zo_e
12.08.09, 22:50
trochę żartobliwie, ale nie do końca. Jestem rozwiedziona od jakiegoś czasu. Co i raz odczuwam swoją "odmienność"..:
- alimenty, które otrzymuję nie stanowią dla banku oceniającego moją zdolność kredytową dochodu mojej rodziny. Ergo: mam dwoje dzieci i jedynie swoją pensję. Mój ex w analogicznej sytuacji nie ma dzieci a jedynie stały wydatek w wysokości orzeczonych alimentów;
- niezależnie od tego czy zaciągam pożyczkę "na dowód" czy kredyt hipoteczny na kilkaset tysięcy, muszę okazać mój wyrok rozwodowy; moim skromnym zdaniem winno wystarczyć oświadczenie na piśmie (rygor art. 297 kk) odnośnie stanu cywilnego i braku wspólności małżeńskiej. Jednak nie - i tak szerokie grono braci bankowej poznaje dane osobowe moje, exa, naszych dzieci oraz dowiaduje się, kto zawinił naszemu nieszczęściu;-(
- doszło do takiego absurdu, iż pani rejent, przed którą zawieraliśmy transakcję sprzedaży mojego i exa mieszkania zaanektowała oryginał wyroku rozwodowego (nota bene mój tytuł wykonawczy) i oświadczyła, iż nie jest on jej potrzebny do wglądu ale będzie złożony do zbioru dokumentów księgi wieczystej mieszkania, które sprzedaliśmy. Absurd do kwadratu. Muszę go teraz wydobyć z sądu, jednak brak sensu tej sytuacji zadziwia mnie dogłębnie.
To tyle przykładów tzw. urzędowej dyskryminacji, z którą zetknęłam się w ostatnich dniach. A wy?