kooreczka
19.08.10, 12:55
Skończyłam właśnie "Marię i Magdalenę" Samozwaniec. Książkę samą w sobie
polecam, ale to co mnie zaciekawiło to sposób w jaki komentowane są
wydarzenia. Lilka (Pawlikowska-Jasnorzewska) i Tatko to ideały. Cokolwiek
zrobią, należą im się pokłony. Tatko, zdradza ich matkę- to zasługuje na uwagę
tylko, jeśli zdradzony mąż wyzwał go na pojedynek i posłuchajcie, wszystko
wyszło na jaw w czasie podróży poślubnej z ich matką, no przezabawne, prawda?
Lilka to w moim odczuciu kawał manipulantki, egoistki i terrorystki- wg. jej
siostry biedactwo otoczone przez nierozumiejące jej geniuszu otoczenie.
Absolutnym mistrzostwem jest scena jej ślubu, kiedy jedna z sióstr pana
młodego płakała, twierdząc że są niedobrani i jej brat będzie nieszczęśliwy.
No jak ona śmiała, przecież to Lilka była biedna i poszkodowana. I ten
wstretny teść Magdy, który smiał nie utrzymywać dorosłego syna z żoną.
Czytając zawsze staram się brać poprawkę na czasy w których dzieło powstawało-
dlatego jestem w stanie czytać średniowieczne kroniki i nie walić głową o
biurko czytając o czynach "szlachetnych i chwalebnych", ale czasem mam
wrażenie, że Autor po prostu nie widzi co komentuje. Też czasem tak macie?
(Gabe ŚW. litościwie pominę milczeniem)