nangaparbat3
03.07.09, 13:28
Zainspirowala mnie wypowiedź Zmazura w watku Errora:
>>>To tak jakby zgłosiła się tutaj kobieta z problemem z przemocowcem
>>>i ja ciągle bym nawoływał do zrozumienia jej męża, jaki to on ma >>>problem
ze sobą i jak to życie zmusiło go do tego, żeby bił swoją >>>żonę.
I te słowa kieruje Zmazur do osob, ktore bronią zony Errora czy probuja
zobaczyc problem z jej punktu widzenia, wczuc sie w jej sytuację.
Zastanawiam się: czy nie mozna, kiedy jest źle, przeprowadzic rozstania nie
dowodzac, ze druga strona jest kanalią? Dlaczego tworzą sie - przeciez częste,
tez tu na forum - sytuacje, w ktorych dwoje ludzi nie moze sie od siebie
oderwac, a trzyma ich tylko razem nienawisc i pragnienie dowiedzenia wlasnych
racji? Nie rozstaja sie naprawdę - choc czasem rozwodzą - bo nie mogą opuscic
pola walki poki nie wdepcza w ziemie przeciwnika.
Czy my naprawde musimy traktowac kazdy konflikt zero-jedynkowo? jedna strona
musi miec calkowitą racje, druga okazac sie, jak ktos napisal o zonie Errora -
"złą kobietą"? A czy "złe kobiety" (i "źli mężczyźni") nie maja uczuc? Nie
boja sie, nie cierpią?