Dodaj do ulubionych

witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienormalna.

21.02.09, 10:38
Witajcie,

dostałam namiary na to forum od jednej cudownej, pomocnej osoby, która potrafi
przez internet tak człowieka do pionu postawić, że aż nieprawdopodobne. Dziękuję!

Moja historia jest dziwna. Jestem żoną od prawie 10 lat i od mniej więcej
tylu samo wcale nie chciałam nią być. Zawsze uważałam nasze małżeństwo za
błąd, każde z nas z osobna to całkiem fajny człowiek, jako para - porażka.
Różnie się działo, rozstania i powroty, mamy świetne dziecko, kochamy je
bardzo. Wiele razy wracał temat rozstania na amen, mąż nigdy nie chciał się na
to zgodzić, bo jest dziecko, bo mnie kocha, bo tak. Ok, pchałam z nim ten
wózek, choć nie było fanie. Bez uczucia z mojej strony, bez seksu praktycznie
(też z mojej), z wiecznym żalem o to wszystko z jego. Bywały lepsze okresy,
ale generalnie porażka i już. Do tego mieszkaliśmy w innym mieście niż ja
wcześniej i bardzo źle się tam czułam, chciałam wracać do siebie ale nie
mogliśmy, bo praca męża na to nie pozwalała.
No i tak żyłam, w poczuciu porażki, własnych błędów i niemocy. A i jemu było
ciężko, bo tylko czekał, kiedy odejdę...

Wiele razy myślałam, że byłoby najlepiej, gdyby on kogoś poznał, zaangażował
się i postanowił rozwiązać to małżeństwo. Wtedy ja bym nie miała wyrzutów, że
go krzywdzę a on byłby szczęśliwy, a nie przegrany.

W ubiegłym roku nie wytrzymałam i wyprowadziłam się z córką do rodzinnego
miasta. Zmieniłam pracę na lepszą, odżyłam. I zaczęłam widzieć światełko w
tunelu, że jak tylko jemu się uda z pracą do nas dołączyć, wszystko jakoś
poukładamy i może być dobrze. Nie miałam już takiego permanentnego doła i w
ogóle wydawało mi się, że będzie ok.

a 4 miesiące później mąż poinformował mnie, że od kilku tygodni spotyka się z
kimś, że jest zakochany i czuje wiarę w przyszłość w końcu. W związku z tym
powinniśmy się rozwieźć, szybko i bezboleśnie. W pierwszym odruchu
zareagowałam zgodnie z myślami wieloletnimi - ulga, życzenia szczęścia,
gratulacje i ustalenia co i jak z rozwodem, pozwem, opieką itd.
A po 3-4 dniach jak mnie trachnęło tak do tej pory pozbierać się nie mogę.
Płaczę, wściekam się, dostaję szału na myśl o tej jego dziewczynie, mam ochotę
rzucać przedmiotami. W momentach racjonalnego myślenia wiem, że to co się
dzieje, jest najlepsze dla nas wszystkich, bo otwiera każdemu z nas
perspektywy wyjścia z wieloletniego marazmu i to bez żalu do drugiej strony.
Ale tych momentów jest niewiele, większość czasu mam takie huśtawki i doły, że
naprawdę sobie nie radzę. Byłam u psychologa, zaczęłam terapię, bo
najprawdopodobniej zwyczajnie nie umiem stworzyć zdrowego związku i dla
własnej przyszłości powinnam nad tym popracować.

Ale do Was piszę głównie po wsparcie. Wiem, że rozwód, każdy, jest traumą, ale
czemu akurat ja tak przeżywam to, o czym przecież marzyłam? Męczę się sama ze
sobą, mąż męczy się przeze mnie, bo go nie oszczędzam, ciągle mu robię uwagi,
że zdradził, że ważniejsza dla niego lalunia niż rodzina (a przecież wiem, że
to nie jest tak, że gdyby między nami było inaczej on by na inną kobietę nie
spojrzał nawet)

Jesteśmy w trakcie redagowania pozwu i odpowiedzi na niego, mnie zależy, żeby
znalazła się w uzasadnieniu informacja o jego związku, on się buntuje (podobno
za radą jakiegoś prawnika) przez to się czasem kłócimy, po 5 minutach godzimy
i rozmawiamy spokojnie. Jak przyjeżdża do dziecka (a raz w miesiącu jest cały
tydzień, plus jakiś weekend) to zatrzymuje się u mnie i spędzamy ze sobą
popołudnia i wieczory mieląc te same tematy w kółko.
jestem tak zmęczona...
Obserwuj wątek
    • tricolour Masz, czego chciałaś... 21.02.09, 10:50
      ... latami nie chciałaś małżeństwa, odgrodziłaś emocjonalnie (i seksualnie) od
      męża, wyprowadziłaś do drugiego miasta (więź gospodarcza), to facet znalazł
      sobie normalną kobietę, która go chce.

      Facet ma rację, że się buntuje gdy chcesz napisać w uzasadnieniu pozwu
      informację o nowym związku, bo ta informacja ma wymiar manipulacji: tworzy
      wrażenie, że to nowy związek jest powodem rozpadu małżeństwa. Tymczasem powodem
      rozpadu jesteś Ty - patrz akapit wyżej.

      Czasy piaskownicy się skończyły kilkadziesiąt lat temu i podejmuj decyzje wraz z
      ich konsekwencjami.
      • phokara Jeśli normalność... 21.02.09, 11:28
        potraktować większością społeczną, to jesteś zupełnie normalna.
        Pomaga Ci jakoś ta świadomość? To niedobrze.

        Twoja historia skojarzyła mi się, z historią mojej najlepszej
        przyjaciółki. Jest tu wiele podobieństw, z tym, że Ty masz w
        porównaniu z nią komfortową i prostszą sytuację wyjściową, ale nie o
        tym chcę pisać.
        Pięć lat minęło od jej rozwodu - jest inną kobietą. W życiu by się
        nie chciała cofnąć do etapu małżeństwa, które było dla niej
        letargiem, podobnie, jak dla exa. I z którego chciała się wyrwać,
        tylko nie miała siły. Jak ex znalazł w sobie siłę - a raczej nie w
        sobie, tylko w kochance - wszystko potoczyło sie błyskawicznie.
        Poniekąd marzenie się spełniło - niestety nie na jej warunkach więc
        nagle 'spełnione marzenie' zaczęła nazywać perfidią losu, a pana
        męża skończonym skurwysynem. To schemat. "Normalny" i obowiązkowy.
        Poniekąd miała racje - ale to są kiepskie racje, kiedy zmieniamy
        własny front w zależności od okoliczności, zapominając o tym, co
        przez lata wydawało nam się własnym celem. Tylko zawsze szukamy
        winnych poza sobą. To tez normalne, bo w końcu we własnych oczach
        człowiek chce być lepszy i silniejszy niż jest. Jak on sam nie ma
        siły 'zasiać wiatru', to potem niech kto inny zbiera burzę, bo mu
        się to należy i to jest sprawiedliwe. Oczywiście, nie jest. W ogóle
        w życiu nie ma sprawiedliwości - w każdym razie nie takiej wedle
        tylko mojego widzimisię.

        I teraz tak. Masz prawo do tych odczuć i żalu / rozczarowania, które
        teraz Tobą miota. Tego się nie da przeskoczyć, jesteś człowiekiem a
        nie zabawką na baterie. Tylko w tym całym chaosie nie zapomnij, że
        ta sytuacja jest Twoim spełnionym marzeniem. I również tak staraj
        się na to patrzeć, a może przede wszystkim tak. Bo paradoksalnie
        masz bardzo komfortową sytuację. Bardzo, bardzo. A jesli myślisz, że
        cokolwiek Ci pomoże, jak zrobisz z męża zdrajcę i wredziola, a
        siebie wykreujesz przy okazji na biedną, porzuconą żonę - to
        zapewniam Cię, że się mocno przeliczysz. To znaczy, oczywiście, dasz
        radę to zrobić. I wygrasz bitwę - przegrywając szmat czasu
        przyszłego, który się tak naprawdę tu liczy.

        Możesz się też wykazać społeczną nienormalnością, i ułożyć sobie
        życie, jak chcesz (jak Ci się zawsze wydawało, ze będzie lepiej bez
        męża) i pozwolić mu na to samo. Dużo można zyskac w ten sposób - i
        to juz piszę z własnego doświadczenia.
        • olusimama Re: Jeśli normalność... 21.02.09, 12:33
          phokara napisała:


          > Poniekąd miała racje - ale to są kiepskie racje, kiedy zmieniamy
          > własny front w zależności od okoliczności, zapominając o tym, co
          > przez lata wydawało nam się własnym celem. Tylko zawsze szukamy
          > winnych poza sobą. To tez normalne, bo w końcu we własnych oczach
          > człowiek chce być lepszy i silniejszy niż jest.

          Ale to nie jest tak, naprawdę. Ja swoją winę widzę, jestem jej świadoma i tak
          jak pisałam - racjonalnie wiem, że to najlepsze z możliwych wyjście.
          Nie rozumiem tylko, dlaczego mną tak miota.


          > A jesli myślisz, że
          > cokolwiek Ci pomoże, jak zrobisz z męża zdrajcę i wredziola, a
          > siebie wykreujesz przy okazji na biedną, porzuconą żonę - to
          > zapewniam Cię, że się mocno przeliczysz.

          Nie, nie, ani trochę tak nie myślę. Znaczy tak, zdarza mi się momentami, ale
          świadomość mam pełną, że to nie jest tak. Ja _wiem_, że gdyby między nam było
          inaczej, gdybym ja była inna, nie doszłoby do zdrady nigdy. Ja wiem czego on
          potrzebował i co znalazł w tamtej kobiecie. I w momentach, kiedy próbuję
          spojrzeć z boku, rozumiem go w 100%. I naprawdę, daleka jestem od obwiniania go,
          albo broń boże wywlekania w sądzie, orzekania winy itd. W oczy bym nie spojrzała
          ani sobie ani naszej córce.

          > I wygrasz bitwę - przegrywając szmat czasu
          > przyszłego, który się tak naprawdę tu liczy.

          Nawet nie jestem pewna, czy wygrałabym bitwę. Bo nawet gdybym jakimś cudem
          wygrała sprawę w sądzie (choć w to nie wierzę, raczej wina orzeczona by była
          obopólna a na dokładkę wszystko by się ciągnęło bóg wie jak długo, nam by nie
          zostały te nici sympatii które są teraz i co najważniejsze - ucierpiałoby na tym
          nasze dziecko. Nie, nie, nie wchodzi w grę żadna bitwa, żadna walka. Pracujemy
          nad kompromisem.

          > Możesz się też wykazać społeczną nienormalnością, i ułożyć sobie
          > życie, jak chcesz (jak Ci się zawsze wydawało, ze będzie lepiej bez
          > męża) i pozwolić mu na to samo. Dużo można zyskac w ten sposób - i
          > to juz piszę z własnego doświadczenia.

          Ale właśnie ja to co powyżej, wiem doskonale.
          Nie rozumiem tylko czemu mną tak miota i co? Przecież nie zazdrość?
          • phokara Re: Jeśli normalność... 21.02.09, 13:26
            > Ale właśnie ja to co powyżej, wiem doskonale.
            > Nie rozumiem tylko czemu mną tak miota i co? Przecież nie >
            >zazdrość?

            Zazdrość też. Tego sie nie da przeskoczyć. W końcu to mąż ma nową
            kobiete i miłość, która daje mu siłę i pozytywne myślenie. Ty tego
            nie masz. W każdym razie jeszcze tego nie masz. I tu jest zgrzyt.
            Plus niepewność, co tak naprawdę będzie dalej. Ale tego sie nigdy
            nie wie - dopiero, jak to 'dalej' nastąpi. Jest to absolutnie
            nieprzewidywalne i najczęściej nie pokrywa się z naszymi
            wyobrażeniami na ten temat. To już zresztą wiesz - bo niby masz to,
            co chciałaś kiedyś mieć, ale w jakiś sposób jesteś zawiedziona i
            rozczarowana.
            Takie życiesmile
            • zuza-anna Re: Jeśli normalność... 21.02.09, 16:03
              To jest proste - zjadłaś ciastko, ale nadal chcesz je mieć, a to nie
              jest możliwe. Pewnie wszystko byłoby wspaniale, gdybyś to ty
              pierwsza sie zakochała, prawda?
              • olusimama Re: Jeśli normalność... 21.02.09, 16:57
                gdybym to ja zakochała się pierwsza byłoby dużo gorzej. Żadnej ugody, walka o
                dziecko i orzekania o winie. Jatka.
                Dzięki bogu że to on jest pierwszy.
                • lokurdebele Re: Jeśli normalność... 22.02.09, 21:10
                  Skąd taka pewność?
                  Ja też myślałem, że w takiej sytuacji bez czyjegoś pogrzebu by się nie obyło.
                  Gorycz potrafi nieraz zatruć smak innych uczuć tak bardzo, że nawet nie chce się
                  ich próbować. Nawet złości
      • olusimama Re: Masz, czego chciałaś... 21.02.09, 12:35
        po 1 w uzasadnieniu pozwu nie ja piszę, tylko on, bo to on składa.
        po 2 - jego związek nie jest powodem rozpadu a jego skutkiem i ostatecznym
        potwierdzeniem dla sądu, że ten rozpad nastąpił. tak to widzę.

        osobiste przytyki pomijam, nie chce mi się dyskutować na tym poziomie.
        • tricolour Jeżeli mąż pisze pozew... 21.02.09, 18:39
          ... to niech ON pisze co i jak chce. Dlaczego chcesz współredagować pismo
          procesowe przeciw sobie? Przecież nie ulega wątpliwości kto jest powodem rozpadu
          Waszego związku więc pozwól mężowi napisać jak uważa, a Ty fakty, a w
          konsekwencji ocenę swojego zachowania, przyjmij na klatę.

          Osobiste przytyki okazały się istotne skoro wzbudziły emocje. Rzecz jest prosta
          jak drut: decyzje rodzą konsekwencje. Jeśli konsekwencje są przykre, to trzeba z
          nimi żyć i trudno.
          • olusimama Re: Jeżeli mąż pisze pozew... 21.02.09, 18:47
            tricolour napisał:

            > ... to niech ON pisze co i jak chce. Dlaczego chcesz współredagować pismo
            > procesowe przeciw sobie?

            Dlatego, że tak ustaliliśmy? I redagujemy wspólnie i pozew i odpowiedź?


            > Przecież nie ulega wątpliwości kto jest powodem rozpad
            > u
            > Waszego związku

            Fajnie mieć taką pewność swoich opinii i łatwość oceniania cudzej sytuacji.
            Oboje uważamy, że rozpad naszego związku jest wspólną winą ale skoro Ty wiesz
            lepiej, to już zamilknę.

            • tricolour No to się zdecyduj... 21.02.09, 19:26
              ... "nie ja piszę, tylko on, bo to on składa" i jednocześnie "redagujemy
              wspólnie i pozew i odpowiedź". Fakt, ostatnie zdanie było pytaniem, ale chyba
              tylko dlatego, że sama widzisz sprzeczność w pisaniu RAZEM pozwu i gotowej
              odpowiedzi.

              Masz kompletny bałagan w życiu, małżeństwo jest tandetne od początku, a rzecz
              tak ujęłaś, że sama do tego doprowadziłaś - twój post rozpoczynający wątek nie
              pozostawia wątpliwości. To czy ja uznam winę, to nie ma znaczenia. Znaczenie ma
              czy Ty jesteś świadoma swojej roli w tej tandecie i czy masz zamiar dalej w niej
              tkwić.

              Uważam, że wspólne pisanie pozwu jest najlepszym krokiem do tego, by nic się nie
              zmieniło.
            • lokurdebele To jest ciekawe dla mnie 22.02.09, 21:13
              > Oboje uważamy, że rozpad naszego związku jest wspólną winą

              I żadne nie uważa, że zawiniło mniej?

              W sumie jest to możliwe, skoro Ty chciałaś tego zawsze, a on już kogoś ma, to
              cóż innego moglibyście sobie powiedzieć.

              Niemniej jest to dla mnie hmm ... egzotyka jakaś
              • olusimama Re: To jest ciekawe dla mnie 23.02.09, 08:35
                lokurdebele napisał:

                > I żadne nie uważa, że zawiniło mniej?

                Nie wie. Ja nie uważam, że zawiniłam mniej, nawet chyba bardziej.
                Ale jakie to ma znaczenie w tej chwili?


                > Niemniej jest to dla mnie hmm ... egzotyka jakaś

                A tu zgoda, ja też mam momentami wrażenie, że oglądam jakiś dziwny
                serial o bardzo kiepskim i nierealistycznym scenariuszu. A tu bęc,
                to moje zycie.

    • mariefurie Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 13:09
      olusimama napisała:
      <<<W ubiegłym roku nie wytrzymałam i wyprowadziłam się z córką do rodzinnego
      miasta. Zmieniłam pracę na lepszą, odżyłam. I zaczęłam widzieć światełko w
      tunelu, że jak tylko jemu się uda z pracą do nas dołączyć, wszystko jakoś
      poukładamy i może być dobrze.

      To wydaje sie być podstawowa przyczyną Twojego miotania się.
      Mimo ze odeszłas, liczyłaś że .... Jednak liczyłaś. Chciałaś cos zmienić, ale na
      Twoich warunkach. Do tej pory tez wszystko bylo na Twoich warunkach. Ty go nie
      chciałaś. Nie kochałaś. Ale z jakichś powodów się z nim związałas. Chciałas, aby
      był, ale jednoczesnie zeby nie był. Z jedenj strony rozumiesz, ze to nie fair w
      stosunku do niego, z drugiej zaś, jak kazdy czlowiek, chcesz miec swiadomosc ze
      ktoś Cie kocha (nawet jesli Ty go nie kochasz), ze ktoś gdzieś jest, kto przez
      Ciebie cierpi (?), masz poczucie władzy (w pojęciu bardziej takim abstrakcyjnym
      mówię) nad tym kimś, i nagle ten "obiekt" wymyka Ci się spod kontroli. Tracisz
      coś. przestajesz mieć wpływ. malo tego, nawet jezeli tylko liczylaś (marzyłaś),
      ze on zmieni prace i przyjedzie do was, to straciłaś nawet to marzenie. I nie
      masz juz o czym marzyć. A to boli. Kazda strata boli. No to się miotasz. Tak to
      widzę.
      • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 17:03
        mnóstwo masz racji, jak sądzę. Jak tak próbuję usilnie myśleć racjonalnie to tak
        mi wychodzi, że to jest raz że zmiana, a to zawsze stres. Dwa ta władza jakaś ,
        kontrola nad kimś, nad swoim życiem, nad cudzym, mam z tym problem, zawsze
        miałam. No i tak, poczucie tej pewności, że jaka bym nie była, on przy mnie trwa
        i kocha.

        Naprawdę życzę mu jak najlepiej, bo mam takie poczucie, że tylko jeśli on będzie
        szczęśliwy - ja też będę mogłą. Że jeśli on sobie nie poukłada życia to ja za
        karę też nie poukłądam.
        Może głupio, ale tak to widzę.

        My naprawdę dużo rozmawiamy, od dawna już tyle nie przegadaliśmy godzin. Pewnie
        za późno, ale dopiero teraz on wie co ja sobie myślałam i czułam a ja wiem co
        on. Bo wcześniej, jak byliśmy niby razem, każde z nas uważało, że doskonale wie
        co to drugie myśli, czego chce i co czuje, w związku z tym nie pytaliśmy o to i
        nie mówiliśmy o tym. Brak komunikacji, ot co.
        A teraz ta komunikacja jest, niby po fakcie, ale przecież mamy razem dziecko,
        więc lepiej, żebyśmy żyli w zgodzie i być może, z czasem, przyjaźni. Wierzę w
        to, chcę tego a to co mnie tak telepie i miota to po prostu bałagan w mojej
        głowie i emocjach i wierzę, że sobie z nim poradzę z czasem... Chciałam tylko
        dowiedzieć się, że to nie jest takie wyjątkowe zjawisko...

        Przed nami rozmowa z córką, złożenie pozwu, odpowiedź, oczekiwania na termin,
        rozprawa. Przeraża nas oboje to wszystko...
        • mariefurie Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 23:27
          olusimama napisała:
          >Chciałam tylko dowiedzieć się, że to nie jest takie wyjątkowe zjawisko...

          Nie jest żadne to wyjatkowe zjawisko. Wszystko z Toba w porządku i nie jestes
          jakas tam nienormalna.
          Każda zmiana i niewiadoma powoduje frustracje i stres.
          Teoretycznie rzecz biorąc, skoro zama zainicjowalaś tę zmianę to powinnaś być na
          nią byc przygotowana. ale się okazało, ze nie jesteś. stąd ból , rozterki i
          miotanie się.
          Dlatego, ze tak naprawdę czego innego chciałaś, co innego deklarowałaś. trzeba
          to uspójnić ze tak powiem. i wlasnie zaczynasz to robić. A przynajmniej tak
          wynika z tego co mówisz, kiedy mówisz, ze dopiero teraz zaczynacie z mężem
          otwarcie rozmawiac.
          Na dobra sprawę wydaje się, ze nie cierpisz z powodu, ze mąż znalazł kogoś,
          tylko dlatego ze Twoje wyobrazenia na temat sytuacji i jej przyszłości okazaly
          się różne od rzeczywistości. Mówiąc brutalnie-zderzyłas się ze ścianą. Powstał
          dysonans.
          Co zrobic, aby mniej bolało? Puścić go. najpierw w sobie. Przede wszystkim w
          sobie. A potem odpuścic jemu i sobie.
          Ale zdaje sie ze sama dązysz do tego, wiec na dobrej drodze jeastes smile
          • tricolour Problem kontroli... 21.02.09, 23:34
            ... zresztą pisałaś o tym.
            • mariefurie Re: Problem kontroli... 21.02.09, 23:36
              A o czym mowa? po nieco z kontekstu wyrwana jestem...
              ?
              • tricolour No tutaj... 21.02.09, 23:39
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=24087&w=91683984&a=91689321
                Niżej też. Nasza koleżanka bardzo lubi mieć rzeczy w garści i wedle jej uznania.
                • mariefurie Re: No tutaj... 21.02.09, 23:42
                  No tak mi sie wydało po prostu, ze to tak może wyglądac. Po przeczytaniu jej postu.
                  a co znowu cos glupio powiedzialam?
                  O jezu, to juz nic nie mówie i dajcie mi swięty spokój.
                  • tricolour Wcale nie głupio 21.02.09, 23:46
                    Moim zdaniem bardzo trafnie.

                    Ale pora późna więc i święty spokój się przyda smile)
                    • mariefurie Re: Wcale nie głupio 22.02.09, 11:08
                      Uf, ulżyło mi wink

                      Rzeczywiście, trochę późno już było.
                      smile
    • mariaeva Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 16:57
      witaj
      ktos powyzej mapisal ze zna podobna sytuacje
      ja takze -w rodzinie - moja kuzynka marzyla o rozwodzie gnebila meza
      jaki i czym sie da
      robila z niego smiecia
      odchodzila i wyrzucala go z domu a kiedy w koncu zrozumial ze zona
      go nie kocha a on chce byc szczesliwy i sie rozwiezc - w sumie
      spelnic jej zyczenei
      to ona nagle zmienila calkiem front dzialania i nei znacyz wcale ze
      stala sie dla meza lepsza tylko go szantazuje oraz manipupuluje
      dziecmi
      pytamy - o co ci chodzi a ona stwierdzial ze on jest sk..n i w zyciu
      mu wolnosci nie dla
      dalczego? dla zasady - odpowiada


      tak wiec szczerze mowiac nie bardzo Cie rozumiem
      tak jak te moja kuzynke opisana powyzej
      chcialyscie czegos
      macie i znow wam zle
      wiecie co
      ja naprawde mysle ze nie pwoinnyscie byly wchodzic w zwiazek z takim
      nastawieniem ze ma byc jak chcecie i tylko tak

      mzoe znaim weszlyscie w zwiazki nalezalozastanowic sie nad wlasnym
      rzeczywistymi potrzebami
      nad tym jak ma wygladac zwiazek i czego chcecie - a zede wsyzstkim
      porozmawiac o tym z narzeczonym

      teraz boisz sie samotnosci i jestes zla ze to nie ty rozdajesz karty
      wybacz
      ale tak to widze
      • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 17:09
        mariaeva napisała:

        > tak wiec szczerze mowiac nie bardzo Cie rozumiem
        > tak jak te moja kuzynke opisana powyzej

        Nie widzę analogii między sytuacją Twojej kuzynki a mną. Wybacz, ale chyba nie
        przeczytałaś uważnie. Nie zmieniam frontu, nie utrudniam rozwodu, nie używam
        dziecka jako broni. Na wszystko się zgadzam, tylko mam problemy z emocjami.

        > ja naprawde mysle ze nie pwoinnyscie byly wchodzic w zwiazek z takim
        > nastawieniem ze ma byc jak chcecie i tylko tak

        Po 1 - zwracaj się do mnie w liczbie pojedynczej, nie jestem królową angielską wink
        po 2 - świetna rada, masz rację, zaraz wsiądę do kapsuły czasu i nie wyjdę za
        mąż w 1999. Dzięki!

        > teraz boisz sie samotnosci i jestes zla ze to nie ty rozdajesz karty
        > wybacz
        > ale tak to widze

        pewnie dobrze to widzisz, właśnie usiłuję dociec o co mi do cholery chodzi.
        • zuza145 Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 17:33
          nie chcę obrażać- z góery uprzedzę.

          Opiszę tylko ogólnie:


          Działa mechanizm- wywaliłam zabawkę, a nagle ktoś się znalazł i
          zabrał ze śmietnika- i żal- może niepotrzebnie ją wywaliłam?
        • lokurdebele Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 17:37
          Nie jesteś nienormalna. Jesteś człowiekiem z całym jego dobytkiem emocjonalnym.
          Wiesz, że to koniec i wiesz, że to najlepsze rozwiązanie.
          Ale 10 lat związku, dziecko, wspomnienia dobrych i złych chwil to nie jest coś
          co nie zostawia śladu.
          Do tej pory była alternatywa, albo się rozstaniemy, albo może kiedyś jakoś się
          dogadamy. Teraz już nie ma. Tracisz jedną z możliwych ścieżek życia i masz
          wątpliwości, czy ta która została jest właściwa. Pewnie trochę się boisz. Może
          też spojrzałaś na męża z jakiejś perspektywy, z której nie patrzałaś na niego
          wcześniej.
          No i okazało się, że nie jesteś tą jedną jedyną.
          Czujesz złość, rozczarowanie i emocje które wymykają się spod kontroli.
          Oczywiście napisałem to co myślę że czujesz.

          Najlepszym lekiem na nieudany związek, jest inny związek. Stara prawda. Twój mąż
          czuł pewnie to samo ostatnimi czasami, ale przyjął lekarstwo wcześniej od Ciebie.

          Daj sobie trochę czasu. Nie nakręcaj się, nie kombinuj. Płyń z nurtem
          • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 17:42
            lokurdebele napisał:


            > Daj sobie trochę czasu. Nie nakręcaj się, nie kombinuj. Płyń z nurtem

            dzięki, naprawdę się staram. Raz mi się udaje, raz nie, ale naprawdę pracuję...
        • mariaeva Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 23:07
          czytalam uwaznie - analogia jest w mysleniu a nie w sytuacji
          chodzi o to ze
          masz - nie chcesz
          nie mozesz miec- boli

          dojrząłsoc do zwiazku nie pojawilaby sie gdybys jak wspomijnasz z
          sarkazeme weslza do kapsuky i cofnela czas- chyba ze mialabys te
          wiedze sobie co teraz
          chodzi o to ze moze nie masz w sobie ulozonych pogladow co do
          zwiazku jaki by Cie satysfakcjonowal
          byc moze nie umiesz isc na kompromis
          byc moze nie masz inne wartosci uznane jako wazniejsze
          ale to wiesz tylko TY

          krolowa nie jstes ani angielska ani dunska ani zadna inna smile
          i lepiej - dla podwladnych smile


          zadals pytanei na forum
          kazdy odpowiada Ci tak jak sadzi
          ja tez smile
          przykro mi ze Ci nie odpowiada moje myslenie - ale takie juz jest smile



          ps. opinie buduje sie na doswiadczeniu - ja jakies mam wiec ...
          stad smialosc by je wypowiedzec...czasem wink

          pozdrawiam i zycze ukojenia zlych emocji w sobiesmile
    • pmwk Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 17:55
      nie jesteś nienormalna

      smile
    • super.anczysko Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 18:50
      Nie jesteś nienormalna. W moim przypadku było podobnie, ja byłam
      stroną czynną rozstania, ja chciałam to zakończyć. Mąż się zgodził,
      zaczęliśmy załatwiać. Byłam pewna, że będzie ok. Było, do dnia,
      kiedy zobaczyłam go z nową panią. I pomimo tego, że się z tym
      liczyłam, że zostawiam go właśnie dlatego, żeby ułożył sobie życie
      na nowo - to był szok... Nie będę pisać co przeżywałam, podobne
      rozterki, tyle że...to minęło. Nadal ich widuję czasami, z mężem mam
      dobre relacje, ale żal, bunt, zazdrość - to już mi przeszło. Więc
      ufam, że i Ty w końcu sobie poradzisz i poukładasz wszystko.
      Powodzenia
    • young-and-bored Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 21.02.09, 20:48
      Chodzi o to, że w gruncie rzeczy dobra z Ciebie dziewczyna, rozumiem
      Twoją irytację w związku z analogią Mariievy, bo jesteś zupełnie
      inną kobietą i nie ma tu żadnej analogii. Inne twierdzą, że kochają
      a mimo to potrafią szurnąć faceta bez mrugnięcia okiem. Ty nie
      kochałaś - mniejsza z tym czemu - ale jednak szkoda Ci tego męża
      było zostawić, powiedzieć że to koniec i jakoś tam przy nim trwałaś.
      Brałaś pod uwagę, że odchodząc prawdopodobnie zrobisz mu krzywdę,
      okaleczysz emocjonalnie.
      I może do tego co napisali na temat Twoich emocji poprzednicy chodzi
      jeszcze cierpienie powodowane poczuciem, że przejechałaś się na
      własnych wartościach.
      To okrutny świat, brutalnie weryfikuje każdą logikę i każdą
      moralność, która wydaje się słuszna.
      • tricolour Jaki znów świat? 21.02.09, 21:13
        Spokojnie i szczęśliwie sobie żyjesz, a tu nagle przychodzi jakiś świat i burzy
        Twój porządek?

        Nie. My tworzymy własny świat w związku - są tylko dwie osoby. Na jakich
        wartościach przejechała się autorka wątku?
        • mariefurie Re: Jaki znów świat? 21.02.09, 23:35
          tricolour napisał:

          > Spokojnie i szczęśliwie sobie żyjesz, a tu nagle przychodzi jakiś świat i
          burzy Twój porządek?
          >


          hehhe, dobre pytanie smile)
          z zagwozdką wink
        • young-and-bored Re: Jaki znów świat? 22.02.09, 02:28
          tricolour napisał:

          > Spokojnie i szczęśliwie sobie żyjesz, a tu nagle przychodzi jakiś
          świat i burzy
          > Twój porządek?

          Dokładnie tak - przeciętni ludzie zazwyczaj starają się żyć
          spokojnie w cośtam sobie wierząc, a prędzej czy póżniej w ich
          człowiecze życie wkracza wojna, śmierć, choroba, a ich świat
          pogrąża się w pożodze i ulega kompletnemu przewartościowaniu.
          Co zresztą nie ma większego znaczenia, bo i tak wszystko w końcu
          runie, zawali się pod naporem upływającego czasu. Historia uczy, że
          tak było od zawsze.
          Przykro mi, ale mniej więcej tak to wygląda.

          > Nie. My tworzymy własny świat w związku - są tylko dwie osoby. Na
          jakich
          > wartościach przejechała się autorka wątku?


          Autorka pomimo targających nią emocji formułuje się precyzyjnie i
          logicznie, stara się oceniać obiektywnie sytuację i własne
          postępowanie, jej wypowiedzi nie są jednostronne, a wręcz
          przeciwnie - to jej mąż jest przedstawiony w korzystniejszym świetle.
          A to się rzadko zdarza, stąd moja wysoka nota co do jej szczerości i
          klasy.
          Nie wiem czym był spowodowany jej brak miłości do męża - może
          problem był w niej, może facet nie taki, a może ona na ten przykład
          w pewnym momencie trwania związku sobie uzmysłowiła, że ogólnie jej
          pociąg do mężczyzn mocno osłabł - no i co ?
          Zdarza się.
          W każdym razie jestem skłonny jej wierzyć, że nie trwała ona w tym
          małżeństwie dla zabawy, z obawy przed zmianą itp., tylko faktycznie
          brała pod uwagę życie i uczucia osoby, z którą ten związek założyła
          i starała się ponieść konsekwencje błędnej decyzji bez względu
          na koszty własne (brak miłości, brak satysfakcji, obce miasto w
          którym źle się czuła itp.). Zachowała tu pewną lojalność i w tym
          sensie jej małżeństwo miało jakąś wartość. Dlatego jej złość jest
          dla mnie w pewnym stopniu zrozumiała - bo mąż znjdując sobie
          kochankę, składając na biegu pozew o rozwód i odmawiając wskazania
          w pozwie faktu, że się z kimś związał już się taką przywoitością nie
          wykazuje.
          I w tym sensie autorka - chociaż sama sobie winna - może się czuć
          trochę oszukana.
          • tricolour Gdzieś Ty wojne widział... 22.02.09, 09:42
            ... śmierć i pożogę przy własnym rozwodzie?

            Chcesz zwalić własne niepowodzenie i zaniedbanie na wojnę sprzed 70 lat, to
            proszę bardzo. No bo innej wojny na naszych terenach nie było... choć
            przepraszam... Jaruzelski coś kombinował na mniejszą skalę. Tak, on winien. Na
            pewno.

            Reszta Twojego wywodu w tym samym stylu łącznie z pominięciem faktów czy wręcz
            ich przeinaczeniem, by pasowały do wywodu.

            Prawdą jest, że autorka formułuje myśli precyzyjnie i logicznie, ale prawdą jest
            też, że nie radzi sobie z emocjami. Mój wniosek z tego jest taki, że nie dorosła
            do życie w związku, który sama rozwaliła latami wręcz marząc, by mąż znalazł
            sobie kochankę. No to i znalazł spełniając życzenie mechanicznej (bezuczuciowej)
            żony.
      • mariaeva Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 22.02.09, 00:12
        analogia nie dotyvzyla de facto samej osoby co sposobu myslenia -
        ponizej napisalam odp do autorki , prosz etam zajrzyj

        dobra dziewczyna ...
        dorosly czlowiek wg mnei tak nie kreuje malzenstwa jak autorka postu
        bo malzenstwo to bardzo powazna rzecz a nie zabawa w dom

        to oczywiscie moje zdanie
    • sauber1 Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 22.02.09, 00:31
      olusimama napisała:


      > Moja historia jest dziwna. Jestem żoną od prawie 10 lat i od mniej
      > więcej tylu samo wcale nie chciałam nią być. Zawsze uważałam nasze
      > małżeństwo za błąd, każde z nas z osobna to całkiem fajny
      > człowiek, jako para - porażka.

      No tak, życie jak pudełko czekoladek... Ja miałem zupełnie odwrotnie i to o
      wiele dłużej i też mam dzieci, już śpią, małżeństwo mogło innym za wzór służyć smile
      Ale też miałem teściową, która wszystkich w najbliższej rodzinie na siłę
      chciała uszczęśliwić i chyba jej się udało, za oceanem utopiła się w piramidach
      finansowych itd... długo by tu opowiadać, ale jak wydam książkę tytuł polecę i
      liczę na Wassmile))
      • kasper254 Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 22.02.09, 10:09
        Starożytni znawcy w prawie mówili: własność to wcale nie to, że ja
        mam, ale iż inni nie mają.
        Autorka postu, tak myślę, zadaje pytanie retoryczne. Jest
        niemalże wysterylizowana, jak nóż chirurgiczny. Jest typowym
        produktem naszych czasów: wymagać, żądać, mieć prawa, w zamian dając
        tyle, ile można, czy tyle, ile się chce. W naszym świecie normy
        moralne znaczą coraz mniej, a w to miejsce wchodzi inżynieria
        prawna: narzuca się wartości zgodne z hedonistycznymi,
        globalizacyjnymi tendencjami i ideami, zasadami i wartościami pewnej
        umownie pojętej większości. "Ja" staję się wartością centralną,
        punktem odniesienia względem życia i świata. Stąd autorka odddziela
        świat małżeństwa od świata rodziny (dziecko). Tego
        ostatniego "elementu" w ogóle nie ma, a z "nim" odpowiedzialności,
        winy, współuczucia itd. Dlatego mówi m.in., że gdyby ona pierwsza
        się zakochała, to byłoby zupełnie inaczej, walczyłaby itd. Taka
        podwójna moralność (filozofia dzieci-kwiatów), zakontraktowana nie
        na dzielenie - także -obowiązków, trudów i wyrzeczeń, ale - przede
        wszystkim - własne "ja". Cała reszta, kwieciście podana, jest tylko
        słowotokiem. Uzasadnianiem tego, czego wartościami moralnymi
        uzasadnic się nie da. Tak też można. Bez urazy.
        • mariefurie Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 22.02.09, 11:07
          Jak dla mnie to byłaby wysterylizowana, gdyby nadal żyła z mężem udając ze
          wszystko w porządku, ze go kocha i ze chce z nim byc.
          ...a on by żył w pełnej nieświadomości, ze jest oszukiwany cały czas.
          To by była perfidia najwyższej próby.
          A tak? Sprawa jest jasna. Odeszła. A ze sie teraz męczy bo on ma szansę na
          ułożenie sobie życia, a ona została u rozbitego koryta....no to juz inna sprawa.
          To jest własnie to:
          > Starożytni znawcy w prawie mówili: własność to wcale nie to, że ja
          > mam, ale iż inni nie mają.
          I ten właśnie mechanizm u niej zadziałał jak sadzę.

          Mówienie , że TEN (nasz) świat stanął na głowie, że tylko ja i ja sie liczy,
          jest spłyceniem i daleko posuniętym uproszczeniem. Jak świat światem zawsze tak
          było. Inaczej ludzkośc by zniknęła tak szybko z tej ziemi jak się na niej pojawiła.
        • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 22.02.09, 14:43
          kasper254 napisał:

          > Dlatego mówi m.in., że gdyby ona pierwsza
          > się zakochała, to byłoby zupełnie inaczej, walczyłaby itd.


          Co to za bzdura? Walczyłby mąż, nie ja!

          Jakoś niewyraźnie piszę chyba.

          > słowotokiem.

          jest Twoja wypowiedź, oparta nie na tym, co piałam a na tym co wydaje ci się, że
          napisałam. Dlatego, wybacz, pseudopsychologicznego wywodu, nadzianego "co
          autorka miała na myśli według małego kazia" nie będę traktować poważnie. bez urazy.

          • kasper254 Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 22.02.09, 15:50
            Nie ma przymusu traktowania poważnego lub nie- kogokolwiek (lub
            własnych) słów). Jeśli myślisz o Marcinkiewiczu, mówiąc "mały
            kaziu", to on nie jest mały, tylko piekielnie tępy i podły. Ale
            trudno sobie go wyobrazić jako krytyka, choćby małego. Na to trzeba
            minimum inteligencji.
            Oceniam Ciebie na podstawie tego, co piszesz, a nie, co myślisz,
            bo nie wiem, co myślisz. O phokarze to chociaż wiem, co myśli;
            wystarczy, że zaansowałaby: "a", to to "a" miałoby sens i wartość.
            Gdy człowiek jest odpowiedzialny, to wie, że dając życie dziecku,
            jest jego oparciem do śmierci. Takie zobowiązanie, płynące z
            obowiązku. Jeśli wybiera pewne rzeczy, kieruje się określonymi
            procedurami (rygorami) i stara się przestrzegać pewnych zasad.
            Stosując jedną regułę, eliminuje inne. Stosując się podług jednej
            zasady, nie kasuje innych - one są dalej. Oczywiście dla kogoś, kto
            rozumienie moralności odnosi do siebie i innych, a nie - siebie -
            kosztem innych.

            • young-and-bored Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 22.02.09, 16:09
              Twoja ocena wydaje mi się niesprawiedliwa (tak jak zupełnie nie
              zgadzam się ze stawianiem znaku równości - pomiędzy filozofią dzieci
              kwiatów rozumianą w jej źródłowej formie czyli np. przez
              pryzmat "Hair" Formana, - a podwójną moralnością).

              Ja tu nie dostrzegam hedonizmu, dbania wyłącznie o własne życie,
              własne prawa i interesy.
              Gdyby jej postępowanie było egoistyczne to - jak to zwykle bywa -
              zmontowałaby sobie jakiś roboczy związek na boku i z własnej
              inicjatywy przeprowadziłaby rozstanie. A jednak brała pod uwagę, że
              mąż kocha, że zależy mu na rodzinie i nie wyraża na takie
              rozwiązanie zgody. Uznała, że ma do tego prawo - w efekcie
              czego "pchali ten wózek dalej".
              A teraz chcecie jej wmówić, że jest wredną zołzą, która zawracała
              facetowi gitarę zamiast go rzucić w diabły, albo z nim współżyć jak
              Pan Bóg przykazał.
              I tu dostrzegam ironię pewną ironię jej losu, bo w moim odczuciu
              jednak starała się postępować uczciwie w stosunku do własnej rodziny.
            • mariefurie Hej Kasper, pytanie mam 22.02.09, 16:41
              co bys wolał: zyć w pseudopoprawnym związku będąc oszukiwanym, nie wiedząc o tym, ze jestes oszukiwany. (ale z perspektywy - dowiedziałbys sie po czasie, że byłeś jednak cały czas oszukiwany, ze na dobra sprawę ktoś bliski dla Ciebie kpił z Ciebie przez kopę lat)

              Zyć w takimż związku, mając pełna swiadomosc, ze jestes oszukiwany. (w czasie teraźniejszym)
              Wszystko dla "dobra" dzieci, rzecz jasna.
              I jak długo byś wytrzymał? Co bys czuł? w jednym i drugim przypadku?
              Co byś wybrał?

              Pytam, bo zetknąwszy sie z kilkunastoma Twoimi postami na tym forum, zastanawia mnie mocno Twój sposób rozumowania. Bo go nie rozumiem. A lubie rozumiec, to co czytam smile
              Jestes w stanie odpowiedziec? tylko nie ogólnie, waertości, zasady, Bóg itp. Tylko tak, jak Ty bys postąpił i co przy tym byś czuł?
              Odpowiesz?
              • kasper254 Re: Hej Kasper, pytanie mam 22.02.09, 22:19
                Byłem w takim związku, podobnym do tego, o którym pisze autorka
                postu. I chciałem tego związku, bo to był mój obowiązek wobec dzieci
                i ich dzieci. Porwał mnie jeden z nimi nurt rzeki - tak chciał los,
                przypadek, miłość... Dlaczego termin: "dobro" bierzesz w cudzysłowie?
                Pytasz, co czułbym? Spokój, szacunek do siebie, wdzięczność, że
                jest rodzina, że - być może - nie będę musiał wyjeżdżać umierać do
                Grecji. Byłem niedawno u ludzi, w mieszkaniu których na naczelnych
                miejscach są zdjęcia gospodarzy z ich ślubu sprzed dziesięcioleci.
                Był (gospodarz-mąż) przez całe długie lata złym mężem, bił żonę,
                długo nie pracował, pił, nie dbał o dom itd. Są rodziną, a ich
                dzieci chętnie do nich przyjeżdżąją. Taki mały punkt w kosmosie.
                Rozumiesz, co bym wybrał i dlaczego? Dla tego małego, mojego punktu
                w kosmosie.
                Zuza pisze niżej, podobnie jak ja i odczuwam do niej szacunek i
                podziw, że umie przeciwstawić się prądowi.
                Young - Forman przedstawił wizję filmową, upiększoną,
                wyidealizowaną. Prawda jest inna. Jak dzieci-kwiaty dorosły, to
                obrosły większym tłuszczem, niż liberalne państwo i kołtuneria
                mieszczańska, przeciwko czemu i którym się buntowali.
                Kami, widzę, że nie mogłaś rozumieć mojego pytania. Nie musiałaś;
                widocznie jesteśmy z innego pokolenia. Ale, żeby wyrwać się ze
                stereotypów, trzeba umieć wyróżnić dobro od zła. Do tego nie trzeba
                inteligencji.
                • mariefurie Re: Hej Kasper, pytanie mam 22.02.09, 22:31
                  kasper254 napisał:
                  > Był (gospodarz-mąż) przez całe długie lata złym mężem, bił żonę,
                  > długo nie pracował, pił, nie dbał o dom itd. Są rodziną, a ich
                  > dzieci chętnie do nich przyjeżdżąją. Taki mały punkt w kosmosie.
                  > Rozumiesz, co bym wybrał i dlaczego? Dla tego małego, mojego punktu
                  > w kosmosie.

                  Ok. Rozumiem. Nie mam już pytań.
                  Każdy ma swój punkt w kosmosie.
                  Dla Ciebie- ważny jest Twój. Dla niej - ważny jest jej.
                  I własnie TO wszystko wyjaśnia.
                  • lokurdebele Re: Hej Kasper, pytanie mam 22.02.09, 23:03
                    Podobno o to chodzi. Najpierw ma być JA, a potem reszta.
                    Skoro sama miłość nie wystarcza, to trzeba zaryzykować wszystko i trzymać się
                    jakiegoś kursu.
                    Rozpad rodziny najbardziej dotyka dzieci. Nawet gdy są dorosną, rozstanie
                    rodziców ocenią jako złe.
                    A jeśli każde z rodziców założy nową rodzinę, to nigdy im tego nie wybaczą.
                    Natomiast wybaczą im, jeśli pozostaną ze sobą mimo braku więzi.
                    • tricolour Dokładnie odwrotnie... 22.02.09, 23:07
                      ... dzieci z reguły cieszą się gdy toksyczna rodzina rozpada się, a tworzą nowe
                      i zdrowe. Z toksycznej rodziny biorą się niedorozwinięte emocjonalnie dzieci,
                      które wiedzą jak gryźć, a nie wiedzą co to szacunek i miłość.
                      • kami_hope Re: Dokładnie odwrotnie... 22.02.09, 23:31
                        ...i to są fakty!
                        • lokurdebele Re: Dokładnie odwrotnie... 23.02.09, 19:49
                          Kicha. Wiem z autopsji, że tak nie jest.
                      • olusimama Re: Dokładnie odwrotnie... 23.02.09, 08:38
                        tricolour napisał:

                        > Z toksycznej rodziny biorą się niedorozwinięte emocjonalnie dzieci,
                        > które wiedzą jak gryźć, a nie wiedzą co to szacunek i miłość.

                        otóż to. To ja.
                        I mam nadzieję, ze będę w stanie oszczędzić tego mojej córce.

                        • tricolour Rozumiem, że dziecko chcesz oddać... 23.02.09, 08:51
                          ... na wychowanie ojcu, tak?

                          Przecież to Ty nie sprawdziłaś się w roli matki i żony.
                          • olusimama Re: Rozumiem, że dziecko chcesz oddać... 23.02.09, 14:05
                            tricolour napisał:

                            > ... na wychowanie ojcu, tak?

                            skąd ten błyskotliwy wniosek?
                            Ani ja tego nie chcę, ani on tego nie żąda.
                            Co ciekawsze, zawsze kiedy mówiłam o rozstaniu, twierdził, że w
                            takim wypadku bedzie walczył o opieke i "zabierze mi dziecko" Teraz
                            nawet o tym nie wspomniał. Pewnie jego pani nie usmiecha się
                            wychowywać cudzego dziecka, woli miec swoje.

                            > Przecież to Ty nie sprawdziłaś się w roli matki i żony.

                            Kolejny wniosek ze szklanej kuli wysnuty.
                            Owszem, jako zona okazałam się do bani. Ale z czego Ci wynikło, ze
                            nie nadaje się na matkę, nie wiem, dalibóg. Moja cóka jest mądrą,
                            zdolną, usmiechnięta dziewczynką, bardzo się kochamy i mamy ze sobą
                            bliski kontakt.

                            • tricolour Mój wniosek jest racjonalny... 23.02.09, 16:56
                              ... i zupełnie prosty:

                              Od lat marzysz, by rozwalić rodzinę, w której Ci nie jest wygodnie. W żadnym
                              poście nie napisałaś o interesach dziecka, zaś o swoich - często. Z takiej
                              dysproporcji płynie wniosek, że sprawy dziecka nie są dla Ciebie priorytetem
                              przy rozwodzie. Rozumiem taką optykę, bo głównym priorytetem w Twojej rodzinie
                              jesteś Ty sama, co wyraźnie opisujesz od początku.

                              Rola żony i matki są ze sobą ściśle związane. Jeśli od początku małżeństwa
                              pragniesz rozwodu, to w efekcie pragniesz, by Twoje dziecko pozbawione było
                              wychowywania także przez mężczyznę czyli będzie miało zdeformowany (jeśli w
                              ogóle będzie miało) wizerunek swojego życiowego partnera. Mówiąc jednym zdaniem:
                              Ola ma sporą szansę wyrosnąć na obraz Moniki i powtórzyć jej patologiczną
                              historię, a to dlatego, że naśladowanie jest podstawą wychowania.

                              Faktem jest, że rozpoczęłaś terapię, ale nie wiadomo co z niej wyniknie. Na
                              dzisiaj zatem masz do zaoferowania własnemu dziecku nieumiejętność budowania
                              trwałych relacji, eskapizm, egoizm oraz samotne macierzyństwo z wszelkimi tego
                              konsekwencjami. Nie jesteś w stanie na podstawie własnych doświadczeń nauczyć
                              miłości do mężczyzny, uczciwości, oddania, ciepła. Potrafisz nauczyć manipulacji.

                              Stąd moje wnioski.
                              • olusimama Re: Mój wniosek jest racjonalny... 23.02.09, 17:31
                                tricolour napisał:


                                > Stąd moje wnioski.

                                w buty je sobie wsadź wink

                                Córka zostaje ze mną, to wspólna decyzja moja i męża, wynikająca ściśle z faktu,
                                że ze mną ma głębszą więź i bliższy kontakt.
                                • tricolour Założyłaś wątek... 23.02.09, 17:43
                                  ... i oczekiwałaś zajęcia się swoją sprawą więc piszę jak to widać z mojej
                                  perspektywy.
                      • kasper254 Re: Dokładnie odwrotnie... 23.02.09, 08:56
                        Skąd wiesz o radości takich dzieci? Z badań socjologicznych,
                        psychologicznych...? Skąd wiesz, z jakiej rodziny biorą
                        się "niedorozwinięte emocjonalnie" dzieci i co to znaczy? A z
                        rodzin "normalnych" to się nie biorą? W jednym tekście dałeś same
                        metafory, symbolikę i stereotypy - nie odniesione do życia, ale do
                        jakiegoś wyobrażenia o życiu; dość mglistego, ale jednak
                        wyobrażenia. To Ty tak uważasz. Ale masz rację: jest to dzisiaj
                        pogląd dominujący, gdyz skalą odniesienia dla jednostki jest ona
                        sama. I niepotrzebne wydaja się tutaj kultura, nauka, autorytety. Po
                        nas choćby potop.
                        • tricolour Wziąłem z badań psychologicznych... 23.02.09, 09:01
                          ... także z wypowiedzi na tym forum, gdzie rodzice piszą jak po rozwodzie do
                          dzieci szarych i smutnych wrócił uśmiech i radość. Opieram się także na własnym
                          doświadczeniu.

                          "Niedorozwinięte emocjonalnie" oznacza brak proporcji w uczuciach i
                          nieadekwatność do sytuacji.
                • kami_hope Re: Hej Kasper, pytanie mam 22.02.09, 23:40
                  Wygląda jakobyś to Ty nie zrozumiał swoich własnych słów (w
                  odświeżonym przekładzie smile)
                  Przedstawiłeś swój punkt widzenia... - wszystko jasne.
                  Ja nie "wyróżniam dobra od zła", jakim więc sposobem nie padłam pod
                  ciężarem stereotypów?

                  Wiesz, nie jest dobrze jak ktoś posługuje się bezkrytycznie
                  poglądami innych ludzi. Wprowadza to jakiś zamęt w głowie i tak
                  jakoś człowiek później się gubi w swoich wypowiedziach... Twoje są
                  nielogiczne i oparte na takich stereotypach, że aż głowa boli!
            • kami_hope Bez urazy... 22.02.09, 17:54
              aby wyrwać się ze stereotypów trzeba mieć minimum inteligencji...
              Tylko po co? Skoro poczucie "moralności" wystarcza.

              Bez urazy! smile
              • zuza145 Re: Bez urazy... 22.02.09, 20:58
                to jaka jest pewność dla autorki że w następnym związku też nie
                wiedzieć czemu najpierw go stworzy a potem będzie powtórka z
                rozrywki.
                Po jasną cholerę wchodzić w związki?

                Bez uczucia.

                Kochanka mojego męża ( nikomu łat z obecnych nie przyczepiam ino
                opowiadam spokojnie ) przez naście lat tkwiła w związku w który
                weszła biedula bo chciała uciec z domu.Tak nam mówiła wszystkim.

                On - jej były mąz się kapnął- poszedł " w szkodę" 2 razy- on świnia-
                ona poszkodowana.
                To ja się pytam- kto bardziej winien?
                Spać z facetem naście lat, urodzić mu dziecko- wszystko zaś bez
                uczucia, z powodu że się chciało z domu zwiać.
                No mój tyż w szkodę polazł- ale- nie wiem co bym czuła po nastu
                latach , gdybym się dowiedziała jaka była przyczyna ślubu.
                Nie usprawiedliwiam- ale myślę co bym ja poczuła i co zrobiła po
                czymś takim?
                Hm......... .


                Kalcetwo emocjonalne chyba- albo jakoś tak takie osoby się zwie.
                Noo- albo ja jestem nieobiektywna bo pokręcona emocjonalnie.
                Z pewnością.

                • olusimama Re: Bez urazy... 23.02.09, 08:42
                  zuza145 napisała:

                  > to jaka jest pewność dla autorki że w następnym związku też nie
                  > wiedzieć czemu najpierw go stworzy a potem będzie powtórka z
                  > rozrywki.


                  Żadnej.
                  Dlatego zdecydowałam się na terapię, może dojdę do łądu ze soba i
                  będę kiedyś umiała stworzyć jakieś "my"
                  Żałuję, że nie zrobiłam tego wczesniej, może to małżeństwo miałoby
                  jakies szanse. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, tylko
                  popatrzeć w przyszłość. Jesteśmy jeszcze młodzi, jeszcze przyszłość
                  mamy ...


                  Najtrudniejsza będzie rozmowa z naszą cóką, która już czuje, że coś
                  się dzieje i któej musimy powiedzieć o naszej decyzji.
                  Najprawdopodobniej nastąpi to w najblizszy weekend, kiedy mąż
                  przyjedzie ponownie do nas. Jestem przerażona.

                  • zuza145 Re: Bez urazy... 23.02.09, 09:02
                    no i bardzo dobrze zorbiłaś- z ta terapią.
                    I nie pisz może- bo już częściowo radzisz- zdiagnozowałaś i będziesz
                    na terapii.
                    ty wiesz ile osób potrafi latami tkwic i nic?
                    Toooooooooooonnnnnnnnyyyyyyy!!!!!!!!!!!!!!!.

                    Córce to darujcie- powiedzcie że ojciec musi na jakiś czas sie
                    wyprowadzić/ lub w delegację - i szybko kochani uczyć się albo
                    jeśli zdążysz- to przekonsultować z psychologiem dziecieęcym jak
                    dziecku to podać- bo coś widzę jednak że nie umiesz póki co.
                    To najpierw sie naucz jak to zrobic a potem oznajmicie.
                    Dziecko małe- trzeba odpowiednio do wieku dobierać teksty- prawdę
                    mówić ale w sposób dostosowany do wieku- a jak to cięzko- to wiadomo.
                    Więc proponuje sie nauczyć szybko jak to robic.
                    Ja to zrobiłam i męża naumiałam jak ma się zachowywac [przy
                    dzieciach- spokojnie, i miałam rację.
                    To nie wyścigi.
                    Szukaj psychologa i proś o pomoc.


                    • tricolour Dlaczego zwalać winę na ojca... 23.02.09, 09:06
                      ... "ojciec musi na jakiś czas się wyprowadzić" skoro to matka jest powodem
                      rozstania i to ona się wyprowadziła? Dlaczego okłamywać dziecko, które widzi jak
                      jest?
                      • andreas077 Re: Dlaczego zwalać winę na ojca... 23.02.09, 13:43
                        jaki Qń jest, każdy widzi smile
                        forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=49233
                      • olusimama Re: Dlaczego zwalać winę na ojca... 23.02.09, 14:14
                        tricolour napisał:

                        > Dlaczego okłamywać dziecko, które widzi ja
                        > k
                        > jest?

                        Rozumiem, że powinnam też jej powiedzieć dlaczego tata ostatnio
                        rzadziej przyjeżdża? (bo spotyka się z pewną panią w czasie, który
                        dotychczas poświęcał córce) no bo na pewno to zauważyła to po co
                        okłamywać? Czy jednak jesteś zdania, że można troszkę pominąć, dla
                        dobra dziecka?

                        • tricolour Jestem za prawdą... 23.02.09, 17:08
                          ... a nie jestem za manipulacją, a taką jest połowa prawdy.

                          Jeżeli masz ochotę powiedzieć dziecku, że tata spotyka się pewną panią, to
                          powiedz także, że od lat o tym marzyłaś. To jest właśnie prawda, która ma
                          początek w Twoich marzeniach o kobiecie dla tatusia, środek w postaci realnej
                          znajomości męża, a końcem będzie rozwód, o którym marzysz od dnia ślubu.

                          "Rozumiem, że powinnam też jej powiedzieć dlaczego tata ostatnio rzadziej
                          przyjeżdża?" - Tak. Powiedz, że pragnęłaś by tata kogoś poznał i w końcu się
                          udało zmaterializować marzenia.

                          Twoja terapia będzie długotrwała...
                          • olusimama Re: Jestem za prawdą... 23.02.09, 17:29
                            tricolour napisał:


                            > Jeżeli masz ochotę powiedzieć dziecku, że tata spotyka się pewną panią,

                            Nie, nie mam ochoty jej tego mówić. I tata, dopóki nie będzie pewny, że ta pani
                            jest kimś ważnym i na dłużej - też nie ma.


                            > powiedz także, że od lat o tym marzyłaś. To jest właśnie prawda, która ma
                            > początek w Twoich marzeniach o kobiecie dla tatusia, środek w postaci realnej
                            > znajomości męża, a końcem będzie rozwód, o którym marzysz od dnia ślubu.

                            Matko, człowieku, Ty jesteś niemożliwy. Dzieciak ma 7 lat, zamierzamy ją
                            poinformować, że nasza rodzina przestaje istnieć, szukamy sposobu, żeby
                            ucierpiała jak najmniej, a Ty mi radzisz mówić o takich sprawach, które nas,
                            dorosłych już dawno przerosły. I mam je zwalić na głowę siedmiolatce?


                            > Twoja terapia będzie długotrwała...

                            raczej nie Ty będziesz o tym decydował.
                            • tricolour Ja Ci nie radzę mówić dziecku wszystkiego... 23.02.09, 17:39
                              ... bo dziecku trzeba powiedzieć jego językiem i tylko tyle ile jest konieczne.

                              Rzecz w czym innym. Napisałem, że dziecku trzeba powiedzieć prawdę (ale to nie
                              oznacza, że wszystko), a Ty zapytałaś czy powiedzieć o nowej kobiecie męża. Sama
                              jednak we wcześniejszym poście napisałaś, że ta kobieta, to efekt Twojego
                              działania. Masz okazję zobaczyć jak sobą manipulujesz.
                    • olusimama Re: Bez urazy... 23.02.09, 14:12
                      zuza145 napisała:

                      > Córce to darujcie- powiedzcie że ojciec musi na jakiś czas sie
                      > wyprowadzić/ lub w delegację


                      Nie, no coś Ty!?
                      Przecież mieszkamy osobno od września, ojciec przyjeżdża regularnie
                      i musimy jej powiedziec o tym, co się ma zmienić - czyli, ze mama i
                      tata nie będą już mężem i żoną. I to mnie przeraża, przecież na tym
                      jest oparty cały jej świat i całe jej poczucie bezpieczeństwa,
                      stałości i punkt odniesienia.

                      Wiem _co_ mówić, nie wiem _jak_, boję się, że nie będę umiała
                      zachować spokoju, że się popłaczę, albo, co gorsza, wyrwie mi się
                      coś, czego nie chcę i nie mogę powiedzieć. Wiem, że męża gryzie to
                      samo, że ma doła i mimo świadomości, że rozpada się coś, co już było
                      nie do uratowania, obwinia siebie za ten romans, za to woje
                      zakochanie, bo ono było dla niego bodźcem do podjęcia decyzji.

                      ciężko jest, no...

                      • kami_hope Re: Bez urazy... 23.02.09, 14:42
                        Myślę, że panikujesz. Dziecku wystarczy zrozumienie sytuacji, że
                        tata i mama już nie mieszkają razem. Informacja: dlaczego i jak to
                        wygląda od strony formalnej? – nie jest dziecku potrzebna! To, że Ty
                        masz problem z mężem, nie dotyczy „dziecinnego świata”. Te problemy
                        rozwiązuje się na poziomie „świata dorosłych”.
                        Poczucie bezpieczeństwa dziecka nie będzie zachwiane o ile w Was
                        samych takiego zachwiania nie dostrzeże. Ma wiedzieć, że jest
                        kochane (przez tatę i mamę) – to wszystko! Dziecko ma obecnie dwa
                        domy, a Waszym obowiązkiem jest zorganizować życie tak, aby dziecko
                        mogło żyć bezproblemowo w obu domach.
                        Nie obciążaj dziecka problemami dorosłych – to dla niego bardzo
                        krzywdzące! (i nie ma to nic wspólnego z prawdą, czy fałszem)





                        • zuza145 Re: Bez urazy... 23.02.09, 15:50
                          to sorki- xle zrozumiałam.
                          ale nadal obstaje przy swoim- zaplanowaliście powiedziec w weekend-
                          to ja pytam- czy plan przewiduje przygotowanie dziecka- w co wchodzi
                          przygotowanie siebie i dawkowanie prawdy na poziomie dziecka- a nie
                          kawa na ławę jak u rymanowskiego.
                          Dziecku podaje sie w sposób przygotowany do wieku i tylko tyle
                          szczegółów ile potrzeba ze względu na wiek i mozliwości zrozumienia.
                          toż mówię- do specjalisty i naumiec sie.

                          ?Potem dobranie czasu oraz miejsca a nie bo on akurat będzie.
                          skoro mała jest taka mała to jej akurat sprawa rozwodu wisi- bo dla
                          niej jest proste- był tatus i mamusia, nie ma tatusia i mamusi-
                          tataus sie pojawia.
                          więc nie demonizujmy- ona juz odczuła co miało ją trafic to ja
                          trafiło- zapewniam.
                          Jest teoria że mówi sie po fakcie a nie przed- aby dzieciak nie
                          przezywał razem z toba i mężem twoim- po faklcie.
                          wtedy sie oznajmia i tłumaczy- co i jak.
                          Jak juz emcoje opadną.
                          a nie w trakcie.

                          • olusimama Re: Bez urazy... 23.02.09, 17:36
                            zuza145 napisała:

                            > Jest teoria że mówi sie po fakcie a nie przed- aby dzieciak nie
                            > przezywał razem z toba i mężem twoim- po faklcie.
                            > wtedy sie oznajmia i tłumaczy- co i jak.
                            > Jak juz emcoje opadną.
                            > a nie w trakcie.


                            Wiem i tak chcieliśmy zrobić. Ale ona jest już naprawdę dużą dziewczynką,
                            wrażliwą i wyczuwa mnóstwo ale tego nie rozumie. Poczucie bezpieczeństwa jej się
                            chwieje, dlatego musimy jej powiedzieć, oczywiście w odpowiedniej dawce i w
                            odpowiedni sposób, co się dzieje i co się ma stać.

                            Nie będę przecież wchodzić w szczegóły, używać mocnych słów i wywalać kawy na
                            ławę. Musi wiedzieć po prostu, że dzieje się coś, co dotyczy mnie i męża, ale co
                            nie ma wpływu na nasze uczucia i stosunek do niej.
                            Uważam, że zasługuje na to, żeby ją potraktować poważnie, a nie jak niekumate
                            stworzonko, które poinformujemy mimochodem po wyjściu z sądu, że oto już nie
                            jesteśmy mężem i żoną.
                            • kami_hope Re: Bez urazy... 23.02.09, 18:13
                              Trudno mi Ciebie zrozumieć Olusimama.
                              Jak dla mnie, jawisz się jako osoba oderwana od rzeczywistości,
                              infantylna...
                              Nie bardzo wiem, co Ty chcesz swojemu dziecku zafundować?

                              Czy w ogóle dziecko pytało się Ciebie, czy męża o rozwód? Czy pytało
                              o cokolwiek związanego z Waszymi problemami?

                              Ja tu widzę problem tej natury: nie radzisz sobie (lub oboje nie
                              radzicie sobie) z wyrzutami sumienia i z tego powodu czujesz
                              potrzebę tłumaczenia się (a w rzeczywistości zrzucenia ciążącego
                              balastu!). Zastanów się jeszcze raz... Oszczędź dziecku swoich
                              tłumaczeń, bo to go do szczęścia nie doprowadzi! Spowodujesz tym, że
                              zakiełkuje w jej małej główce problem, niepokój, poczucie winy...
                              Poczuje się odpowiedzialna za "ratowanie" małżeństwa swoich rodziców.

                              Trudno mi się oprzeć emocjom, przy Twoich opisach.
                              Nie rozumiem (!!), dlaczego ludzie tak bardzo zapierają się wiedzy?

                              Zuza mądrze poradziła, idź do psychologa dziecięcego. Tobie jest
                              również niezbędne podobne wsparcie, tyle, że Ty... - dorosła jesteś!
                              rób jak uważasz - za swoją głupotę Ty zapłacisz; ale emocjonuje mnie
                              możliwość, że dziecko zapłaci również - póki co, tak się zapowiada -
                              smutne!
                              • olusimama Re: Bez urazy... 23.02.09, 20:06
                                kami_hope napisała:

                                > Czy w ogóle dziecko pytało się Ciebie, czy męża o rozwód? Czy pytało
                                > o cokolwiek związanego z Waszymi problemami?

                                Oczywiście, że tak. Właśnie dlatego pomyślałam, że trzeba jej powiedzieć teraz a
                                nie po fakcie.

                                > Zastanów się jeszcze raz... Oszczędź dziecku swoich
                                > tłumaczeń, bo to go do szczęścia nie doprowadzi!

                                Ale jakich tłumaczeń? Musimy jej powiedzieć, że się rozstajemy, że ostatni
                                miesiąc,obfity w emocje, rozmowy, czasem łzy ma jakiś powód i tym powodem nie
                                jest mała, tylko my.


                                > Zuza mądrze poradziła, idź do psychologa dziecięcego.

                                Jak będzie trzeba to pójdę, oczywiście.

                                • tricolour Kto zdecyduje, że potrzeba iść do psychloga... 23.02.09, 20:30
                                  ... dziecięcego i jakie będą merytoryczne podstawy tej decyzji?

                                  Czy nie będzie znów tak, że komunikację z dzieckiem dociągniesz do miejsca, w
                                  którym psycholog nie będzie pomocą, a ratunkiem?
                                  • mariefurie Te dywagacje pachna mi pewnym wynaturzeniem... 23.02.09, 20:58
                                    Kobieta ma problem:
                                    Raz- dlaczego się czuje, jak się czuje, mimo ze chciała tego, co osiągnęła.
                                    Dwa- jak dziecko przygotowac do zmiany co jest nieuchronną.

                                    Po kiego tu dorabiac teorie i jej imputować jakies abstrakcyjne zachowania?
                                    Jezu! zlituj że się!


                                    • tricolour Bo mam podejrzenia... 23.02.09, 21:04
                                      ... że nasza koleżanka nie wie jak o rozwodzie powiedzieć dziecku więc pomysł z
                                      psychologiem dziecięcym jest dobry PRZED rozmową z małym człowiekiem.
                                    • tricolour Poza tym, wiesz... 23.02.09, 21:07
                                      ... dawno już nie było emocjonującego tematu, to się skupiło w jednej historii..
                                      • mariefurie Re: Poza tym, wiesz... 23.02.09, 21:16
                                        Własnie widzę.
                                        Biedna kobieta.
                                        kązdy by zaraz pomyje wylał jak umiał i doradził jak chciał.
                                        Samo zycie.
                                        • zuza145 Re: Poza tym, wiesz... 23.02.09, 22:19
                                          to nie są pomyje- to jest skrócona wersja tego co ja miałam- mam
                                          dwoje dzieci w róznym wieku i róznej płci.
                                          I ustrzegłam- jak tylko mogłam - zniwelowałam co dało się zniwelować
                                          i osłabiłam wydżwięk tego co się dało.
                                          I nikt z postronnych nie zdawał sobie sprawy po=atrząc na ich
                                          zachowaie- nie dlatego że ukrywają- bo ja wiem zawsze- tylko nie
                                          dawały sygnałów że jest źle- bo są samotne- czują się tak, bo są
                                          niedoinformowane.
                                          Mam na własnej skórze ślady emocjonal;ne- bo mam dwoje róznych
                                          dzieci- każde na swój sposób przeżywało i przeżywa i każdemu
                                          zawaliło się inaczej- więc trafiłam- bo rozpoczęłam swoją edukację
                                          zanim- a nie po fakcie.
                                          Po fakcie rozumiem- po uświadomieniu.
                                          Wolałam poczeklać zanim nie nauczyłam się i nie potrafiłam spokojnie
                                          odpowiadać na pytania- teraz umiem i ja i męża nauczyłam.
                                          Myślę że to że jest to ciężkie niejednokrotnie z pozycji mojej-
                                          zostawionej- ale się ten trud opłacił i co dnia sie przekonuję że
                                          zrobiłam dobrze- a dotarłam gdzie mogłam- nie po pomoc ale w celu
                                          utwierdzenia sie że miałam właściwe informacje oraz nabrałam wprawy
                                          w ich podawaniu- i nigdy poza jednym razem na początku- nie
                                          oszukałam.
                                          Wtedy miałam deprechę jak stąd do Saturna- więc zanim sobie nie
                                          poukładałam- to nie starałam się układać dzieciom i zawsze męża
                                          zawiadamiałam co i jak nastąpi- bo on zwiał z "miejsca zbrodni".
                                          Nawet z rodziną własną byłam w pewnym czasie w dużej opozycji- bo
                                          okresliłam granice=- czego nie toleruję- mimo że oni mieli prawo do
                                          żalu.
                                          Ale nigdy przy dzieciach.
                                          Lącznie z lataniem drzazg- ale warto.

                                          więc jestem ostatnią co leje czymkolwiek tutaj.
                                          Olewać to ja sie uczę mozolnie- męża- jako męża.
                                          Ale jako ojca prawa nie mam- tylko pilnuje- bo on tej wiedzy nie
                                          miał- więc go uczę- dla dzieci to robię.
                                          Wreszcie po lkatach skumał nieco- i idzie lepiej- spokojnie się
                                          czują w domu jak ich odwiedza.
                                          I pilnuję aby jego hollywoo0dzka wersja nie naropbiła szkód.
                                          Jestem grzeczna le zdecydowana mając pełną swiadomoć że w mojej
                                          sytuacji jestem tym co ogranicza bo egzekfuje niepopularle u dzieci
                                          decyzje.
                                          I tak jest dobrtze, zgodnie z opiniami- moimi i innych, mądrzejszych
                                          ode mnie ludzi- bo tego typu życie nie było moim nigdy- to teraz
                                          jest.
                                          Mam się na elastyczną ( brnie mylić z chwastem) czerpię w wielu
                                          źródeł- aby zdobyć wiedzę o doświadczenie cudze też jest pomocne.

                                          Więc nie ma mowy o laniu pomyj.I wiecie co?
                                          T^o że już od początku, nadludzkim wysiłkiem chroniłam dzieci nie
                                          oznacza że spoczęłam na laurach- to będzie wieloletnia praca. I
                                          cholerny wysiłek- np opanować żale, smęty itp - aby ngdy!!!!! nie
                                          wygłosić niepozytywnej opini o ojcu przy dzieciach.
                                          One sobie kiedyś same ocenią i mnie i jego.
                                          Swoje błędy i braki wobec sytuacji jaka mnie dopadła znam i mam
                                          trochę na usprawiedliwienie swoje- ale nie pora teraz - nie będę im
                                          ciężaru na plcey swojego walić- a mój mąz tylko zasygfnalizował
                                          takie chęci- to go grzecznie osadziłam- i zaprzestał.
                                          Dzieci to dzieci- a problemy moje i męża- to nasze problemy.
                                          Ten burdel jaki zrobił musimy czy chcemy czy nie posprzątać oboje.
                                          Sama mogę tylko częściowo.
                                          Więc kontroluję sytuację- spokojnie, z boku- jak odwiedza ich to ja
                                          mam swoje zajęcia ale mam pod kontrolą-i wkroczę jak popełni
                                          bezmyślnie coś krzywdzącego.
                                          Bo on nie wie wielu spraw- władna decyja to była- bo proponowałam
                                          aby się dowiedział od osoby neutralnej- nie widział potrzeby wytedy-
                                          miał inne.
                                          Jego problem.
                                          ale szanuje moje decyzje- bo na brak ich poszanowaia nie pozwalam
                                          przy dzieciach- stąd wniosek- w domu spokój- wszelkie gadki poza
                                          domem , bez dzieci.
                                          • mariefurie Zuzka! 23.02.09, 22:37
                                            To nie było do Ciebie.
                                            Ogólnie...po prostu....tak wyczułam ze jakaś dziwaczna nagonka tu się zaczęła
                                            bez sensu. Ot, zabawa jakaś. Świeża krew, więc mozna się powydziczać.
                                            Wiesz, ze bardzo Cię lubię, choć Cie nie znam.
                                            Ale często mi sie podobało to co mówisz, i jak.

                                            No i co Ci powiem. Dobrze gadasz teraz... dać Ci wódki!
                                            smile
                                        • tricolour Biedna nie jest przez forum... 23.02.09, 22:31
                                          ... lecz sama sobie zafundowała nikczemną jakość życia. Ranga zjawisk na forum
                                          ma się nijak do przeżyć, które jeszcze przed całą rodziną.
                                          • mariefurie Wiesz co.... 23.02.09, 22:39
                                            najlepiej by bylo aby każdy zajrzał w swoją jakośc życia.
                                            O! to by było najlepsze.
                                    • olusimama Re: Te dywagacje pachna mi pewnym wynaturzeniem.. 23.02.09, 22:22
                                      mariefurie napisała:

                                      > Kobieta ma problem:
                                      > Raz- dlaczego się czuje, jak się czuje, mimo ze chciała tego, co osiągnęła.
                                      > Dwa- jak dziecko przygotowac do zmiany co jest nieuchronną.


                                      Uf, jednak da się przeczytać moje posty i zrozumieć w czym problem. Dziękuję!



                                      to jednak nie jest dla mnie forum.

                                      • tricolour Masz rację - wynaturzeniem... 23.02.09, 22:26
                                        ... z perspektywy przedrozwodowej może to tak wyglądać.

                                        Dla mnie natomiast wynaturzeniem jest Twoje wpychanie męża w ramiona kochanki
                                        przez całe lata, a gdy się już udało, to wielka rozpacz. Pies ogrodnika jest
                                        wynaturzeniem i dlatego trafił do powiedzonka.
                                        • mariefurie Re: Masz rację - wynaturzeniem... 23.02.09, 22:41
                                          Nie zrozumiałam czegos... to do mnie było??
                                          • tricolour Marysiu, nie do Ciebie... 23.02.09, 22:42
                                            ... ja napadam pod osłoną nocy nie tylko na Ciebie.

                                            smile
                                            • mariefurie Re: Marysiu, nie do Ciebie... 23.02.09, 22:44
                                              Szurnięty jesteś na maksa.
                                              Tak Ci powiem.
                                              Dobranoc Panu.
                                              • tricolour Dziękuję za komplement. 23.02.09, 22:45
                                                Dobranoc.
                                                smile
                                                • mariefurie Re: Dziękuję za komplement. 01.03.09, 07:35
                                                  Bardzo proszę.
                                                  Wiedziałam, ze jesteś łasy na komplementy.
                                                  smile
                                    • olusimama Re: Te dywagacje pachna mi pewnym wynaturzeniem.. 28.02.09, 23:43
                                      mariefurie napisała:

                                      > Kobieta ma problem:
                                      > Raz- dlaczego się czuje, jak się czuje, mimo ze chciała tego, co osiągnęła.

                                      No właśnie. Dlaczego, do jasnej anielki tak się czuję? Nie chcę się tak czuć,
                                      nie lubię być nieszczęśliwa, dostałam to czego chciałam, powinnam być zadowolona
                                      a mężowi życzliwie życzyć szczęścia i pozamiatać formalności.
                                      Dlaczego tak się nie czuję??


                                      > Dwa- jak dziecko przygotowac do zmiany co jest nieuchronną.

                                      to nas oboje przeraża i paraliżuje. Już ustaliliśmy co jej powiemy, ale i tak...
                                      to najtrudniejsze w tej całej sytuacji..
                                      • tricolour Kobieto, przecież to proste... 01.03.09, 01:38
                                        ... zaplanowałaś i osiągnęłaś cel zły, destrukcyjny, wręcz patologiczny dla
                                        dziecka i Was. Jak masz się czuć? Zadowolona ze zniszczeń i ofiar?

                                        Dopóki rozwód był tylko Twoim marzeniem widziałaś same pozytywy, bo to właśnie
                                        do siebie mają marzenia. Niestety na wojnie, by spełnić marzenia i zdobyć łupy,
                                        trzeba ponieść także realne ofiary - no to z rodziny leje się krew.

                                        Jesteś zdziwiona, że destrukcyjne decyzje rodzą przykre konsekwencje?
                                      • young-and-bored Re: Te dywagacje pachna mi pewnym wynaturzeniem.. 01.03.09, 01:41
                                        olusimama napisała:

                                        > nie lubię być nieszczęśliwa, dostałam to czego chciałam, powinnam
                                        być zadowolon
                                        > a
                                        > a mężowi życzliwie życzyć szczęścia i pozamiatać formalności.


                                        ... szczęścia w czym ? W związku z tą laleczką, którą poznał dwa
                                        miesiące temu ? Ach tak, zapomniałem, to na pewno musiała być
                                        miłość from the very first moment skoro facet od razu do Ciebie
                                        przyleciał ze wzorem pozwu, cały w skowronkach.
                                        A tak na poważnie to przestań się mazgaić i bierz ten rozwód póki
                                        mąż rozemocjonowany nową laską przestał myśleć racjonalnie, bo na
                                        razie to Ty jesteś jego żoną i matką jego dziecka i - jakby nie
                                        było - spędziliście ze sobą ładnych parę lat. W związku z czym
                                        zaryzykuję stwierdzenie, że tamta dziewczyna jest dla Ciebie słabą
                                        konkurentką i mężowi (lub jej) w każdej chwili może się to lovestory
                                        odwidzieć. Nawet jeśli mu się naiwnie wydaje że jest inaczej.

                                        A jak córka taka bystra jak piszesz, to pewnie się zastanawia
                                        kiedy jej powiecie, a nie co, kiedy patrzy na zestresowanych jej
                                        osobą rodziców. Zresztą co ją obchodzą Wasze formalności, z ojcem
                                        i tak już nie mieszka.
                                        • olusimama Re: Te dywagacje pachna mi pewnym wynaturzeniem.. 01.03.09, 08:03
                                          young-and-bored napisał:


                                          > ... szczęścia w czym ? W związku z tą laleczką, którą poznał dwa
                                          > miesiące temu ?

                                          Z nią czy z kimkolwiek innym.

                                          > Ach tak, zapomniałem, to na pewno musiała być
                                          > miłość from the very first moment skoro facet od razu do Ciebie
                                          > przyleciał ze wzorem pozwu, cały w skowronkach.

                                          Nie, nie, from the very first moment to był seks, miłość przyszła po 3 wspólnej
                                          nocy, przynajmniej tak twierdzi wink

                                          > A tak na poważnie to przestań się mazgaić i bierz ten rozwód póki
                                          > mąż rozemocjonowany nową laską przestał myśleć racjonalnie, bo na
                                          > razie to Ty jesteś jego żoną i matką jego dziecka i - jakby nie
                                          > było - spędziliście ze sobą ładnych parę lat. W związku z czym
                                          > zaryzykuję stwierdzenie, że tamta dziewczyna jest dla Ciebie słabą
                                          > konkurentką i mężowi (lub jej) w każdej chwili może się to lovestory
                                          > odwidzieć. Nawet jeśli mu się naiwnie wydaje że jest inaczej.


                                          Też tak myślałam, zanim nie przegadałam z nim wielu godzin... Silnie się uczepił
                                          tej znajomości, panicznie się boi, że na fali emocji mogłabym na przykład
                                          zadzwonić do niej i coś nagadać. Boi się, że ona go rzuci chyba. Wydaje się być
                                          naprawdę zaangażowany w tamten romans, namawia ją na przeprowadzkę do niego
                                          (mieszkają jakieś 650km od siebie, jeździ do niej na weekendy, nie wszystkie
                                          nawet, bo przecież czasem jest u córki), codziennie do niej dzwoni, twierdzi, że
                                          niesamowicie do siebie pasują, że tyyyle ich łączy. Aż uwierzyłam, poważnie.

                                          Ja wiem, że powinnam się z rozwodem pospieszyć, jemu się raczej nie odwidzi, już
                                          widzę po wszystkich rozmowach, ale masz rację, panience może... korci mnie, żeby
                                          z nią pogadać, nie powiem, ale wiem, że to bez sensu. Gdyby się wystraszyła i go
                                          zostawiła, miałby do mnie pretensję o ten ideał utracony i między nami zrobiłoby
                                          się okropnie, co miałoby wpływ na małą. Więc lafirynda jest bezpieczna wink


                                          > A jak córka taka bystra jak piszesz, to pewnie się zastanawia
                                          > kiedy jej powiecie, a nie co, kiedy patrzy na zestresowanych jej
                                          > osobą rodziców. Zresztą co ją obchodzą Wasze formalności, z ojcem
                                          > i tak już nie mieszka.


                                          Nie mieszka, ale jednak zawsze kiedy przyjeżdżał spędzaliśmy czas we troje a
                                          teraz to się musi zmienić. Ja nie mam siły i ochoty udawać z nim szczęśliwej
                                          rodzinki, raczej zamierzam ewakuować się na czas jego kolejnych przyjazdów. Za
                                          dużo tych rozmów, za dużo emocji, kłótni, łez. To niezdrowe...


                                          • kami_hope Re: Te dywagacje pachna mi pewnym wynaturzeniem.. 01.03.09, 10:43
                                            >Więc lafirynda jest bezpieczna
                                            To znaczy która to, Ty??
                                            > Ja wiem, że powinnam się z rozwodem pospieszyć
                                            Dobrze, że wiesz... więc zrób to! A obok tego możesz sobie płakać
                                            ile wlezie, wręcz jest to w tym przypadku korzystne zjawisko! Widać
                                            rozum u Ciebie jest "off", więc podświadomość wyświadczyła Ci
                                            przysługę "terapią szokową". A teraz Twoim zadaniem jest ustawić
                                            rozum na "on" i zrozumieć... wyciągnąć lekcję z całego doświadczenia.
                                            • olusimama Re: Te dywagacje pachna mi pewnym wynaturzeniem.. 01.03.09, 11:26
                                              kami_hope napisała:

                                              > >Więc lafirynda jest bezpieczna
                                              > To znaczy która to, Ty??

                                              nie, Ty.

                                              • kami_hope Re: Te dywagacje pachna mi pewnym wynaturzeniem.. 01.03.09, 14:20
                                                Ja??
                                                Wolno Ci tak myśleć. Tylko, szczerze wątpię czy uświadamiasz sobie
                                                mechanizm takiego myślenia, nie wspominając już o Twoim problemie,
                                                który był na tyle głęboki, że w końcu się zmaterializował. Jedyne co
                                                jesteś w stanie wydobyć z siebie teraz, to poczucie winy, które
                                                jednak nie wynika ze zrozumienia.
                                                Nie zamierzam litować się nad Tobą tylko dlatego, że przyznajesz się
                                                do "winy". Alkoholicy robią coś bardzo podobnego: przyznają się do
                                                winy, często wręcz korzą się przed innymi lub/i wszem i wobec
                                                opowiadają - zresztą z autentycznym poczuciem wstydu - o swoich
                                                winach. To czyste usprawiedliwianie się! W podtekście istnieje
                                                oczekiwanie, że inni przyniosą rozgrzeszenie. Że może będą
                                                mówić: "nie, co ty, nie jesteś zły/a, nie jesteś winny/a, to
                                                on/ona/ono/to jest odpowiedzialne/zmusiło cię do takiego
                                                postępowania/etc."
                                                Oczywiście nie jest dobrze przechowywać w sobie poczucie winy. Ono
                                                zawsze jest sygnałem czegoś głębszego. I to właśnie należy
                                                rozpoznać, wydobyć na światło dzienne (przed samym sobą, nie chodzi
                                                o upublicznianie - wyjaśnienie jw.) i znaleźć rozwiązanie.
                                                W tej chwili znalazłaś sobie "doskonałe" rozwiązanie swojego
                                                problemu. Przekazujesz owo poczucie winy komuś innemu. To ktoś inny
                                                jest "lafiryndą", "zdrajcą", itp. (słowotwórstwo zależne od inwencji
                                                własnej smile). Przyniesie Ci to chwilową ulgę (dla poczucia winy),
                                                bowiem grzech podzielisz sobie na "pół", a na tle innych "lafirynd"
                                                Ty nie będziesz wyglądać tak źle.
                                                Nie tędy droga!
                                                I to właśnie chciałam Ci zasygnalizować w poprzednim odniesieniu.
                                                Nie zrozumiałaś. (i przy tym potwierdziłaś dokładnie moje wnioski
                                                oparte na Twoich tekstach, wnioski wyjaśniłam przy tej okazji;
                                                gdybyś wciąż czegoś nie rozumiała - służę swoim słowem)
                                          • young-and-bored Re: Te dywagacje pachna mi pewnym wynaturzeniem.. 01.03.09, 14:50
                                            olusimama napisała:

                                            > Też tak myślałam, zanim nie przegadałam z nim wielu godzin...
                                            Silnie się uczepi
                                            > ł
                                            > tej znajomości, panicznie się boi, że na fali emocji mogłabym na
                                            przykład
                                            > zadzwonić do niej i coś nagadać. Boi się, że ona go rzuci chyba.
                                            Wydaje się być
                                            > naprawdę zaangażowany w tamten romans, namawia ją na przeprowadzkę
                                            do niego
                                            > (mieszkają jakieś 650km od siebie, jeździ do niej na weekendy, nie
                                            wszystkie
                                            > nawet, bo przecież czasem jest u córki), codziennie do niej
                                            dzwoni, twierdzi, ż
                                            > e
                                            > niesamowicie do siebie pasują, że tyyyle ich łączy. Aż uwierzyłam,
                                            poważnie.


                                            Też się kiedyś tak fatalnie zakochałem w jednej panience. W piątek
                                            po lekcjach zaraz wsiadałem w ekspres do Wrocławia, do tej pory
                                            pamiętam ten słodki smak upojnego odurzenia, kiedy u celu podróży
                                            spotykałem się ze swoją ukochaną. Potem przez długi czas nie mogłem
                                            dojść do siebie i zrozumieć jak to możliwe, że moja luba ze mną
                                            zerwała.
                                            Daj im spokój i zajmij się sobą, nie bądź zazdrosna bo naprawdę
                                            zazdrość którą tu prezentujesz po prostu Ci w tej sytuacji nie
                                            przystoi.
                                            Twój mąż jedzie teraz na niezłym znieczuleniu (które zresztą
                                            bardziej przystoi nastoletniemu licealiście niż dojrzałemu
                                            mężczyźnie), ale jeszcze dostatecznie mocno dostanie od życia za
                                            swoje (i nieswoje), kiedy któregoś dnia obudzi się w domu na
                                            porozwodowym kacu - gigancie i uzmysłowi sobie co stracił. Nie
                                            dokładaj mu, nie masz ku temu powodów.

                                            --
                                            "...Na skrzydłach miłości lekko, bezpiecznie mur ten przesadziłem,
                                            bo miłość nie zna żadnych tam i granic; a co potrafi na to się i
                                            waży..."

                                            William Shakespeare, Romeo i Julia
                                            • olusimama Re: Te dywagacje pachna mi pewnym wynaturzeniem.. 01.03.09, 20:57
                                              young-and-bored napisał:

                                              > Daj im spokój i zajmij się sobą, nie bądź zazdrosna bo naprawdę
                                              > zazdrość którą tu prezentujesz po prostu Ci w tej sytuacji nie
                                              > przystoi.

                                              Ja to wiem, naprawdę. I bardzo, bardzo się staram z tym radzić, sama do siebie
                                              już nawet gadam, bo i ja się źle z tym czuję i mąż, który jakoś tam czuje się
                                              winny i moje reakcje go smucą, szokują i przygnębiają. A naprawdę jemu nie chcę
                                              już robić więcej przykrości i kłód pod nogi rzucać. Tylko tak trudno nie myśleć
                                              co by było gdyby ta dziewczyna się nie pojawiła...

                                              > Twój mąż jedzie teraz na niezłym znieczuleniu (które zresztą
                                              > bardziej przystoi nastoletniemu licealiście niż dojrzałemu
                                              > mężczyźnie), ale jeszcze dostatecznie mocno dostanie od życia za
                                              > swoje (i nieswoje), kiedy któregoś dnia obudzi się w domu na
                                              > porozwodowym kacu - gigancie i uzmysłowi sobie co stracił.

                                              Nie, to naprawdę nie jest tak. On jest całkiem świadomy tego co się dzieje, moja
                                              reakcja go zszokowała i zdumiała bo spodziewał się zgoła innej (no i trudno mu
                                              się dziwić, skoro ja sama jestem zdumiona i zszokowana tym) i dała do myślenia,
                                              jak był tego romansu i związanym z nim planów i nadziei pewny na 100% tak teraz
                                              ma ogromne poczucie winy i twierdzi, że głupi jest. Ale też twierdzi, że
                                              zaangażował siebie i ją na tyle głęboko (w 3 miesiące? hm), że nie może już się
                                              cofnąć. No i ostatecznie to pewnie dobrze, bo gdyby się cofnął, to nikt by nie
                                              był w ostateczności szczęśliwy. Także to znieczulenie to nie jest aż takie duże,
                                              choć fakt, też uważam, że zachowują się raczej jak nastolatki niż dorośli
                                              ludzie. Ale nie mnie oceniać, ja sama mam wrażenie, że się cofnęłam w rozwoju.


                                              > Nie
                                              > dokładaj mu, nie masz ku temu powodów.


                                              Wiem, naprawdę. Ja tego faceta lubię naprawdę, mam do niego jakiś sentyment i w
                                              końcu szacunek, częściowo pewnie właśnie dlatego, że nareszcie okazał
                                              zdecydowanie w jakimś punkcie. Życzę mu jak najlepiej, tylko kurde jakoś w tych
                                              życzeniach nie umiem tej dziewczyny uwzględnić.
                                              Coś czuję, że znalazłam sobie wroga i trafiło na nią. Ileż można się biczować
                                              poczuciem winy, częśc winy zepchnęłam na nią. Nie szkodzę tym jej, bo ona tego
                                              nie wie wink a mnie jest odrobinkę lżej. I nawet mi nie piszcie, że to nie w
                                              porządku. Bo ja nie mam siły być 100% w porządku, musiałabym chyba się
                                              pochlastać wtedy z poczucia winy .
    • zuzka712 Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 01.03.09, 11:33
      Ale naskoczyliście na dziewczynę! Jestem w szoku. Przecież widać, że
      dziewczyna się rzeczywiście miota i cierpi.
      Olusimama - ja tam Cię doskonale rozumiem. Rozume swoje a uczucia
      swoje. Czasem dziwne i nieracjonalne emocje (które są wynikiem wielu
      nieuzmysłąwianych sobie nawet oczekiwań i wyobrażeń)wybuchają nagle
      z ogromną siłą. I taka osoba naprawdę nie rozumie co się z nią
      dzieje. DLACZEGO tak czuje? Jest na tyle inteligentna, żeby
      wiedzieć, że NIE POWINNA, ale co z tego, skoro i tak to nią miota?

      Tu potrzeba czasu i zrozumienia skąd się te emocje uwolniły. Im
      mocniej były tłumione tym mocniej uderzyły. A może sytuacja
      uruchomiła jakiś nierozwiązany problem z przeszłością. Dosyć często
      się zdarza, że ludzie reagują nieadekwatnie do sytuacji, prawda?
      Czyli terapia jak najbardziej wskazana. Byle trafić na dobrego
      terapeutę. No i pewność, że jesteś NORMALNA.
      Że potrafisz czuć, masz emocje. Że wyjdziesz z tego silniejsza i
      dzięki temu (najprawdopodobniej) nie popełnisz wielu błędów z
      przeszłości w nowym związku.
      Pamiętaj - daj sobie czas...
      • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 01.03.09, 11:39
        zuzka712 napisała:


        > Olusimama - ja tam Cię doskonale rozumiem.

        Dzięi. Dlatego właśnie zaraz po napisaniu na forum zaczęłam żałować, bo
        spodziewałam się odrobiny zrozumienia a dostałam pomyje. A naprawdę świadomość
        własnych win i błędów mam pełną, codziennie patrzę w lustro i wystarczająco sama
        się już oblałam pomyjami, żeby nie potrzebować dodatkowej porcji od różnych
        mądrali. Ale znalazłam na to sposób. Wygaszam mądrali wink


        > I taka osoba naprawdę nie rozumie co się z nią
        > dzieje. DLACZEGO tak czuje? Jest na tyle inteligentna, żeby
        > wiedzieć, że NIE POWINNA, ale co z tego, skoro i tak to nią miota?

        Dzięki. Wiara, że NIE jestem nienormalna jest mi teraz naprawdę potrzebna.

        > Że potrafisz czuć, masz emocje. Że wyjdziesz z tego silniejsza i
        > dzięki temu (najprawdopodobniej) nie popełnisz wielu błędów z
        > przeszłości w nowym związku.
        > Pamiętaj - daj sobie czas...

        próbuję nie robić nic na podstawie emocji, tym bardziej, że one się zmieniają.
        Wiem, że tylko czas tu pomoże i z całej siły staram się sobie go dać. Bo jak
        zacznę działać, nieracjonalnie i bez sensu - stracę dużo więcej.


        pozdrawiam
    • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 08:46
      nie poszłam sobie precz, czytam.
      wink

      Warto czasem z dystansu sp[ojrzeć na własne emocje, a pomaga w tym
      przyglądanie się cudzym. Dlatego, mimo wszystko zostałam na forum i
      się przyglądam zza krzaka.
      Walczę ze sobą, z zazdrościa, która jak mi ktoś tu trafnie
      napisał "nie przystoi" mi w mojej sytuacji. I radzę sobie, naprawdę!
      jest dużo lepiej. Moze metoda jaką obrałam spotkałaby się z Waszym
      potępieniem, ale na obecnym etapie kazda metoda jest dobra, jeśli
      jest skuteczna. Skoro dzięki temu prawie nie myslę o mężu i jego
      dziewczynie, jad mi sie przestał zbierać w kącikach ust i sączyć
      przy każdym otwarciu ust. Czuję się z tym lepiej i ja i mój mąż.
      Który nadal nie złozył pozwu. Hm


      pozdrawiam
      • young-and-bored Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 11:50
        olusimama napisała:

        > nie poszłam sobie precz, czytam.
        > wink


        Miło Cię znowu widzieć smile

        > jest dużo lepiej. Moze metoda jaką obrałam spotkałaby się z Waszym
        > potępieniem, ale na obecnym etapie kazda metoda jest dobra, jeśli
        > jest skuteczna.

        Tak się składa, że jaka by ta metoda nie była to może spotkać się z
        potępieniem i ogólną dezaprobatą, więc skoro już zaczynasz to pisz
        śmiało. Wyraźnie masz ochotę się podzielić czymś nowym i ciekaw
        jestem co wykombinowałaś, więc nie ma sensu w sobie tego dusić.
        • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 12:16
          young-and-bored napisał:

          > Miło Cię znowu widzieć smile

          Dzięki smile Ciebie również.


          > Tak się składa, że jaka by ta metoda nie była to może spotkać się
          z
          > potępieniem i ogólną dezaprobatą, więc skoro już zaczynasz to pisz
          > śmiało. Wyraźnie masz ochotę się podzielić czymś nowym i ciekaw
          > jestem co wykombinowałaś, więc nie ma sensu w sobie tego dusić.

          Ha ha zabrzmiało cokolwiek tajemniczo, ale rzeczywistość jest
          nudna wink

          Po prostu zaczęłam spotykac się z ludźmi (no dobra, z mężczyznami)
          Nie są to ani romanse, ani jakies ekscesy wink, po prostu wiele
          nowych znajmości, wiele rozmów, na różne tematy, flirt przede
          wszystkim. Dzięki temu myślę o tym, co będzie, muszę sobie czas
          planować, o wygląd zadbać itd, co mi skutecznie zajmuje głowę na
          całe dnie.
          Nie liczę na znalezienie w ten sposób miłości i związku, zresztą
          czuję, że nie jestem na to gotowa. Ale te niezobowiązujące spotkania
          eliminują poczucie, że jestem przegrana na całej linii, że
          zmarnowałam sobie i komuś życie. Skoro chcę dac mężowi wolność,
          zwrócic ją niejako, to potrzebuje zminimalizować własne koszty. Nie
          jestem Matką Teresą i nie chcę się tak męczyć jak przez ostatnie
          tygodnie.
          Dzięki temu on też chyba poczuł się lepiej, bo jednak miał poczucie
          winy widząc moje reakcje, ja się czuję lepiej z samą sobą, a co za
          tym idzie - nasze dziecko ma szanse odzyskać spokój i jakoś, w miarę
          bezbolesnie przejść przez to co jeszcze jest przed nami.

          i tyle wink


          • mariefurie Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 13:04
            A co z dzieckiem? Rozmawialiście już z nią na temat waszego rozstania?
            I jak dziecko reaguje na wielośc Twoich nowych znajomosci z mężczyznami,
            zawiązanych w ciągu ostatnich dziesięciu dni?
            • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 13:25
              mariefurie napisała:

              > A co z dzieckiem? Rozmawialiście już z nią na temat waszego
              rozstania?

              Tak, rozmawialiśmy z nią.

              > I jak dziecko reaguje na wielośc Twoich nowych znajomosci z
              mężczyznami,
              > zawiązanych w ciągu ostatnich dziesięciu dni?


              A Ty myślisz, że ja tych mężczyzn do domu zapraszam i przedstwiam
              cóce? wink

              • mariefurie Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 14:49
                olusimama napisała:
                >
                > Tak, rozmawialiśmy z nią.

                Jak zareagowała? Powiedzieliście jej całą prawdę, czy tylko ciut?


                > A Ty myślisz, że ja tych mężczyzn do domu zapraszam i przedstwiam
                > cóce? wink

                Nie, no ale tak mi przyszło do głowy, skoro tak nagle i intensywnie zaczęłaś
                nawiązywać nowe znajomości , to córka mogła być zdziwiona radykalną zmianą
                zachowania mamy,- nie wiem, że częsciej wychodzisz np wieczorami, że z kimś ją
                zostawiasz samą itp... bo dzieci to raczej takie rzeczy wyczuwaja, tak mi się
                wydaje.
                • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 15:21
                  mariefurie napisała:

                  > Jak zareagowała? Powiedzieliście jej całą prawdę, czy tylko ciut?

                  Całej to nawet my dorosli nie umiemy ogarnąć, więc nie, nie całą.
                  Powiedzieliśmy jej to, co już sama wcześniej zauważyła - że coraz
                  częściej się kłócimy, że nie potrafimy sie ze sobą dogadać i nie
                  kochamy się tak mocno, jak powinni sie kochac mąż i żona. W związku
                  z tym postanowiliśmy, że nie będziemy już mężem i żoną, ale mamą i
                  tatą będziemy zawsze, że tata będzie przyjeżdżał tak jak zwykle,
                  kiedy tylko będzie mógł i ze niezmiennie, najbardziej na świecie,
                  kochamy oboje własnie ją.
                  Tak nam poradziła powiedzieć psycholog, więc tak zrobiliśmy. Co
                  prawda oboje się przy tej rozmowie mocno posypalismy emocjonalnie, z
                  czego nie jestem dumna uncertain
                  Młodej reakcja nas przeraziła i martwi do tej pory. Wysłuchała nas
                  po czym zapytała, czy może iść do łazienki. Poszła i tam usiadła na
                  podłodze z kotem w objęciach. Kiedy po nią przyszliśmy zażądała nie
                  rozmawiania na ten temat.
                  Co jakiś czas próbuję delikatnie temat poruszać, jak się udaje, to
                  rozmawiamy, jak nie chce, nie naciskam. Obserwuję ją, wydaje się
                  taka sama jak zawsze, ale wiem, że muszę być czujna i ja i
                  wychowawczyni. Młoda chodzi do klasy integracyjnej i poza wychowawcą
                  mają tam nauczyciela wspomagającego, który jest psychologiem.
                  Zamierzam z nim porozmawiać i troszkę go uczulić na jej ew.
                  zachowania.
                  To jest tak strasznie trudne...

                  > Nie, no ale tak mi przyszło do głowy, skoro tak nagle i
                  intensywnie zaczęłaś
                  > nawiązywać nowe znajomości , to córka mogła być zdziwiona
                  radykalną zmianą
                  > zachowania mamy,- nie wiem, że częsciej wychodzisz np wieczorami,
                  że z kimś ją
                  > zostawiasz samą itp... bo dzieci to raczej takie rzeczy wyczuwaja,
                  tak mi się
                  > wydaje.

                  Pewnie masz rację, ale to nie jest tak, że ja siedziałam dotychczas
                  w domu i nagle zaczęłam wychdzić. Wychodziłam już wcześniej,
                  spotykałam się ze znajomymi, koleżankami. Mała wtedy zostaje z moją
                  mamą i to nie jest dla niej jakas nowość, naprawdę. A teraz, kiedy
                  będzie przyjeżdżał tata, tym bardziej chcę ich zostawiać samych, po
                  piersze po to, żeby mogli ze sobą pobyć, po drugie dlatego, że źle
                  się czuję, jak tak siedzimy we trójkę i udajemy, że wszystko jest
                  jak dawniej. Nie jest i dziecko też to wie, więc po co się męczyć.

                  • young-and-bored Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 15:48
                    Nie przejmuj się, Twoje zachowanie nie odbiega moim zdaniem od normy.
                    Normalne matki wymykają się na randki w taki sposób, żeby
                    dziecko tego nie odczuło. Dzwonią do dziecka w trakcie spotkanka,
                    albo dziecko dzwoni do nich. Nie dość że ciężko się z nimi umówić,
                    to i tak ciągle myślą o dzieciaku smile
                    • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 18:48
                      young-and-bored napisał:

                      > Nie przejmuj się, Twoje zachowanie nie odbiega moim zdaniem od normy.

                      Nie masz pojęcia jak potrzebowałam takich słów. Dziękuję.

                      > Normalne matki wymykają się na randki w taki sposób, żeby
                      > dziecko tego nie odczuło. Dzwonią do dziecka w trakcie spotkanka,
                      > albo dziecko dzwoni do nich. Nie dość że ciężko się z nimi umówić,
                      > to i tak ciągle myślą o dzieciaku smile

                      Sama prawda, tak to właśnie wygląda.
                      • young-and-bored Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 22:19
                        olusimama napisała:

                        > young-and-bored napisał:
                        >
                        > > Nie przejmuj się, Twoje zachowanie nie odbiega moim zdaniem od
                        normy.
                        >
                        > Nie masz pojęcia jak potrzebowałam takich słów. Dziękuję.


                        Wobec tego może dodam jeszcze, że mnóstwo kobiet w wyniku przejść
                        reaguje w ten sposób, dlatego twierdzę, że jest to naturalne.
                        W tajemnicy przed swoim otoczeniem, za pośrednictwem
                        specjalizowanych serwisów randkowych lub biur matrymonialno-
                        zapoznawczych szukają nie związków, tylko tak naprawdę chyba -
                        zachwianego poczucia własnej kobiecości, w dyskretnych spotkaniach i
                        rozmowach, które są celem samym w sobie.
                        Sztuka polega tu tylko na tym, żeby nie szukać w rynsztoku.
                        Ostatnio spotkałem się parę razy z psycholożką, która przez 4 lata
                        po rozwodzie zupełnie się z nikim nie umawiała aż w końcu doszła do
                        wniosku, że straciła te 4 lata. Ty nie zablokowałaś się ani na
                        moment, emocjonalnie idziesz do przodu. Aż któregoś dnia zrozumiesz
                        czego chcesz i czego szukasz.
                        • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 11.03.09, 08:26
                          young-and-bored napisał:


                          > szukają nie związków, tylko tak naprawdę chyba -
                          > zachwianego poczucia własnej kobiecości, w dyskretnych spotkaniach
                          i
                          > rozmowach, które są celem samym w sobie.

                          o widzisz, to chyba właśnie o to chodzi. Byłam długie lata kochana
                          nie za coś, a _mimo_ czegoś. Miałam poczucie pełnej akceptacji i
                          pewności, że to się nie zmieni, chyba, że ja to zmienię. Aż tu
                          nagle...
                          Nigdy nie miałam jakiegoś wybujałego poczucia własnej wartości, od
                          byle czego ono się chwało. No i zdrada i odejście męża, jedynego
                          stałego punktu w moim dotychczasowym zyciu mocno tym poczuciem znów
                          zatrzęsło. To szukam potwierdzenia, że jednak jestem coś warta. Jako
                          kobieta, jako człowiek.

                          > Sztuka polega tu tylko na tym, żeby nie szukać w rynsztoku.

                          Myślę, że to mi nie grozi smile

                          > Ty nie zablokowałaś się ani na
                          > moment, emocjonalnie idziesz do przodu. Aż któregoś dnia
                          zrozumiesz
                          > czego chcesz i czego szukasz.

                          Obyś miał rację. I oby ten "któryś dzień" nastąpił szybko...


                          Dziękuję.
                  • mariefurie Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 17:16
                    To się cieszę, że juz nie masz dylematów jak powiedziec to dziecku, i dlaczego
                    sie czujesz jak sie czujesz, mimo ze sama dążyłaś do rozstania z mężem.
                    Jest to, jak sądzę, objaw zdrowia i siły wewnętrznej, i w tym momencie wiesz
                    już, w jaki sposób, jak i którędy pokierować swoim życiem.
                    Życzę powodzenia.
                    • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 10.03.09, 18:51
                      mariefurie napisała:

                      > To się cieszę, że juz nie masz dylematów jak powiedziec to dziecku, i dlaczego
                      > sie czujesz jak sie czujesz, mimo ze sama dążyłaś do rozstania z mężem.

                      Dylematy to ja wciąż mam, zresztą mam wrażenie, że nie tylko ja, mąż się też
                      miota. Ale cóż, oboje powiedzieliśmy już A, teraz trzeba powiedzieć B i
                      przelecieć resztę alfabetu. Pilnując, żeby mała nie ucierpiała na tym za bardzo.

                      > Jest to, jak sądzę, objaw zdrowia i siły wewnętrznej, i w tym momencie wiesz
                      > już, w jaki sposób, jak i którędy pokierować swoim życiem.

                      Nie, wcale tego jeszcze nie wiem wink Ale wiem, że czas to najważniejsze czego
                      potrzebuję. Nic na siłę, nic w biegu...

                      > Życzę powodzenia.

                      Dziękuję
                      • zuzka712 Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 11.03.09, 09:36
                        Rozmawiaj z córką jak najczęściej, ale delikatnie. Szanuj jej prawo
                        do "nie rozmawiania". Ale wyraźnie to powiedz - MASZ PRAWO, tylko
                        pamiętaj, że zawsze możesz ze mną pogadać.
                        Poza tym powtarzaj jej, że rozumiesz co ona czuje, że ma prawo
                        przeżywać wasze rozstanie, że to dla KAŻDEGO dziecka byłaby trudna
                        sytuacja i że to NORMALNE co czuje. Ona może też być zaskoczona
                        swoimi uczuciami i martwić się czy jest normalna...
                        Moim dzieciom bardzo to pomogło. Musiałam powtórzyć to kilka razy,
                        wreszcie mała się rozryczała i wyrzuciła z siebie czego się boi.
                        Wystarczy wtedy być, przytulić, powiedzieć, że to normalne i że
                        minie. Że wszystko będzie dobrze. Kiedyś, jak już WSZYSCY się
                        uporacie .
                        A poza tym, bardzo się cieszę, że idziesz do przodu. Nic tak dobrze
                        nie wpływa na dziecko jak szczęśliwa matka smile
                        A zdradź mi tajemnicę skąd masz tylu wolnych facetów do umawiania
                        się! No chyba, że masz 22 lata i studiujesz smile smile smile
                        • olusimama Re: witajcie i powiedzcie, że nie jestem nienorma 11.03.09, 14:23
                          zuzka712 napisała:

                          > Rozmawiaj z córką jak najczęściej, ale delikatnie. Szanuj jej
                          prawo
                          > do "nie rozmawiania". Ale wyraźnie to powiedz - MASZ PRAWO, tylko
                          > pamiętaj, że zawsze możesz ze mną pogadać.
                          > Poza tym powtarzaj jej, że rozumiesz co ona czuje, że ma prawo
                          > przeżywać wasze rozstanie, że to dla KAŻDEGO dziecka byłaby trudna
                          > sytuacja i że to NORMALNE co czuje. Ona może też być zaskoczona
                          > swoimi uczuciami i martwić się czy jest normalna...
                          > Moim dzieciom bardzo to pomogło. Musiałam powtórzyć to kilka razy,
                          > wreszcie mała się rozryczała i wyrzuciła z siebie czego się boi.

                          Dziękuję, tak zrobię.

                          > A zdradź mi tajemnicę skąd masz tylu wolnych facetów do umawiania
                          > się! No chyba, że masz 22 lata i studiujesz smile smile smile

                          No cóż, randkowe serwisy są pełne ludzi. Trzeba odsiewać, bardzo
                          odsiewać wink i dzielić przez 4 wszysycko co mówia wink ale na takie
                          niezobowiązujące, pojedyncze spotkania jak znalazł.
                          A jesli mam kiedys spotkac kogoś wyjątkowego, to pewnie spotkam.
                          Choćby w autobusie, nie? wink


Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka