Witam.
Podziwiam Was - serio - za umiejętności afirmacji, oczyszczania się
itp., za siłę wiary, która Wam pomaga nastawiać się na to co
pozytywne. No i za konsekwencję

Ja próbuję wygrzebać się ze swoich bagienek, niedawno np odkryłam
coś z czego nie zdawałam sobie sprawy - a myślałam że moja
wyobraźnia jest uboga - w każdej niemal chwili, albo baardzo często
wyobrażam sobie tysiące najgorszych możliwych wydarzeń. To jakby
dzieje się niemal automatycznie i często jest bardzo mało realne,
ale zazwyczaj są to b złe wydarzenia ciężkich kalibrów. Ponieważ
niedawno jakoś to wykryłam, zaczęłam starać się "odcinać" te myśli.
Chyba nawet właśnie wpadłam na to, co mogło na to wpłynąć /poza
innymi sprawami/ - w dzieciństwie miałam uczyć się w pokoju, gdzie
był telewizor - mój tata zasypiał przy 997, a ja patrzyłam na
zdjęcia z miejsc zbrodni itp.
Ostatnio staram się unikać smutnych filmów, bo jakoś się nimi
przejmuję, ale wszyscy wkoło mówią, że cierpienie jest dobre i
szlachetne, wręcz niejako jestem przymuszana, do współ-oglądania
tragedii. Problem w tym, że oni się jakoś nie przejmują - a ja mam z
tym problem.
Podobnie jest z "podejściem" życiowym - kiedy stwierdzam, że już nie
chcę dalej być nieszczęśliwą osobą, tłukącą głową w mur, nie chcę
doszukiwać się, że inni mają gorzej, tylko ja chcę mieć wreszcie
lepiej, oraz, że wkurzają mnie takie pseudopocieszenia "co Cię nie
zabije to wzmocni", "widocznie tak miało być" /czyli pełna
rezygnacja/, czy też pochwały na temat spalania się, starcia, bo
potem powstajemy jak Feniks. Moje protesty, są postrzegane
negatywnie, jako ucieczka i wygodnictwo, a wydaje mi się, że już
dosyć dużo "przeszłam" i na prawdę chcę żeby wreszcie było lepiej.
Możliwe, że - bo ja wiem - jeszcze nie umiem tego tak jak Wy, bo
sytuacja jest no..hm...wiecie jaka. Inni twierdzą, że to takie
piękne, ale ja zaczynam mieć dosyć, chociaż też jestem pewnie
wychowana na takich "zasadach".
Ostatnio dosyć energicznie wydobyłam się z doła i starałam się
czegoś - no powiedzmy dokonać - zaczęłam się dzielić moimi planami
ze znajomymi, przyjaciółmi - oni bardzo starali się "sprowadzić
mnie" na bardzo twardą ziemię. Z resztą zauważyłam, że to jakaś
reguła - odrobina energii, optymizmu i inni zalewają Cię mazią
swoich lęków, "wybijają" nadzieję, wskazują tylko to co może się nie
udać, zamiast poprzeć nawet w najbardziej "szalonym" planie. Nie
umiem sobie z tym radzić, było mi przykro. Przestałam kontaktować
się z - właściwie większością, ale ile można żyć w zupełym odcięciu
i samotności? Nie chcę tego.
To chyba jeden z problemów który wychodzi w tym przydługim liście -
moja podatność na to, co zewnętrzne - od filmów, po ludzi.
Czy poza afirmacją macie na to jakieś pomysły?