                Kiedy maz powiedział mi, że chce odejść, w ogole nie myslalam o sobie -
                wiedziałam ze ja, dorosła, poradzę sobie.
                Ale wyłam (tak, dosłownie, w pierwszej chwili tak było) na myśl o dziecku, które
                zawsze kochało ojca, a było tylko dzieckiem.
                A potem zadnej decyzji ani maż, ani ja nie podejmowalismy abstrahujac od dziecka
                - my moglismy miec siebie dosyc, ale dziecko zawsze chronilismy.
                • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:56
                  I uwazasz nanga ze powinna nam tu na forum zdac relacje z DOKŁADNIE
                  wszystkiego?
                  Może problem dziecka ma autorka watku rozwazony, przemyslany i nie
                  potrzebuje rad ani pomocy w tym zakresie na forum?
                  To chyba nie swiadczy o tym, ze dziecko i jego potrzeby ma w
                  głebokim poważaniu? Zbyt szybko wysuniete wnioski i pałanie z tego
                  powodu swietym oburzeniem.


                  Oczywiscie zemoze tak byc. Ale chyba za malo danych by skupiac sie
                  na tym a juz tym bardziej by oceniac co jest dla autorki watku
                  priorytetem
                  • nangaparbat3 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 14:07
                    Nie wiedziałam, ze rozpetam taka burzę. Przecież napisałam, ze niepokoi mnie i
                    dziwi, ze o dziecku nie ma mowy.
                    I przyjme kazde wyjasnienie za dobra monetę.
                    A tu się wywiazała cała awantura, i podejrzewam, ze problem Maaliny jest dla
                    niej tylko pretekstem.
                    • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 14:08
                      nangaparbat3 napisała:


                      > A tu się wywiazała cała awantura, i podejrzewam, ze problem
                      Maaliny jest dla
                      > niej tylko pretekstem.

                      Dlaczego tak uwazasz?
            • z.odzysku Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:30
              .... a może przedpokojowiec tak ją poraził swym "blaskiem", że nawet
              o dziecku zapomniała?
              • to.ja.kas Z odzysku 20.09.07, 13:31
                Pieprzysz farmazony do tego w sposób złośliwy i podły....poprawia Ci
                to humor????
                • z.odzysku Re: Z odzysku 20.09.07, 13:48
                  > ....poprawia Ci to humor????

                  zdecydowanie nie poprawia mi to humoru.
                  Zwracam uwagę jedynie, że stan "zadurzenia", w jakim prawdopodobnie
                  znajduje się Maal-ina przesłania jej trzeźwą ocenę spraw, z którymi
                  będzie musiała się zetknąć po podjęciu decyzji o odejściu od męża.
                  Problem dziecka, jest, moim zdaniem, najważniejszy.
                  • to.ja.kas Re: Z odzysku 20.09.07, 13:52
                    Nie. Najwazniejszy jest problem przezycia zycia tak by na łozu
                    smierci nie stwierdzic, ze miało sie zycie do dupy, zmarnowało sie
                    je sobie, komus a replay niemożliwy.
                    I dlatego w duzej czesci my tu jestesmy po rozwodach - mimo ze mamy
                    dzieci moi drodzy.
                    Problem dziecka jest BARDZO wazny. Ale ułozenie poprawnych relacji
                    ojca i mamy po ewentualnym rozstaniu tak by dziecko ucierpiało jak
                    najmniej (to temat który czesto tu powraca) to moze sprawa zupełnie
                    inna i na oddzielny watek. Pomyslałes o tym?
                  • z.odzysku PS... 20.09.07, 13:59
                    I nie chodzi mi tylko o seks, ale o postrzeganie cech nowego
                    mężczyzny Maal-iny przez nią samą. Podejrzewam, że ogląda go
                    przez "różowe okulary".
                    • to.ja.kas Re: PS... 20.09.07, 14:03
                      ba...a Ty swoja zone nie ogladałes przez rozowe okulary jak brałes z
                      nia slub czy na poczatku znajomosci? Podejrzewam, ze tak bo jakby
                      było inaczej nie byłoby rozwodu.
                      Ja jestem z kims kilka lat na kogo patrze "przez rozowe okulary"
                      jesli tak nazywasz fakt ze jest mi z nim dobrze w łóżku, przy stole,
                      w domu i poza nim i wydaje mi sie doskonałym partnerem dla mnie.
                      • z.odzysku Re: PS... 20.09.07, 14:22
                        to.ja.kas napisała:

                        > ba...a Ty swoja zone nie ogladałes przez rozowe okulary jak brałes
                        z
                        > nia slub czy na poczatku znajomosci? Podejrzewam, ze tak bo jakby
                        > było inaczej nie byłoby rozwodu.

                        Dobrze podejrzewasz.

                        > Ja jestem z kims kilka lat na kogo patrze "przez rozowe okulary"
                        > jesli tak nazywasz fakt ze jest mi z nim dobrze w łóżku, przy
                        stole,
                        > w domu i poza nim i wydaje mi sie doskonałym partnerem dla mnie.

                        Fakt zadurzenia nazwałem patrzeniem przez "różowe okulary".
                        Ty jesteś ze swoim mężczyzną już kilka lat, więc zapewne zdążyłaś go
                        już dobrze poznać i jeśli wciąż uważasz, że jest doskonałym
                        partnerem dla Ciebie (we wszelakich sferach życia), to nie pozostaje
                        nic innego, jak tylko szczerze Ci pogratulować! Co niniejszym czynię
                        z przyjemnością smile)
                        • to.ja.kas Re: PS... 20.09.07, 14:30
                          Dziekuję. Ale mój zwiazek udany, bardzo udany, zaczął sie własnie od
                          takiego zadurzenia....i chyba nie jestem w tym taka odosobniona...smile
                          Wiec wytykanie autorce watku cos co kazdy z nas ma za soba (a ja
                          zywie nadzieje, ze to ciagle przed nami wszystkimi - no poza mna bo
                          u mnie trwa tongue_out)jest chyba mało sensowne?
                          • z.odzysku Re: PS... 20.09.07, 14:40
                            widzę, że się uspokoiłaś... nieco smile

                            Rzeczywiście, w wytykaniu jest niewiele sensu.
                            • to.ja.kas Re: PS... 20.09.07, 14:46
                              Mój spokoj dzis jest stabilny i ciagle na tym samym poziomie smile))
                              dziekuje ze zauwazyłes sens w tym co pisze smile))
                          • marek_gazeta A co z ojcem eksa? 20.09.07, 15:46
                            Ale nikt jej nie wytyka zauroczenia, tylko fakt, że zdradza męża.

                            Skoro uznała, że jej facet nie odpowiada, to powinna była się rozwieść. Oczywiście, nowy facet uwypuklił wady męża, być może bez jego pojawienia się nie byłoby tego problemu (przynajmniej w takiej formie). Tak więc rozstanie przed poznaniem innego byłoby problematyczne, co oczywiście zauważam. Mogłaby nie iść z nim do łóżka, ale to jest trudne. Nie będę "rzucał kamieniem", bo nie o to chodzi. Zresztą, to jest dość typowy scenariusz, w obie strony.

                            A w tej sytuacji, do jakiej doszło, wydaje się, że natychmiastowe zakończenie małżeństwa jest jedynym wyjściem.

                            Ja, jak już pisałem na forum, jestem wdzięczny eks za to, że zdobyła się na ten krok i wniosła o rozwód. Teraz widzę, z perspektywy, że sprawy zaszły wtedy za daleko i odbudowa małżeństwa nie udałaby się. Niestety, nie trafiliśmy na terapię, ale wydaje mi się, że jeśli pojawia się brak szacunku dla drugiej osoby, to jest baaardzo ciężko coś naprawić. Ja o rozwód bym raczej nie wniósł. Nie wiem, czy miała jakiś "katalizator", czy to w postaci kochanka, czy tylko super-kolegi, albo może koleżanki (no, bez skojarzeń, koleżanka mogła jej po prostu zrobić pranie mózgu), ale, niewątpliwie, udało się ocalić jakieś resztki szacunku, co ma znaczenie, bo w końcu mamy dzieci.

                            A ja - staram się wyciągnąć wnioski z tego, co zaszło.

                            Patrząc na ostatnie lata naszego małżeństwa, było do dupy, a ostatni rok-dwa to już był kanał. Prosta równia pochyła. Mąż Maal-iny na pewno czuje, co się dzieje, widzi brak szacunku, wyrażany mimowolnie w czynach i gestach. Nie sądzę, aby był szczęśliwy.

                            No a tak na marginesie, to mam ciekawe pytanie, o ile autorka wątku wciąż go śledzi - co z ojcem męża? Po pierwsze, powinien był nauczyć syna, co to znaczy być facetem. Po drugie, chyba powinien zauważyć niepokojące objawy. Chyba, że też jest pantoflarzem i przeniósł na syna swój "model mężczyzny".
                            • to.ja.kas Re: A co z ojcem eksa? 20.09.07, 15:55
                              marek_gazeta napisał:

                              > Ale nikt jej nie wytyka zauroczenia, tylko fakt, że zdradza męża.
                              Oj ta pretensja o zauroczenie wypływa w kilku postach smile

                              > Skoro uznała, że jej facet nie odpowiada, to powinna była się
                              rozwieść.
                              No ale własnie:dziecko, maz nie pije, nie bije, jest niby
                              dobry...zobacz jak sporo osob odejscie od takiego "ideału" traktuje
                              jak kaprys.

                              >Oczywiście, nowy facet uwypuklił wady męża, być może bez jego
                              pojawienia się nie byłoby tego problemu (przynajmniej w takiej
                              formie).

                              Zgadzam się z Tobą

                              > A w tej sytuacji, do jakiej doszło, wydaje się, że natychmiastowe
                              zakończenie małżeństwa jest jedynym wyjściem.

                              Tak sie wydaje Tobie i mi...autorka watku ma watpliwosci i dlatego
                              pyta.

                              > Ja, jak już pisałem na forum, jestem wdzięczny eks za to, że
                              zdobyła się na ten krok i wniosła o rozwód. Teraz widzę, z
                              perspektywy, że sprawy zaszły wtedy za daleko i odbudowa małżeństwa
                              nie udałaby się.

                              To juz gdzies sugerowałam, że tak może być i z jej mężem...a może nie

                              >Niestety, nie trafiliśmy na terapię, ale wydaje mi się, że jeśli
                              pojawia się brak szacunku dla drugiej osoby, to jest baaardzo ciężko
                              coś naprawić.
                              Ja mysle ze terapia ma sens jak jest uczucie ale popełnia sie
                              błedy...niestety terapia wzbudzic uczuc nie ma mocy...szkoda
                              >cryingno, bez skojarzeń, koleżanka mogła jej po prostu zrobić pranie
                              mózgu),

                              A moze jednak dobrze jej radziła, skoro sam dostrzegasz ze wyszło in
                              plus.
                              >ale, niewątpliwie, udało się ocalić jakieś resztki szacunku,co ma
                              znaczenie, bo w końcu mamy dzieci.

                              I to uwazam za sukces
            • nangaparbat3 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:45
              >>>Może uważa
              że ma prawo przeżyć swoje życie po swojemu?

              Sylwia, jak ktos sciąga tu na ziemię dziecko, to dopoki go nie wychowa, nie ma
              "swojego" zycia.
              Jeśli przez "prawo do przezycia swojego zycia po swojemu" rozumiesz nieliczenie
              sie z dzieckiem - bo tak to wyszło, moze wbrew Twojej intencji.
              • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:48
                nangaparbat3 napisała:

                > Sylwia, jak ktos sciąga tu na ziemię dziecko, to dopoki go nie
                wychowa, nie ma
                > "swojego" zycia.

                Dałas swojemu eks męzowi prawo do "swojego zycia"? Nanga. prawda?
                I sorry mam swoje zycie. Ktore bardzo lubie. Mimo, ze posiadam
                dziecko i bardzo je kocham. I mimo wszystko uwazam sie za dobra a
                wrecz kapitalna mamę tongue_outPPP

                > Jeśli przez "prawo do przezycia swojego zycia po swojemu"
                rozumiesz nieliczenie
                > sie z dzieckiem - bo tak to wyszło, moze wbrew Twojej intencji.

                MYsle ze wbrew intencji Sylwii, bo ja zrozumiałam to zupełnie inaczej
                • nangaparbat3 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:55
                  to.ja.kas napisała:

                  > nangaparbat3 napisała:
                  >
                  > > Sylwia, jak ktos sciąga tu na ziemię dziecko, to dopoki go nie
                  > wychowa, nie ma
                  > > "swojego" zycia.
                  Ja tez mam swoje zycie. Ale nie podejmuję żadnej waznej decyzji nie licząc się z
                  dobrem dziecka - szczęsliwie coraz starszego i coraz bardziej samodzielnego.



                  > Dałas swojemu eks męzowi prawo do "swojego zycia"? Nanga. prawda?
                  > I sorry mam swoje zycie. Ktore bardzo lubie. Mimo, ze posiadam
                  > dziecko i bardzo je kocham. I mimo wszystko uwazam sie za dobra a
                  > wrecz kapitalna mamę tongue_outPPP




                  Słuchaj, ja absolutnie nie chce powiedzieć, ze mają trwac w zwiazku ze wzgledu
                  na dziecko.
                  Ale dziwi mnie, ze tyle refleksji poswięca się ewentualnemu skrzywdzeniu meża, a
                  dziecka jakby nie było.
                  • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 14:01
                    nangaparbat3 napisała:


                    > Ja tez mam swoje zycie. Ale nie podejmuję żadnej waznej decyzji
                    nie licząc się
                    > z
                    > dobrem dziecka - szczęsliwie coraz starszego i coraz bardziej
                    samodzielnego.

                    I uwazasz ze autorka watku tak robi??? Nie zwraca uwagi na swoje
                    dziecko i jego szczescie???
                    Bo nie rozumiem.

                    > Słuchaj, ja absolutnie nie chce powiedzieć, ze mają trwac w
                    zwiazku ze wzgledu
                    > na dziecko.

                    To dobrze, bo ja odnosze wrazenie, ze co niektórzy najchetniej to by
                    jej poradzili. A to bardzo trudne i mało satysfakcjonujace zyc tylko
                    dla kogos a w ogóle nie dla siebie.

                    > Ale dziwi mnie, ze tyle refleksji poswięca się ewentualnemu
                    skrzywdzeniu meża,
                    > a
                    > dziecka jakby nie było.
                    Bo moze o tym chciała porozmawiac na forum?! Moze problem dziecka ma
                    poukładany w swojej głowie i sumieniu?! Moze byc 100 powodów dla
                    których na forum nie poruszyła problemu swojego dziecka. To nie
                    powód by robic z niej wyrodna matke jak tu to miało miejsce.
              • sylwiamich Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 14:21
                nangaparbat3 napisała:

                > >>>Może uważa
                > że ma prawo przeżyć swoje życie po swojemu?
                >
                > Sylwia, jak ktos sciąga tu na ziemię dziecko, to dopoki go nie
                wychowa, nie ma
                > "swojego" zycia.
                > Jeśli przez "prawo do przezycia swojego zycia po swojemu"
                rozumiesz nieliczenie
                > sie z dzieckiem - bo tak to wyszło, moze wbrew Twojej intencji.

                Nanga...za dużo rzeczy widziałam w zyciu by tak myśleć.To co
                napisałaś to daleka nadinterpretacja...do granicy absurdu.
                Może Ty nanga ściągałaś dzieci z nieba....ja zaliczyłąm typową
                wpadówkę...i z jednym i z drugim.W Twoich oczach mnie to
                usprawiedliwia?smile)))
                • nangaparbat3 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 14:37
                  Nie ma znaczenia, czy wpadówka czy nie, dziecko to dziecko.
                  • sylwiamich Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 14:43
                    Może za dużo razy widziałam jak się dzieci bierze za śpiochy i
                    potrząsa nimi jak szczeniakami wołając: A dzieci?
                    Sama kiedyś coś takiego popełniłam....do tej pory czuję się jak
                    świnia.Dlatego często ostro reaguję na takie rzeczy...bo siebie w
                    dupę kopnąć trudno...
                    • nangaparbat3 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 15:37
                      W dupe siebie kopnac trudno, ale jeszcze trudniej utlic się i pogłaskać.
                      Ja tez kiedys potrząsnelam tak dzieckiem, noworodkiem, to byl pierwszy tydzień w
                      domu, w nocy. Jej tato lezal obok i powiedział lagodnie: skoro tak cie to meczy,
                      to moze lepiej bedziemy karmic butelką. To było powiedziane bez cienia gniewu,
                      strachu czy rozczarowania.
                      POczątki karmienia miałam straszne, lekarze z góry zakładali, ze nic z tego nie
                      bedzie.
                      Karmiłam przez rok, po tych strasznych początkach z wielkim powodzeniem, i
                      jestem absolutnie pewna, że miedzy innymi dzieki tamtej jego reakcji wtedy.
                      Nie wiem dlaczego panuje przekonanie, ze lepiej wytknać bład niż dostrzec
                      coś dobrego, objechać niz wspołczuć, ukarac niz pomóc, potępić niz zrozumieć. I
                      wszyscy w tym tkwimy, i dowalamy sobie nawzajem.
                      • ogrodnik69 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 15:53
                        nie jest tak że lepiej jest błąd wytknąć bo niechcemy żeby ktos był
                        lepszy od nas?Że mało współczujemy bo to oznaka słabości,a jak
                        słabość to nie mamy z tym nic wspólnego?I wydaje nam sie że jestesmy
                        tacy fajni,mamy swoje poglądy-czasem zupełnie przeciwstawne do ogółu-
                        które nie sa zrozumiałe dla innych ale i tak uważamy że to my i
                        tylko my mamy racje.A jak mamy racje to możemy dokopac wszystkim
                        którzy jej nie mająsmile)I musze powiedzieć że czesto dokopywałem
                        innym.Na szczescie teraz niemusze mieć racji.I żadko ja mamsmile)ale za
                        to lepiej sie czuje.Wole kogos przytulic niz zrugać.Dziwne?
                        • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 15:58
                          ogrodnik69 napisał:
                          >I musze powiedzieć że czesto dokopywałem
                          > innym.Na szczescie teraz niemusze mieć racji.I żadko ja mamsmile)ale
                          za to lepiej sie czuje.Wole kogos przytulic niz zrugać.Dziwne?

                          Nie dziwne...bo co człowiek sieje to i rząć będzie....przyznaj się
                          wolisz byc przytulany niż rugany ???tongue_outPPPPP
                          • ogrodnik69 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 16:03
                            zdecydowanie wole być przytulany,zdecydowanie.smile)Ale jak ktos mnie
                            zruga i bedzie mial racje to przygarne go do piersismile)bo jakos tak
                            przez pare lat sie przyzwyczaiłem.Za dni kilka bede miał sprawe i
                            zastanawiam sie czy bede musiał żone-może juz byłą -przygarnąćsmile)bo
                            cos mi sie zdaje że mnie nie oszczędzi w sądziesmile)
                            • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 16:05
                              ogrodnik69 napisał:

                              >Za dni kilka bede miał sprawe i
                              > zastanawiam sie czy bede musiał żone-może juz byłą -przygarnąćsmile)
                              bo
                              > cos mi sie zdaje że mnie nie oszczędzi w sądziesmile)

                              To kobietę zaskoczysz smile)))
                            • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 16:06
                              ogrodnik69 napisał:
                              >Za dni kilka bede miał sprawe i
                              > zastanawiam sie czy bede musiał żone-może juz byłą -przygarnąćsmile)
                              bo
                              > cos mi sie zdaje że mnie nie oszczędzi w sądziesmile)

                              To kobietę zaskoczysz smile))
                              • ogrodnik69 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 16:13
                                taaaaaaa,sie nie da zaskoczyć.czujna jak wartownik z fortu Alamosmile)i
                                wcale nie chce jej zaskakiwac czego i sobie życze bym zaskakiwany
                                nie byłsmile).A tak generalnie to z tym przygarnianiem to była forma
                                przenośni.I całe szczesciesmile)
                                • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 16:17
                                  Może szczescie...a moze Twoja jeszcze zona wolałaby bys powiedził to
                                  serio...ale ja tam sie nie znam na ludziach smile))
                                  • ogrodnik69 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 16:29
                                    ja też sie nie znam na ludziach.Ale znam moja zonesmile)i co bym nie
                                    powiedział to i tak krótko skwituje-jak zwykle gadasz głupoty.No a
                                    poza tym nowszy model jest odemnie postawniejszy i niewiem czy
                                    przebił bym sie tak blisko niej żeby mogla mnie usłyszecsmile)
                                    • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 20:35
                                      nie no skoro jest nowszy model to niech on przygarniia, Ty sobie
                                      odpuść....zdrowiej tak będzie, zwłaszcza ze nowszy partner jest
                                      postawniejszy jak piszesz smile))
                        • sylwiamich Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 16:33
                          ogrodnik69 napisał:

                          > nie jest tak że lepiej jest błąd wytknąć bo niechcemy żeby ktos
                          był
                          > lepszy od nas?Że mało współczujemy bo to oznaka słabości,a jak
                          > słabość to nie mamy z tym nic wspólnego?I wydaje nam sie że
                          jestesmy
                          > tacy fajni,mamy swoje poglądy-czasem zupełnie przeciwstawne do
                          ogółu-
                          > które nie sa zrozumiałe dla innych ale i tak uważamy że to my i
                          > tylko my mamy racje.A jak mamy racje to możemy dokopac wszystkim
                          > którzy jej nie mająsmile)I musze powiedzieć że czesto dokopywałem
                          > innym.Na szczescie teraz niemusze mieć racji.I żadko ja mamsmile)ale
                          za
                          > to lepiej sie czuje.Wole kogos przytulic niz zrugać.Dziwne?

                          Nie wiem czemu...ale odnoszę wrażenie że mówisz do mniesmile))Mam
                          własne poglądy.Nikt nie musi ich rozumieć...wystarczy że ja to
                          potrafię.Czy mam zawsze rację?Nie...mam zawsze własne zdanie.I taka
                          siebie lubię.I jestem taka fajnasmile)Przytulać czy zrugac?Metoda kija
                          i marchewki....stara, ale skutecznasmile))Przytulać można się do kogoś
                          kogo się lubi...ja nie lubię wszystkich i nie wszyscy lubią
                          mnie...więc uważam z tym przytulaniem....wiesz....molestowanie
                          seksualne, te sprawy...
                          • ogrodnik69 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 17:20
                            Nadinterpretacjasmile)Palce same mi latają po klawiszach.Po dwóch dniam
                            czytam co napisałem i naprawde często jestem zdziwiony co mi
                            siedziało w głowie.A jeszcze bardziej że przelałem swoją myslsmile)
                        • nangaparbat3 ogrodnik 20.09.07, 16:36
                          )I musze powiedzieć że czesto dokopywałem
                          > innym.Na szczescie teraz niemusze mieć racji.I żadko ja mamsmile)ale za
                          > to lepiej sie czuje.Wole kogos przytulic niz zrugać.Dziwne?


                          Dziwne.
                          ale fajnie czytac, ze tak jest smile
                          • ogrodnik69 Re: ogrodnik 20.09.07, 17:12
                            to ja już nie bede pisał w taki sposóbsmile)
                            • sylwiamich Re: Kurczę 20.09.07, 17:23
                              Czemu na forum zawsze trzeba udawadniac że nie jest się wielbłądem?
                              Wkurza mnie to....
                              • ogrodnik69 Re: Kurczę 20.09.07, 17:32
                                Nie wiem czy prowadzący karawane podzielałby twoje zdaniesmile)
                                • sylwiamich Re: Kurczę 20.09.07, 17:35
                                  Czyli że dla prowadzącego karawanę to wszyscy są wielbłądami, a dla
                                  wielbłądów oni nie są?Bo coś za wysoki poziom abstrakcji...
                      • sylwiamich Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 16:23
                        W dupe siebie kopnac trudno, ale jeszcze trudniej utlic się i
                        pogłaskać.
                        > Ja tez kiedys potrząsnelam tak dzieckiem, noworodkiem, to byl
                        pierwszy tydzień
                        > w
                        > domu, w nocy. Jej tato lezal obok i powiedział lagodnie: skoro tak
                        cie to meczy
                        > ,
                        > to moze lepiej bedziemy karmic butelką. To było powiedziane bez
                        cienia gniewu,
                        > strachu czy rozczarowania.
                        > POczątki karmienia miałam straszne, lekarze z góry zakładali, ze
                        nic z tego nie
                        > bedzie.
                        > Karmiłam przez rok, po tych strasznych początkach z wielkim
                        powodzeniem, i
                        > jestem absolutnie pewna, że miedzy innymi dzieki tamtej jego
                        reakcji wtedy.
                        > Nie wiem dlaczego panuje przekonanie, ze lepiej wytknać bład niż
                        dostrzec
                        > coś dobrego, objechać niz wspołczuć, ukarac niz pomóc, potępić niz
                        zrozumieć. I
                        > wszyscy w tym tkwimy, i dowalamy sobie nawzajem.

                        Manga...ja tak w przenośni....Nie trząsałam dzieckiem w
                        rzeczywistości tylko użyłam go jako argumentu... żeby na kogoś
                        wpłynąć.
                        Ja myślę że nasza inna percepcja wynika z tego że ja podjęłam
                        decyzję o odejściu..Za Ciebie ktoś ją podjął.
                        • nangaparbat3 Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 16:40
                          > Manga...ja tak w przenośni....
                          A ja - nie w przenosni.
                          Nie trząsałam dzieckiem w
                          > rzeczywistości tylko użyłam go jako argumentu... żeby na kogoś
                          > wpłynąć.
                          Bo dziecko to JEST argument.

                          > Ja myślę że nasza inna percepcja wynika z tego że ja podjęłam
                          > decyzję o odejściu..Za Ciebie ktoś ją podjął.
                          O nie. Koniec końców to ja musiałam powiedziec, zeby sie spakował i wyprowadził.
                          I założę sie, ze on to przedstawia jako MOJA decyzje.
                          Bo to jest bardzo fajny facet, ale z podejmowaniem decyzji i przyjmowaniem za
                          nie odpowiedzialnosci zawsze ma problemy.
          • z.odzysku Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:22
            nangaparbat3 napisała:

            > I właśnie najdziwniejsze i najbardziej niepokojace w postach Maal-
            iny jest, ze
            > problemu dziecka jakby nie było.

            I to jest właśnie dowód na to, że świetne osiągi łóżkowe
            przedpokojowca przesłaniają Mal-inie bardzo istotne tematy wiążące
            się z upgrade'm męża do przedpokojowca. Obawiam się, że ona "bawi"
            się teraz wersją DEMO.
            • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:30
              z.odzysku napisał:

              > I to jest właśnie dowód na to, że świetne osiągi łóżkowe
              > przedpokojowca przesłaniają Mal-inie bardzo istotne tematy wiążące
              > się z upgrade'm męża do przedpokojowca. Obawiam się, że ona "bawi"
              > się teraz wersją DEMO.

              A Twoje wejście do domu eks pod jej nieobecność jest dowodem na to,
              ze ja chcesz kontrolowac i wsciubiasz nos w nieswoje sprawy?????
              Oj jak czesto ludzie wiecej wiedza o sprawach innych ludzi...wiecej
              niz sami zainteresowani tongue_outPPPP
              >
              • to.ja.kas Trudno żyje sie z ideałem :-) 20.09.07, 13:41
                Dużo pisałam tu o moim eks narzeczonym z którym troche byłam i z
                którym się przyjaźnie do tej pory. On własnie był taki idealny
                opiekun...Fantastyczny człowiek. Poza tym, że był kochający,
                inteligentny, niezły w łóżku, pozwalał mi na wszystko, zajmował sie
                każdym moim problemem postanowiłam odejść....bo to nie było to
                Oczywiście, że bolało. Bolało mnie i bolało jego.
                Mnie bo zdawałam sobie sprawe ze go krzywdze ale wiedziałam tez ze
                skrzywdze go jeszcze bardziej jak z nim zostane.
                Po bólu nadszedł taki dzien kiedy powiedział mi "dziekuje.dobrze
                zrobiłas"....on zrozumiał dlaczego, cieszy sie ze jestem szczesliwa,
                przyjaznimy sie do dzis (tak, tak niewiarygodne.Nawet kiedys był ze
                mna na spotkaniu RICD warszawskiego)a ja wiem, ze czasem tak jest,
                ze wiemy, ze to nie to czego oczekiwalismy, czego chcemy i co da nam
                szczescie....Tez spotkałam kogos z kim teraz jestem szczesliwa i
                wiem, ze jako partner jest dla mnie bardziej odpowiedni. Powoduje u
                mnie uczucia jakie powinien wzbudzac partner a nie tylko przyjaciel.
                Spłaszczyliście problem dziewczyny jak jasna cholera.A ciekawa
                jestem czy Wy wszyscy odeszliscie od swoich połówek bo one takie złe
                były? I nie wiedzieliscie tego jak sie decydowaliscie na slub? Takie
                to było nieprzemyslane?A Wasze dzieci nie cierpia z powodu rozstania?
                Zenujące kopanie osoby która pisze o sprawach o których wiele osob
                juz tu pisało....Jak widac refelksyjnosc i trwanie w zwiazku mimo
                wszystko i długo , nawet wbrew sobie, nie jest tak samo w cenie jak
                rozwód po roku i decyzja w ciagu kilku miesiecy tongue_outPP
                • nangaparbat3 Kas 20.09.07, 14:03
                  Wylewasz dziecko z kapielą.
                  I nie porównuj siebie - zerwałaś z tym panem, potem zwiazałas się z kims innym -
                  sytuacja jasna, czysta, choc pewnie trudna i bolesna.
                  W watku jest inaczej - jest oddany, kochajacy maż, maleńkie dziecko i znudzona
                  tym meżem zona, która chce go zostawic dla kochanka.
                  Gdyby odwrocic role - oddana zona i mąz rzucajacy ją dla namietnej kochanki -
                  oberwałby, prawda?

                  ale ja zaczęlam jakby w ogole inny watek - co z dzieckiem?
                  • to.ja.kas Re: Kas 20.09.07, 14:08
                    Nie wiem czy by oberwał? To zalezy co spowodowałoby ze jednak
                    znalazł sobie kogos innego?
                    To ze ktos jest kochajacy i troskliwy to nie jest powod do tego by
                    spedzic z nim całe zycie! Autorka nie napisała "mój mąż mnie nudzi".
                    Ona napisała "mój mąż od ppoczatku naszego małzenstwa nie zachowuje
                    sie w sposób jaki miałam nadzieje ze bedzie sie zachowywał, co
                    spowodowało, ze nie uwazam go za dobrego męza dla siebie".
                    Zeby było jasne, gdy rozstawałam sie z Arturem znałam juz obecnego
                    partnera. Hmmm byłam nim oczarowana...i w tym oczarowaniu tkwie juz
                    tyle lat.

                    No własnie...i jakbys zadała tylko pytanie "a co z dzieckiem?" a
                    dyskusja nie zaczełaby sie nakrecac w kierunku "wazniejszy
                    przedpokojowiec i seks niz dziecko" to nie byłoby tematu smile))
                • marcelka38 Re: Trudno żyje sie z ideałem :-) 20.09.07, 14:40
                  Zazdroszczę spojrzenia i niewatpliwego idelizmu.. Też tak
                  myslałam... kiedyś... kieduy byłam na etapie narzeczeństwa...
                  długiego bo siedmioletniego. Wszystko wydawało się proste, jasne i
                  klarowne.. Kocham -nie kocham, znam - nie znam... jestem
                  szczęśliwa... Małżeństwo było przemyslane.. na tamten czas.. Tyle,
                  że życie przyniosło wiele niespodzianek.. Trudnych traumatycznych
                  wręcz sytuacji.. Takich jakich nie było wcześniej... Czyjaś śmierć,
                  jedna, druga, strata dziecka, wypadek, choroba własna, choroba
                  najbliższych, choroba dziecka... Albo wszystko naraz... W takich
                  sytuacjach poznaje się drugiego człowieka, nie w kawiarni,
                  dyskotece, na spacerze, czy w łóżku... Poznaje się wtedy kiedy
                  trzeba podejmować trudne decyzje, kiedy pojawiają się trudne wybory,
                  kiedy potrzebne jest niewątpliwe wsparcie drugiej osoby... I czasami
                  wtedy okazuje się, że macho, który pozornie potrafi wszystko
                  nagle "podwija ogon", a filigranowa wrażliwa kobietka musi stać sie
                  twarda babą.. Nikt nawet siebie nie zna do końca, nie wie jak
                  zachowa sie w danej sytuacji (tylko wydaje mu się, że wie), a tym
                  bardziej nie zna drugiej osoby... I nigdy do końca nic nie jest
                  pewne..Niestety..
                  • to.ja.kas Re: Trudno żyje sie z ideałem :-) 20.09.07, 14:45
                    marcelka38 napisała:

                    >życie przyniosło wiele niespodzianek.. Trudnych traumatycznych
                    > wręcz sytuacji.. Takich jakich nie było wcześniej... Czyjaś
                    śmierć,
                    > jedna, druga, strata dziecka, wypadek, choroba własna, choroba
                    > najbliższych, choroba dziecka... Albo wszystko naraz... W takich
                    > sytuacjach poznaje się drugiego człowieka, nie w kawiarni,
                    > dyskotece, na spacerze, czy w łóżku... Poznaje się wtedy kiedy
                    > trzeba podejmować trudne decyzje, kiedy pojawiają się trudne
                    wybory,
                    > kiedy potrzebne jest niewątpliwe wsparcie drugiej osoby... I
                    czasami

                    Tylko tego nie sprawdzisz poki nie przezyjesz i trudno oczekiwac
                    bysmy na poczatku, w okresie narzeczenstwa juz wiedzieli mieli
                    pewnosc co przyniesie nam zycie i jak zareagujemy. Jak kazdy
                    wstepujemy w zwiazek z dobrymi intencjami i z nadzieja ze zarowno my
                    jak i partner staniemy na wysokosci zadania kiedy zajdzie potrzeba

                    > wtedy okazuje się, że macho, który pozornie potrafi wszystko
                    > nagle "podwija ogon", a filigranowa wrażliwa kobietka musi stać
                    sie twarda babą.. Nikt nawet siebie nie zna do końca, nie wie jak
                    > zachowa sie w danej sytuacji (tylko wydaje mu się, że wie), a tym
                    > bardziej nie zna drugiej osoby... I nigdy do końca nic nie jest
                    > pewne..Niestety..

                    Niestety....smile)))
                    • nangaparbat3 Re: Trudno żyje sie z ideałem :-) 20.09.07, 15:41
                      jedyne co mi sie nasuwa, to cieszyć sie tym, co jest.
                      • to.ja.kas Re: Trudno żyje sie z ideałem :-) 20.09.07, 15:46
                        Nanga, to prawda. Bo w zyciu nic nie jest na zawsze i nic nie jest
                        pewne....wiem, ze to smutne, no ale nauczyłam sie to przyjmować z
                        godnosciom osobistom smile))
              • z.odzysku Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:42
                to.ja.kas napisała:
                > A Twoje wejście do domu eks pod jej nieobecność jest dowodem na
                to,
                > ze ja chcesz kontrolowac i wsciubiasz nos w nieswoje sprawy?????

                Dla niektórych uczestników forum pewnie tak. Dla innych nie.
                Przedstawiłem moją wersję wydarzeń.

                > Oj jak czesto ludzie wiecej wiedza o sprawach innych
                > ludzi...wiecej niz sami zainteresowani tongue_outPPPP

                na forum wnioskuje się tylko z tego, co ludzie napiszą o sobie i
                swoich problemach. Takie wnioski mogą być mylne, bo nie znamy całej
                prawdy. Tak więc oczywiście mogę się mylić w ocenie, liczę się z
                tym. Dzięki za zwrócenie mi na to uwagi. smile
                • to.ja.kas Re: "tu dochodzi jeszcze problem dziecka" 20.09.07, 13:44
                  Skoro wiemy tyle ile ktos pisze o sobie, to autorka watku nie
                  pisała "sex z moim jest do dupy i taka mam chcice ze znalazłam sobie
                  innego przedpokojowca - Apollo" jak go tu nazywacie, tylko zwróciła
                  uwage na wiele problemów z którymi boryka sie jej małzenstwo.
                  Ale rozumiem, głodnemu chleb na mysli i wiekszosc problem tu
                  sprowadziła do samego seksu.
                  • to.ja.kas Poza tym 20.09.07, 13:46
                    skoro nurtuje Was problem dziecka i kontaktów oraz wiezi z nim, to
                    zawsze warto zapytac a nie z góry osądzac i "wiedziec lepiej" co
                    łaczy autorke z jej dzieckiem.
                    Chcielibyscie by Was tu tak pochopnie oceniono jako rodziców do dupy
                    dla których najwazniejsze jest swedzenie w kroku a nie szczescie
                    dziecka?
                    • nangaparbat3 Re: Poza tym 20.09.07, 14:17
                      Widzisz, czasem milczenie wiecej znaczy niz słowa.
                      Nie wiem, co, ale coś z dwoch krańców skali - albo Autorka watku nie pisze nic,
                      bo tak wiele ten temat dla niej znaczy, albo dlatego, ze znaczy tak mało.
                      Moze nam powie.
                      Moze powie, zeby ja pocalować w d.
                      Nie wiem.

                      Pytasz, dlaczego sadzę, ze juz nie o problem Autorki watku idzie?
                      Z temperatury postów tak sądzę.
                      I OK.
                      • to.ja.kas Re: Poza tym 20.09.07, 14:36
                        Nanga uwielbiam Twoje posty i chyba pierwszy raz sie z Toba nie
                        zgadzam smile
                        Ale to co oznacza milczenie to mozna ocenic jak z kims sie beczke
                        soli zjadło a nie po wątku na forum. A wiekszosc osob piszacych na
                        temat wiezi autorki z dzieckiem załozyło, ze tej wiezi i uczuc
                        autorka watku nie posiada....i to mnie zdumiewa...podstawa takiego
                        sądu...moze masz racje nie o Autorke tu chodzi...mysle ze czesc osob
                        kopiac Autorke odczuwa przyjemnosc bo w ich odczuciu to jak kop dany
                        swoim eks czy prawie eks...a to daje orgazm....Tylko takie
                        tchórzliwe i jakos mało sensowne mi sie wydaje...nie mowiac o
                        sprawiedliwosci

                        Temperatura w watku gorąca ale kulturalna....widziałam tu rzeczy
                        gorsze i bardziej absurdalne...szkoda ze wiele osob przez sytuacje
                        gdy temperatura siegała naprawde zenitu a poziom siegał rynsztoka
                        juz tu nie pisze...
                        • marcelka38 Re: Poza tym 20.09.07, 15:12
                          Ja nigdzie nie przeczytałam o braku więzi... I braku uczuć...
                          Jedynie pytania... Mnie np z czysto technicznej strony interesuje
                          kiedy i jak matce trzyletniego malucha udało sie DOBRZE poznać na
                          tyle, żeby sie tak zakochać (a może jedynie zauroczyć) faceta
                          swojego zycia? Może wcześniej? Ja nigdy nie byłam
                          szczególnie "udomowiona", nie zaliczam też siebie do kur domowych
                          ani matek-polek, ale jednak... Małe dziecko wymaga i dużo
                          poświęcanego czasu i uwagi i spacerów itp Co mam zresztą tłumaczyć.
                          Każda matka zywego trzylatka wie o co chodzi..A kiedy jeszcze praca,
                          czy dodatkowe zajęcia ... A jeszcze z tego wszystkiego "wykroić"
                          czas na ukradkowe spotkania z ukochanym, odrobinę adrenaliny.. Gdzie
                          czas na poznawanie siebie, na zwykłe spokojne "bycie ze sobą", na
                          tyle by wiedzieć, że to ten ..??? To mnie ciekawi. Teretycznie mamy
                          do czynienia z dorosłymi osobami- autorka to nie egzaltowana
                          osiemnastolatka. Dojrzałość to m.in odpowiedzialność. I umiejętność
                          dokonywania wyborów. Ale też umiejętność panowania nad emocjami. Na
                          uczucie też trzeba dać sobie przyzwolenie smile))
                          • to.ja.kas Re: Poza tym 20.09.07, 15:23
                            marcelka38 napisała:
                            Mnie np z czysto technicznej strony interesuje kiedy i jak matce
                            trzyletniego malucha udało sie DOBRZE poznać na
                            > tyle, żeby sie tak zakochać (a może jedynie zauroczyć) faceta
                            > swojego zycia?

                            Nigdy sie nie zastanawiałam. Mi wystarczył tydzień by się zakochać...
                            (zauroczyć pewnie na początku) o poznaniu sie DOBRZE nie ma mowy.
                            Mimo ze upłynęło dużo wody w Wiśle. Bo to nie czas a doświadczenia
                            dają obraz jacy jesteśmy i z kim jesteśmy....a i tak czasem zycie
                            nas zaskakuje.
                            >Gdzie czas na poznawanie siebie, na zwykłe spokojne "bycie ze
                            sobą", na tyle by wiedzieć, że to ten ..???

                            A tego się nie dowie jak nie spróbuje...

                            >Dojrzałość to m.in odpowiedzialność. I umiejętność dokonywania
                            wyborów.

                            I stąd moje pytanie na poczatku tego wątku "Czy odeszłaby od męża
                            gdyby nie było kochanka?" Czy rozważałaby taką możliwość i czy
                            bierze pod uwagę, że z kochankiem może nie wyjść? Czy nie traktuje
                            kochanka jak osoby do której ucieka a nie osoby z którą chce być?

                            >Ale też umiejętność panowania nad emocjami.

                            Mysle, ze 95% (ale to moja teoria) oblałaby taki egzamin smile

                            >Na uczucie też trzeba dać sobie przyzwolenie smile))
                            Zgadzam się połowicznie. Co ja wyczyniałam by sie nie zakochać smile))
                            • marcelka38 Re: Poza tym 20.09.07, 15:36
                              No dobra? Ale miałaś wtedy malutkie dziecko, męża, pozornie normalną
                              rodzinę, pracę,podyplomówkę??? Bo jakoś nie widze nawet
                              potencjalnego obiektu. Ostatnio to "skrzywiona" jestem, bo ogólnie
                              uraz w stosunku do mężczyznsmile)) Ale wcześniej...
                              Z drugiej strony ja jestem zwolenniczką zaczynania "nowego" kiedy
                              się całkowicie "zamknie stare".. Miałam tak od zawsze... Podobnie
                              jak to, że zajęty facet był dla mnie tematem tabu. Ponoć w tej
                              dziedzinie okazywałam "ponadprzeciętną dojrzałość". Zostało mi do
                              dzisiaj
                              • to.ja.kas Re: Poza tym 20.09.07, 15:44
                                Nie Marcelko, miałam wtedy narzeczonego, nastolatke, pracę, nowe
                                mieszkanie i ogolny codzienny zapieprz smile I niestety ten zapieprz
                                został mi do dzis...np ciagle sie ucze smile
                                Uraz minie jak poznasz odpowiedniego męzczyznę, czego Ci zycze.
                                Chociaz jeszcze bardziej Ci zyczę by minął po przeanalizowaniu
                                przeszłości i dojściu do wniosku, że nie ma co złych doświadczeń z
                                jedna osoba przenosić na wszystkich.
                                napisałaś:
                                Z drugiej strony ja jestem zwolenniczką zaczynania "nowego" kiedy
                                > się całkowicie "zamknie stare".. Miałam tak od zawsze... Podobnie
                                > jak to, że zajęty facet był dla mnie tematem tabu

                                Ha, myślałam dokładnie tak jak Ty...dokładniusio...zweryfikowało
                                życie moj idealistyczny obraz siebie samej smile
                                Tez jestem zwolenniczka by zamknac jedno zanim otworzy sie
                                drugie...tylko co zrobic z TYM KIMŚ jak juz jest?Kazać mu czekać na
                                rozwód? Można i tak, nie przeczę, ja nie umiałam. Czy żałuję?
                                Nie.Jestem bardzo szczesliwą osobą. Ale to długa i zajmująca
                                historia. Opiszę, nie ujme jakiegos istotnego wątku i się zacznie :-
                                PPP

                                >Ponoć w tej dziedzinie okazywałam "ponadprzeciętną dojrzałość".
                                Zostało mi do
                                > dzisiaj
                                Marcelko gratuluję i oby tak dalej. Ale dobrze napisałaś..."do
                                dzisiaj"...za jutro nie można dać głowy...szkoda
                                • marcelka38 Re: Poza tym 20.09.07, 15:58
                                  póki co "układam się" z nieodpowiednim i nie szukam... Układam
                                  puzzle, czytam bajki o królewnach w wieży a w wolnych
                                  chwilach "netuję" tak jak teraz kiedy "sprzedałam" malucha babci:-
                                  )))) I chyba nie lubię zbytniej adrenaliny smile)))
            • nangaparbat3 ??? 20.09.07, 13:56
              Przełozysz na bardziej tradycyjny jezyk? Upgrade? Wersja DEMO?
              • z.odzysku Re: ??? 20.09.07, 14:11
                Oczywiście. Bardzo proszę.

                Chodzi mi o postrzeganie cech nowego mężczyzny Maal-iny przez nią
                samą. Podejrzewam, że ogląda go przez "różowe okulary".
                Być może dobry seks z nim zwiększa poziom tolerancji dobrych cech
                (lub sprawiających wrażenie dobrych) nowego mężczyzny Maal-iny, a
                zwiększa jednocześnie poziom krytycyzmu w stosunku do męża.
                Wydaje mi się, że Maal-ina jest zadurzona w nowym facecie i dlatego
                widzi tylko dobre jego cechy, bo tylko takie chce widzieć. Dlatego
                przypuszczam, że jest on dla niej wersją "DEMO" siebie samego.
                Pisząc Upgrade, miałem na myśli zastąpienie starej wersji (męża)
                nowszą (APOLLO), niekoniecznie lepszą, co nierzadko okazuje się
                dopiero po dłuższym czasie "użytkowania".
                • nangaparbat3 Re: ??? 20.09.07, 14:25
                  Bardzo dziekuje, rozumiem, że ewersja demo to jakaś lesza niz stan faktyczny?
                  • z.odzysku Re: ??? 20.09.07, 14:34
                    nangaparbat3 napisała:

                    > Bardzo dziekuje, rozumiem, że ewersja demo to jakaś lesza niz stan
                    faktyczny?

                    sprawiająca wrażenie lepszej, ale czas weryfikuje to wrażenie. Bywa,
                    że in plus.
                • wojtekp67 Re: ??? 20.09.07, 14:26
                  wersja DEMO!!! smile bomba, to trzeba zapamietać.
                  I ska taka agresja w to.ja.kas ?
                  fakt, ze autorka opisała jedynie meza, jego nazwijmy to niemęskosć i
                  uczucie do kochanka. A jest bagaz czyli dziecko i facet, czego mu
                  życzę jednak bedzie miał jaja, jest ojcem i kobietce tak łatwo nie
                  pojdzie i nie nastąp wymiana modelu. Moze kobieta zacznie go
                  szanowac jak wystawi jej walizki za drzwi z tekstem jak sie
                  znudziło to do widzenia, rodzina zostaje tu.
                  Oprócz tego znam takich historii wokół mnóstwo, najczesciej sie
                  kończą zwianiem kochanka smile)
                  • to.ja.kas Re: ??? 20.09.07, 14:41
                    wojtekp67 napisał:


                    > I ska taka agresja w to.ja.kas ?
                    Mylisz sie. Nie ma we mnie za grosz agresji...ani do Autorki watku
                    ani do nikogo tutaj. Za mało mnie znasz by to ocenic....ale juz
                    zauwazyłam wyrywnosc do osadzania przez niektore osoby

                    > fakt, ze autorka opisała jedynie meza, jego nazwijmy to niemęskosć
                    i uczucie do kochanka.

                    I miała do tego prawo by opisac jeden aspekt swojego zycia?

                    A jest bagaz czyli dziecko i facet, czego mu życzę jednak bedzie
                    miał jaja, jest ojcem i kobietce tak łatwo nie
                    > pojdzie i nie nastąp wymiana modelu.

                    A moze facet nie chce by zona była z litości z nim. Moze jakby
                    wiedział wolałby by odeszła?

                    Moze kobieta zacznie go
                    > szanowac jak wystawi jej walizki za drzwi z tekstem jak sie
                    > znudziło to do widzenia, rodzina zostaje tu.

                    Skad w Tobie taka agresja i chec by koniecznie w tej sytuacji dla
                    kogos na amen skonczyło sie źle??? tongue_outPP

                    > Oprócz tego znam takich historii wokół mnóstwo, najczesciej sie
                    > kończą zwianiem kochanka smile)
                    ja tez znam takie historie. Min swoja. Nie zwiałam ja i nie zwiał
                    kochanek...ale to prawda ze w zyciu jest roznie.
                    Tylko ze autorka nie pytała "czy kochanek ze mna zostanie jak odejde
                    od meza?"...postawiła problem zupełnie gdzie indziej.
                    • sylwiamich Re: ??? 20.09.07, 14:45

                      to.ja.kas napisała:
                      > A moze facet nie chce by zona była z litości z nim. Moze jakby
                      > wiedział wolałby by odeszła?


                      Takie refleksje to dopiero po okrzepnięciu...jak mądrośc się
                      włącza...niektórym nigdysmile))
                      • to.ja.kas Re: ??? 20.09.07, 14:48
                        Zakładam, ze ludzie sa madrzy...moze to naiwne smile))
                        Ale trzeba próbowac tongue_out
    • mindsailor Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 14:26
      ja bym to baaaaardzo, ale to baaaardzo dobrze przemyślała. nie
      doceniamy tego, co mamy, a szukamy wciąż Bóg wie czego. a na końcu
      okazuje się, że problemy są te same, tylko facet inny
      może wyjedź na tydzien gdzieś sama i dobrze się zastanów.
      współczuję Ci sytuacjisad
      • sylwiamich Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 14:35
        mindsailor napisała:

        > ja bym to baaaaardzo, ale to baaaardzo dobrze przemyślała. nie
        > doceniamy tego, co mamy, a szukamy wciąż Bóg wie czego. a na końcu
        > okazuje się, że problemy są te same, tylko facet inny
        > może wyjedź na tydzien gdzieś sama i dobrze się zastanów.
        > współczuję Ci sytuacjisad

        Dużo w tym prawdy.Mój były mąż był kłamczuchem i wielkim
        tchórzem.Następny podobnie...był tchórzem więc kłamał.Ale jakoś mi
        się z tego powodu nie chce wracać do mężasmile))
        • doti103 Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 14:45
          rozumiem wahania, przerabiałam to, mój prawie eks też jest i był jak troki od
          kaleson
          owszem zakupy zrobił, posprzatał, calą pensję oddawał, al enei maiła swojego
          zdania w żadnej sprawie, był tchorzem, klamca, na niczym sie nei znał, do
          niczego nie dążył, nie rozwijał sie w żaden sposób, do tego jeszcze mial
          nietolerancję alkoholui był żadnym ojcem
          a w seksie?...o matko....
          ja wiem ,że w takich zdrada nie jest przyczyna ich zakończenia lecz konsekwencją
          tego, ze sa fikcyjne i satysfakcjonują tylko jedną strone
          kończ to dziewczyno
          jesteście młodzi, obojetnie czy będziesz z Panem Przedpokojowym cz nie
          z meżem nigdy nie bedziesz szczesaliwa
          a i dla niego na pewno jest na świcie jakaś kobietka, ktora nie potrzebuje
          niczego innego niż czułostkowości, umytych naczyń i stagnacji
          • nangaparbat3 ja bym wszystko zniosła 20.09.07, 15:48
            ale tej nietolerancji alkoholu - no nie, to ponad siły zwykłej kobiety. A założę
            się, ze nawet MT by wymiekła.
            • doti103 Re: ja bym wszystko zniosła 20.09.07, 20:00
              nic zabawnego - daje słowo
              moze trochę niefortunnie napisałam- śpieszyłam się
              nietolerancja alkoholu u człowieka, który nie przyjmuje tego do wiadomości i
              upija się przy każdej sposobności, tracąc świadomosć, stajac sie agresywnym,
              obrzydliwym typem, jest dramatem dla jego rodziny
              • nangaparbat3 Re: ja bym wszystko zniosła 20.09.07, 20:34
                To ja opacznie zrozumiałam, przepraszam.
        • mindsailor sylwiamich! 20.09.07, 14:57
          masz doskonałą sygnaturkę! skąd to? bo aż się chce tego więcej
          czytaćsmile
          • sylwiamich Re: sylwiamich! 20.09.07, 15:00
            Juz ktoś mi zadał dzisiaj to pytanie...z jakiejś ksiązki...sprzed 3
            tygodni...tytułu nie podam...nie pamiętam...kurcze, cała taka
            była....wyłam od dreszczy po karku i ze śmiechusmile)
      • anbale Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 14:41
        mindsailor napisała:


        > nie doceniamy tego, co mamy, a szukamy wciąż Bóg wie czego. a na końcu
        > okazuje się, że problemy są te same, tylko facet inny

        Ja bym się przychylała do tej opinii. Bardzo łatwo coś zniszczyć, posklejać z
        powrotem czasem nie da rady. Tym bardziej, że chcesz odejść zauroczona innym
        mężczyzną, który Ci się wydaje być 'mężczyzną twego życia' jedynie w opozycji do
        aktulnego męża. Tak coś czuję, że to jakoś źle wróży, ale może się mylę

        • reni6 Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 16:10
          hmmm...zastanawia mnie ta historia jak wiele innych tego typu... Zastanawia mnie
          to w jaki prosty i łatwy sposób ludzie próbują prześlizgnąć się przez życie.
          Wydawało mi się zawsze, że warto z życiem postępować fair. Z życiem i ludźmi. I
          z samym sobą. Jeśli autorka tego postu zauważyła, że jej mąż nie spełnia jej
          oczekiwań i sytuacja się nasila, dlaczego nie podjęła decyzji sama. Bez
          dodatkowych bodźców. Mi tu pachnie niestety wygodnictwem i brakiem ochoty
          wzięcia spraw w swoje ręce. Bo co? Bo mąż safanduła kiepską pracę ma ale ma? Bo
          dziecko małe to dobrze, że jest ktoś do wyręczenia? Jak dla mnie to jest zwykłe
          tchórzostwo. Jeśłi źle się dzieje w związku- trzeba je ratować. Jeżeli nie ma
          szans na ratunek- trzeba się rozstać. Rozstanie to ból i trauma ale też czas
          wyciszenia i rozejrzenia się po świecie. I często zdania sobie sprawy co dla nas
          jest ważne w życiu. I dopiero wtedy, uważam, można myśleć o nowym związku.

          Przedstawiona sytuacja przypomina mi scenariusz: jest mi źle, ale wygodnie z
          kimś, poszukam więc innego, żeby mieć zabezpieczenie. Znajduję kochanka i jest
          wspaniale i ekscytująco, potajemne spotkania dodają pieprzu, tajemnica ma swój
          czar.

          Zostawiam męża spokojna o swój byt bo mam już innego...

          hmmm...

          Tylko wtedy może się okazać ( i często okazuje się), że niestety wraz z
          tajemnicą pryska cały czar. I okazuje się, że ten drugi też ma wady...może nawet
          większe niż ten pierwszy...

          Moja rada...jeżeli coś zmieniać w życiu to robić to na własny rachunek, nie
          obarczać innych i nie wieszać się na innych. Nie odpowiada mi coś? OK. Robię co
          uważam za słuszne i całą odpowiedzialność za następstwa biorę na siebie.

          Czy to nie jest uczciwsze?

          No i przy tym wszystkim ZAWSZE pamiętam o dziecku.

          Pozdrawiam.
    • maal-ina Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 17:04
      Uff, no to pojechaliście po mnie, wyrodnej matce… Dzięki za zrozumienie tych,
      którzy wierzą we mnie jako tę która kocha swoje dziecko. Bo kocha, co chyba
      oczywiste. Nie będę wam tego wątku rozwijać, bo tak jak niektórzy uznali – po
      prostu to nie jest kwestia, w której chcę rady. To jest rzecz dla mnie bardzo
      bolesna. I kiedy kilka czy kilkanaście miesięcy temu zaczęła rodzić się we mnie
      myśl, że ja nie chcę życ jak dotąd, z takim mężczyzną jak teraz, to szybko ją
      tłumiłam z tego właśnie powodu – mam dziecko, i ze względu na nie muszę trwać.
      By dać mu szczęśliwą rodzinę. I pełną. Tylko z każdym miesiącem, kiedy mi
      gorzej i gorzej, myślałam o tym bardzo dużo. Nie wdaję się w szczegóły, ale
      rację miał ten, kto napisał, że wierzę w swojego męża jako w dobrego ojca, że
      nawet jeśli się rozstaniemy, to on nie odwróci się od małego. Uznałam też, że to
      chyba dla dziecka żaden wzór, taki dom, w którym rodzice są sobie obcy, matka
      nie szanuje ojca, a może jeszcze, wybaczcie, „bzyka się” na boku. Mam oczywiście
      inne jeszcze wyjście – ze względu na dziecko zostać w domu, nie „bzykać się”,
      jak to nazwałam, Ot, po prostu cierpieć sobie w nadziei, że po śmierci otrzymam
      za to nagrodę. Tylko, że to wcale nie gwarantuje mojemu dziecku szczęśliwego
      domu. A raczej jakiś grobowiec nie dom. Słuchajcie, chyba każdy kto się
      rozwodził lub myśła o tym – a tacy tu chyba są ludzie – wie jak trudną i bolesną
      kwestią w tym temacie są dzieci. Dla mnie też. Przykre, że ktoś potraktował mnie
      jak młodą cizię, która zapatrzona w nowego lowelasa nie myśli nawet o dziecku.

      No właśnie co do tego „w przedpokoju”. Więc po pierwsze – znamy się ponad dwa
      lata, z czego 1,5 była to znajomość jedynie netowa. On w trakcie rozwodu. Czy
      patrzę na niego przez różowe okulary, dostrzegając tylko jego łóżkową jurność?
      Nie, zdecydowanie nie. Ja już jestem po trzydziestce i dobrze wiem, że ideałów
      nie ma. Ja nawet nie nazwałabym tego co do niego czuję zakochaniem czy
      zauroczeniem nawet. No może zauroczeniem. Ja zdaję sobie sprawę z jego wad, albo
      z tego że one są, choc ja nie miałam jeszcze szansy ich dostrzeć. Tylko, że to
      jest ktoś z kim można o tych wadach porozmawiać. A z moim mężem rozmów nie ma.
      Na żaden temat. Jest wtedy tylko w jego oczach strach, że czegoś chcę i łzy, że
      się go czepiam.
      To nie jest tak, że zakochałam się i nic nie jest dla mnie ważne. Gdyby tak było
      – to ludzie! Nie byłoby mnie tu! Dawno rozpakowywałabym się w mieszkaniu nowego
      kochasia!
      Nie przeczę, że świadomość, że jest ktoś z kim mogę SPRÓBOWAĆ, kto czeka, kto
      chce być ze mną i moim dzieckiem – daje mi pewne poczucie komfortu,
      bezpieczeństwa. Ale jego osoba ma tu inne znaczenie – pokazała mi, że moje
      małżeństwo umiera. Umarło? Dlaczego zdradziłam? Dlaczego myślę o byciu z kimś
      innym? Bo 7 lat ostatnich rozczarowały mnie.
      I to nie jest tak, że ja przez 7 lat czekałam na cud. Ja rozmawiałam, prosiłam,
      próbowałam zaakceptować. Miałam takie etapy kiedy myślałam sobie, że to we mnie
      problem, że czepiam się. Teraz wiem, że zmienić wiele się nie da. Ale chyba też
      nie jestem w stanie zaakceptować.

      I tu mój problem wyjściowy i to co mnie zamęcza. Że oto chcę zniszczyć życie
      człowiekowi. Komuś, kto przeciez nie jest dla mnie obcym człowiekiem. Z kim
      łączy mnie 10 lat (bo jeszcze narzeczeństwo) wspólnego życia. Tak po prostu
      odstawić go nie licząc się z jego uczuciami?? To mnie dręczy. Chyba po prostu
      brakuje mi trochę takiego zdrowego egoizmu. Egoizmu, który być może w efekcie
      przyniósłby korzyść i mnie i mojemu mężowi. A może to że nie jest to dla mnie
      takie proste, że boję się go skrzywdzić, świadczy o tym, że go kocham? Sama nie
      wiem, ale wiem co czuła Antygona wink
      Pozdrawiam.
      • anbale Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 18:05
        Wszystko rozumiem, wszystko jasne i klarowne, tylko nie wiem co w tym kontekście
        robi Antygona wink
        A tak poza tym, to naprawdę nigdy nikt nie jest w stanie przewidzieć, co jaki
        scenariusz życiowy przyniesie, który okaże się lepszą opcją.
        Życie to wielki eksperyment. Każda decyzja niesie nieuchronne konsekwencje,
        czasem zupełnie nieprzewidziane, więc naprawdę trudno coś dywagować- ale myślę,
        że jeśli faktycznie tak fatalnie czujesz się w małżeństwie, to pewnie w końcu i
        tak "zdezertujesz", to pewnie tylko kwestia czasu, czy teraz czy za parę lat...
        • maal-ina Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 18:45
          Antygona? no jakże - każde rozwiązanie złe. Zostanę z mężem - nie sądzę bym
          odkryła w nim mężczyzxnę z którym mogłabym szczęśliwa. Odejdę - prześladowała
          mnie będzie myśl, że coś w życiu schrzaniłam, coś sie nie powiodło, i przede
          wszystkim - skrzywdziłam bardzo mojego męża. W sumie p[rzecież on niewiele jest
          tu winien. Taki po prostu jest, tylko ja wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że
          taki człowiek nie jest partnerem dla mnie.
      • marcelka38 Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 18:50
        Więc skoro masz tę pewność, skoro powiedziałaś a powiedz i b...Mam
        wrażenie, że wieksza krzywde wyrzadzasz mężowi żyjąc w kłamstwie,
        dając nadzieję (bo nie odchodząc- jednak dajesz...),, działającna
        dwa fronty...Ja pierwsze co powiuedziałam swojemu mężowi kiedy
        dowiedziałam się o "koleżance"- to "jeżeli masz uczucia do niej,
        jeżeli masz zamiar mnie oszukiwać - to odejdź i nie zawracaj mi
        głowy... Bo oszustwa nie zniosę..Bolećbędzie, na pewno, ale człowiek
        zniesie każdy ból... A ból daje siłę.. I rzeczywiście dla dziecka w
        każdym wieku lepsze jest mieć szczęśliwych rodziców oddzielnie niż
        nieszczęśliwych (dla dobra dziecka) razem. Oczywiście każde dziecko
        jest inne, wiek jest rzeczywiście niedobry - bo wymaga więcej
        pracy... ale chyba warto
        • marcelka38 Re: co dalej?...rozwód? 20.09.07, 19:09
          Aha i może pójdziesz do psychologa? Ale sama z soba, nie na terapię
          małżeńską? Po to by pomógł Ci poradzić z poczuciem winy, po to by
          pomógł przejść przez najgorszy okres.... Poczucie winy jest
          najgorszym możliwym uczuciem, najbardziej niszczącym.. Dużo gorszym
          niż złość, czy nienawiść nawet...
          • wojtekp67 Re: co dalej?...rozwód? 21.09.07, 00:32
            "jest ktoś z kim mogę SPRÓBOWAĆ, kto czeka, kto
            chce być ze mną i moim dzieckiem – daje mi pewne poczucie komfortu,
            bezpieczeństwa."
            i autorka pisze, ze nie ma w niej egoizmu?
            a jak widac to kolejna "właścicielka" dziecka i klasyczna wymiana
            modelu.
            a dziecko z ojcem byc nie moze?
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka