Witajcie, wczoraj moja pryjaciółka powiedziała mi coś, na co ja sama
uwagi nie zwracałam. Taki ból ogarnął mnie na wiadomość, że mój m
już mnie nie kocha, nie pociągam go, więc cytuje: na dzień
dzisiejszy, nie widzę sensu kontynuacji tego związku". Przeszłam to
wszystko klasycznie, najpierw płacz, płacz, potem płaszczenie się
przed nim, bo przecież jest miły, powiedział, że zostawia mi
mieszkanie (jeszcze 19 lat kredytu do spłaty

), natępnie szukanie
winy w sobie, no i przyszedł czas na nienawiść, niedługo więc pewnie
ogarnie mnie obojętność. Mąż jest dla mnie bardzo miły, zachowuje
się jakby wszystko było normalnie i jak dziecko dziwi się, że nie
pytam ciągle, kiedy się wyprowadzi. Koleżanka moja wczoraj
powiedziała mi, że:
1. nie mam myśleć, że straciłam z nim 10 lat, bo przecież to piękne
lata były, ja byłam bardzo szczęśliwa, a to, że się skończyło to
trudno, czasami tak bywa. Poza tym, wiele osób nie miało tyle
szczęścia w związku i życiu co ja,
2. mój mąż zachował się fair, bo powiedział że mnie już nie kocha,
nie okłamywał mnie, a ilu jest takich, co udają że jest ok, a żony
na boku zdradzają. Mówiła, a wie co mówi, bo sama to przeszła, że
zdrada jest najgorsza, zabija wiarę w siebie i że kobieta czuje się
winna, że to z jej powodu zdradził itp. Przecież serce nie sługa.
Przemyślałam to i w sumie przyznałam jej rację, pogadałam na
spokojnie z mężem, jasne, że jestem na niego zła, wściekła, że jak
on mógł się odkochać. Mąż na to, że przeprasza, że przecież on nie
chciał, że to jest poza nim, że jakoś tak wyszło, że oddaliliśmy się
od siebie, on ma pracę w której spędza 3/5 lub 4/5 swojego życia, ja
mam pracę i studia i jakoś tak się rozeszło

. Najgorsze jest to,
że ja jak taka idiotka, ciągle myślę, że jak on się wyprowadzi, to
zda sobie sprawę, że nie może beze mnie żyć i że za jakiś czas i tak
będziemy razem. Czy to nie smutne, taki głupi opytmizm?