olusimama
21.02.09, 10:38
Witajcie,
dostałam namiary na to forum od jednej cudownej, pomocnej osoby, która potrafi
przez internet tak człowieka do pionu postawić, że aż nieprawdopodobne. Dziękuję!
Moja historia jest dziwna. Jestem żoną od prawie 10 lat i od mniej więcej
tylu samo wcale nie chciałam nią być. Zawsze uważałam nasze małżeństwo za
błąd, każde z nas z osobna to całkiem fajny człowiek, jako para - porażka.
Różnie się działo, rozstania i powroty, mamy świetne dziecko, kochamy je
bardzo. Wiele razy wracał temat rozstania na amen, mąż nigdy nie chciał się na
to zgodzić, bo jest dziecko, bo mnie kocha, bo tak. Ok, pchałam z nim ten
wózek, choć nie było fanie. Bez uczucia z mojej strony, bez seksu praktycznie
(też z mojej), z wiecznym żalem o to wszystko z jego. Bywały lepsze okresy,
ale generalnie porażka i już. Do tego mieszkaliśmy w innym mieście niż ja
wcześniej i bardzo źle się tam czułam, chciałam wracać do siebie ale nie
mogliśmy, bo praca męża na to nie pozwalała.
No i tak żyłam, w poczuciu porażki, własnych błędów i niemocy. A i jemu było
ciężko, bo tylko czekał, kiedy odejdę...
Wiele razy myślałam, że byłoby najlepiej, gdyby on kogoś poznał, zaangażował
się i postanowił rozwiązać to małżeństwo. Wtedy ja bym nie miała wyrzutów, że
go krzywdzę a on byłby szczęśliwy, a nie przegrany.
W ubiegłym roku nie wytrzymałam i wyprowadziłam się z córką do rodzinnego
miasta. Zmieniłam pracę na lepszą, odżyłam. I zaczęłam widzieć światełko w
tunelu, że jak tylko jemu się uda z pracą do nas dołączyć, wszystko jakoś
poukładamy i może być dobrze. Nie miałam już takiego permanentnego doła i w
ogóle wydawało mi się, że będzie ok.
a 4 miesiące później mąż poinformował mnie, że od kilku tygodni spotyka się z
kimś, że jest zakochany i czuje wiarę w przyszłość w końcu. W związku z tym
powinniśmy się rozwieźć, szybko i bezboleśnie. W pierwszym odruchu
zareagowałam zgodnie z myślami wieloletnimi - ulga, życzenia szczęścia,
gratulacje i ustalenia co i jak z rozwodem, pozwem, opieką itd.
A po 3-4 dniach jak mnie trachnęło tak do tej pory pozbierać się nie mogę.
Płaczę, wściekam się, dostaję szału na myśl o tej jego dziewczynie, mam ochotę
rzucać przedmiotami. W momentach racjonalnego myślenia wiem, że to co się
dzieje, jest najlepsze dla nas wszystkich, bo otwiera każdemu z nas
perspektywy wyjścia z wieloletniego marazmu i to bez żalu do drugiej strony.
Ale tych momentów jest niewiele, większość czasu mam takie huśtawki i doły, że
naprawdę sobie nie radzę. Byłam u psychologa, zaczęłam terapię, bo
najprawdopodobniej zwyczajnie nie umiem stworzyć zdrowego związku i dla
własnej przyszłości powinnam nad tym popracować.
Ale do Was piszę głównie po wsparcie. Wiem, że rozwód, każdy, jest traumą, ale
czemu akurat ja tak przeżywam to, o czym przecież marzyłam? Męczę się sama ze
sobą, mąż męczy się przeze mnie, bo go nie oszczędzam, ciągle mu robię uwagi,
że zdradził, że ważniejsza dla niego lalunia niż rodzina (a przecież wiem, że
to nie jest tak, że gdyby między nami było inaczej on by na inną kobietę nie
spojrzał nawet)
Jesteśmy w trakcie redagowania pozwu i odpowiedzi na niego, mnie zależy, żeby
znalazła się w uzasadnieniu informacja o jego związku, on się buntuje (podobno
za radą jakiegoś prawnika) przez to się czasem kłócimy, po 5 minutach godzimy
i rozmawiamy spokojnie. Jak przyjeżdża do dziecka (a raz w miesiącu jest cały
tydzień, plus jakiś weekend) to zatrzymuje się u mnie i spędzamy ze sobą
popołudnia i wieczory mieląc te same tematy w kółko.
jestem tak zmęczona...