partofthegame
12.06.08, 09:52
Decyzja o rozwodzie podjęta, wydawałoby się obustronnie. Ja po
ciężkim małżeństwie (zdrada, brak szacunku, niemożność dostępu do
wspólnych pieniędzy) zaczęłam stawać na nogi. Cieszyłam się że COŚ
bedę znaczyć, uwolnię się od tego chorego związku...
A on? Złośliwienie przez ostatni miesiąc, gadki typu "nie czuję
żebym musiał Cię utrzymywać", "to małżeństwo to błąd od samego
początku" itp.
A wczoraj - płacz, błaganie, wszystko da się naprawić, nie
przestałem kochać, wybacz.
Ja na NIE. Nie umiem żyć z nim, poszarpał mi serce na kawałki, nie
kocham.
Tak będzie że jestem ta "zła", ja zabieram dziecku ojca, ja nie chcę
probować. Piętno takie. I refleksja - będę żałować? Nie mam nic,
prócz synka- ani mieszkania, ani kasy, ani pracy, nic!
Żebym nie dała się złamać kolejny raz...