Dodaj do ulubionych

Śledzie w beczce

02.11.12, 19:59
Tak na kanwie Ogorzałków Boazeryjnych zaczęło mi się myśleć o sytuacji mieszkaniowej bohaterów Jeżycjady, tej w wersji Neo zwłaszcza. No i sami popatrzcie, bo mamy:

- Gumiany kołchoz na Roosevelta
- Mrowisko na Słowackiego
- Ogorzałki gnieżdżące się latami w boazerii u Dmuchawca
- Gniotących się jak śledzie w beczce Rojków, na poddaszu willi na Noskowskiego (sprawdziłam, w Sprężynie wprost mowa o tym, że Rojki tam mieszkają)
- Oraz na deser młode małżeństwo Maszpanów, udeptane w szalecie tak ciasnym, że nawet stół jadalny musi być składany.

Skąd, u licha, u autorki taki zapał do upychania bohaterów, pozytywnych zwłaszcza, w ciasnych mieszkankach, całymi, wieloosobowymi rodzinami? Jeszcze jako rozwiązanie tymczasowe można by to zrozumieć, ale oni w tej ciasnocie marynują się z upodobaniem latami. Mamy prosperującego przedsiębiorcę Rojka, zdolnego architekta Ogorzałkę, udziałowca w plantacji i polonistę w jednym Witalisa, teoretycznie dysponujących możliwościami, aby zapewnić rodzinie lokal o sensownych rozmiarach. Dodatkowo Ogorzałka miał do dyspozycji lokal w suterenie, ten, w którym mieszkał wcześniej z bratem, a zamiast tego wybrał boazerię u Dmuchawca. A Maszpan, wprowadzając wybrankę do szaletu, dobrego może na start dla dwojga, ale już przy pierwszym dziecku nieuchronnie nastręczającego problemów, szepcze jej do uszka androny o nym jak to będą w tej beczce śledziowej szczęśliwi przez wiele lat. Gdzie tu sens, gdzie logika?
Obserwuj wątek
    • kai_30 Re: Śledzie w beczce 02.11.12, 21:12
      To są realia poprzedniej epoki, zdaje się. MM najwyraźniej nie zauważyła, że rodziny wielopokoleniowe mieszkające pod jednym dachem są obecnie rzadkością, a jeśli już młode małżeństwo mieszka z rodzicami, to wyłącznie z przyczyn ekonomicznych (brak kasy na wynajem, albo częściej: chęć odłożenia na własne, co przy wynajmie może być trudne).

      W poprzedniej epoce właściwie nie istniało tez zjawisko swobodnego wynajmu mieszkań - przy braku własnego lokum pomieszkiwało się kątem u kogoś, korzystało z czyjejś uprzejmości. W takich realiach rzeczywiście lepszy byl najmniejszy i najciaśniejszy własny szalecik z materiałów rozbiórkowych uklecony, a pokój w domu rodzinnym był przecież lepszy niż pokój u obcych.
    • klawiatura_zablokowana Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 01:24
      Bo to wytwarza ciepełko. I dzielność. Samodzielnie, w sensie bez rodziców i rodzeństwa, mieszkają lodowate emocjonalnie nieudane małżeństwa (Jedwabińscy, Majchrzakowie, Schoppe), rozwodnicy (Józefina Bitner), stare panny (ciotka Lila, Alma Pyziak), sieroty lub półsieroty rzucone w okrutny świat (Pyziak, Hajduk, Aniela), względnie wdowcy (Robrojek). PRAWDZIWE rodziny trzymają się razem.
      • bupu Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 01:29
        klawiatura_zablokowana napisała:

        > Bo to wytwarza ciepełko. I dzielność. Samodzielnie, w sensie bez rodziców i rod
        > zeństwa, mieszkają lodowate emocjonalnie nieudane małżeństwa (Jedwabińscy, Majc
        > hrzakowie, Schoppe), rozwodnicy (Józefina Bitner), stare panny (ciotka Lila, Al
        > ma Pyziak), sieroty lub półsieroty rzucone w okrutny świat (Pyziak, Hajduk, Ani
        > ela), względnie wdowcy (Robrojek). PRAWDZIWE rodziny trzymają się razem.

        A to nie mogą się trzymać, wśród oparów dzielnego ciepełka, na ciut większym metrażu? Czy też ilość metrów kwadratowych na głowę mieszkańca jest wprost proporcjonalna do stopnia zdorobkiewiczenia rodziny?
        • figala Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 09:26
          bupu napisała:

          Czy też ilość metrów kwadratowych na głowę mieszkańca jest wprost propor
          > cjonalna do stopnia zdorobkiewiczenia rodziny?

          Kupić/wynająć mieszkanie zamiast Plutarcha!? No wiesz! Może jeszcze i zmywarkę?
          A gdzie szlachetne ubóstwo i minimalizm?
          • kai_30 Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 09:44
            Mówię Wam, że jej po prostu nie przychodzi do głowy, że teraz nie trzeba latami czekać na przydział ze spółdzielni, że to wyłącznie kwestia kasy - masz forsę, idziesz i kupujesz, nieomal jak bułki. No dobra - jak zmywarkę.

            Podobny lapsus wymknął się Chmielewskiej, u której główna bohaterka (powieść dziejąca się współcześnie niby) tłumaczy się, że nie może mężowi po rozwodzie zostawić mieszkania, które dostała w spadku po babci, bo ma w nim przydział na pracownię (!). Absurd zwyczajny, no. Obie panie odruchowo i bezmyślnie, jak myślą o ludziach młodych, osadzają ich w rzeczywistości właściwej swojej własnej młodości. MM jeszcze zauważa niektóre niuanse, ale nie da się ukryć, że już nie jest bystrą obserwatorką tego, co się wokół współczesnej młodzieży dzieje. Albo inaczej - obserwuje, ale z pozycji niechętnej starszej pani, za której czasów inaczej bywało.

            • figala Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 12:28
              MM się zafiksowała na etapie gdy młodemu małżeństwu wystarcza "łóżko, szuba i stół" - coś takiego pada w Kalamburce. Tyle, że dotyczy to Mili i Ignaca i ich pierwszego gniazdka, pokolenia powojennego (i to ich "nam już więcej nie trzeba" całkowicie do mnie przemawia).
              MM "urealnia" swoje powieści sprawdzając pogodę czy opisując takie bzdury dzwonki telefonu nokia (zabijcie, ale nie jestem w stanie odśpiewać melodyjki z mojego telefonu, a używam tego samego od 4 lat).
              Ok. Przyjmę, że JEDNA rodzina to taki kołchoz. Taki wyjątek. Coś niespotykanego. Ale tam każdy siedzi sobie na głowie i co gorsze nie ma najmniejszych planów żeby to zmienić (odkładamy kasę na coś swojego, sytuacja przejściowa, spięcia w kolejkach do łazienki, czy potrzeba chociaż chwilę pobyć SAMEMU).
              Chociaż jeszcze u Żaków - płacząca Cesia robi przegląd pomieszczeń gdzie by się tu ukryć, Żaczek siedzi w słuchawkach żeby się na chwilę odciąć, dziadek zajmuje Żaczkowi łazienkę tuż przed nosem, budzik trzeba nastawiać żeby się wykąpać:).
              Potem już wszyscy są zadowoleni i nikt nie pragnie odrobiny nawet prywatności. Moja nadzieja, czyli Ida (zwłaszcza po przeżyciach w noc poślubną), po prostu siedzi w piwnicy.
            • klawiatura_zablokowana Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 15:56
              > Mówię Wam, że jej po prostu nie przychodzi do głowy, że teraz nie trzeba latami
              > czekać na przydział ze spółdzielni, że to wyłącznie kwestia kasy - masz forsę,
              > idziesz i kupujesz, nieomal jak bułki. No dobra - jak zmywarkę.

              Też mam to podejrzenie. Tym bardziej, że praktycznie wszyscy opisywani dorośli bohaterowie (no, może poza Żeromskimi) to ludzie ze stałymi etatami - aż dziw bierze. Gaba i Grzegorz - pracownicy naukowi po habilitacji są praktycznie niezwalnialni, mają stały dochód i to niemały, żyrantów wokół jak mrówków, po prostu wymarzeni kredytobiorcy. Ida i Marek, para lekarzy z etatami plus dorabianiem - to samo. Okej, Robrojek to przedsiębiorca, więc dla banku trochę trudniej, ale już Nutria ma państwową posadę! Doskonałe warunki zawodowe do usamodzielnienia się ma także Jurek Hajduk, dyrektor szkoły, bo rozumiem, że artystyczne małżeństwo Julii i Tola może być podobnie niestabilne jako Aniela i Bernard - jest kasa jak jest zlecenie.
              Swoją drogą, przez opisywanie młodych ludzi mieszkających z rodzicami, MM być może skutecznie omija cały problem bezrobocia, stałych dochodów, walki o etat, trudności godzenia ciąż i porodów z pracą zawodową? Bo realia życia młodych małżeństw, mieszkających w wynajętych mieszkankach, zarabiających na umowach śmieciowych, są jej kompletnie nieznane? Nikt w Jeżycjadzie nie pracuje też w korporacjach, nie musi dorabiać ani rezygnować z żadnych ambicji na rzecz przetrwania. Laura chce śpiewać - niech śpiewa, nikt się nie martwi tym, czy z tego wyżyje. Pyza de facto nie ma żadnego zawodu - cóż to szkodzi, troskliwej matki to nie kłopocze, co by było, gdyby Frycek odszedł albo nagle zachorował czy umarł, a jej córka by została z dwójką dzieci bez pracy i szans na znalezienie takowej. W razie czego wszystkich się przygarnie na Roosevelta, choćby mieli być układani warstwowo.

              Ja wiem, że to pięknie pisać, jak to najważniejsze są sprawy ducha, ale realia tak nie wyglądają. Mało kto może mieszkać z rodzicami 30 lat po ślubie z małżonkiem i dorosłymi dziećmi. Patologia z bloków jak dorasta dostaje kopa z gniazda i musi rozwijać skrzydełka. Czasem nawet za cenę pracy w McDonaldzie czy fabryce śrubek. I miłość rodzicielska nie ma tu czasem nic do rzeczy.
              • dakota77 Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 17:08
                Musze sie w pelni zgodzic z tym, co piszesz:)
              • paszczakowna1 Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 18:30
                >Gaba i Grzegorz - pracownicy naukowi po habilitacji są praktycznie niezw
                > alnialni, mają stały dochód i to niemały,

                Nie wiem jak definiujesz "niemały", ale pracownik naukowy po habilitacji może mówić o szczęściu, jeśli na rękę dostaje 3 tys zł. (Owszem, może zarabiać i dużo więcej, ale nie sądzę, by akurat to był ten przypadek - chyba że Grzegorz, o którego pracy kompletnie nic nie wiemy.) Biorąc pod uwagę, że przez lata utrzymywali trójkę dzieci (w porywach do czterech - zakładam, że na znikniętą Elkę Grzegorz coś jednak łożył), to nie są sumy pozwalające na beztroskie branie kredytu mieszkaniowego. Owszem, rzecz wykonywalna (zwłaszcza zakładając pomoc rodziców), ale kosztem dużych wyrzeczeń. Ich mogę przełknąć. Reszty, a już osobliwie Pałysów i Rojków - nie bardzo.
                • andaba Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 18:38
                  Nie no, Pałysowie też są prawdopodobni.
                  Nie gniotą się z rodzicami, ale mają osobne mieszkanie, ciasne, ale własne, z którego bliskość do mieszkania rodziców, opiekujących się dziećmi na zawołanie, jest potężnym atutem.

                  Kto bawiłby dzieci, gdyby przenieśli się do willi na peryferiach?
                  Dziecko małe wprawdzie tylko jedno, ale i nastolatkom milej, gdy nie muszą sobie codziennie gotować.

                  • dakota77 Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 19:00
                    Jest intytucja gosposi i opiekunki do dzieci, a bywaja nawet-uwaga, bedzie szolujaco!- zapracowane lekarki, ktore potrafia cos po pracy ugotowac, chocby na kilka dni. Owszem, dla Idy wygodniej jest mieszkac w tym samym budynku co rodzice, ale dla mnie to jest jakas taka nieumiejetnosc odciecia pepowiny.
                    • dakota77 Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 19:17
                      Przypadek, w ktorym moge sobie wyobrazic, ze Palysow nie stac na kredyt mieszkaniowy jest nastepujacy: w koncu MM kazala Markowi, kiedys neurologowi, zostac ni stac ni zowad neurochirurgiem. No i biedny Mareczek rzucil swoja posade, poszedl na specjalizacje za 1200 zlotych, zacharowuje sie, zeby dorownac mlodszym, a rodzina ledwie zyje finansowo;-P

                      Wtopy z neurochirurgiem nigdy MM nie daruje, no coz;-P
                      • klawiatura_zablokowana Re: Śledzie w beczce 04.11.12, 20:23
                        Może z tym neurochirurgiem to jak z tym rzekomym filodendronem, co go Ignac uparcie nazywał rododendronem? :D
                  • paszczakowna1 Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 19:41
                    > Nie gniotą się z rodzicami, ale mają osobne mieszkanie, ciasne, ale własne, z k
                    > tórego bliskość do mieszkania rodziców, opiekujących się dziećmi na zawołanie,
                    > jest potężnym atutem.

                    No ale nikt im się nie każe wyprowadzać do czorta na kuliczki. Między willą na przedmieściu a suteryną pod rodzicami są jeszcze liczne możliwości pośrednie. Zakładam, że na Jeżycach czasem można kupić jakieś mieszkanie? Na takie z drugiej ręki też można kredyt wziąć.
                    • andaba Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 19:53
                      Znam, nawet dość dobrze dziewuchę (o ile o osobie w moim wieku można powiedzieć "dziewucha"), która gnieździ się z mężem i trójką dzieci w trzypokojowym mieszkanku w bloku, mimo że ma mieszkanie o identycznym metrażu w sąsiednim bloku. To swoje wynajmuje, albo nie wynajmuje, jak ja lokator w balona zrobi i ucieknie przed zapłaceniem rachunków, ale mieszka z mamunią, bo gdzie jej będzie tak dobrze jak tu - gotować nie musi, mamusia dziećmi się zajmie, osobne lokum nie dawałoby takiego luksusu, a ona rączki do roboty ma lewe...
                      • dakota77 Re: Śledzie w beczce 03.11.12, 19:57
                        O rany, dla mnie niepojete.... Byc doroslym, a dobrowolnie wracac do roli dziecka swoich rodzicow, zamiast pani we wlasnym domu- brr.
                • klawiatura_zablokowana Re: Śledzie w beczce 04.11.12, 12:13
                  3 tys. zł na rękę? Tyle zarabia raczej młody doktor, bez dodatków funkcyjnych, bez projektów i dodatków i to w biedniejszym mieście niż Poznań. Okej, Gaba kisi się na filologii klasycznej, ja wiem, jak wygląda gotowość naukowców jej wieku do pisania i realizacji grantów, szczególnie na humanie. Natomiast Grzesiu-informatyk? Skoro wiecznie pracuje, to jak rozumiem jest dosyć płodny naukowo, a to stwarza świetne warunki do bycia beneficjentem projektów, choćby i jako wykonawca cudzych. A to już są konkretniejsze pieniądze.
                  • yvi1 Re: Śledzie w beczce 04.11.12, 13:09
                    A pozatym Gaba i Grzes przeciez czynszu nie placa,co najwyzej sie dokladaja.I gotowanie gara zupy dla kolchozu to taniej niz gotowanie i zakupy dla tylko swojej rodziny.Grzes tez przeciez gdzies po drodze sobie posade zmienil.
                    Takze jak zwykle te realia mocno kuleja.Jest pozatym i Natalia ,ktore tez zarabia,renta Ignacego i oszolamiajace zarobki Kalamburki.Dlatego bieda tam na pewno nie piszczy,tym bardziej,ze zadnych wiekszych remontow itd nie robia.
                    Z drugiej strony sobie laptopy,elektryczne lozka i po pare egzemplarzy jednej ksiazki fuduja,wiec kto wie?
                  • paszczakowna1 Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 00:05
                    > 3 tys. zł na rękę? Tyle zarabia raczej młody doktor, bez dodatków funkcyjnych,
                    > bez projektów i dodatków i to w biedniejszym mieście niż Poznań.

                    Masz mało przystające do rzeczywistości wyobrażenie o zarobkach naukowców. Zapewniam cię, że wiem doskonale, ile zarabia doktor habilitowany (w Warszawie na UW) i jest to rzeczone 3 tys. Owszem, granty mogą przynieść więcej (z tym że w humanistyce niewiele więcej), ale to nie jest dochód stały.

                    Może być i gorzej, o zarobkach historyków w instytutach naukowych może cię poinformować Verdana, a nie jest to wiadomość budująca.

                    Grzesiu, owszem, może zarabiać sporo więcej, ale o jego pracy i dochodach wiemy okrągłe zero. (Kiedyś pracował dużo, ale kiedy to było?)
                    • mama_kotula Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 11:55
                      paszczakowna1 napisała:
                      > Grzesiu, owszem, może zarabiać sporo więcej, ale o jego pracy i dochodach wiemy
                      > okrągłe zero. (Kiedyś pracował dużo, ale kiedy to było?)

                      Ja mam poczucie, że Grześ stałego etatu nie ma, tylko robi zlecenia. A tu może być 10 tysi miesięcznie albo całe zero miesięcznie.
                    • verdana Re: Śledzie w beczce 06.11.12, 19:12
                      OK, obecny zarobek profesora belwederskiego wynosi ok. 3600 brutto. Po ostatnich podwyżkach. Dr hab. bez profesury ma oczywiście mniej.
                • seidhee Re: Śledzie w beczce 08.11.12, 09:53
                  > Nie wiem jak definiujesz "niemały", ale pracownik naukowy po habilitacji może m
                  > ówić o szczęściu, jeśli na rękę dostaje 3 tys zł. (Owszem, może zarabiać i dużo
                  > więcej, ale nie sądzę, by akurat to był ten przypadek - chyba że Grzegorz, o k
                  > tórego pracy kompletnie nic nie wiemy.) Biorąc pod uwagę, że przez lata utrzymy
                  > wali trójkę dzieci (w porywach do czterech - zakładam, że na znikniętą Elkę Grz
                  > egorz coś jednak łożył), to nie są sumy pozwalające na beztroskie branie kredyt
                  > u mieszkaniowego.

                  No ale przez cały ten czas mieszkają z rodzicami, więc mają mniejsze wydatki, niż gdyby np. wynajmowali mieszkanie. Problem z nimi jest raczej taki, że nie chcą / nie widzą potrzeby, a nie - że nie mogą się wyprowadzić.
                • 4kika Re: Śledzie w beczce 08.11.12, 11:34
                  > Nie wiem jak definiujesz "niemały", ale pracownik naukowy po habilitacji może m
                  > ówić o szczęściu, jeśli na rękę dostaje 3 tys zł. (Owszem, może zarabiać i dużo
                  > więcej, ale nie sądzę, by akurat to był ten przypadek - chyba że Grzegorz, o k
                  > tórego pracy kompletnie nic nie wiemy.) Biorąc pod uwagę, że przez lata utrzymy
                  > wali trójkę dzieci (w porywach do czterech - zakładam, że na znikniętą Elkę Grz
                  > egorz coś jednak łożył), to nie są sumy pozwalające na beztroskie branie kredyt
                  > u mieszkaniowego. Owszem, rzecz wykonywalna (zwłaszcza zakładając pomoc rodzicó
                  > w), ale kosztem dużych wyrzeczeń. Ich mogę przełknąć. Reszty, a już osobliwie P
                  > ałysów i Rojków - nie bardzo.
                  No sory, sory! Naukowy po habilitacji publikuje również wyniki swych badań. Wprawdzie czasopisma recenzowane nie płacą honorariów (jednakowoż ja spotkałam się z jednym, które zapłaciło), to pupularno-naukowe i owszem i to wcale nie tak mało. A przecież bohaterowie MM są inteligentni, inteligentni oraz inteligentni to wieczorkami zamiast wpierniczać pierogasy powinni wziąć się za pisanie aby dorobić. I jeszcze coś: naukowy nie żyje jedynie z "biednej" pensji 3 na łapkę. Ma również porządny zastrzyk w postaci tzw. wczasów pod gruszą, w okolicach Gwiazdki dodatkowe kilka stówek na dzieciaczki oraz jeśli jest dobry w tym co robi (a bohaterowie MM to przecież debeściaki) to skapnie takiemu też i nagroda za osiągnięte wyniki w pracy. Czy to mało?!
                  • 4kika Re: Śledzie w beczce 08.11.12, 11:51
                    Jeszcze coś: z życia powiem, że aby wziąć kredyt(ale kredyt wzięty ładnych kilka lat temu) na mieszkanie (trzy pokoje) wystarczy aby tylko jeden z rodziców pracował na uczelni,a drugi miał dużo mniej niż średnia krajowa. No i do tego jest dwoje dzieci. Wyrzeczeń wielkich nie ma. Wystarczy dobrze pracować w pracy, przy czym zauważam, ze ta osoba z uczelni habilitowanym jeszcze nie jest, a co za tym idzie nie jest kierownikiem katedry. Już kiedyś rzuciło mi się w oczy zdanie z jednej z książek MM, że biedna (chyba) Gaba ma tak ciężko, bo musi żyć z uczelnianej pensji. Skoro MM uważa, że na uczelni jest tak źle, to czemu nie poszuka swej bohaterce innej roboty? tak z siódemkę na łapkę? zreszta po jej to, bo nowych ciuchów za to i tak sobie nie kupi, a o wyprowadzce z rodzinnego bagienka i tak nie będzie mowy. Nie wiem na jakim świecie żyje MM? Daje bohaterom rozwojowe, dobre prace, a do tego rozwoju wcale nie dopinguje. Jaki to przykład dla młodzieży? z każdej dobrej pracy można zrobić g... A czy nie może tych swoich uczonych powysyłać na konferencje? Kazać im publikować wspaniałe artykułu z IF? No, ale do tego trzeba mieć do powiedzenia coś więcej, niż to z jakim farszem żarło się pierogi lub jak bardzo ceni się rodzinne gniecenie na kilku metrach. Bohaterowie MM tkwią w jakimś kosmicznym marazmie, niemocy, niechciejstwie i marudzeniu o rodzinnych wartościach. Tylko dlaczego te rodzinne wartości nie maja przełożenia na wyniki w pracy? I to nie jest wina systemu, jak zapewne usiłuje zasugerować MM, to wina takiego właśnie .... brak słów... wychowania... chyba byle jakiego wychowania, ale ważne, że robią sobie pierogi. PS. Ja też w domu własnoręcznie robię pierogi, ale nie oczekuję, że mi za to szef da premię!
                    • 4kika Re: Śledzie w beczce 08.11.12, 11:57
                      Jeszcze coś: jeśli MM podczytuje to forum i wreszcie pchnie kogoś na konfernecję, to niech czasem nie zagalopuje się i znów z jakimiś pierogami nie wyjedzie. Bo na tego typu wyjazdach nie jest istotne co i ile się zeżarło tylko kto z czym wystąpił, a przerwy to nie głównie pożeranie, a czas na merytoryczne dyskusje.
                  • paszczakowna1 Re: Śledzie w beczce 08.11.12, 12:37
                    > No sory, sory! Naukowy po habilitacji publikuje również wyniki swych badań

                    Jako że:

                    >czasopisma recenzowane nie płacą honorariów

                    (a wręcz przeciwnie, często każą sobie płacić za publikację)

                    nie widzę związku.

                    > to pupularno-naukowe i owszem i to wcale nie tak m
                    > ało.

                    Z ciekawości: ile? Powiem szczerze, że wątpię w to "wcale nie tak mało", biorąc pod uwagę bardzo płytki rynek. W swoim czasie pisywałam, owszem, dla doktorantki to były przyzwoite pieniądze, ale a) dla doktorantki bez rodziny, b) wtedy rynek prasy papierowej wyglądał znacznie lepiej niż teraz. Jak ktoś zarobi artykułami popularno-naukowymi 500 zł miesięcznie, to może się cieszyć. Raczej i w to wątpię, chyba że trzepie się bujdy o kosmetykach dla prasy kolorowej.

                    > . Ma również porządny zastrzyk w postaci tzw. wczasów pod gruszą, w okolicach
                    > Gwiazdki dodatkowe kilka stówek na dzieciaczki

                    Bądźmy dorośli. Obrywy z funduszu socjalnego to jakieś 1500 zł rocznie, czyli 125 zł miesięcznie. Wiele nie zmienia.

                    >jeśli jest dobry w tym co r
                    > obi (a bohaterowie MM to przecież debeściaki) to skapnie takiemu też i nagroda
                    > za osiągnięte wyniki w pracy.

                    Nagrodę można dostać raz na kilka lat albo zgoła raz w życiu (taką lepszą), albo są to groszowe sprawy.

                    Z czego naprawdę naukowcy (ci, którzy dobrze zarabiają) żyją, to z grantów (ale to nie humaniści) i wyjazdów zagranicznych. Nie widzę tego u Strybów.
                    • 4kika Re: Śledzie w beczce 08.11.12, 12:54

                      >
                      > > to pupularno-naukowe i owszem i to wcale nie tak m
                      > > ało.
                      >> Bądźmy dorośli. Obrywy z funduszu socjalnego to jakieś 1500 zł rocznie,
                      > czyli 125 zł miesięcznie. Wiele nie zmienia.
                      > NIE PRAWDA. OBRYW Z FUNDUSZU SOCJALNEGO JEST WYRAŹNIE WIĘSZKY

                      >
                      > Nagrodę można dostać raz na kilka lat albo zgoła raz w życiu (taką lepszą), alb
                      > o są to groszowe sprawy.
                      >

                      NAGRODA NIE JEST SPRAWĄ GROSZOWĄ I JEST CO ROKU

                      > Z czego naprawdę naukowcy (ci, którzy dobrze zarabiają) żyją, to z grantów (ale
                      > to nie humaniści) i wyjazdów zagranicznych. Nie widzę tego u Strybów.
                      ZARĘCZAM, ŻE NIE MAJĄC HONORARIÓW Z GRANTÓW ORAZ ZAGRANICZNYCH WYJAZDÓW Z UCZELNIANEJ PENSJI ŻYJE SIĘ DOBRZE I TU PODKREŚLAM, ŻE NIE JEMY KAŻDEGO DNIA WYPRODUKOWANYCH PRZEZE MNIE PIEROGÓW A I BUŁA Z PASZTETÓWĄ TEZ NIE KRÓLUJE, BA JEJ NIE MA. A poza tym takie 500 zł za artykuł pop-nauk to jest połowa raty za kredyt , mało?
                      • kai_30 Re: Śledzie w beczce 08.11.12, 18:24
                        Ależ przestańcie się kłócić o stawki, bo to naprawdę zależy od uczelni. Ustawa określa jedynie minimum, nie ma już "widełek". 3600 brutto dla dr hab to jest właśnie to minimum, nie wierzę, żeby tak było wszędzie - ba, wiem, że tak nie jest. Na znanej mi uczelni taką stawkę mają doktorzy - to jest wynagrodzenie zasadnicze, nie licząc dodatku za staż pracy (Gaba już z 20 lat stażu będzie miała, nie? Czyli +20%). I o ile Gaba może rzeczywiście ogranicza się do "gołego" etatu, o tyle Grześ? Nie wierzę. Ponadto - nie znam nauczycieli akademickich pracujących na jednym tylko etacie (być może tacy są, nie przeczę, ale wtedy są chyba wybitnie płodni naukowo i kasa z grantów, publikacji, recenzji itp płynie?)

                        Natomiast co do socjalu, to znów w znanych mi przypadkach jest on znacząco wyższy - nieomal dodatkowa pensja roczna (przy trójce dzieci, jak u Strybów, jak nie ma dzieci, to i dodatki mniejsze, wiadomo). Nie wiem, jak na UAM-ie, ale raczej nie mniej, bo fundusz socjalny jest jakoś tam określony ustawą. No i trzynastki, czyli kolejna pensja rocznie. Naprawdę, szału może nie ma, ale i biedy się nie klepie, a jak komuś mało, to w takim mieście jak Poznań jest masa możliwości dorobienia do skromnej pensyjki uniwersyteckiej. Nie mówiąc już o tym, że wtedy się raczej na podwójne albo i potrójne egzemplarze nowości książkowych nie wydaje.

                        • paszczakowna1 Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 22:47
                          >Ustawa
                          > określa jedynie minimum, nie ma już "widełek". 3600 brutto dla dr hab to jest w
                          > łaśnie to minimum, nie wierzę, żeby tak było wszędzie - ba, wiem, że tak nie je
                          > st.

                          No i słusznie wiesz, bo minimum dla dr hab to nie 3600 zł, tylko około 3000 zł. 3800 zł to minimum dla profesora zwyczajnego.

                          > Natomiast co do socjalu, to znów w znanych mi przypadkach jest on znacząco wyżs
                          > zy - nieomal dodatkowa pensja roczna (przy trójce dzieci, jak u Strybów, jak ni
                          > e ma dzieci, to i dodatki mniejsze, wiadomo).

                          Zafascynowałaś mnie. Nie wiem, co to za 'znane przypadki', ale żeby dodatki na dzieci osiągały rząd pensji rocznej (nawet niewielkiej), dzieci tych musiałoby być chyba z dwanaścioro. Uczelnia odpisują na fundusz socjalny 6,5% planowanych wynagrodzeń (czyli, średnio rzecz biorąc 6,5% pensji rocznej), z czego finansowane są, oprócz zapomóg związanych z dziećmi, różne inne rzeczy (także dla pracowników bezdzietnych i emerytów). Jaki rachunek może dać "niemal dodatkową pensję roczną" przy trójce dzieci?
                          • kai_30 Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 16:45
                            > No i słusznie wiesz, bo minimum dla dr hab to nie 3600 zł, tylko około 3000 zł.
                            > 3800 zł to minimum dla profesora zwyczajnego.

                            No dobra. Nie kłóćmy się - 3310, co do złotówki. W tym roku, w przyszłym - 3615. Spojrzałam nie w tę rubryczkę. A profesor zwyczajny ma minimum 4145. rozporządzenie

                            > Zafascynowałaś mnie. Nie wiem, co to za 'znane przypadki', ale żeby dodatki na
                            > dzieci osiągały rząd pensji rocznej (nawet niewielkiej), dzieci tych mus
                            > iałoby być chyba z dwanaścioro.

                            :D:D:D Nie, no jasne :D Przepraszam, czasem mam problemy z wysłowieniem się - pewnie, że nie myślałam o pensji rocznej, tylko o dodatkowej pensji rocznie. Znaczy, o socjalu wynoszącym równowartość miesięcznej pensji.

                      • paszczakowna1 Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 21:21
                        > ZARĘCZAM, ŻE NIE MAJĄC HONORARIÓW Z GRANTÓW ORAZ ZAGRANICZNYCH WYJAZDÓW Z UCZEL
                        > NIANEJ PENSJI ŻYJE SIĘ DOBRZE

                        No to cieszy mnie to niewymownie, niezależnie od tego, gdzie jest to "tu", gdzie nie ma buły z pasztetową. Ale po co tak krzyczeć?
                      • klymenystra Re: Śledzie w beczce 13.11.12, 18:49
                        Prosiłabym Cię, żebyś nie krzyczała na forum.
                    • croyance Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 01:57
                      Jak to nie humanisci? My tez z grantow.
              • vi_san Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 09:44
                Gaba i Grześ muszą zostać na Roosvelta, żeby kołchoz istniał, to przecież jasne! A że mało logiczne, mało wygodne i mało prawdopodobne? To mały pikuś.
                Ida i Marek - kolejna wizja z księżyca. Małżeństwo lekarzy, ze stażem i etatami gnieździ się z trójką dzieci w piwnicy? I przez te piętnaście czy dwadzieścia lat nie mieli możliwości kupić mieszkania, blisko, przy tej samej, cholernej ulicy, ale MIESZKANIA a nie sutejryny? Nie dziwi mnie szmergiel Idusi na tle czystości i białości, jak się mieszka w ciemnicy, to można mieć deprechę jak nic z powodu ściany kremowej nie śnieżnobiałej...
                O mieszaniu Rojków niewiele wiadomo. Tyle, że mieszkają przy Noskowskiego, zdaje się. Ale czort wie, czy kupili tam lokal, czy np. wynajmują, budując sobie coś pod miastem, czy docelowo mają zamiar wynieść się do Łodzi? Za mało danych.
                Co do Hajduków i Kołodziejów - myślę, że już dawno mieszkają "na swoim", a tabliczka na drzwiach może właśnie żartobliwie podkreślać związki i sentymenta rodzinne.
                Jak dla mnie [podobnie jak chyba dla ciebie] mieszkanie po 30 z rodzicami MOŻE ujść singlowi, osobie samotnej, ale już sytuacja, gdzie w nierozciągliwym [chociaż kto wie?] mieszkaniu gnieździ się tyle osób - to dopiero patologia! I faktycznie,MM dość lekceważąco traktuje problemy życiowe obecnego świata - w starej Jeżycjadzie są one traktowane jakoś realniej [np. świetny dialog Gaby z Pulpą, o wyjadaniu cukru, który jest na kartki]. Obecnie nie tylko Boreje są nieźle sytuowani [na emeryturze im się tak porobiło? Cud!], ale WSZYSTKIE osoby przewijające się przez tomy mają dobrą lub bardzo dobrą sytuację materialną, żadnych trosk w związku z praca zawodową, nie ma nawet NORMALNYCH konfliktów koleżeńskich, wrednej szefowej czy Łałra nie ma zazdrosnej o jej "anielski sopran" koleżanki...
                • guineapigs Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 18:48
                  No ale chyba juz doszlismy do tego, ze tam nie ma zadnego gniezdzenia sie - skoro G i G zyja w piecdziesieciometrowym pomieszczeniu. Fakt, ze glupota jest nie wydzielic z takiego pomieszczenia wneki kuchennej (no takiej tylko na podgrzanie, zagotowanie wody, szybkie upichcenie jakiejs przekaski - bo te wielkie obiady to gotuja u Ignacow), no i podstawy bytu we wspolczesnym swiecie czyli toalety, prysznica - wszystko jedno czy razem, czy osobno. Coz oni do licha zrobili w tym oblednym pokoju o wielkosci mieszkania dwu albo i trzypokojowego? Regalow nastawiali? Toz to chyba ksiegarnia by byla, a nie mieszkanie.
                  To, ze mieszkaja z rodzicami jest moze i dziwne, ale nie jakies nienormalne w tym przypadku. Nienormalne jest to, ze nie zaadaptowali tej przestrzeni na normalne, samodzielne mieszkanie, z woda biezaca.
                  Ale to juz kwestia stylu MM.
                  W kazdym razie, nie widze nic niezwyklego w tym, ze jak rodzice maja wolne 50 mkw to wprowadza sie tam corka z rodzina. No bo co mieliby Ignace z tym zrobic? Wynajac? Przeca nie sprzedac.
                  Z tym, ze mowie - tu juz wchodzi kwestia wyobrazni, wziecia pewnej poprawki na to, ze MM nie do konca ogarnia to, gdzie i jak kto mieszka - po prostu musi byc milo, domowo, wiec na kupie. Pardon.
                  Ale patologia bym tego nie nazwala, po prostu praktycznoscia, wygoda. Jakby G i G mieli jakis pokoj 12 mkw to tak - bez sensu, ale 50 mkw to co innego.
                  • bupu Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 19:44
                    guineapigs napisała:

                    > No ale chyba juz doszlismy do tego, ze tam nie ma zadnego gniezdzenia sie - sko
                    > ro G i G zyja w piecdziesieciometrowym pomieszczeniu. Fakt, ze glupota jest nie
                    > wydzielic z takiego pomieszczenia wneki kuchennej (no takiej tylko na podgrzan
                    > ie, zagotowanie wody, szybkie upichcenie jakiejs przekaski - bo te wielkie obia
                    > dy to gotuja u Ignacow), no i podstawy bytu we wspolczesnym swiecie czyli toale
                    > ty, prysznica - wszystko jedno czy razem, czy osobno. Coz oni do licha zrobili
                    > w tym oblednym pokoju o wielkosci mieszkania dwu albo i trzypokojowego? Regalow
                    > nastawiali? Toz to chyba ksiegarnia by byla, a nie mieszkanie.
                    > To, ze mieszkaja z rodzicami jest moze i dziwne, ale nie jakies nienormalne w t
                    > ym przypadku. Nienormalne jest to, ze nie zaadaptowali tej przestrzeni na norma
                    > lne, samodzielne mieszkanie, z woda biezaca.

                    Nienormalne jest to, że latami mieszkali w tym pokoju o wymiarach pałacowej komnaty z synem i nie wpadło im do głowy, żeby temu synowi wydzielić z tejże komnaty własny pokój. Regałami mu kącik wygrodzili, a własnego lokalu Miągwa się dorobił w wieku licealnym dopiero. I to tez gniecenie, nie w sensie fizycznym, tylko mentalnym, bo jak Gaba mogła bodaj swobodnie pogadać z mężem, skoro Miągwa za regałem nastawiał radary? Jak wyglądało życie seksualne Strybów w tej sytuacji? Jak tu się kochać, skoro w tym samym pokoju znajduje się całkiem wyrośnięty małoletni? Do bani tak.
                    • klawiatura_zablokowana Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 23:14
                      Metraż metrażem. Bez własnej kuchni i łazienki zawsze się jest, no cóż, raczej u kogoś niż u siebie.
                    • morekac Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 08:16
                      Jak wyglądało życie seksualne Strybów w tej sytuacji?
                      I dlatego mieli tylko jedno dziecię...Czytali książki kupowane podwójnie, wybierając zjednoczenie duchowe miast cielesnego.
                      • guineapigs Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 11:12
                        Tak mi sie pomyslalo, przepraszam jesli ktos uzna ze to jest za osobiste pomyslenie, ze jakby nie kupowali tych ksiazek podwojnie i przyszloby im sie np. poklocic o jakas, to czasem taka klotnia moze zmienic sie w zar zmyslow albo np. przyjdzie ochota na 'pogodzenie sie'. Ale oni sie nie kloca, nie rozmawiaja, po prostu tkwia obok siebie w jakims spokojnym marazmie.Caluja sie po kazdym przeczytanym rozdziale - no ludzie.... To oni czytali takim samym tempem, zadne z nich nie skonczylo czytac wczesniej? I co ta pomysl, by kazdy przeczytany rozdzial 'potwierdzac' pocalunkiem? To nie lepiej pogadac o tym, co mi sie w ksiazce podoba a co nie i jak ty to odbierasz?
                        Jak Grzegorz raz chcial cos zmienic i zrobil taki raptus puellae do domku kolegi, to sie Bernard wpakowa i pierdzielil te swoje farmazony.
                        Ktoras z Was, nie pamietam kto, napisala tu taki pastisz relacji G i G: porozumiewaja sie telepatycznie, Grzegorz zniknal gdzies miedzy szafkami a zmywarka itp. Genialnie to bylo napisane, rechotalam jak zaba. Ale pomijajac doskonaly jezyk tego pastiszu, to wskazal on w satyryczny sposob wlasnie te ze tak powiem 'bezplciowe' relacje dwojga co by nie mowic jeszcze mlodych i chyba nie znudzonych soba ludzi.
                        Pamietacie 'skandal' z Renata Beger i jej wyznaniem o tych 'kurwikach', 'owsie' i ze z mezem ma wspaniale zycie seksualne? Ludzie - powiedzmy czesc ludzi - smialo sie z tego, inni byli oburzeni, jeszcze inni wysmiewali wyglad i wiek Beger - ze 'taka' jeszcze mysli 'o tych sprawach'. To bylo przykre. Kobieta szczerze powiedziala, ze jej malzenstwo jest udane i nadal milosc kwitnie - alez to bylo beeee... Rozwod - skandal, milosc i namietnosc w starszym stazem malzenstwie - tez skandal.
                        No to mamy tu Gabe bez owsa, kurwikow, za to z lektura w lozku i calusami po kazdym rozdziale. No i z ponadczasowym Pyziakiem na dokladke.
                        • vi_san Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 13:48
                          Nie, no JAKIEŚ życie płciowe [przynajmniej czas jakiś temu] mięli, bo skąd by się Ignaś wziął? Ale ogólnie masz rację. I przede wszystkim - oni ze sobą nie rozmawiają. I to nie tylko św. Gabryjella i brodaty Grześ. Wogóle Borejkowie. Albo wygłaszają kompletnie oderwane od rzeczywistości i sensu sentencje, albo komunikują sobie różne rzeczy ["Niech tam który zaniesie jej walizkę do mnie" - Laura, "Taka jest tradycja - panna młoda wychodzi z domu rodzinne¬go, i to jej rodzina dba o szczegóły ceremonii i wesela" - Gaba, "drogi Adamie, tak nie uchodzi, tradycja każe, byś czekał na pannę młodą w kościele. A ja ci ją uroczyście, po ojcowsku, przyprowadzę" - Dziadek Borejko.]. I właściwie nawet nie są zainteresowani tym, co druga strona na to.
                          W kwestii p. Renaty Beger owszem, śmiałam się, ze sformułowania - te "kurwiki" w oczach i że lubi seks jak koń owies - ale nie z treści! Jak dla mnie, to świetnie, że osoby nie mające dwudziestu lat [ino ciut więcej] potrafią mieć udane życie, potrafią się kochać i głośno się do tego przyznawać. Określiła to w sposób budzący śmiech, ale treść jest jak najbardziej "w porządku".
                          Co zaś do panien Borejko [znaczy się pań: Pyziak - Stryba, Pałys, Rojek i Górskiej] to wogóle poza Idą, która jakiś tam temperament posiada, aczkolwiek zwykle idiotycznie ukierunkowany, pozostałe to kompletnie aseksualne stworzenia. Eteryczna Natalia, kompletnie bez ikry, apetyczna Pulpa, zbyt leniwa i wygodnicka na cokolwiek, i Gabon, męczennica święta, żyjąca literaturą... Teraz mi przyszło do głowy [co mi się zawsze "gryzło"] czemu Gabon nie wziął krótko za łby córeniek własnych w noc poślubną Idusi: po prostu nie przyszło jej do wyjałowionej łepetyny, że niekoniecznie marzeniem nowożeńców jest partyjka makao z jej dzieciskami! Sama jest aseksualna - to myśli, że wszyscy tak mają!
                          • melomanka87 Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 14:28
                            Witam wszystkich cieplutko, podczytuję od dawna, to się w końcu odezwę :-)

                            >Teraz mi przyszło
                            > do głowy [co mi się zawsze "gryzło"] czemu Gabon nie wziął krótko za łby córen
                            > iek własnych w noc poślubną Idusi: po prostu nie przyszło jej do wyjałowionej ł
                            > epetyny, że niekoniecznie marzeniem nowożeńców jest partyjka makao z jej dzieci
                            > skami! Sama jest aseksualna - to myśli, że wszyscy tak mają!

                            Mówimy o kobiecie, która brała na szybko ślub z powodu wpadki i nic nam nie wiadomo o tym, żeby wtedy do seksu była zmuszana. Jak znam siebie i innych aseksualnych, to się nijak kupy nie trzyma.
                            • bupu Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 17:38
                              melomanka87 napisał(a):

                              > Mówimy o kobiecie, która brała na szybko ślub z powodu wpadki i nic nam nie wia
                              > domo o tym, żeby wtedy do seksu była zmuszana. Jak znam siebie i innych aseksua
                              > lnych, to się nijak kupy nie trzyma.

                              Zmuszana nie, ale może zamknęła oczy i myślała o Polsce? ;)
                              • dakota77 Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 17:50
                                Ale wpadka byla za mlodu i z Pyziakiem;-) Moze kolejny maz az tak jej nie krecil;-)
                                • melomanka87 Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 18:15
                                  Więc powtarzam, nie ma to nic wspólnego z aseksualizmem :]
                            • klawiatura_zablokowana Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 18:33
                              > Mówimy o kobiecie, która brała na szybko ślub z powodu wpadki i nic nam nie wia
                              > domo o tym, żeby wtedy do seksu była zmuszana. Jak znam siebie i innych aseksua
                              > lnych, to się nijak kupy nie trzyma.

                              Poczekaj - jeszcze we "Wnuczce" okaże się, że nie tylko do rozwodu była zmuszona, ale i do prokreacji :D
                              • guineapigs Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 18:41
                                A Pyziakowi zostanie dopisane kolejne ZUO: gwalciciel, przeca od poczatku sie zapowiadal!!!!!
                                Okaze sie bowiem, ze Gaba gleboko skrywala PRAWDE - tzn. Pyziak ja nie tyle porzucil, co po prostu zniewolil, bardziej przy Tygrysie niz przy Pyzie, i dlatego Tygrys itd itp to co juz znamy.
                              • bupu Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 18:56
                                klawiatura_zablokowana napisała:

                                > > Mówimy o kobiecie, która brała na szybko ślub z powodu wpadki i nic nam n
                                > ie wia
                                > > domo o tym, żeby wtedy do seksu była zmuszana. Jak znam siebie i innych a
                                > seksua
                                > > lnych, to się nijak kupy nie trzyma.
                                >
                                > Poczekaj - jeszcze we "Wnuczce" okaże się, że nie tylko do rozwodu była zmuszon
                                > a, ale i do prokreacji :D

                                No ależ przecież oczywiście. Święta Gabriela z własnej woli uprawiająca seks, tfu tfu, zgrozo zgrozo, PRZEDMAŁŻEŃSKI?!
                          • kkokos Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 15:20
                            > Co zaś do panien Borejko [znaczy się pań: Pyziak - Stryba, Pałys, Rojek i Górsk
                            > iej] to wogóle poza Idą, która jakiś tam temperament posiada, aczkolwiek zwykle
                            > idiotycznie ukierunkowany, pozostałe to kompletnie aseksualne stworzenia. (..) apetyczna Pulpa, zbyt leniwa i wygodnicka n
                            > a cokolwiek,

                            pulpia górska, uprawiająca konie w porzeczkach? nie żartuj, proszę.
                            baltona nie wodziłby za swoją żona maślanymi oczkami z rozmarzonym wzrokiem, każąc obecnym potwierdzać "czyż ona nie jest wspaniała" tylko dlatego, że piecze ciasta i bułeczki oraz komputer obsługuje! pulpa musiałaby być szalona w łóżku, a znad kuchennego stołu i końskiego nawozu niewątpliwie dawała florianowi tajemnie a wielce seksualne znaki, nie pozwalając opaść jego pożądaniu...
                            • guineapigs Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 18:23
                              Ja bym tam tez nie wierzyla, ze w Natalii nie drzemie jakies licho.
                              Moze i eteryczna, moze i balaganiara, moze i mimozowata na pierwszy rzut oka, ale to moze byc taki typ kobiety uleglej, co to najpierw sie przed pocalunkiem broni jak moze, a jak juz sie jednak zmusi - to od razu mdleje i szepce 'bierz mnie cala'.
                              Przecierz to Natalia jako jedyna wogole pomyslala o O ZGROZO KUPNIE MALEGO MIESZKANKA!!!!! Znaczy, chciala byc samodzielna. Znaczy, domowy zgielk jej przeszkadzal - byc moze wlasnie oczyma duszy widziala ten dramat niemoznosci spelniania 'obowiazku malzenskiego' w spokoju i jak sie chce (a nie tylko gdzies pod koldra, po ciemku, zeby nikt nic nie widzial i nie slyszal).
                              Co sie z mamona stalo - nie wiadomo, nie rozgryzlysmy chyba tego, moze dala Robertowi na rozwiniecie biznesu?
                              Stroila sie, pachnila, biegala na szpilkach - gdziez tam porownywac ja i Gabe?
                          • bupu Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 18:59
                            vi_san napisała:

                            > Co zaś do panien Borejko [znaczy się pań: Pyziak - Stryba, Pałys, Rojek i Górsk
                            > iej] to wogóle poza Idą, która jakiś tam temperament posiada, aczkolwiek zwykle
                            > idiotycznie ukierunkowany

                            Dziękuję, teraz miałam wizję Idy, uprawiającej seks z Mareczkiem, pogrążonym, jak zwykle, w głębokim śnie.
              • ciotka.scholastyka Re: Śledzie w beczce 01.09.22, 11:03
                klawiatura_zablokowana napisała:

                > Pyza de facto nie ma żadnego zawodu - cóż to szkodzi, troskliwej matki to nie
                > kłopocze, co by było, gdyby Frycek odszedł albo nagle zachorował czy umarł, a j
                > ej córka by została z dwójką dzieci bez pracy i szans na znalezienie takowej. W
                > razie czego wszystkich się przygarnie na Roosevelta, choćby mieli być układani
                > warstwowo.
                >

                No i proszę, Pytia :)

                (Tak, ako, za miskę ryżu to już w latach 50-tych biedne wietnamskie dzieci pracowały dla złych imperialistów :) )
                • ako17 Re: Śledzie w beczce 01.09.22, 15:14
                  ciotka.scholastyka napisała:



                  >
                  > (Tak, ako, za miskę ryżu to już w latach 50-tych biedne wietnamskie dzieci prac
                  > owały dla złych imperialistów :) )


                  Tyle wiem :). Tylko to dla mnie było takie oczywiste, bez przenośni. Nie sądziłam, że to się zalęgnie na stałe w języku polskim, jak np. (no, w sumie sama nie wiem) "burza mózgów".
          • vi_san Re: Śledzie w beczce 04.11.12, 13:57
            A jak się ma do "szlachetnego ubóstwa i minimalizmu" kupowanie dwóch lub nawet trzech egzemplarzy jednej książki? Przy obecnych cenach, ja z mężem [oboje pracujemy!] raz w miesiącu pozwalamy sobie na rozrzutność i nabycie książki - nie każdej nowości jak leci, a książki starannie wybranej, uprzednio ocenionej - bo pieniędzy szkoda, a tu? I zastanawiające, skąd oni [Borejkowie, znaczy się] mają tyle kasy, by wywalać ją na dwa, trzy IDENTYCZNE tomy?
            • dakota77 Re: Śledzie w beczce 04.11.12, 14:02
              No coz, deklaracje deklaracjami, rzeczywistosc sobie. U Borejkow ubostwo, szlachetne czy nie, chce widziec jedynie autorka.
              Oprocz pytania, za co kupowac kolejne egzemplarze tej samej ksiazki,mnie sie mocno nasuwa pytanie"po co niby?"
              • grzalka Re: Śledzie w beczce 04.11.12, 15:24
                Neurochirurdzy zarabiają bardzo dobrze. Mieszkanie Pałysów pod Borejkami rozumiem, wygodnie, dzieci nakarmione i zaopiekowane jak trzeba. Stare zielone autko Idy mi trochę zgrzyta, spokojnie stać ją na nowe, ale może jakiś wyjątkowo udany egzemplarz? Ja miałam swego czasu ukochanego starego golfa, który był niezniszczalny i wymagał minimalnych nakładów, mąż go w końcu sprzedał jak pojechałam na narty, bo uznał, ze sama nigdy się nie zdecyduję.
                • piotr7777 zamiast kupować te same ksiazki 04.11.12, 16:20
                  ...nie lepiej sprawić sobie elektroniczny czytnik?
                  Czy M. M. (a w ślad za nią Borejkowie) uważa to jakże wygodne rozwiązanie za profanację?
                  • verdana Re: zamiast kupować te same ksiazki 04.11.12, 16:34
                    Pałysowie to inna bajka, to jest ten moment, w którym przestaje rozumieć logikę - mieszkanie w suterenie jest w wypadku dbających o zdrowie lekarzy nie do pojecia.
                    Gabrysia to nieco inna sprawa. Samotna matka z dwojgiem dzieci, mieszkająca sama - to naprawdę nie jest wcale komfortowa sytuacja. Gdy pojawia sie Grzegorz+Ignaś mieszkanie wydaje sie byc niemal koniecznością, ale - patrząc na własne dochody, nie widzę mozliwości kupna min. trzypokojowego mieszkania+utrzymania 3,5 dziecka za pensje pracowników naukowych. Może jakoś by się dało, ale oznaczałoby naprawdę biedę. Gdy dzieci dorosły, pensje nieco wzrosły, pewnie byłoby ich stać na mieszkanie, ale teraz naprawdę byłoby nieelegancko zostawić rodziców samych.
                    Natomiast dziwienia sie, że młode małżeństwo, z dochodami nauczyciela+studentki ma TYLKO malutki, dwupokojowy domek - nie rozumiem. Nie ukrywam, ze dla mnie to luksus - wiele młodych mażłeństw ma wynajetą kawalerkę...
                    • dakota77 Re: zamiast kupować te same ksiazki 04.11.12, 17:20
                      Ale u tego mlodego malzenstwa akurat wynajeta kawalerka czy pomieszkiwanie katem u ojca Adama byloby lepsze niz siedzenie w szalecie w lesie. Nie rozumiem, czemu autorka kazala im sie romantycznie gniezdzic w szopie z resztek po szopie.
                    • bupu Re: zamiast kupować te same ksiazki 04.11.12, 17:46
                      verdana napisała:

                      > Gabrysia to nieco inna sprawa. Samotna matka z dwojgiem dzieci, mieszkająca sam
                      > a - to naprawdę nie jest wcale komfortowa sytuacja. Gdy pojawia sie Grzegorz+Ig
                      > naś mieszkanie wydaje sie byc niemal koniecznością, ale - patrząc na własne doc
                      > hody, nie widzę mozliwości kupna min. trzypokojowego mieszkania+utrzymania 3,5
                      > dziecka za pensje pracowników naukowych.

                      No i fajnie, tylko ja nie rozumiem, czemu się Stryby nie wygęściły do lokalu po Lewandowskich, a zrobili to Pałysowie. Suterena, owszem i tak dalej, ale jednak dziwne, że do kilkupokojowego mieszkania wprowadzają się dwie osoby, zamiast trzech, z czwartą w perspektywie.

                      > Natomiast dziwienia sie, że młode małżeństwo, z dochodami nauczyciela+studentki
                      > ma TYLKO malutki, dwupokojowy domek - nie rozumiem. Nie ukrywam, ze dla mnie t
                      > o luksus - wiele młodych mażłeństw ma wynajetą kawalerkę...

                      Po pierwsze, Maszpan ma zdaje się również dochody z plantacji, na której też pracuje, a studentka Laura jest też koncertującą śpiewaczką, więc zarabia. Po drugie, ja oczywiście rozumiem, że na pałac ich nie stać, natomiast są małe domki i szalety ;) Można sobie wybudować taki mały domek, w którym nie trzeba będzie składać stołu, żeby się w pokoju obrócić i to dalej będzie mały domek, na kieszeń niezamożnych młodych. Zwłaszcza, że z kosztów ubywa robocizna, bo Maszpan, z pomocą Gruszki, wszystko temy ręcyma robi.
                      • vi_san Re: zamiast kupować te same ksiazki 06.11.12, 19:15
                        A dodałabym jeszcze, że w szalecie ze składanym stołem jest całkiem spory kąt czekający na pianino... Ale to mi uzasadnia, dlaczego szalet, a nie np. pokój w domu rodziców madame de Tektura! Po prostu państwo Fidelis starsi to ludzie z kulturą i klasą i mogli by nie znieść na codzień wyniesionego z domu "ciepełka" Łałry, poza tym jako osoby chore mogą oczekiwać co najmniej spokoju, a o taki przy próbach "śpiewaczych" trudno...
                        W czasie kiedy się Pałysowie wygęszczali Gaba była jeszcze samotną matką dwójki dzieci [tak mi się wydaję, że chyba Grzegorz zaczynał się dopiero], dodajmy: dzieci kompletnie nie wychowanych [vide noc poślubna Idy, kiedy to "empatyczna" Gabunia nie domyśla się, że państwo młodzi niekoniecznie marzą o partyjce makao z rozpaskudzonymi dzieciakami]. I Idusia rwała się do tej piwnicy jak Rusek do wódki - kalkulując mądrze: blisko rodziców, więc problemy z samodzielnym prowadzeniem domu żadne, a równocześnie spokój i można pobyć tylko we dwoje chociaż w nocy!
                    • guineapigs Re: zamiast kupować te same ksiazki 04.11.12, 18:28
                      Zwracam uprzejmie uwage, ze po Pani Szczepanskiej 'odziedziczyli' pokoj o powierzczni 50 mkw, wiec tu o gniezdzeniu sie mowy nie ma - toz to jak trzypokojowe mieszkanie, wystarczy tylko jakos podzielic na kawalki (plyta nidagips, sciankami z drewna, regalami od podlogi do sufitu - mozliwosc jest mnostwo, a jak nadzor budowlany pozwoli to i normalnymi ceglami).
                      Akurat u Gaby nie widze problemu metrazowego, raczej chyba jest tu problem nieodejscia - ale czy to problem? Im z tym dobrze i Gaba nie ma zadnych przyjaciol z wyjatkiem rodzicow, to se tak siedza.
                      Pulpa sie wyniosla na jakies Chrobrewo, Natalia tez znikla GDZIES, Ida w piwnicy bo tak wygodniej, Laura w szalasie, Pyza za granica - jakie tu siedzenie na pardon kupie?
                      • bupu Re: zamiast kupować te same ksiazki 04.11.12, 19:12
                        Nie wiem kiedy lokal po pani Lewandowskiej akurat zyskał 50 m2, ale w Pulpecji i Noelce wcale na tak ogromny nie wyglądał. Przecież udekorowany welonem Tygrys kicał swobodnie z mebla na mebel po całym pokoju. Nie mówiąc o tym, że nie wierzę w samą jedną panią Szczepańską, mieszkającą za głębokiej komuny na 50 m2. Nawet gdyby miała pana Szczepańskiego, to też nie wierzę. Oraz nie wierzę, że wtedy nie przerobiono tego pokoju na samodzielne mieszkanie, skoro już wydzielono go z reszty mieszkania.
                        • guineapigs Re: zamiast kupować te same ksiazki 04.11.12, 19:19
                          O 50 m kw po Szczepanskiej jest mowa w chyba Sprezynie - expressis verbis. Ze dziecko owtorzylo drzwi, za ktorymi bylo 50 mkw pokoju po Pani Szczepanskiej. Tez mnie to lekko zbilo, bo spodziewalam sie powiedzmy 20 mkw, ale 50 mkw to zaprawde powiadam wam - sluszna powierzchnia.
                          • turzyca Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 00:46
                            W Czarnej Polewce. Tez mnie przytkalo i tez szukalam bledu drukarskiego. I zastanawiam sie, czemu oni tam nie zrobili drugiej lazienki, takiej tylko prysznic, umywalka, toaleta. 4 metry kwadratowe wyjete z takiej powierzchni to nic, a jakby ulatwilo zycie.
                            • ananke666 Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 02:00
                              Z takiej powierzchni da się wydzielić nie tylko łazienkę, ale i drugi pokój. Nie wierzę, że takie coś miałoby tylko jedno okno. Jak to w ogóle miało wyglądać? 50m kw jednego pokoju?! To jest powierzchnia dwu-trzypokojowego mieszkania. Pokoje w kamienicach są duże, ale nie do tego stopnia chyba? I jakim cudem Pani Szczepańska dostała tyle tylko na siebie? Przecież jeszcze w latach siedemdziesiątych była mowa o problemach z metrażem na jednego mieszkańca?
                              • bupu Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 02:43
                                ananke666 napisała:

                                > Z takiej powierzchni da się wydzielić nie tylko łazienkę, ale i drugi pokój. Ni
                                > e wierzę, że takie coś miałoby tylko jedno okno. Jak to w ogóle miało wyglądać?
                                > 50m kw jednego pokoju?! To jest powierzchnia dwu-trzypokojowego mieszkania. Po
                                > koje w kamienicach są duże, ale nie do tego stopnia chyba? I jakim cudem Pani S
                                > zczepańska dostała tyle tylko na siebie? Przecież jeszcze w latach siedemdziesi
                                > ątych była mowa o problemach z metrażem na jednego mieszkańca?

                                Toteż mówię, nie wierzę, że na samym wstępie, zaraz po wojnie, kiedy każdy metr kwadratowy był na wagę złota i ten wielki apartament przy Roosevelta podzielono na mniejsze, nie przerobiono tak ogromnego pokoju na samodzielne mieszkanie. I nie ma mowy, żeby samotna osoba, a nawet żeby dwie osoby mieszkały sobie wtedy na 50 m2.
                                Poza tym pomieszczenie o takich rozmiarach mogło być jedynie reprezentacyjnym salonem, ale wtedy zdecydowanie miałoby więcej niż jedno okno. Które, notabene, ma się mieścić od ulicy, razem z oknem kuchni, zielonego pokoju oraz pokoju Laury i Pyzy. Osobliwe to dosyć.
                                • lutecja4 Re: zamiast kupować te same ksiazki 12.11.12, 07:50
                                  Ja natomiast zastanawiałam się nad tym w druga stronę - skoro pani Szczepańska mieszkała w wydzielonym z jednego wielkiego mieszkania pokoju, to przecież musiała też mieć jakąś kuchenkę i łazienkę, albo chociażby WC; nawet jeśli kuchnia byłą tylko i wyłącznie wydzieloną wnęką, a łazienka to tylko umywalka i większa miska, to WC przecież musiała jakieś mieć nigdzie nie było napisane, że na Roosevelta był jakiś wspólny WC na korytarzu; stąd moje myślenie - skoro Borejki przejęli mieszkanie po Szczepańskiej, które wszak było kiedyś częścią tego ich mieszkania, tym bardziej MM powinna dodać, że rozwiązało to wiele problemów, bo dzięki temu kolejki do WC przestały być problemem.
                              • buka_z_muminkow Re: zamiast kupować te same ksiazki 07.11.12, 17:52
                                MM była słaba z matematyki już w czasie szkoły podstawowej/liceum ;]

                                Jak dla mnie to brak wyobraźni matematycznej.
                        • guineapigs Re: zamiast kupować te same ksiazki 04.11.12, 19:44
                          Albo w Zabie, albo w CP, albo w Sprezynie jest mowa o 50 mkw. Nie jestem tego w stanie teraz sprawdzic, ale gdzies tam jest to powiedziane. A dlacego wiem? No bo sobie w czasie urlopu kupilam te trzy ksiazki, przeczytalam, ale zostawilam u rodzicow.
                          • meduza7 Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 13:01
                            Pięćdziesiąt mkw???
                            To więcej niż całe moje mieszkanie, trzypokojowe.
                            • nighthrill Re: zamiast kupować te same ksiazki 08.11.12, 17:57
                              Mam mieszkanie o powierzchni 47mkw, trzypokojowe, z kuchnią i łazienką plus DWA przedpokoje. To jest naprawdę duża przestrzeń, zwłaszcza dla dwóch osób. Gdyby wyburzyć wszystkie ściany działowe, uzyskano by naprawdę ogromny pokój. Nie słyszałam o jednopokojowych mieszkaniach tej wielkości. Czasem widuję ogłoszenia o sprzedaży kawalerki o powierzchni 35-40mkw, ale to jest wtedy całe mieszkanie, a nie pokój bez łazienki. Nawet w kamienicach nie ma pokoi większych, niż 30metrów...
                              • anna-pia Re: zamiast kupować te same ksiazki 08.11.12, 22:57
                                nighthrill napisała:

                                > Mam mieszkanie o powierzchni 47mkw, trzypokojowe, z kuchnią i łazienką plus DWA
                                > przedpokoje. To jest naprawdę duża przestrzeń, zwłaszcza dla dwóch osób. Gdyby
                                > wyburzyć wszystkie ściany działowe, uzyskano by naprawdę ogromny pokój. Nie sł
                                > yszałam o jednopokojowych mieszkaniach tej wielkości. Czasem widuję ogłoszenia
                                > o sprzedaży kawalerki o powierzchni 35-40mkw, ale to jest wtedy całe mieszkanie
                                > , a nie pokój bez łazienki. Nawet w kamienicach nie ma pokoi większych, niż 30m
                                > etrów...

                                Za przeproszeniem, ale nieprawda.
                                Są mieszkania z pokojami 50 mkw, i to właśnie takie stare, trzy-czteropokojowe, ze służbówką pewnie z 5 mkw i kuchnią ponad 10 mkw. Do dziś pamiętam szok, jaki przeżyłam za młodu zobaczywszy takie mieszkanie na starym Żoliborzu w Warszawie.
                                Dla mnie wykrojenie 3 pokoi, kuchni, łazienki i dwóch przedpokoi z 47 mkw to jakiś kosmos, ciężko mi wyobrazić sobie tak maleńkie mieszkanie...
                                • mika_p Re: zamiast kupować te same ksiazki 08.11.12, 23:32
                                  anna-pia napisała:
                                  > Dla mnie wykrojenie 3 pokoi, kuchni, łazienki i dwóch przedpokoi z 47 mkw to
                                  > jakiś kosmos, ciężko mi wyobrazić sobie tak maleńkie mieszkanie...

                                  A z jednym przedpokojem? :)
                                  Bo ja mam 45 metrów, 3 pokoje. Z jednym dzieckiem - luksus przestrzenny, z dwójką ciasnawo, odkąd drugie dorosło do wieku przedszkolnego.
                                  Podstawowa wada to nieustawność.
                                  Kuchnia ma prawie 4 metry długości, ale 145 cm szerokości - w jednym końcu okno, w drugim drzwi. Pokój Młodego podobnie, tylko szerszy. Jeden pokój przechodni, ten dzienny, największy.
                                  Blok już grubo powojenny.
                                  • nighthrill Re: zamiast kupować te same ksiazki 09.11.12, 16:18
                                    48 jest tych metrów, sprawdziłam:) Na dwie osoby? Luz. Wchodzi się, jest jeden duży przedpokój i na lewo do kuchni. Idziesz przed siebie i masz duży, przechodni salon, żadnych drzwi, by było przestrzennie. Kolejny przedpokój, już malutki, z którego są wejścia do sypialni, łazienki i gabinetu.
                                    Za te same pieniądze mogliśmy kupić dwa pokoje w podobnym metrażu, nie zdecydowaliśmy się. Chcieliśmy trzy, właśnie z powodu podziału "stref" w zależności od tego, co się robi. Sypialnia jest malutka, łazienka też, ale pozostałe pomieszczenia całkiem wygodne. Zależy też jak się urządzi, u nas jest jasno, pomarańczowo-beżowo, mało mebli, wszystko z jasnej sosny, jasna podłoga, jasne rolety. To naprawdę nie jest jakaś klitka.
                                    Natomiast faktycznie na hasło "trzypokojowe" przed oczami staje 60-70 mkw.
                                    Ale mój post nie miał na celu udowodnienia, że 47m to duże mieszkanie, tylko że gdyby z takiego metrażu zrobić jednopokojowe, to byłaby to ogromna przestrzeń:)
                                    • guineapigs Re: zamiast kupować te same ksiazki 09.11.12, 19:05
                                      OOOOPS! Widze, ze Kolezanka ma bardzo podobny gust do mojego w kwestii interior design. Jasno, bezowo, pomaranczowo, sosnowe meble itp. Z tym, ze ja lubie - snobistycznie, a co - dorzucic jakis element ostro bijacy w oczy, i stad mam designerska sofe (droga jak diabli, ale co tam, niech wiedza, ze gospodyni jest wyrobiona w nowych tryndach), obraz cenionego artysty (lokata kapitalu w sztuke, he he he), na podlodze i scianach w kuchni i lazience drogi kamien, w przedpokoju krysztalowe lustro po dziadach pradziadach (ze niby sroce spod ogona nie wyskoczylo sie, tylko tradycje mieszczanskie sa, a jakze), nowoczesny kominek i to nie taki w stylu 'kazdy taki ma albo podobny'. Co prawda powierzchnia domku to 85 mkw (minimum na jakie pozwolily przepisy lokalne), wiec naprawde jest przestrzennie jak dla 2 osob (nierozwojowych zreszta).
                                      Nie no, moze sama siebie splycam, to nie snobizm tylko po prostu lubie taka prostote przetkac czyms - pardon - zajebistym, co mi sie podoba, i chce to widziec i sie z tego cieszyc.
                                • jhbsk Re: zamiast kupować te same ksiazki 09.11.12, 21:00
                                  > Dla mnie wykrojenie 3 pokoi, kuchni, łazienki i dwóch przedpokoi z 47 mkw to ja
                                  > kiś kosmos, ciężko mi wyobrazić sobie tak maleńkie mieszkanie..

                                  A ja wychowałam się w trzypokojowym 42,5 m2.
                                  • anna-pia Re: zamiast kupować te same ksiazki 11.11.12, 12:45
                                    jhbsk napisała:

                                    > > Dla mnie wykrojenie 3 pokoi, kuchni, łazienki i dwóch przedpokoi z 47 mkw
                                    > to ja
                                    > > kiś kosmos, ciężko mi wyobrazić sobie tak maleńkie mieszkanie..
                                    >
                                    > A ja wychowałam się w trzypokojowym 42,5 m2.

                                    Ale to nie znaczy, że nie ma mieszkań, gdzie taka powierzchnia jest powierzchnią jednego pokoju. Współczuję mieszkania na maleńkich metrażach, takie budowało się za komuny dla ludności bezpartyjnej, ludność partyjna, esbecja i wyżsi oficerowie LWP mieli się całkiem nieźle, jeśli chodzi o mieszkania. Nauczyciele, a szczególnie akademiccy - którym przysługiwał dodatkowy metraż w różnej postaci - też mogli za komuny mieszkać w większych mieszkaniach. No a jak ludzie wychowali się na czterdziestu paru metrach w 4 osoby, to potem 50 mkw wydaje im się nie wiadomo jak dużą powierzchnią.
                                    • bupu Re: zamiast kupować te same ksiazki 11.11.12, 13:57
                                      anna-pia napisała:

                                      > Ale to nie znaczy, że nie ma mieszkań, gdzie taka powierzchnia jest powierzchni
                                      > ą jednego pokoju. Współczuję mieszkania na maleńkich metrażach, takie budowało
                                      > się za komuny dla ludności bezpartyjnej, ludność partyjna, esbecja i wyżsi ofic
                                      > erowie LWP mieli się całkiem nieźle, jeśli chodzi o mieszkania.

                                      Mój jeden dziadek, ludność jak najbardziej partyjna, i może nie szycha, ale szyszunia taka nieduża w lokalnych strukturach, mieszkał latami na niecałych 50m2. Z żoną i piątką dziatek. Naprawdę, sama legitymacja partyjna nie gwarantowała tarzania się w metrach kwadratowych i dobrach użytkowych. Stopień oficerski też wcale nie musiał.
                                      • anna-pia Re: zamiast kupować te same ksiazki 11.11.12, 15:52
                                        Nie chodzi o gwarantowanie czegokolwiek, ale jeśli się takiemu chciało postarać, to miał duże możliwości, których przeciętny Polak nie miał.
                                    • dakota77 Re: zamiast kupować te same ksiazki 11.11.12, 15:01
                                      Nawet jesli wychowywalo sie na ponad 50 metrach w dwie osoby, dalej mozna uwazac jeden POKOJ o pow. 50 metrow za naprawde duzy, szczegolnie jesli wszystko, co jego mieszkancy robia, by podzielic powierchnie jest wstawienie tam regalow. Mozna bylo wydzielic tam i pokoj, i jakis aneks kuchenny/ mala lazienke.
                                      • bupu Re: zamiast kupować te same ksiazki 11.11.12, 15:27
                                        dakota77 napisała:

                                        > Nawet jesli wychowywalo sie na ponad 50 metrach w dwie osoby, dalej mozna uwaza
                                        > c jeden POKOJ o pow. 50 metrow za naprawde duzy, szczegolnie jesli wszystko, co
                                        > jego mieszkancy robia, by podzielic powierchnie jest wstawienie tam regalow. M
                                        > ozna bylo wydzielic tam i pokoj, i jakis aneks kuchenny/ mala lazienke.

                                        Ja się wychowywałam w obszernym domu, a pokój o powierzchni 50 m2 uważam za wielki. I dziwię się, że Gabostryby nie wydzieliły z niego przynajmniej pokoju dla Miągwy oraz wychodka. Te poranne kolejki do łazienki tak ich szalenie kręciły? Kurde, u nas teraz mieszka sześć sztuk, łazienka jest jedna i bywa, że niemożność ze swobodnego z niej skorzystania, bez przytupującej kolejki za drzwiami, doprowadza mnie do szału. A u Borejków zaludnienie bywało przecież większe.
                                        • anna-pia Re: zamiast kupować te same ksiazki 11.11.12, 15:54
                                          Mówimy o dwóch różnych rzeczach: ja tylko przeczę założeniu, że nie mogło być pokoi o pow. 50 mkw. Mogły. A to, że Stryby miały piach w rękawach/węża w kieszeni/inne żyjątko uniemożliwiające działanie, czyli zrobienie z bardzo dużego pokoju małego mieszkanka, to zupełnie inna sprawa.
                                      • guineapigs Re: zamiast kupować te same ksiazki 11.11.12, 18:29
                                        No i wlasnie to jest to sedno: przestrzen 50 mkw a wiemy o tym co? Ze tam spali, ze czytali, ze pracowali na kompie. Na wszystkie Bogi, jakos to chyba musieli zagospodarowac.
                                        Ja lubie spore przestrzenie, ale bez przesady. Poza tym - ogrzewanie. Siedziec w pomieszczeniu 50 mkw zima - to trzeba ogrzac. Fortuna.
                                        MM opisala dokladnie reszte mieszkania (co prawda jakos tam sie to czesto nie zgadza, ale powiedzmy, ze wiemy jak to wyglada), a o tych 50 mkw nie wiemy nic. One po prostu sa i tyle, ot tak, z nieba spadly.
                    • seidhee Re: zamiast kupować te same ksiazki 08.11.12, 10:11
                      > Natomiast dziwienia sie, że młode małżeństwo, z dochodami nauczyciela+studentki
                      > ma TYLKO malutki, dwupokojowy domek - nie rozumiem. Nie ukrywam, ze dla mnie t
                      > o luksus - wiele młodych mażłeństw ma wynajetą kawalerkę...

                      No ale ten szalet nie dlatego jest dziwny, że "niekomfortowo jest mieć mały domek" tylko że budowanie go w takiej formie, to wywalanie pieniędzy w błoto i absolutny brak myślenia perspektywicznego. Bo skoro już bawimy się w podłączanie instalacji, wylewanie fundamentów i co-tam-się-jeszcze robi, to stawianie dwóch maleńkich pokoików jest po prostu bez sensu. I właśnie wynajęta kawalerka czy zamieszkanie na pięterku u Witalisów byłoby rozwiązaniem dużo bardziej zrozumiałym.
                  • dakota77 Re: zamiast kupować te same ksiazki 04.11.12, 17:12
                    Tez tegonie rozumiem. Od bardzo wielu lat uzywam elektrycznych czajnikow, tak jak wszyscy czlownkowie najblizszej rodziny. Zwyklego czajnika zdarzylo mi sie probowac uzyc raz, gdy zepsul sie elektryczny i zanim pobieglam do sklepu po nowy. Probe gotowania w num wody szybko sobie odpuscilam, myslalam, ze oszaleje czekajac jak sie zagotuje;-)
                    • iwoniaw :-) 04.11.12, 18:44
                      Czytnik nie czajnik, Piotr pisał o czytniku jak rozumiem - czymś w stylu Kindle'a np. No ale to nie u Borejków, w KG padało otwartym tekstem, że e-booki wraże nie pożrą _prawdziwego_ czytania _prawdziwych_ książek i na pohybel im. Czego nie rozumiem, nawiasem mówiąc (znaczy podejścia MM, nie tego, że papier nie został/nie zostanie w najbliższych tygodniach całkiem wyparty z użycia).
                      • dakota77 Re: :-) 04.11.12, 19:40
                        Ha ha:)) Wstalam o 4, a spalam jakies 2 godziny, moze to mnie usprawiedliwi:))
                  • ciotka_scholastyka Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 11:07
                    piotr7777 napisał:

                    > ...nie lepiej sprawić sobie elektroniczny czytnik?
                    > Czy M. M. (a w ślad za nią Borejkowie) uważa to jakże wygodne rozwiązanie za pr
                    > ofanację?

                    Podejrzewam, iż u Borejków jest to absolutnie wykluczone :)
                    Czy to na tym forum czytałam, że MM nie chce się nawet zgodzić na (legalne) ebooki, gdyż to jest pójście na łatwiznę (a niewidomi mają przecież książki pisane braillem, więc ebooki im nie potrzebne?).
                    Myślę, że z czytnikami byłoby podobnie, książka, która nie pachnie papierem, kurzem i farba drukarską i nie obciąża rozkosznie półki w przedpokoju, nie jest książką.
                    (Dostałam od dzieci czytnik na urodziny i jestem nim zachwycona.)
                    • dakota77 Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 11:17
                      Tak woja droga, czytnik tez kazdy musialby miec wlasny, inaczej nie potrafiliby sie dogadac, kto czyta nowa ksiazke w pierwszej kolejnosci, tak samo jak nie moga sie dogadac w przypadku wersji papierowej;-)
                      • kopiec_esmeralda Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 11:24
                        Co jest bardzo dziwne. W tak harmonijnym, ustępującym sobie i zgodnym stadle, jak św. Gabryjeli ze Strybą - trzeba aż kupować po dwa egzemplarze książek, bo inaczej kłótnia murowana!
                        • klawiatura_zablokowana Re: zamiast kupować te same ksiazki 08.11.12, 23:27
                          A mi się wydaje z deczka podejrzane, że oni czytają zawsze to samo i w tym samym czasie. Owszem, zdarzają się zapaleni fani jakiegoś gatunku, którzy będą polować na to samo, ale taka 100% niemalże zbieżność gustów? Sama jestem molem książkowym i mieszkałam zawsze z molami książkowymi, najpierw w domu rodzinnym, potem z mężem. Owszem, wyrywanie sobie książki zdarzało się, ale na litość, w wieku 13 lat! Od dojrzewania mniej więcej idzie się dogadać "skończę do środy i ci dam", wtedy druga osoba mówi "ok, to ja w tym czasie sobie zacznę/dokończę X...". Naprawdę nie ma potrzeby kupowania aż dwóch egzemplarzy, bo prawdziwy bibliofil zawsze ma inną lekturę na podorędziu, którą może się zająć w kolejce na jakiś upragniony tom, co więcej, tacy maniacy z reguły czytają dosyć szybko, więc nikt z niecierpliwości nie umrze.

                          Stąd te kupowanie 2,3,4+ egzemplarzy to jakiś kosmos. Jeszcze rozumiem dwa egzemplarze, kiedy kolejka wynosi 10 osób (załóżmy, że napalony jest cały dom, od dzieci szkolnych po dziadków), ale po tomie na łebka?!
                          I gdzie, do diabła GDZIE są te tytuły, które Borejkowie sobie z rąk wyrywają? Plutarch i Mickiewicz kurzą się wdzięcznie na półce, a powieści rozrywkowe, jeśli już, czytane są po cichu i ukradkiem (vide "Mnich" czy Artur Conan Doyle), o żadnym wyrywaniu sobie tomów nie ma mowy. Nigdzie nie jest wspomniany żaden autor, żadna seria czy choćby gatunek, który by wszyscy Borejkowie lub jakaś większa grupa czytali tak maniakalnie.
                          • bupu Re: zamiast kupować te same ksiazki 09.11.12, 00:04
                            klawiatura_zablokowana napisała:

                            > A mi się wydaje z deczka podejrzane, że oni czytają zawsze to samo i w tym samy
                            > m czasie. Owszem, zdarzają się zapaleni fani jakiegoś gatunku, którzy będą polo
                            > wać na to samo, ale taka 100% niemalże zbieżność gustów? Sama jestem molem ksią
                            > żkowym i mieszkałam zawsze z molami książkowymi, najpierw w domu rodzinnym, pot
                            > em z mężem. Owszem, wyrywanie sobie książki zdarzało się, ale na litość, w wiek
                            > u 13 lat!

                            Moja mamusia, osoba w wieku nader dojrzałym, ma ten miły zwyczaj, że wyrywa, spod ręki niemal, zaczętą książkę. Załóżmy siedzę w kuchni i czytam. Muszę coś tam zrobić, odkładam książkę na stół, wykonuję czynność, chcę wrócić do lektury i krewa, książki nie ma. Mamusia porwała. Bez pilnowania lektury jak Koh-I-Noora jest ciągle to samo. Gdyby mnie było stać chętnie kupowałabym po dwa egzemplarze, by wepchnąć jeden w ramiona rodzicielki. Niech ma i niech nie kradnie.
                          • vi_san Re: zamiast kupować te same ksiazki 09.11.12, 09:12
                            O to, to!!! Mądrze prawisz!
                            Też pochodzimy z domów czytających [i ja i mój mąż]. Nie wyrywamy sobie maniacko książek [nawet tych wyczekiwanych!]. Jeśli lektura jest "bardziej" dla mnie - czytam pierwsza, jeśli "bardziej" dla niego - on czyta pierwszy. I nie jest tak, że jak on czyta, to ja siedzę i gapię się, jak kartki przewraca czy zaglądam przez ramię dopytując namolnie kiedy skończy! Zawsze mam coś do czytania na półce i tyle.
                            Ciekawy zaś wątek podjęłaś pytaniem, jakież to "bezcenne" nowości Strybowie i Boreje sobie wydzierają z odnóży? Klasykę mieć powinni na półkach [zapewne nawet w kilku egzemplarzach], literatury lekkiej czytać nie uchodzi [no, może siedząc na sedesie...]... Seneka i Plutarch czas jakiś już temu tworzyć przestali z racji zejścia śmiertelnego, Mickiewicz i Słowacki takoż... No to co oni sobie wyrywają? Sagę "Zmierzch" czy "Harrego Pottera"?
                            • vi_san Re: zamiast kupować te same ksiazki 09.11.12, 09:16
                              He, he, he! A może kolejne tomy "Jeżycjady"? Autoreklama wielką szansą!
                      • iwoniaw Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 13:01
                        No ale mimo wszystko czytnik nie kosztuje aż tyle, żeby się nie opłaciło po jednym na osobę kupić w domu, gdzie notorycznie się kupuje _nowości_ po kilka sztuk - już po kilku tytułach by się im zamortyzowało ;-)
                        Oczywiście to czysto teoretyczne dywagacje, skoro niepapierowa książka jest nieprawdziwa (nadal się zdumiewam - czemu???)
                        • ananke666 Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 17:28
                          Książka to przede wszystkim słowa, tak jak muzyka to dźwięki. Nie zapis.
                          • berek_76 Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 18:15
                            > Książka to przede wszystkim słowa, tak jak muzyka to dźwięki. Nie zapis.

                            O nie, nie zgadzam się! W moich ukochanych książkach ich forma jest dla mnie równie istotna co treść. "Panów Tadeuszów" czy "Alicji w Krainie Czarów" mam po parę sztuk, ale te ukochane egzemplarze są szczególne i mają własną duszę. Na "Sadze rodu Forsyte'ów" moja cioteczna babcia robiła dopiski, które znaczą dla mnie tyle, co treść sagi. Z innej książki po niej wypadł ręcznie przepisany wiersz Lechonia, który mam do dzisiaj - z e-booka by nie wypadł...
                            Tyle tylko, że nie każda książka musi od razu być takim niezwykłym obiektem. W tych zwyczajnych faktycznie liczy się przede wszystkim treść. Ale dla mnie przeciwstawianie książek drukowanych - elektronicznym to jak przeciwstawianie książek w ogóle filmom. Przecież to w ogóle jest co innego :)

                            -----------------------
                            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                            You've got to kick a little
                            • vi_san Re: zamiast kupować te same ksiazki 06.11.12, 19:26
                              A nie sądzisz, że racja leży po środku? Owszem, są książki "papierowe", których nigdy nie zamienię na ebooki. Takie jak wydany w jęz. rosyjskim podręcznik szkolenia psów myśliwskich [jak żyję nie polowałam i nie mam zamiaru, a rosyjski znam baaardzo słabo!], z zapiskami na marginesach robionymi przez mojego PRADZIADKA. Jak "Pan Tadeusz" z autografem i dedykacją od Andrzeja Seweryna. Jak prześliczny, stareńki elementarz Falskiego, z którego uczyły się czytac kolejno moje ciotki, mama i w końcu moja siostra i ja... Ale oszałamiającą większość zamieniłam na ebooki. I bardzo sobie to chwalę! E - zajmują mniej miejsca [pen zamiast metrów bieżących], a treść taka sama.
                              • zla.m Re: zamiast kupować te same ksiazki 07.11.12, 12:54
                                vi_san napisała:

                                > A nie sądzisz, że racja leży po środku? Owszem, są książki "papierowe", których
                                > nigdy nie zamienię na ebooki. Takie jak wydany w jęz. rosyjskim podręcznik szk
                                > olenia psów myśliwskich [jak żyję nie polowałam i nie mam zamiaru, a rosyjski z
                                > nam baaardzo słabo!], z zapiskami na marginesach robionymi przez mojego PRADZIA
                                > DKA. Jak "Pan Tadeusz" z autografem i dedykacją od Andrzeja Seweryna. Jak prześ
                                > liczny, stareńki elementarz Falskiego, z którego uczyły się czytac kolejno moje
                                > ciotki, mama i w końcu moja siostra i ja...

                                Ale w tym momencie wartość książki nie wynika z tego, że jest to papier zadrukowany treścią (a to jest istota książki), tylko w tym, że jest to rzecz stara, należąca długo do rodziny (więc mogłaby też być cukiernica z Kiejdan) albo papier, na którym ktoś coś napisał - i jest formą przypadku, że te napisy powstały akurat na książce, a nie na zaproszeniu na ślub babci czy innym dokumencie, który wtedy stałby się wartościowy. Ja rozumiem sentyment do takich pamiątek, sama go mam i hołubię, ale nie świadczy on o wyższości książki jako takiej, choć rzeczywiście trudno o czytnik sprzed 3 pokoleń (ale notatki już robić się da).
                                • vi_san Re: zamiast kupować te same ksiazki 07.11.12, 20:17
                                  A niech będzie rupieć po Radziwiłach, nie żałuję im. Ja tylko odpowiedziałam Berek na jej stwierdzenie "dla mnie przeciwstawianie książek drukowanych - elektronicznym to jak przeciwstawianie książek w ogóle filmom"... No, proszę cię, bez żartów! "P. Tadeusz" Wajdy ma się do mickiewiczowskiego oryginału jak kwiatki [groszku] do kożucha! Natomiast "Pan Tadeusz" w wersji "papierowej" i elektronicznej - to jednak wciąż ten sam tekst! I wyłącznie od umiejętności czytającego zależy, czy będzie "żywy" czy drętwy.
                                  • berek_76 Re: zamiast kupować te same ksiazki 09.11.12, 09:23
                                    > A niech będzie rupieć po Radziwiłach, nie żałuję im. Ja tylko odpowiedziałam Be
                                    > rek na jej stwierdzenie "dla mnie przeciwstawianie książek drukowanych - elektr
                                    > onicznym to jak przeciwstawianie książek w ogóle filmom"... No, proszę cię, bez
                                    > żartów! "P. Tadeusz" Wajdy ma się do mickiewiczowskiego oryginału jak kwiatki
                                    > [groszku] do kożucha! Natomiast "Pan Tadeusz" w wersji "papierowej" i elektroni
                                    > cznej - to jednak wciąż ten sam tekst! I wyłącznie od umiejętności czytającego
                                    > zależy, czy będzie "żywy" czy drętwy.

                                    No proszę Cię :) To, że Ty widzisz w książce tylko tekst, to nie znaczy, że każdy tak ma. Dla mnie książki to również właśnie druk, oprawa - introligatorska i graficzna :P - notatki na marginesach i związana z nimi historia.
                                    Pewnie, że jest wiele takich książek, które będą tylko tekstem i nie przeszkadza mi, że poznam je w e-booku czy audiobooku,. Natomiast nie jest to dla mnie tożsame z książką papierową, bo e-book nie zostanie na zawsze jako rodzinna pamiątka, poprzekładana fragmentami rodzinnej albo i innej historii, nie przekażę go dziecku, przy okazji pokazując, gdzie zostawiłam ślady brudnej łapy, a gdzie podkreśliłam ulubione słowa...
                                    No, jest to co innego i tyle. Dla mnie, oczywiście. Ale nie możesz twierdzić, że nie mam racji, bo tu nie ma żadnej racji :) Po prostu inne rzeczy mają dla nas znaczenie.
                                    Może moje odchyły wynikają z faktu, że pochodzę z bibliofilskiego domu, spędziłam część dzieciństwa w zabytkowych księgozbiorach, a część wręcz na aukcjach starych druków, gdzie zabierała mnie mama i naoglądała się, nadotykałam i nawdychałam żywych książek. Z duszą. Książek, których dotykał też, na przykład, Stanisław August. Które ktoś ręcznie, z poświęceniem, ilustrował. I one miały tak mało wspólnego z e-bookiem, że to po prostu trudno wyrazić :)

                                    -----------------------
                                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                                    You've got to kick a little
                                    • seidhee Re: zamiast kupować te same ksiazki 09.11.12, 09:38
                                      A dla mnie jest jeszcze jeden aspekt czytnika, który mi się nie podoba - książki, które kupiłam w wersji papierowej, spokojnie będą mogły przeczytać moje dzieci, bo do przeczytania ich wystarczy para oczu. A taki e-book ile pożyje? w sensie, że za 10 lat może wejdzie nowa super technologia, niekompatybilna ze starymi wersjami. Ale może to tylko moje czarnowidztwo ;)
                                      • villanden Re: zamiast kupować te same ksiazki 09.11.12, 23:23
                                        seidhee napisała:

                                        > A dla mnie jest jeszcze jeden aspekt czytnika, który mi się nie podoba - książk
                                        > i, które kupiłam w wersji papierowej, spokojnie będą mogły przeczytać moje dzie
                                        > ci, bo do przeczytania ich wystarczy para oczu. A taki e-book ile pożyje? w sen
                                        > sie, że za 10 lat może wejdzie nowa super technologia, niekompatybilna ze stary
                                        > mi wersjami. Ale może to tylko moje czarnowidztwo ;)


                                        Moje ksiazki z Kindla sa nie tylko na urzadzeniu ale i na amazonowym koncie w sieci, wiec jesli e-book padnie to moge sobie je sciagnac na nowe urzadzenie. Mysle (optymistycznie zakladam) ze nawet jesli wejdzie nowa technologia to znajdzie sie jakis sposob zeby plik przerobic. (jak muzyke z plyt kompaktowych na mp3 ;-)
                                        Dla mnie Kindle byl objawieniem i kocham go oblednie. Jedyna jego wada jest to, ze w Europie nie mozna pozyczac ksiazek innym uzytkownikom, ale moze to i dobrze, bo ja chyba i tak przesadzam z wciskaniem znajomym literatury ktora sie aktualnie zachwycam ;-)
                                      • ciotka.scholastyka Re: zamiast kupować te same ksiazki 02.09.22, 13:51
                                        seidhee napisała:

                                        > A dla mnie jest jeszcze jeden aspekt czytnika, który mi się nie podoba - książk
                                        > i, które kupiłam w wersji papierowej, spokojnie będą mogły przeczytać moje dzie
                                        > ci, bo do przeczytania ich wystarczy para oczu. A taki e-book ile pożyje? w sen
                                        > sie, że za 10 lat może wejdzie nowa super technologia, niekompatybilna ze stary
                                        > mi wersjami. Ale może to tylko moje czarnowidztwo ;)

                                        Minęło dziesięć lat. Mój kindle ma się dobrze :D I książki na nim też.
                                    • vi_san Re: zamiast kupować te same ksiazki 12.11.12, 16:16
                                      Napisałam, że mam kilka książek, których nie zamienię na ebooki za nic. Bo stanowią jakąś rodzinną pamiątkę, bo WIEM, że należały do kogoś dla mnie ważnego, bo notatki na marginesach... Są i takie, które po prostu JA lubię i dla mnie są ważne - w których ja zakreślam słowa czy wersy, które być może kiedyś dla kogoś dzięki temu nabiorą wyjątkowej wartości.
                                      Natomiast większość książek - mam na ebookach [nawet te "ukochane"]. Nie znaczy to, że likwiduję książki papierowe! Ale... Ostatnio "ściągnęłam" sobie komplet przygód Tomka Wilmowskiego. Uwielbiałam to jako dzieckiak, z przyjemnością przeczytałam ponownie... Ale kupować książki? Szkoda by mi było miejsca na półkach i pieniędzy. Natomiast twoje zestawienie "książka elektroniczna = ekranizacja" jest, jak dla mnie, idiotyczne! Bo jednak często w ekranizacji poza nazwiskami bohaterów trudnoby się domyślić oryginału literackiego [chociażby fatalnie sfilmowane "Lato leśnych ludzi"], film jest jednak projekcją odbioru tekstu literackiego przez scenarzyste i reżysera. A książka w wersji elektronicznej pozostaje tym samym tekstem! Nie namawiam nikogo do "prze4rzucania się" na ebooki, wolna wola. Natomiast ja widzę różnicę między "książka - tekst pisany" [niezależnie od "nośnika", czy papierowy czy elektroniczny] a "ekranizacja - obraz wybranych elementów tekstu literackiego".
                                      • slotna Re: zamiast kupować te same ksiazki 12.11.12, 16:31
                                        Miedzy e-bookiem a ksiazka papierowa jest taka roznica jak miedzy filmem na dvd a filmem na kasecie wideo. Tresc ta sama, inny nosnik.
                                        • vi_san Re: zamiast kupować te same ksiazki 12.11.12, 17:04
                                          Dokładnie. Jakoś jak usiłowałm to wyjaśnić, to mi takie porównanie do głowy ne przyszło, a jest przecież OCZYWISTE!
                    • ciotka_scholastyka Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 11:43
                      > Czy to na tym forum czytałam, że MM nie chce się nawet zgodzić na (legalne) ebo
                      > oki, gdyż to jest pójście na łatwiznę (a niewidomi mają przecież książki pisane
                      > braillem, więc ebooki im nie potrzebne?).

                      Jezu, AUDIOBOOKI oczywiście. Ebooki zaiste nie przydadzą się niewidomym. Też mało dzisiaj spałam...
                      • verdana Re: zamiast kupować te same ksiazki 05.11.12, 17:51
                        Ależ przydadzą się. Mój czytnik przeczyta każdy ebook. Kocham mój czytnik. Możliwość zapakowania na wakacje regału książek powinna ucieszyć serce każdego prawdziwego czytelnika. Chyba, ze kocha się papier, a nie to, co jest na nim wydrukowane.
                • dakota77 Re: Śledzie w beczce 04.11.12, 17:10
                  Moze zarabiaja. Tylko jeszcze pare tomow temu Palys byl neurologiem, ktorego MM nagle zrobila neurochorurgiem, nie wiadomo czemu. Bo prestiz wiekszy wg niej?Bo myslala, ze tokolejny etap w karierze neurologa?:P

                  Marek musialby zrobic najpierw specjalizacje z chemii, potem moglby dopiero sie przekwalifikowac.
                  • grzalka Re: Śledzie w beczce 04.11.12, 23:16
                    dakota77 napisała:


                    > Marek musialby zrobic najpierw specjalizacje z chemii, potem moglby dopiero sie
                    > przekwalifikowac.

                    Z jakiej chemii? Jak ma dyplom lekarza to może zrobić każdą specjalizację, jak mu się znudzi być neurochirurgiem to może zostać pediatrą, tylko to wymaga czasu, ale chemii do tego nie mieszajmy. A MM się pomyliła moim zdaniem- poza tym neurochirurg zdecydowanie bardziej pasuje do opisu wiecznie niewyspanego i wiecznie nieobecnego w domu Mareczka
                    • dakota77 Re: Śledzie w beczce 04.11.12, 23:30
                      Rany, co ja dzis za bzdury wypisuje, ale powtorze, ze wstalam o 4 rano po jakichs 3 godzinach snu. Z chirurgii, chcialam napisac:) Neurochirurgiem zostaje sie po specjalizacji z chirurgii, nie po neurologii. Sorki za kolejny nieprzytomny post. Oczywiscie, ze lekarz moze zrobic kazda specjalizacje, na ktora uda mu sie dostac, ale Markowi zrobienie tej chirurgii a potem neurochirurgii zajeloby lata, szkoda czasu i moim zdaniem tylko pomysla autorki.
                      • yvi1 Re: Śledzie w beczce 04.11.12, 23:40
                        Nie wiem jakie sa drogi kariery lekarskiej w Polsce.Tutaj sie robi studia,idzie do szpitala na staz,wybiera specjalizacje,zdaje egzamin i jest sie nie lekarzem ogolnym,tylko np. gastroenterologiem.Jezeli chce do tego byc chirurgiem,prosze bardzo,kolejny staz,kolejny egzamin ,nastepna specjalizacja.Trwa to wszystko latami,a np. chirurg nie zrobi sie po dwoch miesiacach neurochirurgiem,ani neurolog tez.
                        Ale moze w Polsce to wyglada inaczej.
                        Tak czy owak pokoj po pani Szczepanskiej dziwnie gabaryty zmienia,zaleznie od pamieci pani MM.Akurat teraz znowu cala Jezycjade sobie powtarzam,ze szczegolnym naciskiem na bledy i mnostwo ich ,panie dzieju....
                  • zla.m Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 12:31
                    dakota77 napisała:

                    > Tylko jeszcze pare tomow temu Palys byl neurologiem, ktorego MM
                    > nagle zrobila neurochorurgiem, nie wiadomo czemu.

                    Naprawdę, dakota, ty chyba w bloku mieszkasz, tak się czepiać o nędzne parę literek. Jedno i drugie to nuero-coś-tam jest i wystarczy. W następnym tomie będzie neuronem.
                    • jottka Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 12:34
                      albo neurotykiem, wykluczyć nie można:)
                      • yvi1 Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 19:55
                        Nerurofizykiem
                        Neuronautem
                        Neuropsychologiem
                        Neurobiologiem
                        I jak to tam dalej szlo z tymi slowami na f albo n?
                        Obojetnie jak,zdolny jest.Tak we snie te wszystkie specjalizacje zdobywa ...:)
                    • rannie.kirsted Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 21:43
                      albo nefrologiem. nefrochirurgiem ewentualniez
                      • meduza7 Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 22:16
                        Albo Nefretete. Tylko niech wąsy zgoli.
                        • yvi1 Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 22:32
                          Nosferatu?:)
                          • meduza7 Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 22:56
                            Nostradamus.
                          • bupu Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 23:00
                            yvi1 napisała:

                            > Nosferatu?:)

                            Całkiem niewykluczone, że tym nosferatu to Mareczek już jest, zważywszy na fakt, że całe dnie przesypia w podziemiach. To jest w suterenie.
                            • yvi1 Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 23:52
                              Jeszcze zaraz dojdziemy do tego,ze nam nowy Zmierzch wyjdzie :)
                              • meduza7 Re: Śledzie w beczce 05.11.12, 23:54
                                Ha! Mareczek nie wyłazi z piwnicy, bo się boi, że zacznie sparklić!
                                • yvi1 Re: Śledzie w beczce 06.11.12, 00:04
                                  Ale na rybach cholera byl,no chyba ze sobowtor albo jaki inny zombie.Albo jaki inny Niesmiertelny.
                                  O mam Niesmiertelny Neurologicznie Nosferatu!
                                  Albo Nigdy Niewidzany Neurologiczny Nostradamus!
                                  Sorry,glupawke mam:)
                                  • akniwlam Re: Śledzie w beczce 08.11.12, 16:28
                                    Nawet do Zmierzchowego kompletu mamy etatowego wilkołaka! Mianowicie Patrycja obawia się Baltony, że zje ją, jak wilk Czerwonego Kapturka, razem z butami i czapeczką i do wilkołaka też go porównuje!
                                    A Grześ czyta w myślach Gabrysi niczym boski Edward.
                                    Tylko faktycznie coś nie sparklą (może inny gatunek)?
                                    Dawajcie dalej. Zmierzch u Musierowicz, to jest coś!
                                    • bupu Re: Śledzie w beczce 08.11.12, 19:05
                                      akniwlam napisał(a):

                                      > Nawet do Zmierzchowego kompletu mamy etatowego wilkołaka! Mianowicie Patrycja o
                                      > bawia się Baltony, że zje ją, jak wilk Czerwonego Kapturka, razem z butami i cz
                                      > apeczką i do wilkołaka też go porównuje!
                                      > A Grześ czyta w myślach Gabrysi niczym boski Edward.
                                      > Tylko faktycznie coś nie sparklą (może inny gatunek)?
                                      > Dawajcie dalej. Zmierzch u Musierowicz, to jest coś!

                                      Pyza to jest wypisz wymaluj Bella Swan. Rozmamłane, bezkształtne, bez osobowości, zafiksowane na złapaniu i utrzymaniu chłopa. No toczka w toczkę.
                                      • akniwlam Re: Śledzie w beczce 12.11.12, 11:24
                                        Twierdzisz, że Pyzy procesy myślowe są równie nieprzeniknione (wg niechętnych - nieistniejące), co u panny Swan?
                                        • anutek115 Re: Śledzie w beczce 12.11.12, 11:34
                                          akniwlam napisał(a):

                                          > Twierdzisz, że Pyzy procesy myślowe są równie nieprzeniknione (wg niechętnych -
                                          > nieistniejące), co u panny Swan?

                                          Ja stawiam na nieistniejące ;). Trudno przeniknąć coś, co nie istnieje :DDD.
                                        • bupu Re: Śledzie w beczce 12.11.12, 18:07
                                          akniwlam napisał(a):

                                          > Twierdzisz, że Pyzy procesy myślowe są równie nieprzeniknione (wg niechętnych -
                                          > nieistniejące), co u panny Swan?

                                          Trudno przeniknąć coś, czego nie ma...
                    • sacacorchos Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 11:53
                      ale to może taki przemyślny zabieg autorski jest

                      przecież to Boorejki na początku nie znały Mareczka za dobrze, coś im się tam o uszy obiło, że jest lekarzem, jakimś tam neuro coś tam

                      dopiero z biegiem lat sobie to w łepetynach doprecyzowali, nieprawda
    • vi_san Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 09:58
      - Kołchoz na Roosvelta został już wielokrotnie omówiony - i jak dla mnie [a także dla wielu innych] to dopiero jest sytuacja patologiczna!
      - Na Słowackiego prawdopodobnie mieszkają państwo Żakowie, myślę, że Hajduki i Kołodzieje już dawno są na swoim, a tabliczkę zostawili z sentymentu i dla podkreślenia więzi rodzinnych - które tam mogą jeszcze być prawdziwe, a nie "borejkowskie" czyli w gębie jeno.
      - Kuchnia prof. D. musiała być niewąsko elastyczna: Dambo mieszkał za kotarą, i miał kozetkę, stolik i szafkę, a potem z tego kąta Ogorzałka wykroił co najmniej dwupokojowe mieszkanie? Dobry być musiał...
      - W kwestii mieszkania Rojków na poddaszu, to z tego co wiem nie jest powiedziane, że to był dom Kowalików, nie jeden dom przy Noskowskiego stoi. A mieszkanie na poddaszu może być pięknym apartamentem.
      - Szalet z resztek Maszpaństwa to kpina ze zdrowego rozsądku czytelniczek!
      Pominęłaś zaś jedną cudowną parę - państwa Pałysów, lekarzy, z trójką dzieci gnieżdżących się w piwnicy. Dom Baltony i Patrycji Górskich też wykazuje niejakie zdolności elastyczne, choć nie w takim stopniu jak mieszkanie przy Roosvelta.
      A na marginesie: ciekawi mnie co tez dzieje się z Wiesią Górską [ciocią Cesi Żak - Hajduk, mamą Baltony]? Nie jest nigdzie napisane, że mieszka z Florkami, więc co, została na Słowackiego? Synuś nie życzy sobie mamusi, więc niech gniecie się kątem u brata czy siostry? Coś nie halo. I nawet przy okazji wigilii u Florków nie jest wspomniana! Jest, że Patrycja świetnie gotuje, a wystarczyłoby dorzucić, że np. karpia zrobiła mama Florka. A może ją też MM ukatrupiła, bo ona zdaje się ma słabość do zabijania matek...
      • ciotka_scholastyka Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 14:18
        > - W kwestii mieszkania Rojków na poddaszu, to z tego co wiem nie jest powiedzia
        > ne, że to był dom Kowalików, nie jeden dom przy Noskowskiego stoi. A mieszkanie
        > na poddaszu może być pięknym apartamentem.

        Tak, tylko że jak niedawno o tym pisałam - NIE WIERZĘ, że Musierowicz pisząc o mieszkaniu Rojków na Noskowskiego nie miała na myśli ich mieszkania w willi Mamertów, w której przecież już mieszkali.
        Po prostu jak to Musierowicz, nie pomyślała nie tyle, że te dwa malutkie pokoiki to za mało (kiedyś tam się gnieździli Mamertowie z dwójką dzieci plus Aniela), ile że na prawdę w dzisiejszych czasach rzutki przedsiębiorca może sobie pozwolić na samodzielne, trzypokojowe mieszkanie. tak samo jak dwójka lekarzy (co do której zgadzasz się, że to nie jest normalne).
        • akniwlam Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 16:41
          Ale może oni mają na tym poddaszu więcej niż dwa pokoje? (Zakładając, że faktycznie mieszkają u Kowalików, z ktorymi wszak nie są związani rodzinnym krwiobiegiem.) Mogli tam być jeszcze inni lokatorzy, którzy się wyprowadzili, mogli od Tosi (spadkobierczyni cioci Lili) odkupić kawałek domu, w końcu ich dzieci już dawno się wyprowadziły. Na poddaszu w Noelce i Pulpecji mieszkali Tomek z Romą, musiały być ze dwie sypialnie i jeszcze jakiś "salon", tzn. to miejsce, gdzie Roma urządzała sylwestra (skoro wszyscy siedzieli na podłodze z wyjątkiem wyelegantowanego Marcelka, który zajął fotel bujany, to raczej nie było tam zadnego łóżka, kanapy czy innego sprzętu do spania - więc nie siedzieli w sypialni). Może nawet kuchnia? Gdzieś tam Romcia podgrzewała tę chińszczyznę i co tam jeszcze podawała, za każdym razem szła do maminej kuchni czy może miała jakiś własny kącik kuchenny? Wejście na pewno było osobne, bo Elka czyta strzałkę "Do Romy i Tomasza" i nie wchodzi do mieszkania rodziców, widzi Mamerta dopiero jak już kolędują u Borejków. Roma z tymi garami też by chyba nie latała na zewnątrz... Myślę więc, że to może być całkiem spora i funkcjonalna powierzchnia, coś w rodzaju loftu nawet (jeśli zaadaptowali jakieś komórki, suszarnię czy co się na takich poddaszach mieści).
          Ale to dywagacje, bo nie wiemy, czy ta willa na Noskowskiego, w której mieszkają Rojkowie jest faktycznie tą Kowalików. O Natalii i Robercie w ostatnich tomach mamy mało danych.
          • bupu Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 17:32
            Z "Pulpecji" i "Noelki" wiemy, że mieszkanie na poddaszu zawierało w sobie dwa pokoiki oraz malutką kuchenkę. Zawierało tez zapewne łazienkę i klitkę po Anieli, w której z wysiłkiem mieściła się kozetka, stojak na ubrania i krzesło bodaj. Mikry dosyć lokal na czteroosobową rodzinę. A że Rojki mieszkają w willi Kowalikostwa wiemy stąd, że Robroj wynajmował mieszkanko na poddaszu dla Belli, jak w "Tygrysie i Róży stoi". A potem zamieszkał tam z małżonką. Co jest dziwne, bo jeśli stać go było uprzednio na opłaty za własny lokal, ganz egal, w Łodzi, czy w Poznaniu, a do tego jeszcze na płacenie za mieszkanie córki, to z całą pewnością starczyłoby mu pieniędzy na wynajęcie czegoś większego niż ów apartament na poddaszu, zwłaszcza, że po ślubie do budżetu doszły jeszcze zarobki Nutrii. I jej tajemnicze oszczędności, których miało starczyć na małe mieszkanko.
            • vi_san Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 21:19
              Jak już pisałam TEORETYCZNIE jest możliwe, że Rojkowie [Robert z Natalią] mieszkają na Noskowskiego nie u Kowalików. Natomiast gdyby się upierać przy domu Tosi i Mamerta... Może być, że np. Mamertowie przenieśli się na parter [w miejsce dawnej kwiaciarni], innych lokatorów wymiotło, albo tez inaczej ich szlag trafił i Robert odkupił od Tosi piętro i poddasze? Ni czorta nie pamiętam, ile też pięter liczył sobie ów szacowny budynek. Ale dopuszczam taką możliwość [podkreślam: NIE PAMIĘTAM jak to tam było, a nie chce mi się w tej chwili szukać i sprawdzać], że po wyjeździe Tomcia i Romci Tosia i Mamert - starsi już w końcu państwo, przenieśli się na parter, adaptując na salony własne dawniejsze lokum kwiaciarni "Florek", a piętro [niegdyś kwaterę własną] i poddasze [niegdysiejszy lokal dziatek] odsprzedali Rojkom, o których Boreje, stare konserwy, z przyzwyczajenia mówią, że "mieszkają na poddaszu". A to by zmieniało diametralnie postać rzeczy - dwupoziomowy apartament to nie klitka po Anieli, więc nawet pasuje do rzutkiego przedsiębiorcy. A co do uporu w kwestii Kowalików - to też mogę zrozumieć. Robrojek [był taki czas] miał słabość do Anieli, zapewne bywał u niej i zna rodzinę Kowalików od lat, może nawet ich lubi, okolica też mu bliska... To chyba jedyne sensowne wytłumaczenie, MM go nie daje, ale też od kilku tomów co najmniej traktuje Nutrię i Robrojka po macoszemu i ma ich w nosie, żyją to i chwała Bogu.
              A na marginesie: że zamieszkał u Kowalików po ślubie, nie jest W REALU jednoznaczne z tym, że musi tam mieszkać do u...śmiechniętej śmierci. W chwili pojawienia się dzieci mógł się przeprowadzić, albo jak napisałam powyżej.
              • bupu Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 21:55
                vi_san napisała:

                > Jak już pisałam TEORETYCZNIE jest możliwe, że Rojkowie [Robert z Natalią] miesz
                > kają na Noskowskiego nie u Kowalików. Natomiast gdyby się upierać przy domu Tos
                > i i Mamerta... Może być, że np. Mamertowie przenieśli się na parter [w miejsce
                > dawnej kwiaciarni], innych lokatorów wymiotło, albo tez inaczej ich szlag trafi
                > ł i Robert odkupił od Tosi piętro i poddasze? Ni czorta nie pamiętam, ile też p
                > ięter liczył sobie ów szacowny budynek.

                Parter + poddasze. Żadnych pięter pomiędzy.

                > Ale dopuszczam taką możliwość [podkreśl
                > am: NIE PAMIĘTAM jak to tam było, a nie chce mi się w tej chwili szukać i spraw
                > dzać], że po wyjeździe Tomcia i Romci Tosia i Mamert - starsi już w końcu państ
                > wo, przenieśli się na parter, adaptując na salony własne dawniejsze lokum kwiac
                > iarni "Florek", a piętro [niegdyś kwaterę własną] i poddasze [niegdysiejszy lok
                > al dziatek] odsprzedali Rojkom, o których Boreje, stare konserwy, z przyzwyczaj
                > enia mówią, że "mieszkają na poddaszu".

                No ale w "Sprężynie" o mieszkanku na poddaszu nie mówią Boreje konserwowe, tylko autorka pisze. Mieszkanku, podkreślam, nie połowie willi.
                • vi_san Re: Śledzie w beczce 09.11.12, 23:56
                  Czyli co, jak w "Pulpecji" tą kwiaciarnię otworzyli [Tomcio i Baltona] to w salonie Tosi? Coś mi się nie zgadza. Trzeba by sięgnąć do "Kłamczuchy" - tam zapewne najpełniej opisano ów dom. Ale moja "Kłamczucha" wraz z całą resztą Jeżycjady po ostatnich porządkach w książkach jest w trzecim rzędzie na półce pod sufitem i mi się nie chce skakac po meblach. Jeśli to był tylko parter i stryszek - to, moim zdaniem, wyklucza mieszkanie tam Rojków z dziećmi. Mogę jeszcze zrozumieć, że po ślubie Robert i Natalia mieszkali w wynajmowanym od Kowalików mieszkanku - niech będzie: nie byli jeszcze na 100% pewni czy zostaną w Poznaniu, czy wyjadą do Łodzi, byli zresztą tylko we dwoje - Bella dorosła i mieszkająca osobno, więc się nie liczy - mogli. Ale kiedy pojawiły się dzieci - nie wierzę, żeby rozważny, niegłupi i NIEBIEDNY Robrojek nie postarał się o coś własnego dla rodziny! A choćby i wynajęte, ale normalne, a nie jakies klitki po Anielce, dobre może dla stukniętej artystki w wieku licealnym, ale nie dla rodziny z dwójką małych dzieci!
                  A co do autorki, to [niestety] często pisze różne głupoty i potem na forum konstatujemy radośnie, że w oczach Magdy Grześ i jego syn Ignacy Grzegorz "są niemal identyczni", choć pierwszy ma brązowe, kędzierzawe włosy i takąż afro brodę, a drugi gładko ulizane, czarne włoski z pojedynczym loczkiem opadającym gdzieniegdzie. Jakim cudem mogą być identyczni - za Chiny Ludowe nie pojmę...
                  • bupu Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 01:41
                    vi_san napisała:

                    > Czyli co, jak w "Pulpecji" tą kwiaciarnię otworzyli [Tomcio i Baltona] to w sal
                    > onie Tosi? Coś mi się nie zgadza.

                    Kwiaciarnia była w suterenie. Na parterze mieszkały stare Kowaliki, a na pięterku, jak autorka zwie również poddasze, młode. Pierwsze piętro jeśli było, to zaginęło w akcji.
                • vi_san Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 00:11
                  A jednak nie zdzierżyłam, sięgnęłam po "Kłamczuchę" a tam stoi jak byk: "Przed nią wznosiła się nieduża piętrowa willa, której ciemny fronton urozmaicały szkarłatnymi plamami kwitnące na balkonie pelargonie. Powyżej balkonu, w otwartym oknie poddasza, suszyły się dwa niebieskie podkoszulki dziecięce, cztery pary małych skarpetek, a także nawleczone na nitkę grzyby.". Przed nią - czyli przed Anielą. Z czego wynika, że willa miała parter, piętro i poddasze użytkowe. Czyli, gdyby MM się upierała, że Rojki tylko z Mamertami - mogłoby być tak jak już pisałam, że Tosia i Mamert na parterze, Nataia i Robert - na piętrze, a Szymon i Jędrek [za prawdziwość imion nie ręczę] - na poddaszu. I to by miało ewentualnie jakiś cień sensu.
                  • bupu Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 01:32
                    vi_san napisała:

                    > A jednak nie zdzierżyłam, sięgnęłam po "Kłamczuchę" a tam stoi jak byk: "Przed
                    > nią wznosiła się nieduża piętrowa willa, której ciemny fronton urozmaicały szka
                    > rłatnymi plamami kwitnące na balkonie pelargonie. Powyżej balkonu, w otwartym o
                    > knie poddasza, suszyły się dwa niebieskie podkoszulki dziecięce, cztery pary ma
                    > łych skarpetek, a także nawleczone na nitkę grzyby.". Przed nią - czyli przed A
                    > nielą. Z czego wynika, że willa miała parter, piętro i poddasze użytkowe.

                    No to willa gdzieś po drodze zgubiła jedno piętro, bo z opisów w "Noelce" i "Pulpecji" nijak to pierwsze piętro nie wychodzi.

                    > , gdyby MM się upierała, że Rojki tylko z Mamertami - mogłoby być tak jak już p
                    > isałam, że Tosia i Mamert na parterze, Nataia i Robert - na piętrze, a Szymon i
                    > Jędrek [za prawdziwość imion nie ręczę] - na poddaszu. I to by miało ewentualn
                    > ie jakiś cień sensu.

                    Mogłoby, gdyby Musierowicz nie pisała wyraźnie o mieszkanku na poddaszu.
                    • vi_san Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 10:50
                      No patrz, piętro szlag trafił a w Poznaniu wojny wszak nie było?! Nie było też nic o jakiejś znaczącej przebudowie [zresztą nie słyszałam o przebudowie mającej na celu ZMNIEJSZENIE metrażu, a nie na odwrót]? No to chyba [jak często] MM się coś pokićkało. Chociaż... Jedna myśl mi się nasunęła, żeby jakoś "uracjonalnić" zniknięcie piętra. Może to była baaardzo wysoka suterena, taki prawie parter, tylko, dajmy na to, trzy schodki poniżej poziomu ziemi? Stąd oficjalnie mogła to być sutarynna, a optycznie - parter.
                      Natomiast nijak to nie rozwiązuje "mieszkanka Rojków na poddaszu". Chyba, że w oczach MM dwupoziomowy apartament to wciąż mieszkanko na poddaszu, bo w końcu poddasze stanowi jego część? :)
                      • klawiatura_zablokowana Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 18:37
                        Bo poddasze i suterena to skromny minimalizm, a nie jakieś tam - tfu tfu - wille piętrowe!
                        • vi_san Re: Śledzie w beczce 11.11.12, 19:20
                          Hi, hi, hi! Pewnie, że skromniej i "intelektualniej" brzmi "mieszkanko na strychu" niż "dwupoziomowy lokal z wszelkimi wygodami i niezłym metrażem". Natomiast nie pojmuję dlaczego Robrojek - energiczny wszak przedsiębiorca odnoszący sukcesy zawodowe - miałby kultywować "szlachetne ubóstwo"? Pomijając już to, że posiadanie majątku nie wyklucza bycia niegłupim i oczytanym - nie ma zakazu. Chociaż MM chyba nie dopuszcza myśli, że ktoś mógłby być mądry i bogaty. A jeszcze do tego piękny...
                          • klawiatura_zablokowana Re: Śledzie w beczce 13.11.12, 18:46
                            >Natomiast
                            > nie pojmuję dlaczego Robrojek - energiczny wszak przedsiębiorca odnoszący sukc
                            > esy zawodowe - miałby kultywować "szlachetne ubóstwo"?

                            Bo materializm jest ZUY. I Robrojek jest przedsiębiorczy bezobjawowo, bo jakby podjechał nowym oplem, toby się zrównał z jakąś pyziaczą zarazą albo inną Dąbek-Nowacką...

                            >Pomijając już to, że pos
                            > iadanie majątku nie wyklucza bycia niegłupim i oczytanym - nie ma zakazu.

                            Jak sama zauważyłaś, u MM wyklucza, w tym sęk. Jej bogaci są puści, filisterscy (rodzina Dąbek-Nowackich), egoistyczni, infantylni (jojczący Krzyś w samotni w Idzie Ś.), samotni (rodzina Przeszczepa), zimni emocjonalnie (rodzina Jedwabińskich - byli opisani jako raczej dobrze sytuowani), nieszczęśliwi... eee... dopisz swoje ;)
                            • vi_san Re: Śledzie w beczce 13.11.12, 22:32
                              No jak ja mogłam być taka głupia i nie zaskoczyć, że można być energicznym przedsiębiorcą z sukcesami bez objawów materialnych?! No, idiotka, po prostu. Bije się w piersi, ino nie za mocno, bo tynk poleci, z tej ruiny poddasza Robrojków...
                              A co do filistrów bogatych i bezdusznych jak cepy w stodole, egoistycznych, infantylnych, samotnych i nieszczęśliwych? Prócz tych wymienionych przez ciebie? Przede wszystkim niesławnej pamięci Janusz Pyziak. W dalszej kolejności Alma Pyziak. Danka Filipiak z "Szóstej Klepki - coś mi się mota, że nie była źle sytuowana, chociaż mogę źle pamiętać. Prof. Pieróg - nie dość, że nieźle sytuowany to niezła szuja: chciał usunąć z liceum Damba i doniósł na prof, Dmucha! Krystian Jakmutam z BBB. Matylda Stągiewka z OwR. Pewnie jakbym się uparła i poszukała, to by się znalazło więcej. Nie rozumiem, w MM pokutuje chyba przekonanie, że jak ktoś jest zamożny to albo kradnie, albo z UB. Co jest o tyle nielogiczna, że np. Górscy mają się finansowo całkiem dobrze, Laura poślubiła ogrodnictwo "Daglezja" z dodatkiem nudnego do ziewania Aaaaadaaaammmmmma, na Rooscelta też jakoś nikt oszczędności nie praktykuje, poza wygłaszaniem sentencji o cnocie ubóstwa... Czyli wolno mieć forsę pod warunkiem , że jest się Borejkiem, bądź przynajmniej jest się z Borejkami skoligaconym. Jeśli nie - posiadanie pieniędzy to grzech śmiertelny. :)))
                              • anutek115 Re: Śledzie w beczce 13.11.12, 22:39
                                vi_san napisała:

                                Czyli wolno mieć forsę pod warunkiem , że jest się Borejkiem, bądź przynaj
                                > mniej jest się z Borejkami skoligaconym. Jeśli nie - posiadanie pieniędzy to gr
                                > zech śmiertelny. :)))

                                Jako aksjomat przyjmijmy, że wolno wszystko, jak sie jest Borejkiem (rzucac w dziecko sloikiem - spontaniczność, być chamskim dla gości - szczerość i otwarty charakter, kupowac dwa i więcej nowosci wydawniczych naraz - nie dające sie niczym spętać uwielbienie dla slowa drukowanego, lapac dziewczynę za kark, trząść nia i grozić - wierność w uczuciach i cnotliwym, i tak dalej, i tym podobnie).

                                Ustalenie juz na początku dyskusji, że Borejkom wolno absolutnie wszystko niezwykle te dyskusje ułatwi i postawi tych innych, nie-Borejków, we własciwym swietle ;D.
                              • klawiatura_zablokowana Re: Śledzie w beczce 13.11.12, 22:55
                                >Danka Filipiak z "Szóstej Klepki - coś mi się mota, że nie była źle sytuow
                                > ana, chociaż mogę źle pamiętać.

                                Też coś mi się majaczy. Chociaż Danka jak na Jeżycjadę to postać cudownie miła i sympatyczna niemalże :D

                                > Matylda Stągiewka z OwR.

                                Oooo tak, to jest hydra jeszcze gorsza od Dąbek-Nowackiej :D

                                >Nie rozumiem, w MM pokutuje chyba przekonanie, że j
                                > ak ktoś jest zamożny to albo kradnie, albo z UB.

                                A to kolejny relikt PRL jak dla mnie - bogactwo w czasach, kiedy wszyscy nic nie mieli (łamane przez: mieli to samo) było podejrzane samo przez się. I ja to jestem w stanie zrozumieć, że wielu ludzi choćby byli nie wiem jak zaradni i przedsiębiorczy, do kokosów wtedy dojść nie mogli, więc wszelkie kariery oznaczały pójście na ugodę (mniej lub bardziej aktywną) ze zgniłym systemem. W takich warunkach ubóstwo jest szlachetne - głównie dlatego, że chcąc żyć uczciwie, nie kablować, nie oszukiwać i nie podlizywać się partyjnym, nie miało się za bardzo wyjścia. Można było ew. spylać za granicę, ale to już MM napiętnowała.

                                Natomiast czemu, do jasnej deutery, w czasach zmywarki minimalizm i ubóstwo mają świadczyć o cnocie moralnej, to ja za nic nie mogę pojąć. Wręcz przeciwnie - jestem na tyle wredna, że zarówno niezapewnienie swoje rodzinie godziwych warunków mieszkania (co oznacza także przestrzeń i ciszę potrzebną zarówno pracującym ludziom, jak i uczącym się dzieciom), jak i radosne żerowanie na rodzinnych seniorach (było gdzieś eksplicite wyrażone, że dom Ignacego i Mili był dla ich dzieci darmowym przedszkolem i jadłodajnią), o dobru własnego związku nie wspomnę (Grześ i Gaba), uważam za zaawansowaną pierdołowatość. Żeby nie napisać gorzej. Nie rozumiem też, czemu cnota miałaby upaść od kupienia córce kosmetyków do makijażu, sobie nowej kiecki albo sprzętu AGD.
                                • vi_san Re: Śledzie w beczce 13.11.12, 23:25
                                  Ja osobiście "Szóstą klepkę" uwielbiam, więc Danusię widzę nienajlepiej - nabzdyczona, zarozumiała, przemądrzała i leń patentowany. Ale to pasuje do poglądów MM - ma niezgorszy status materialny - musowo dno emocjonalno - duchowe.
                                  Na kwanty i kwarki, nie pojmuję czemu posiadanie zmywarki [przy licznej, co najmniej 10 osobowej rodzinie] ma świadczyć o niskim konsumpcjoniźmie? A nie o chwalebnej wszak, oszczędności czasu [który można poświęcić na czytanie Platona], i rąk ponoć kochanych kobiet? Dlaczego bulwersować się faktem,że DOROSŁE i posiadające własne rodziny córki chcą się wyprowadzić? Pomijam tu parszywość charakteru szlachetnych exBorejkówien [Gaby i Idy] z których jedna wciąż siedzi rodzicon na głowie, pierw z dwójką małych dzieci, potem z mężem i TRÓJKĄ dzieci [chwałaż Bogu, że przynajmniej Elka nie marzyła o kołchozie na Roosvelta!],a druga niefrasobliwie traktuje dom rodziców jako darmową jadłodajnię dla siebie i swoich dzieci, prywatne przedszkole i świetlicę oraz salon towarzyski ogólnodostępny... Dla mnie - nienormalne.
                                  • klawiatura_zablokowana Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 00:57
                                    >A nie o chw
                                    > alebnej wszak, oszczędności czasu [który można poświęcić na czytanie Platona],
                                    > i rąk ponoć kochanych kobiet?

                                    Bluźnisz waść! Kobiety miałyby oszczędzać czas spędzany na trosce o dom i produkowanie borejczego ciepła?! Przecież one tymi ręcami zmywając, to ciepło domowe wytwarzajom i cnote moralno podtrzymujom! I ty byś chciała, żeby oderwały się od tego na rzecz jakiejś zimnej, bezdusznej zmywarki? Może jeszcze byś chciała, żeby używały Kitchen Aid, zamiast ucierać ciasto samemu, jak prababki spod Kiejdan?! :D
                                    • vi_san Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 07:29
                                      W cukiernicy? ;)
                                      A nie mogłyby one wytwarzać onego ciepła borejczego prowadząc wykwintne konwersacje gęsto okraszane łacińskimi cytatami, przy wtórze sprawnie pracującej zmywarki? I czy ta cukiernica Radziwiłłów nie ma czasem za małej pojemności? Tam chyba dużo chętnych na to ciasto...
                                      • akniwlam Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 10:51
                                        Yyyy... a czy mi się wydaje, czy one nie konwersują przy dźwiękach zmywarki?
                                        Przyznam, że trochę nie ogarniam tych kpinek dotyczących zmywarki i nie pojmuję, czemu MM i jej bohaterkom przypisuje się niechęć do tego pożytecznego urządzenia. O ile pamiętam, zmywarka była prezentem imieninowym dla Gaby od Grzesia. Ignacy na jej widok uniósł się gniewem niczym Achilles pod Troją, wołając, że ta zimna bezduszna maszyna służy do odbierania ciepła relacjom międzyludzkim, na co Grześ z żalem, acz przytomnie zauważył, że zmywarka pozwoli zaoszczędzić czas, potrzebny na rozwijanie tychże relacji. Obaj panowie wykonali focha, ich małżonki pospieszyły z mediacją i już tego samego wieczora Ignacy z Grzegorzem się przeprosili, przy czym Ignacy przyznał Grzesiowi rację. Co więcej, wkrótce okazuje się, że to on jest największym fanem zmywarki i upiera się, że to on ma dostąpić zaszczytu ładowania naczyń (bo uważa, że zrobi to najlepiej). Ignacy początkowo nie zgadza się na zmywarkę, ale też kwestia mycia naczyń i trwonienia na tym zajęciu cennego czasu dotąd znajdowała się całkowicie poza zasięgiem jego zainteresowań, bo spostrzeżenie Gizeli, że Rudy nie zmył po sobie ani łyżeczki, raczej pozostaje aktualne (chyba, że czegoś nie pamiętam). Od chwili przeprosin z Grzesiem i zmywarką nie zauważyłam na jej temat złego słowa. Czemu zatem na forum zmywarka jest podręcznym i chętnie używanym przykładem potępienia przez MM postawy konsumpcyjnej? Sama rozumiem scenę zmywarkową jako właśnie pochwałę wspomagania się nowinkami techniki.
                                        • meduza7 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 11:28
                                          Chyba ten foch Ignacego tak się wszystkim wrył w pamięć.
                                          Ja zresztą też pamiętam taką postawę prezentowaną przez starsze pokolenie w latach 90-tych, kiedy te wszystkie wynalazki techniki i ułatwiacze życia zaczęły do nas docierać. Że co, zmywarka? Żarcie z puszki dla psa i kota? A w dupach im się poprzewracało na tym Zachodzie, leniom jednym!
                                        • vi_san Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 13:49
                                          Przede wszystkim - w domu Borejków już od co najmniej kilku tomów się nie rozmawia - tam się wygłasza sentencje, bądź rzuca komunikaty. I to nie zależnie od wtóru czy to zmywarka czy Mozart.
                                          Scenę pojawienia się zmywarki w domu [o ile JA pamiętam] pamiętasz dobrze. Ale choć mam świadomość, że sprzęt został zaakceptowany, a nawet budzi przychylną aprobatę tudzież dziad Borejko twierdzi, że JEDYNIE ON umie prawidłowo ustawić w zmywarce naczynia [jakby to była jakaś wielka filozofia?], ale dla mnie wydźwięk tej sceny jest inny: jako odrzucenie z góry WSZYSTKICH udogodnień [pewnie gdyby rzecz działa się w czasach tary nad potokiem, to dziad Borejko darłby się przeciwko pralce "Frani", mimo, że nigdy w życiu nie zhańbił się przepraniem sobie gaci!], i heroiczne boje boje jakie trzeba ze sobą toczyć nim owa "nowinka" zostanie wreszcie uznana, za coś nieszkodliwego. I, owszem, dla mnie wątek "zmywarki" jest poniekąd "podręcznym i chętnie używanym przykładem potępienia przez MM postawy konsumpcyjnej". Dodałabym, często potępienia bezmyślnego, bardziej dla zasady, niż z sensem. Zwłaszcza, że o zmywarkę kłótnię wszczął ten z domowników, który nigdy za wiele w domu nie robił.
                                          • dakota77 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 14:21
                                            To jest wlasnie powod, dlaktorego ta scena mnie tak drazni, za kazdym razem kiedy ja wspominam. Igacy gardluje przeciw zmywarce, nie pamietajac, ze sam nie umyje po sobie chocby szklanki. Nie pomaga w domu, a ma cos przeciwko urzadzeniu, ktore moze uproscic wszystkim zycie.
                                            • guineapigs Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 15:49
                                              Poza wszystkim, zmywarka przy takiej ilosci osob korzystrajacych z jednej kuchni (nie tylko domownikow, ale tez osob na dochodne) to mniejsze zuzycie wody i energii, czyli oszczednosc i ekologia.
                                              A propos, moi rodzice cos przebakiwali o zmywarce, ale powiedzialam im: jestescie dwie osoby, w ciagu dnia zuzyjecie dwa talerze plytkie, dwa glebokie, szesc kubkow, dwa garnki, czasem patelnie, i powiedzmy 10 sztuccow. Wszystko to mozna umyc w jednej misce cieplej wody i kilku kroplach Ludwika wieczorem. Zakup zmywarki nigdy sie nie zwroci, bo zeby ja ekonomicznie zapelnic, musielibyscie tydzien zbierac statki - a wiec automatycznie cos dokupic, bo nie macie tyle zastawy 'codziennej', by zaladowac zmywarke nawet co trzeci dzien, a nikt nie wyciagnie talerzy z serwisu sprzed 100 lat po Prababci zeby zjesc pomidorowa czy napic sie herbaty. Serwisy myje sie recznie i przede wszystkim sie ich nie uzywa tylko pokazuje, ze sa. Zeby zgoromadzic 10 talerzy do zupy to u nich powiedzmy 5 dni - kupowac zmywarke by ja uzywac raz na tydzien - to zwrotu wydatku nalezy oczekiwac po jakichs 15 latach, akurat jak sie zepsuje na dobre i trzeba kupic nowa, bo stara jest sprzed kilku genaracji i nawet juz czesci nie ma na rynku.
                                              Ale jak jest 10 osob w tym mlodziez jedzaca czasem 10 razy na dzien to co innego.
                                              A przypomne, ze w 1968 Ignac rozbil telewizor pierogami - a chyba wtedy telewizor byl czyms bardziej niesamowitym? A jak dodac, ze to byla w zasadzie tuba propagandowa - to naprawde czas sie zastanowic, dlaczego wtedy wogole kupili telewizor. No, chyba ze dostali w prezencie albo w ramach jakiegos kredytu dla mlodych malzenstw i mieli wybor: albo kawiarniany automat do kawy na 30 osob albo tiwiset (jak w Zmiennikach - albo to, albo nic).
                                              • emae Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 17:00
                                                guineapigs napisała:

                                                > A jak dodac, ze to byla w zasadzie tuba pro
                                                > pagandowa - to naprawde czas sie zastanowic, dlaczego wtedy wogole kupili telew
                                                > izor. No, chyba ze dostali w prezencie albo w ramach jakiegos kredytu dla mlody
                                                > ch malzenstw i mieli wybor: albo kawiarniany automat do kawy na 30 osob albo ti
                                                > wiset (jak w Zmiennikach - albo to, albo nic).

                                                To był chyba prezent od Gizeli, o ile dobrze pamiętam. Zdaje mi się, że stąd wynikało m.in. oburzenie Gizeli: że jej pierogami, jej salaterką, w telewizor podarowany przez nią.
                                              • dakota77 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 18:22
                                                Jest nas w domu dwoje, i zapewniam cie, ze nie skladamy naczyn tydzien, zeby moc zapelnic zmywarke. Zmywarka idzie przynajmniej raz dziennie:)
                                                • guineapigs Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 19:00
                                                  Oczywiscie, powinnam uscislic: to zalezy od trybu zycia. Akurat u moich rodzicow jest tak, ze jak rano wypija po kawce to czasem dopiero na nastepny dzien dojdzie talerz albo garnek. Bo mama wyjedzie nagle na dwa dni do pracy gdzies tam i zywi sie w hotelu, tata wybedzie na dzialke albo na ryby - po prostu nie ma co zmywac, autentycznie. A potem sluchac ze za prad 'tyle przyszlo' bo maja zmywarke i zmywaja dwa talerze i rondelek - to rece opadaja.
                                                  Ale jak dwie osoby jedza pelne trzy posilki, do tego gotuja sporo - to insza inszosc. Miec zmywarke po to by byla to bezsens.
                                              • slotna Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 18:45
                                                > A propos, moi rodzice cos przebakiwali o zmywarce, ale powiedzialam im:

                                                Mam nadzieje, ze skoro chcieli zmywarke, to w koncu sie na nia sami zdecyduja mimo twojego nastawienia.
                                              • kopiec_esmeralda Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 21:12
                                                > A propos, moi rodzice cos przebakiwali o zmywarce, ale powiedzialam im: jestesc
                                                > ie dwie osoby, [...] - to zwrotu wydatku nalezy
                                                > oczekiwac po jakichs 15 latach, akurat jak sie zepsuje na dobre i trzeba kupic
                                                > nowa, bo stara jest sprzed kilku genaracji i nawet juz czesci nie ma na rynku.


                                                Nas też jest dwoje, a zmywarka codziennie hula. Przecież to nie chodzi o zwrot kosztów wody i środka do mycia, a o oszczędność czasu i leliji dloni białych ;)
                                              • mariami Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 23:05
                                                Co takiego? 2 osobom nie oplaca sie kupowac zmywarki??? tez jest nas 2 osoby i codziennie puszczamy zmywarke, a nie codziennie gotujemy obiad. I co to za wyliczenie: 2 plaskie talerze i 2 glebokie? a kolacje i sniadanie to na gazecie sie je czy jak? salatke np. maja zrec z salaterki? kubek czy filizanke uzywac przez caly dzien jeden? szklanek do wody czy coli nie uzywa sie, tylko chlepcze z butelki? Zadziwiajacy obrazek.
                                                Cala ta gadanina o zmywarce u Borejkow zreszta tez sensu nie ma, bo scena z nowa zmywarka jest zdecydowanie z pozytywnym wydzwiekiem dla tegoz urzadzenia, a postawa Ignacego wysmiana. Nie wiem jak mozna tom odczytac odwrotnie.
                                                • bupu Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 23:10
                                                  mariami napisała:


                                                  > Cala ta gadanina o zmywarce u Borejkow zreszta tez sensu nie ma, bo scena z now
                                                  > a zmywarka jest zdecydowanie z pozytywnym wydzwiekiem dla tegoz urzadzenia, a p
                                                  > ostawa Ignacego wysmiana. Nie wiem jak mozna tom odczytac odwrotnie.

                                                  Nie jest wyśmiana, kto ją niby wyśmiewa? Nie mówiąc o tym, że później Grześ Ignaca przeprasza i przyznaje mu ogólną rację.
                                                • olkit0 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 16.11.12, 22:04
                                                  Poza tym istnieją zmywarki tzw. kompaktowe, które są wielkości połowy zwyczajnej (nieco większe od kuchenki mikrofalowej) i mieszczą połowę normalnego wkładu, w sam raz dla dwóch osób.
                                        • zla.m Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 15:26
                                          Zasadniczo masz rację - antyzmywarkowa postawa Ignacego zostaje szybko złagodzona. Jednak zanim to nastąpi wygłasza on dość sążnistą filipikę przeciwko współczesnemu trendowi ułatwiania sobie życia. A w moim odczuciu, na przestrzeni całej sagi, to Ignacy właśnie wygłasza wypowiedzi "programowe" całego klanu. To on uświadamia Fryderykowi, że już założył rodzinę i opowiada o jej ważności, to on mówi o tradycji, minimalizmie, polskości czy "nierobieniu przytyków", to on wygłasza łacińskie maksymy, z którymi wszyscy się (bezrefleksyjnie czasem) zgadzają. Dlatego całość wywodów przeciwko współczesnym ułatwiaczom (z łaskawym wyjątkiem dla zmywarki) uważam za obowiązujące i za wspólne dla całej doliny Borejków - choć może nie taka była intencja autorki.
                                          • klawiatura_zablokowana Re: Zmywarka a sprawa borejcza 14.11.12, 17:45
                                            Zmywarka jest wierzchołkiem góry lodowej, na który składa się budowany już od Kwiatu Kalafiora mit rodziny, co pieniędzy i zbytków nie potrzebuje, a wręcz nimi gardzi. Począwszy od Mili, której wyborem życiowym jest szorowanie wanny, a nie praca zawodowa, poprzez wyraźne i kategoryczne napiętnowanie saksów Pyziaka (potem na podobnej zasadzie napiętnowano stypendium Fryderyka), wreszcie etos młodych małżeństw, biorących śluby w zgrzebnym giezełku, robiących przyjęcie na 10 osób, a potem cichutko udających się do swojego pokoiku przy rodzicach. Owszem, Ignacy przeprasza Grzesia - ale Grześ też go przeprasza, zasadniczo przyznając mu rację co do krytyki zgniłego konsumpcjonizmu. Czyli zmywarka zostaje zrehabilitowana, ale zasadnicze tezy podtrzymane: pieniądze śmierdzą.
                                            • akniwlam Re: Zmywarka a sprawa borejcza 15.11.12, 11:19
                                              Bo bezmyślny konsumpcjonizm śmierdzi i to nie tylko Ignacemu Borejce. Ale też nikt z tego szacownego rodu nie wybiera się chyba na pustynię by pędzić żywot pelny umartwień i jedzenia szarańczy, a pozbawiony zmywarek i kiejdańskich cukiernic.
                                              Rodzina pieniędzy potrzebuje, na ich brak narzeka Ida, Pulpecja, Borejkówny usiłują sobie od lat młodzieńczych dorabiać (Ida sprzedawała serduszka, Natalia tłumaczyła kryminały i pisała recenzje - i to wszystko w czasie, gdy były uczennicami/studentkami), a Plutarchy, laptopy i potrójne nowości książkowe też im z nieba nie spadają. Ja widzę krytykę dwóch postaw: kupowania dla samego kupowania, wielbienia pieniędzy i mierzenia ich wartością - wartość człowieka (Lisieccy, trochę wczesna Ewa Jedwabińska) i z drugiej strony - obarczania innych obowiązkami i zarazem protestowania przeciwko ułatwianiu sobie przez nich życia. Bo moim zdaniem ogólna wymowa sceny zmywarkowej jest taka, że Ignacy trochę traci twarz i przeprasza nie tylko za uniesienie się, ale też za niesprawiedliwe zarzuty (a Grześ - tylko za uniesienie się). Obu nie podoba się konsumpcjonizm - i mają prawo.
                                              I Ignacy czasem wygłasza borejcze manifesty, a czasem plecie głupoty, żeby to nazwać delikatnie, albo robi coś idiotycznego. Nie jest bynajmniej kryształową i nieskazitelną, nieomylną postacią. Jak wygłosi manifest, to dla równowagi dostanie świnki, zleci z drabiny tłukąc kość ogonową, obleje Baltonę z butelki po Fancie albo zabije gwoździami balkon (a zakochanym to i tak nie przeszkodzi). Przykładów popełnianych przez niego głupot mamy mnóstwo i to nawet pomijając Kalamburkę, gdzie recenzentką jego czynów jest często niechętna Gizela. Ot, nieżyciowy facet bujający w obłokach, filozof, który czasem powie coś mądrego, ale bez żony, przyszywanej teściowej i córek zginąłby śmiercią głodową. Jak powiedziała Roma Kowalik, tacy też są na świecie potrzebni, może nawet najbardziej.
                                              • klawiatura_zablokowana Re: Zmywarka a sprawa borejcza 16.11.12, 11:38
                                                >Ja widzę krytykę dwóch postaw: kupowania dla samego kupowania
                                                > , wielbienia pieniędzy i mierzenia ich wartością - wartość człowieka

                                                Z tym, że Borejki popełniają oba grzechy:

                                                - kupowanie zdublowanych i potrójnych książek oraz entych wydań Plutarcha JEST kupowaniem dla samego kupowania - mądrości nie przybędzie od tego, że ma się w domu 3 egzemplarze tej samej książki.
                                                - Borejki oceniają wartość ludzi po pieniądzach, tylko że odwrotnie - bogactwo świadczy o pustocie, materializmie, filisterstwie i braku wartości. Może nie sami Borejkowie wprost, ale autorka pisząc z ich perspektywy przyjmuje taką postawę. Pisząc o Pyziaku oczami rodziny B. eksponuje się (imho przesadnie) jego dorobienie się na śmierdzących niemieckich pieniądzach (stałym atrybutem jest drogi samochód, jakby samo to było jakimś świadectwem moralnego upadku) i to, jak bardzo mu te wraże marki nie dały szczęścia. Ohydny opel zaś nie śmierdzi Borejkom tylko wtedy, gdy trzeba całą rodzinę zawieźć do Śmielowa... Podobnie wystrojona Monika Pałys skontrastowana jest z zaniedbaną-ale-pełną-szlachetnej-godności Milą, i tak dalej, i tak dalej.
                                                • jottka a właściwie 16.11.12, 11:54
                                                  to jakim samochodem pyziak jeździ(ł)? bo mam wrażenie, że nie maybachem, w którym to wypadku można by ostatecznie mówić o szpanowaniu pieniędzmi:)
                                                  • dakota77 Re: a właściwie 16.11.12, 12:38
                                                    Nie bylo to tez Lamborghini:) Chyba sie tam cos o Oplu pojawialo, wiec nie wiem, gdzie niby ten szpan:))
                                                  • klawiatura_zablokowana Re: a właściwie 16.11.12, 16:25
                                                    Z tego co pamiętam, to był opel nowiutki. A nowiutki opel to w Jeżycjadzie inna kategoria moralna niż przechodzona astra ;)
                                                  • jottka Re: a właściwie 16.11.12, 16:38
                                                    zaraz, chwileczkę, to ten szał i luksusy to z powodu opla??? myślałam, że jak nie maserati, to co najmniej, tfu, beemka nówka nieśmigana, ale opel???
                                                  • guineapigs Re: a właściwie 16.11.12, 20:58
                                                    Ragazzo di Napoli
                                                    Podjechal Mirafiori.....

                                                    Moze to na kanwie tej piesni to wszystko?
                                                    (Scuzi za bledy ewentualne, nie znam wloskiego ni w zab)
                                                  • karolina.delila Re: a właściwie 21.11.12, 16:24
                                                    a moze była najnowszy opel insignia full wypas- za ok. 80 tys ?;) albo jakis opel terenowy za 100 tys?;)
                                                  • dakota77 Re: a właściwie 21.11.12, 16:31
                                                    A nawet jesli, to czym tu sie podniecac? Opel to Opel, szalu nie ma:))
                                                • akniwlam Re: Zmywarka a sprawa borejcza 16.11.12, 15:25
                                                  Ja to odbieram trochę inaczej.
                                                  Sprawa pierwsza. Enty egzemplarz Plutarcha to może być wyjątkowe, bibliofilskie wydanie, inne tłumaczenie, pamiątkowa książka, na której mały Ignacy zostawił ślady pierwszego ząbka itd. Drugi i trzeci egzemplarz tej samej książki-nowości po przeczytaniu można sprzedać w antykwariacie, na allegro, oddać charytatywnie do biblioteki itp, nie trzeba trzymać w domu. Zatem nie musi to być kupowanie dla samego kupowania.
                                                  Sprawa druga. Pyziakowi mają za złe nie tyle samochód, ile porzucenie żony i małych dzieci, więc jak widzą, że mu te dobra, które dzięki porzuceniu zdobył, szczęścia nie przyniosły, to mają przynajmniej ciepełko w sercu "Gabrysi było tak ciężko, ale proszę, jest szczęśliwsza, niż gdyby z nim została/wyjechała/pogodziła się". Porzucenie faktycznie jest ciężkim grzechem Janusza i nie bardzo się da je wybielić nawet zrzucając winę na Zuą Gabę, co to z nim wyjechać nie chciała. Rozpadowi związku winni byli oboje, ale to ona została z dziećmi, a bez pracy i pieniędzy, to do niej należały wszystkie troski i obowiązki i to ona miała bardziej "pod górkę". Pyziaka przy tym ani przy okazji niedoszłego ślubu Laury, ani faktycznego nikt za drzwi nie wyrzuca, tylko przyjmuje w cokolwiek nerwowej atmosferze. Na ślub z Adamem mieli czym dojechać, nie zależało im na oplu, nawet to chyba oni wieźli go do Kostrzyna? Jakby byli tacy wredni, to by powiedzieli spadaj i jedź taksówką, do paliwa się dołóż i do amortyzacji wozu (padają takie rady po forach co do podwożenia znajomych). Nikt też nie kibicuje Laurze przy awanturze w stylu "Dobrze mu nagadałaś", tylko nawet usiłują ją przed wybuchem powstrzymać. Po prostu uważam, że Borejkom nie pieniądze Janusza śmierdzą, tylko jego niepiękne uczynki.
                                                  • lezbobimbo Re: Zmywarka a sprawa borejcza 16.11.12, 16:06
                                                    akniwlam napisał(a):
                                                    > Sprawa pierwsza. Enty egzemplarz Plutarcha to może być wyjątkowe, bibliofilskie
                                                    > wydanie, inne tłumaczenie, pamiątkowa książka, na której mały Ignacy zostawił
                                                    > ślady pierwszego ząbka itd. Drugi i trzeci egzemplarz tej samej książki-nowości
                                                    > po przeczytaniu można sprzedać w antykwariacie, na allegro, oddać charytatywni
                                                    > e do biblioteki itp, nie trzeba trzymać w domu. Zatem nie musi to być kupowanie
                                                    > dla samego kupowania.

                                                    Co ty pleciesz? Plutarcha w nadmiarze egzemplarzy Ignac kupowal juz za chudych lat 70ych, gdy polowanie na jedzenie dla 4 córek i bezrobotnej żony wydawało mu się zbędną fanaberią. Wartości bibliofilskiej ani sentymentalnej to nie mialo, tylko dziad lubil trwonic szczupla pensje na swoje hobby. Jednoczesnie klapiac dziobem, ze on nie bedzie zarabial, nie nalezy posiadac samochodu, a uczty Trymalchiona to sobie moga zlodzieje jesc.

                                                    A w czasach teraźniejszych - po co kupować 3 nowe i kosztowne knigi, aby je opychać ze stratą na allegru (tworze dość niedawnym)? Poza tym Borejko-Stryby te 2, 3 egzemplarze trzymają z dumą u siebie nie wiadomo po co i prowadzą dziwne wyścigi, kto pierwszy kupi i przeczyta. Gazet to kupowali po 7, jakby wspolnie nie mogli tych jolek rozwiazywac. Wniosek - pieniędzy mają aż nadto.

                                                    > Sprawa druga. Pyziakowi mają za złe nie tyle samochód, ile porzucenie żony
                                                    >Rozpadowi związku winni byli oboje, ale to ona została z dziećmi, a bez pr
                                                    > acy i pieniędzy,

                                                    Skad ty bierzesz te teorie, ze Gaba po porzuceniu przez Pyziaka nie miala w latach 80ych pracy ani pieniedzy?
                                                    W OwR nie wiedziec czemu przerwala studia, ale potem musiala je kontynuowac, skoro w Pulpecji juz wyklada na UAMie. Mogla podczas przerwanych studiow i podczas nich pracowac dorywczo i dokladajac sie do przedziwnego, borejczego budzetu z rozjechanymi kurami. Ale to było OwR, kiedy Pyziak wraca a nie porzuca.
                                                    W BBB, kiedy Gaba juz porzucona z dziecmi nadal mieszka u rodziców, nic nie slyszymy o jej studiach, pracy ni płacy. Natomiast Nutria nastoletnia wcale nie sprawia wrażenia zabiedzonej (ani też zapracowanej dorywczo korkami na przykład).
                                                    Stąd wnioskuję, że za czasów BBB Gaba z dziećmi miała co jeść (alimentow z Pyziaka nie sciagala, nie wiedziec czemu) i studiować musiała.

                                                    >Na ślub z Adamem mieli czym dojechać, nie zależało im na oplu,
                                                    > nawet to chyba oni wieźli go do Kostrzyna?

                                                    Czy ty w ogole masz zamiar czytac te powiescidla, na ktorych tematy teoretyzujesz?
                                                    Samochod Janusza i jego uczynki nie smierdzialy Borejkom, kiedy spokojnie go przyjeli i sie nim wozili na poprzedni slub Laury. W Czarnej polewce.
                                                    W obecnej McBrusi Pyziak przyjechał pociągiem z Berlina i musi być Borejkami dowieziony do Kostrzynia, a i tak im śmierdzi.
                                                    Bo jest Pyziakiem i przywiózł ZUY, przepyszny KitchenAid, obrażając ubogich Borejków tym kosztownym prezentem.

                                                    >Po prostu uważam, że Borejkom nie pieniądze Janusza śmierdzą
                                                    > , tylko jego niepiękne uczynki.

                                                    Ustalmy, że:
                                                    1. Pyziak będzie zawsze Borejkom śmierdział, czy to bogaty, czy ubogi, czy to obecny, czy nieobecny - bo oni tak ciepło wybaczają.
                                                    2. Borejkom zawsze smierdzą pieniadze innych ludzi, a najbardziej śmierdzą im samochody, nawet lekarzy (rozdęty, ZUY samochód-lodówka Mamerta vs. zardzewiały, DOBRY maluch Idy, eksploatowany aż do czasów Imienin, również przez informatyka itd).
                                                  • berek_76 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 16.11.12, 17:28
                                                    > 2. Borejkom zawsze smierdzą pieniadze innych ludzi, a najbardziej śmierdzą im s
                                                    > amochody, nawet lekarzy (rozdęty, ZUY samochód-lodówka Mamerta vs. zardzewiały,
                                                    > DOBRY maluch Idy, eksploatowany aż do czasów Imienin, również przez informatyk
                                                    > a itd).

                                                    Jeszcze Sławek nieszczęsny, który najpierw był dobry i dzielny, ale potem, jak się MM odwidziało, to wyemigrował, a na każde święta przyjeżdżał coraz to nowym samochodem, który perfidnie ustawiał tuż pod oknami Idy.
                                                    Faktycznie, zaczynam dochodzić do wniosku, że to jakiś kompleks jest. I nie Sławka mam na myśli.

                                                    -----------------------
                                                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                                                    You've got to kick a little
                                                  • akniwlam Re: Zmywarka a sprawa borejcza 16.11.12, 18:20
                                                    Ustalenia proponuję zacząć od spojrzenia w nagłówek forum - "dyskusyjne" oznacza, że nie muszę się zgodzić z każdą Twoją opinią i mogę pewne słowa czy sytuacje z Jeżycjady odbierać inaczej niż Ty. Taki urok wolności słowa i własnej interpretacji.
                                                    Ignacy Borejko Plutarchów potrzebował w celach zawodowych, więc nie widzę nic dziwnego w posiadaniu przez niego kilku egzeplarzy tej samej książki. W Kwiecie kalafiora ani Idzie sierpniowej nie widzę wyliczenia, ile na półkach stało tego Plutarcha, ile Marka Aureliusza, a ile Seneki. Poza tym książki bywa, że się niszczą, bywa, że nie wracają od pożyczalskich, bywa, że się je zostawia w pociągu itp. A bibliofilskie wydanie kupił, o ile pamiętam, jako uzupełnienie prezentu dla Mili (laptopa).
                                                    Ja sama osobiście mam na półce dwa tłumaczenia "Władcy pierścieni" i egzemplarz po angielsku, bo czasem lubię sobie poczytać ten, a czasem tamten, a czasem dokładnie co JRRT tam napisał, czy to ze mnie czyni Borejczego dusigrosza trwoniącego kasę na hobby i odbierającego dziatkom od ust?
                                                    Co do kupowania podwójnych egzemplarzy książek - ewentualne pomysły, co z tymi nadprogramowymi książkami mogą robić podałam, a jeśli trzymają je na półkach - chyba im wolno, nie ukradli, tylko kupili. Mogą sobie tym pokój wytapetować albo na makulaturę oddać, jeśli o mnie chodzi.
                                                    Co do Pyziaka i momentu porzucenia, to wiemy, że w Opium Gaba rzuciła studia i dorywczo dorabiała tłumaczeniami, on wrócił, zdążył zapłodnić ją po raz kolejny i znów wyjechał - sądzę, że mogła w tym czasie ew. wrócić na studia, ale niekoniecznie znaleźć pracę, bo żyli pewnie z wypracowanych przez niego w zgniłym wielkim świecie funduszy (w ówczesnych polskich warunkach musiała to być niezła suma). Wiemy też, że nie zainteresował się narodzinami drugiej córki. Nawet jeśli w tym czasie siedział w więzieniu, to chyba nie u łowców głów na Papui-Nowej Gwinei ani na bezludnej wyspie, gdzie poczta nie działała. Jakieś minimum zainteresowania losem własnego dziecka mógł z siebie wykrzesać. I Gaba z dziewczynkami miały co jeść, bo pomagali im ci paskudni seniorzy, zapewniając mieszkanie, wikt i opierunek, dopóki Gaba nie znalazła pracy i nie zaczęła zarabiać. To oczywiście moja interpretacja tego, co wiemy o ich losach, możesz mieć swoją, np. taką w której Janusz jest odrywany przemocą od rodziny i wysyłany na tułaczkę w daleki świat przez wredną teściową. Obie będą równie uprawnione, bo o wydarzeniach pomiędzy porzuceniem a pojawieniem się Grzegorza wiemy niewiele, a to co wiemy jest wewnętrznie sprzeczne.
                                                    I tak, mi śmierdzi porzucanie żony z maleńkimi dziećmi, niezależnie od przyczyn takiego postępku. I nie dziwiłabym się, gdyby Gabrieli i innym Borejkom ten fakt nadal się nie podobał. Wybaczyć można, a nawet należy, ale niekoniecznie zapomnieć.
                                                    Co do wzajemnego wożenia się na śluby - najwyraźniej co do faktów się zgadzamy. Do Śmiełowa wiózł ich Janusz, do Kostrzyna - oni wieźli jego. Nie kręcąc bynajmniej nosami na dodatkowego pasażera i transportując w potrzebie do szpitala. Kitchen Aida zlekceważyła Laura we własnej osobie, a nie Borejkowie en masse, Gaba z Milą nawet go niewyraźnie chwalą (że może się wreszcie Tygrys weźmie do garów). Ja w tym opisie nie widzę strasznego pogardzania pieniędzmi i samochodami Janusza. Widzę niezręczność sytuacji - w obu przypadkach Pyziak pojawia się niezapowiedziany, jakby zapomniał o istnieniu telefonu czy maila; jego obecność jest dla dawnej rodziny krępująca i niezbyt miła. Ale obecność w danym momencie, a nie fakt posiadania przez niego pieniędzy czy samochodu czy też istnienia w ogóle. Sorry, jak się wybiera do byłej żony po przebaczenie albo do własnej córki na ślub, to by wypadało wcześniej poinformować, że się przyjedzie. Bo pretensje Tygrysa o brak odpowiedzi i zlekceważenie są niestety uzasadnione, niepotwierdzający swojej obecności gość weselny to kłopot dla pary młodej. A proszona o wybaczenie Gaba mogła przepaść gdzieś na porzeczkach czy malinach u Patrycji i nie wiedzieć nawet, że Jasio marnotrawny jest w Poznaniu.
                                                    Ja w pełni rozumiem, że Ty Borejków postrzegasz negatywnie, wolno Ci. I możesz interpretować ich zachowanie i słowa w pasujący Ci sposób, żeby udowodnić sobie i innym, jacy są okropni. Ale nie widzę powodu, dla którego moja interpretacja miałaby być mniej uprawniona od Twojej. Chyba, że wiesz lepiej, co Autorka miała na myśli, bo jesteś Małgorzatą Musierowicz incognito, kontrolującą, co się na tym wrażym forum wyprawia ;-) I tym akcentem proponuję zakończyć tę odbiegającą od tematu wątku wymianę zdań.
                                                  • lezbobimbo Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 12:11
                                                    akniwlam napisał(a):

                                                    > Ustalenia proponuję zacząć od spojrzenia w nagłówek forum - "dyskusyjne" oznacz
                                                    > a, że nie muszę się zgodzić z każdą Twoją opinią i mogę pewne słowa czy sytuacj
                                                    > e z Jeżycjady odbierać inaczej niż Ty. Taki urok wolności słowa i własnej inter
                                                    > pretacji.

                                                    Ale ty nawet nie pamietasz tych slow i sytuacji z Jezycjady, na ktorych temat lekka raczka piszesz zadziwiajace teorie. Mieszasz do tego sytuacje dawne z dzisiejszymi w jakas sieczke.
                                                    Ja lubie pisac dokladnie, analizowac i odnosic sie do rzeczywistych opisow w ksiazce.
                                                    Mozesz sie obrazac, ale dyskusja w twoim wykonaniu to nie jest.
                                                    Nie musisz tez zmieniac tematu na lamenty pyziacze, kiedy ja pisze o obludzie borejczej na temat forsy i zamoznosci.

                                                    > Ignacy Borejko Plutarchów potrzebował w celach zawodowych, więc nie widzę nic d
                                                    > ziwnego w posiadaniu przez niego kilku egzeplarzy tej samej książki.

                                                    Co za bzdura? Znowu sobie wymarzylas teze, ktora nie ma zadnego zwiazku z ksiazkami.
                                                    Ignacy nie jest nigdzie i nigdy zadnym pracownikiem naukowym.
                                                    Ignac jest filologiem klasycznym tylko z wyksztalcenia. Pewnie mgr, imponuje mu jakis docent przez telefon.
                                                    ZAWODOWO to on jest bibliotekarzem. Nie badaczem antyku, tylko cieciem w bibliotece muzealnej, ktory zatwierdza, czy czytelnik moze czytac rekopis poznanskiego pamietnika z 19 wieku w czytelni Biblioteki Raczynskich (to ich najwieksze zbiory).
                                                    W specjalnych zbiorach BR posiada tez starodruki i rekopisy napisane m.in. w lacinie sredniowiecznej i pozniejszej. Ale to juz zabytki, ktorymi opiekuja sie kustosze, a nie zwykli bibliotekarze jak Ignac - i zadni hobbystyczni czytelnicy nie maja tam dostepu. Antycznej greki plutarszej nadal tam zero.
                                                    speszyl zbiory Biblioteki Raczynskiej.

                                                    Plutarcha kupuje Ignac wylacznie dla siebie, udajac przed Mila, ze to dla corek, bo przeciez jedzenie szybko strawia, a taka ksiazke mozna czytac wiele razy i bedzie dla corek dojrzewac juz teraz na polce (!!!).
                                                    Tym bardziej ZERO potrzeby dla jego "zawodu" i tym przykrzejsza obluda co do pieniedzy.
                                                    Ignac w chudych latach 70 po prostu przeputuje nikle dochody na swoje hobby, chociaz powinien najpierw zawsze zadbac o rodzine i jej podstawowe potrzeby Maslowa.

                                                    A bibliofilskie wydanie kupił, o ile pamiętam, jako uzupełnienie prezen
                                                    > tu dla Mili (laptopa).

                                                    A to na pewno kolejny Plutarch byl?
                                                    Cokolwiek kupil, obrazuje tylko po raz kolejny, jakim samolubnym durniem jest Ignac - Mila musi UKRYWAC, co ona naprawde lubi czytac (krwiste mnisze kryminaly i obyczajowke), a empatyczny monsz daje jej po raz kolejny cos, co jest wylacznie jego hobby.
                                                  • akniwlam Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 16:12
                                                    O Pyziaku pisałam, odnosząc się do jednej z wcześniejszych wypowiedzi (nie Twojej).
                                                    O Ignacym-pracowniku naukowym już Ci odpowiedziałam w innym poście (jest na ten temat fragment w Kalamburce), więc raczej nie masz racji, chociaż Autorka nie podaje nam dat ani innych szczegółów dotyczących jego kariery naukowej. Dyskutujemy tu nie tylko nad tym, co podano w najnowszej części Jeżycjady, więc odnoszę się również do tego, co zapamiętałam z wcześniejszych.
                                                    Nazywając bibliotekarza "cieciem" moim zdaniem obrażasz ludzi wykonujących ten zawód i nie wystawiasz sobie samej najlepszego świadectwa.
                                                    Plutarcha w Kwiecie kalafiora Ignacy kupuje nie tylko dla siebie, ale też dla Gabrieli - panny w wieku licealnym, żywo zainteresowanej spuścizną antyku, czytującej sobie do poduszki starożytnych myślicieli. Ojciec ma pełne prawo przypuszczać, że taka dziewoja może wybierać się w niedalekiej przyszłości na studia, związane z przedmiotem jej zainteresowań (a jako studentka tego Plutarcha będzie potrzebowała), a na razie jeszcze, skoro nie zna biegle łaciny, niech sobie poczyta Plutarcha w tłumaczeniu (zgodnie z cytatem, wcześniej w domu mieli oryginał). W Twoich wypowiedziach pobrzmiewa takie potępienie, jakby co najmniej te księgi Borejkowie kradli.
                                                    Bibliofilski prezent faktycznie nie był Plutarchem, tylko Eneidą w przekładzie Kubiaka, tu mnie masz :) Ale zawsze możemy powiedzieć, że inne egzemplarze Eneidy też im się po domu na pewno poniewierały i powinien jej kupić pakiet do spa albo futro z norek.
                                                  • dakota77 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 16:21
                                                    Nie, nie powinien jej kupowac futra z norek, a cos, co ja rzeczywiscie interesowalo i co by jej sprawilo przyjemnosc. Ale Ignacy nie ma pojecia co lubi jego zona ( czytajaca interesujace ja ksiazki w tajemnicy przed nim) ani tez nie dba o to, zeby sprawic jej przyjemnosc.
                                                  • piotr7777 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 16:42
                                                    > O Ignacym-pracowniku naukowym już Ci odpowiedziałam w innym poście (jest na ten
                                                    > temat fragment w Kalamburce), więc raczej nie masz racji, chociaż Autorka nie
                                                    > podaje nam dat ani innych szczegółów dotyczących jego kariery naukowej. Dyskutu
                                                    > jemy tu nie tylko nad tym, co podano w najnowszej części Jeżycjady, więc odnosz
                                                    > ę się również do tego, co zapamiętałam z wcześniejszych.\

                                                    Pewne szczegóły są w liście Pieroga do dyrekcji liceum.
                                                    Ignacy jest
                                                    -doktorem filologii klasycznej
                                                    -pracownikiem Biblioteki Raczyńskich
                                                    -kawalerem Honorowej Odznaki Miasta Poznania przyznanej w roku 1973.
                                                  • dakota77 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 16:45
                                                    Ale te informacje dalej nie wskazuja na to, ze mialby byc pracownikiem naukowym.
                                                  • berek_76 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 17:03
                                                    > ZAWODOWO to on jest bibliotekarzem. Nie badaczem antyku, tylko cieciem w biblio
                                                    > tece muzealnej, ktory zatwierdza, czy czytelnik moze czytac rekopis poznanskieg
                                                    > o pamietnika z 19 wieku w czytelni Biblioteki Raczynskich (to ich najwieksze zb
                                                    > iory).

                                                    Lezbobimbo, a skąd to wiesz? MM to gdzies napisała? Bo bibliotekoznawca i bibliotekarz to jednak nie to samo. Zważywszy, że ma wykształcenie kierunkowe, Ignacy może spokojnie pracować naukowo w Bibliotece Raczyńskich, co wcale nie musi sie, NB, wykluczać, z zatwierdzaniem, kto co może czytać.
                                                    Na jakiej podstawie wysnuwasz założenie, że on NIE jest pracownikiem naukowym? Zważywszy, że uzyte przez ciebie słowo "bibliotekarz" nigdzie w Jezycjadzie nie pada, za to konsekwentnie pojawia się "bibliotekoznawca"?

                                                    -----------------------
                                                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                                                    You've got to kick a little
                                                  • dakota77 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 17:09
                                                    MM nigdy nie pisze o Ignacym prowadzacym wyklady, egzaminujacym, robiacym jakies badania. W czasach, w ktorych jeszcze nie byl na emeryturze, on po prostu wychodzil do biblioteki i z niej wracal. Ale to w sumie jak z Gaba, tam pojawilo sie ostatnio prowadzenie wykladow wprawwdzie, ale ona dalej nie przygotowuje sie do wykladow i do konferencji, nie pracuje w domu. Nie czyta rzeczy potrzebnych do pracy.
                                                  • berek_76 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 21:01
                                                    No więc właśnie mam wrażenie, że ona o niczyjej pracy zawodowej nie pisze. O gabowej coś tam zaczęła, bo się czytelnicy maniakalnie zaczęli czepiać. A skoro Ignacego się nie czepiali, to po co miała pisać? W taki obraz mi się to składa.

                                                    -----------------------
                                                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                                                    You've got to kick a little
                                                  • bupu Re: Zmywarka a sprawa borejcza 21.11.12, 19:54
                                                    berek_76 napisała:

                                                    > No więc właśnie mam wrażenie, że ona o niczyjej pracy zawodowej nie pisze. O ga
                                                    > bowej coś tam zaczęła, bo się czytelnicy maniakalnie zaczęli czepiać. A skoro I
                                                    > gnacego się nie czepiali, to po co miała pisać? W taki obraz mi się to składa.

                                                    O przepraszam, o Idusiowej pisze, ostatnio coraz obrzydliwiej zresztą.
                                                  • dakota77 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 21.11.12, 20:33
                                                    Moze cieszmy sie, ze Mareczek wiecznie spi, bo gdyby nie spal, to by wiecznie opowiadal o operacjach na otwartym mozgu, skoro juz neurochirurgiem zostal:P
                                                  • akniwlam Re: Zmywarka a sprawa borejcza 21.11.12, 22:21
                                                    Gdyby MM w każdej powieści opisywała takie szczegóły, jak meandry kariery zawodowej lub naukowej każdego bohatera, to by jej wychodziły dzieła co najmniej rozmiarów Ramajany. Chyba wtedy też nie byłybyśmy zadowolone...
                                                    O Gabie i jej pracy pojawiła się wcześniej krótka wstawka w Pulpecji - jak w Dzień Kobiet (i zarazem dzień narodzin Magdy i Marysi) studenci, z którymi ma ćwiczenia, oświadczają, że idą na wagary do kina. No i "życzliwa" koleżanka od monologu w pociągu, z której komentarza wynikało coś w rodzaju, że Gaba właśnie nabierała wiatru w żagle kariery akademickiej, gdy jej się znowu zachciało powiększać rodzinę. O Ignacym i jego pracy faktycznie wiemy niewiele, chociaż można sobie wyobrazić, że część tych opasłych tomów, nad którymi ślęczy, to dzieła kolegów po fachu, które on recenzuje albo materiały źródłowe, które studiuje do własnego opus magnum. Kto go tam wie... A może on też po cichutku czyta kryminały, tylko wsadza je dla niepoznaki w okładki zdjęte z jakiegoś Plutarcha ;-)
                                                  • dakota77 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 21.11.12, 23:01
                                                    Mozna sobie wyobrazic, niekoniecznie zgodnie z rzeczywistoscia. Ale zdanie czy dwa raz na jakis czas o pracy danego bohatera nie sprawilyby, ze ksiazki stayby sie rozmiarow encyklopedii.
                                                  • vi_san Re: Zmywarka a sprawa borejcza 22.11.12, 09:30
                                                    Nie chodzi [chyba nikomu] o Bóg wie jakie epistoły o pracy zawodowej każdego z bohaterów, nawet tych epizodycznych. Wtedy byłoby to nie tylko dzieło objętości Ramajany, ale też nudne niemożebnie. Ale cóż by szkodziło, gdyby czasem Gabon Wielki zamiast czytać kolejną nowość [całując się po każdym rozdziale z mężem - proponuję nową dyscyplinę olimpijską: czytanie synchroniczne!] czytała np. coś, co jej jest potrzebne do pracy? Albo zamiast w kuchni nad herbatą pochłaniać tani kryminał sprawdzała prace pisemne studentów? Uwierz mi, mam oboje rodziców nauczycieli i w domu robili bardzo dużo, mięli full roboty papierkowej, konspekty, dzienniki, sprawdzanie zeszytów, prac klasowych, itd. itp...
                                                    Zdecydowanie podoba mi się myśl, że Ignacy ściąga okładkę z Plutarcha i nakłada ją na np. Millenium Stiega Larssona... W oczach wszystkich uchodzi za bibliofila, który nic poniżej Marka Aureliusza do ręki nie weźmie, a w gruncie rzeczy: normalny człowiek :)
                                                    A swoją drogą jak się ma do [podobno] wysokiej kultury osobistej uparte przekręcanie imienia Janusza? Przez z górą dwadzieścia lat nie zdołał się nauczyć, że [były] zięć i ojciec jego dwóch wnuczek nie ma na imię Juliusz? To albo jest tępy jak nie wiem co [a MM twierdzi, że to człowiek inteligentny], albo cham, który ma wszystko w nosie [a MM twierdzi, że to człowiek o wysokiej kulturze]... Wiem, że można się pomylić, w grupie młodych ludzi jeden Klaudiusz, drugi Janusz, pożeniło mu się, ok. Ale Ignacy z uporem maniaka przekręca imię Janusza i za każdym razem jest cierpliwie poprawiany. Nie pasuje mi to - gdyby Janusz był chłopakiem Gaby w liceum, a potem udał się w siną dal - jeszcze mogłabym zrozumieć, że starszemu panu się myli. Ale przecież Janusz był mężem jego córki, czas jakiś mieszkał [jak mi się zdaje] w ich domu, to nie była przelotna, przypadkowa znajomość! I niby czemu ma służyć taki zabieg? Podkreśleniu, że Ignacy jest zafascynowany łacińskim źródłosłowem imienia Juliusz? Ma to być taki niby żarcik? Ukłon w stronę dawnych czasów, nieprawdaż, minionych?
                                                  • paszczakowna1 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 22.11.12, 14:34
                                                    > Na jakiej podstawie wysnuwasz założenie, że on NIE jest pracownikiem naukowym?
                                                    > Zważywszy, że uzyte przez ciebie słowo "bibliotekarz" nigdzie w Jezycjadzie nie
                                                    > pada, za to konsekwentnie pojawia się "bibliotekoznawca"?

                                                    IMO jest (czy też był) pracownikiem naukowym. Bardzo mało prawdopodobne, by ktoś ze stopniem doktora (kiedyś doktor to było nie byle co) pracował jako bibliotekarz, tym bardziej że wiemy, iż zaczynał od pracy naukowo-dydaktycznej. A biblioteki (jak też i muzea) wydają katalogi, opracowania, urządzają wystawy itd - mogą też i wydawać publikacje stricte naukowe.
                                                  • bupu Re: Zmywarka a sprawa borejcza 16.11.12, 22:55
                                                    akniwlam napisał(a):

                                                    > Ja to odbieram trochę inaczej.
                                                    > Sprawa pierwsza. Enty egzemplarz Plutarcha to może być wyjątkowe, bibliofilskie
                                                    > wydanie, inne tłumaczenie, pamiątkowa książka, na której mały Ignacy zostawił
                                                    > ślady pierwszego ząbka itd. Drugi i trzeci egzemplarz tej samej książki-nowości
                                                    > po przeczytaniu można sprzedać w antykwariacie, na allegro, oddać charytatywni
                                                    > e do biblioteki itp, nie trzeba trzymać w domu. Zatem nie musi to być kupowanie
                                                    > dla samego kupowania.

                                                    Ale jest, co wynika choćby z cytatu w "Kwiecie Kalafiora". Poza tym jeśli daną rodzinę stać na kupienie trzech egzemplarzy danej książki, to niezaleznie od tego co z nią potem zrobią, ubodzy raczej nie są.

                                                    > Sprawa druga. Pyziakowi mają za złe nie tyle samochód, ile porzucenie żony i ma
                                                    > łych dzieci, więc jak widzą, że mu te dobra, które dzięki porzuceniu zdobył, sz
                                                    > częścia nie przyniosły, to mają przynajmniej ciepełko w sercu "Gabrysi było tak
                                                    > ciężko, ale proszę, jest szczęśliwsza, niż gdyby z nim została/wyjechała/pogod
                                                    > ziła się". Porzucenie faktycznie jest ciężkim grzechem Janusza i nie bardzo się
                                                    > da je wybielić nawet zrzucając winę na Zuą Gabę, co to z nim wyjechać nie chci
                                                    > ała. Rozpadowi związku winni byli oboje, ale to ona została z dziećmi, a bez pr
                                                    > acy i pieniędzy, to do niej należały wszystkie troski i obowiązki i to ona miał
                                                    > a bardziej "pod górkę".

                                                    No najpierw Gaba miała mu za złe, że pojechał na ten samochód nieszczęsny zarabiać, te niedobre piniążki. Potem zaś zarzutem naczelnym stało się "On porzucił Gabę!". Porzucone dziatki jakoś optyce borejczej na ogół dziwnie umykają i złażą na margines, nawet tyrada przedslubna Laury zakończyła się okrzykami o porzuceniu TAKIEJ KOBIETY jak Gaba. Co jest moim zdaniem zupełnie kretyńskie, bo rozstanie z żoną nie jest przecież zbrodnią.

                                                    Porzucenie dziatek owszem, zbrodnią jest, tu się zgadzamy, ale z pudła, w dodatku w obcym kraju, dość trudno spełniać obowiązki ojcowskie. Nie wiemy, czy Janusz na dziatki łożył, ta kwestia nigdy nie jest poruszana, wiemy natomiast, że po wyjściu z pudła próbował się skontaktować z Gabą, ale odbił się w progu od babuni Milicji.

                                                    Oraz chyba nieprzypadkowo Pyziak-nalany burak wozi tłusty zad nowym samochodem zachodnich marek, a Pyziak Ekspiacyjny, który uzyskuje rozgrzeszenie od św. Gabryjeli, przyjeżdża skromnie i aureliuszowsko, pociągiem. Wprawdzie z odrażającym Kitchen Aidem pod pachą, no ale nie można mieć wszystkiego ;)
                                                  • akniwlam Re: Zmywarka a sprawa borejcza 19.11.12, 16:12
                                                    Jeszcze raz uprę się, że kupowanie nawet kilku egzemplarzy książek potrzebnych w pracy naukowej nie jest straszliwą zbrodnią i może być czasem konieczne (np. dlatego że różne tłumaczenia to czasem różne interpretacje tego, co autor miał na myśli).

                                                    A co do porzucania - to owszem, z pudła można słać do rodziny listy, próbować kontaktu przez adwokata, wychowawcę więziennego lub własną siostrę, która wszak przebywała na wolności i nie miała ograniczonych sądownie kontaktów z bratanicami, a po wyjściu można się z rodziną kontaktować osobiście, telefonicznie, można nachodzić dzieci w szkole, a byłą żonę na uczelni, jeśli się odbiło od drzwi za sprawą Mili, można do domu przychodzić kilka, kilkanaście razy. Można nawet byłą podać do sądu o utrudnianie kontaktu z dziećmi (to można zrobić nawet jeszcze siedząc w więzieniu! Mnóstwo osadzonych zakłada sprawy sądowe, komu popadnie, naczelnikowi więzienia, współwięźniowi, koledze na wolności, czemu nie byłej żonie?) Można robić tysiące mądrzejszych i głupszych rzeczy. Jeśli komuś na kontakcie z dziećmi zależy oczywiście. Janusz zrezygnował po spotkaniu z Milą - i nie nawiązał kontaktu przez długie lata, czyli jednak mu za bardzo nie zależało. Borejkowie naprawdę nie zmienili przez te lata adresu, nie ukryli dzieci u rodziny na wsi (choćby u Gizeli w Miłosławiu albo u babci Jedwabińskiej, gdzie niełatwo byłoby dziewczynki odnaleźć), jak robią niektóre rodziny, odcinające dzieci od kontaktu z ojcem... A zdeterminowani ojcowie naprawdę potrafią niezłe numery wykręcać byłym żonom i teściowym, żeby chociaż poobserwować dziecko jak bawi się na placu zabaw.
                                                    I nie róbmy z Mili takiego smoka o siedmiu paszczach, jakby Janusz się pojawił pod drzwiami kilka razy, trzeźwy i przekonując że chce spotkać się z dziećmi, to by się w którymś momencie ugięła. Już wtedy miała przecież wyrzuty sumienia, nie była pewna, czy postąpiła dobrze. Niestety na pierwsze po latach spotkanie z rodziną Janusz powinien przyjechać po pierwsze zapowiedziany, a po drugie - bezwzględnie trzeźwy.

                                                    A po przebaczenie przyjechał oplem, tym samym, którym później wiózł rodzinę do Śmiełowa. Już wtedy prosił o wybaczenie, teraz w McDusi tylko przyznał, że Gaby nie kochał i pożegnał się, jakby szedł na ścięcie. W ogóle w czasie tamtej wizyty wypadł sympatyczniej, niż teraz, nie doszukiwał się we wszystkim przytyków i nie był tak najeżony. Mimo, że był bez darów weselnych i w roli kierowcy tego okropnego burżujskiego pojazdu ;-)
                                                  • ciotka_scholastyka Re: Zmywarka a sprawa borejcza 19.11.12, 16:49
                                                    > Jeszcze raz uprę się, że kupowanie nawet kilku egzemplarzy książek potrzebnych
                                                    > w pracy naukowej nie jest straszliwą zbrodnią i może być czasem konieczne (np.
                                                    > dlatego że różne tłumaczenia to czasem różne interpretacje tego, co autor miał
                                                    > na myśli).

                                                    Przypomnij sobie, jaka była argumentacja do nabycia nieszczęsnego Plutarcha. BTW o pracy naukowej Borejki Ignaca w KK nie ma ani jednego słowa.
                                                  • zla.m Re: Zmywarka a sprawa borejcza 19.11.12, 17:37
                                                    akniwlam napisał(a):

                                                    > Jeszcze raz uprę się, że kupowanie nawet kilku egzemplarzy książek potrzebnych
                                                    > w pracy naukowej nie jest straszliwą zbrodnią i może być czasem konieczne (np.
                                                    > dlatego że różne tłumaczenia to czasem różne interpretacje tego, co autor miał
                                                    > na myśli)

                                                    Potrzeby analizy porównawczej nie neguję, ale wydaje mi się, że każdy niebogaty pracownik naukowy, któremu jest potrzebny kolejny egzemplarz tej samej książki stara się zakupić ją "na firmę". A Borejkowie kupują książki dla siebie, do czytania - to jest powiedziane otwarcie.
                                                  • berek_76 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 19.11.12, 18:24
                                                    > Jeszcze raz uprę się, że kupowanie nawet kilku egzemplarzy książek potrzebnych
                                                    > w pracy naukowej nie jest straszliwą zbrodnią i może być czasem konieczne (np.
                                                    > dlatego że różne tłumaczenia to czasem różne interpretacje tego, co autor miał
                                                    > na myśli).

                                                    Akniwlam, przecież było wyraźnie napisane, że Gaba i Grześ kupowali sobie po własnym egzemplarzu nowości. To co, pani filolog klasyczny i pan informatyk-matematyk potrzebowali tych samych książek do pracy naukowej? Serio? Poza tym skoro kupowali po dwa IDENTYCZNE egzemplarze (a tak było wyraźnie powiedziane), to raczej nie były to różne tłumaczenia.

                                                    Słuchajcie, no bez przesady. ja pochodzę z domu, gdzie tata-matematyk, a mama - bibliotekoznawca i bibliofil, więc sytuacja bardzo podobna. I kasy nigdy nie było, a na książki jakoś była. I jedyne cenne rzeczy u nas w domu od zawsze to były stare druki i nietypowe wydania. Ale mimo wszystko nikomu by do łba nie przyszło kupować po parę egzemplarzy tego samego, bo zwyczajnie trzeba by było z czegoś zrezygnować.

                                                    I co, te Borejki tak zawsze mają na tapecie tylko jedną interesująca nowość? Bo u nas jakoś zawsze wyprawa do księgarni (na co dzień niedozwolona) kończyła się nabyciem paru dzieł i po prostu czytało się wymiennie.

                                                    Dla mnie to jest nieudolne dorabianie uszu i tyle.

                                                    -----------------------
                                                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                                                    You've got to kick a little
                                                  • vi_san Re: Zmywarka a sprawa borejcza 19.11.12, 19:40
                                                    A na marginesie: ciekawi mnie cóż to za nowości oni nabywają w ilościach hurtowych - jakie tytuły znaczy się? Bo nie mówimy tu o "białych krukach", okazach kolekcjonerskich, tomach poezyj Mickiewicza z autografem odautorskim. Mówimy o NOWOŚCIACH. Optuję, że prym wiodą "Harry Potter", saga "Zmierzch" i kolejne tomy Jeżycjady...
                                                    Ja też pochodzę z domu [co prawda oboje rodzice nauczyciele, ale różnych przedmiotów] czytającego namiętnie. I też jedyne naprawdę cenne rzeczy w domu - to książki, oryginalne, stare, nietypowe... Ale nikomu nie przyszłoby do głowy pójść do księgarni i kupić dwie [lub trzy] IDENTYCZNE nowości książkowe, po to tylko, by "nie kłucić się, kto pierwszy przeczyta"!!! Jeśli kupowało się dwie - to jedną do domu, a drugą np. w prezencie dla też czytającej rodziny. I jakoś nigdy nie było kłutni, kto przeczyta pierwszy, dziwne? A u tych "świętych" Borejków taki detal wystarczy? To może niech lepiej kupują z góry sześć czy siedem egzemplarzy, bo rozwód jak nic...
                                                  • zla.m Re: Zmywarka a sprawa borejcza 19.11.12, 23:30
                                                    Za błąd ortograficzny vi_san powyjmuje naczynia ze zmywarki i umyje je ręcznie, cytując w oryginale Marka Aureliusza.
                                                  • vi_san Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 08:17
                                                    Ojojojojojjjjj!!!!!!!!!! Już wyjmuję naczynia ze zmywarki i biorę się za szorowanie. Bez kłótni! A mogę nie cytować Marka Aureliusza w oryginale tylko Goethe'ego? Też w oryginale?
                                                  • zla.m Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 12:44
                                                    :))

                                                    Ano cytuj, tylko trzeba turzycę przysłać, żeby skontrolowała, czy to na pewno Goethe a nie jakieś, panie tego, sprośności ;)
                                                  • vi_san Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 18:21
                                                    Naczyńka umyte, wytarte, wypucowane aż błyszczą. I nawet poodstawiałam na odpowiednie miejsca, na odpowiednich półkach w odpowiednich szafkach! Obiecuję, że postaram się więcej błędów nie robić!
                                                    A masz coś przeciw, panie tego, odrobince leciutkiej sprośności? Nie mówię, żeby zaraz XIII księgę "Pana Tadeusza" - choć podobno utwór zacnego ze wszech miar Aleksandra hrabiego Fredry, czy tam jakieś inne te, ale przeczytaj, Waćpanna [ewentualnie Waćpani], chociażby "Narzeczoną z Koryntu"... ;)
                                                  • mmoni Re: Zmywarka a sprawa borejcza 21.11.12, 22:53
                                                    Gdzieś jest napisane, że Ignac rozmawiając przez telefon jednocześnie wyjmuje machinalnie książkę z półki Strybów, konstatuje, że on też już ją ma i odkłada na półkę. A książka to "Glenn Gould czyli sztuka fugi", a zatem pozycja wąsko hobbystyczna, niezwiązana z pracą zawodową żadnego z domowników (Laura jest wtedy jeszcze mała) no i jak wykazał szybki google search, wydana przez słowo/obraz/terytoria, a zatem śliczna acz niestety nietania. Do tego raczej nie wyobrażam sobie, aby ustawiała się do niej kolejka jak do siódmego tomy Harry Pottera, z okrzykami "jak się zaraz nie dowiem, jak się kończy Das Wohltempierte Klavier, to umrę!"

                                                    Chyba że to kupowanie podwójnych i potrójnych egzemplarzy to uzewnętrznienie jakiejś podświadomej tęsknoty, aby w tym kołchozie mieć coś swojego.
                                                  • lezbobimbo Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 12:40
                                                    akniwlam napisał(a):
                                                    > Jeszcze raz uprę się, że kupowanie nawet kilku egzemplarzy książek potrzebnych
                                                    > w pracy naukowej nie jest straszliwą zbrodnią i może być czasem konieczne (np.
                                                    > dlatego że różne tłumaczenia to czasem różne interpretacje tego, co autor miał
                                                    > na myśli).

                                                    Zamiast sie upierac i tworzyc byty niepotrzebne, to zaszalej i sprawdz wreszcie chociaz raz, o jakich pracownikach naukowych piszesz (Gaba? Grzes?) i co oni rzeczywiscie kupuja.

                                                    W McDUsi MM nie pofatygowala sie napisac co to za ksiazki, ale za to podkreslila, jak to kupuja dokladnie identyczne egzemplarze NOWE i czytaja je w lozku obok siebie, z dokladnie taka sama szybkoscia (zadna naukowa praca toto nie jest) a wokol nich pietrza sie po 2, nawet 3 egzemplarze juz przeczytane.
                                                    Nici zatem takze z twojej teorii, ze po czytaniu opychaja na allegro (gdzie i tak by tracili) albo wynosza do biblioteki.
                                                    W innych czesciach jezyckich pare razy jest tez podkreslane, jak kupuja wszyscy te same ksiazki i czytaja na wyscigi.

                                                    Slowo daje, MM tak sie podnieca samym istnieniem, nabywaniem i pospieszna konsumpcja ksiazek, jakby to byly zywe istoty i magiczne artefakty zarazem, odnawiajace mane i podwyzszajace miejsce czytelnika w hierarchii - ja jestem wieksze mzimu, bo mam 7 ksiazek-amuletow, a ty tylko 3!

                                                    Mniejsza oczywiscie o jakas tam tresc, najwazniejszy dla niej jest zszyty papier.
                                                    Czy to jakies przedpotopowe podejscie z czasow, kiedy jeszcze bywali w Polsce analfabeci a ksiazka posiadana oznaczala, ze to lepiej urodzeni panstwo?
                                                  • zla.m Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 12:54
                                                    lezbobimbo napisała:


                                                    > W innych czesciach jezyckich pare razy jest tez podkreslane, jak kupuja wszyscy
                                                    > te same ksiazki i czytaja na wyscigi.
                                                    >
                                                    > Slowo daje, MM tak sie podnieca samym istnieniem, nabywaniem i pospieszna konsu
                                                    > mpcja ksiazek, jakby to byly zywe istoty i magiczne artefakty zarazem, odnawiaj
                                                    > ace mane i podwyzszajace miejsce czytelnika w hierarchii - ja jestem wieksze mz
                                                    > imu, bo mam 7 ksiazek-amuletow, a ty tylko 3!
                                                    >
                                                    > Mniejsza oczywiscie o jakas tam tresc, najwazniejszy dla niej jest zszyty papie
                                                    > r.
                                                    > Czy to jakies przedpotopowe podejscie z czasow, kiedy jeszcze bywali w Polsce a
                                                    > nalfabeci a ksiazka posiadana oznaczala, ze to lepiej urodzeni panstwo?
                                                    >

                                                    Może pani MM chce w ten sposób pokazać, że czytanie jest takie fajne? Że jest to przyjemność godna podwójnych wydatków i tak duża, że dorośli ludzie nie są w stanie sobie jej odmówić natychmiast? Taka forma nienachalnej perswazji.
                                                  • berek_76 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 14:26
                                                    > Może pani MM chce w ten sposób pokazać, że czytanie jest takie fajne? Że jest t
                                                    > o przyjemność godna podwójnych wydatków i tak duża, że dorośli ludzie nie są w
                                                    > stanie sobie jej odmówić natychmiast? Taka forma nienachalnej perswazji.

                                                    Zaplułam się z lekka :D Nienachalnej, w ogóle, zaiste :)

                                                    -----------------------
                                                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                                                    You've got to kick a little
                                                  • akniwlam Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 14:24
                                                    zaszalej i sprawdz wreszcie
                                                    > chociaz raz, o jakich pracownikach naukowych piszesz (Gaba? Grzes?) i co oni r
                                                    > zeczywiscie kupuja.
                                                    >
                                                    Pracowników naukowych (aktualnych lub byłych) jest u Borejków/Strybów troje: Ignacy (patrz: Kalamburka, gdzie Gizela komentuje, że prowadzi on nudne zajęcia ze studentami), Gaba i Grzegorz. Z tej trójki Gabriela na pewno w McDusi nadal pracuje na uczelni, Ignacy jest na emeryturze, Grzegorz nie wiadomo gdzie pracuje. Ale każde z nich z racji kariery naukowej musiało całkiem sporo książek zgromadzić, w czasach, gdy oni studiowali, nie było ksero ani internetu, więc chociażby wówczas trzeba było książki posiadać albo zdawać się na szczęście w wypożyczalni. I nawyk czytania książek w wersji papierowej i wydawania na nie pieniędzy mają silnie wyrobiony.

                                                    Nie mamy pojęcia, co też oni kupują i co czytają, bo tego Autorka nie podaje, jest tylko wspomniane, że są tam tomiki poezji, powieści, antologie, dramaty, dzieła naukowe itd. Egzemplarze w liczbie od 1 do 3. I jestem w stanie wyobrazić sobie zastosowanie dla tych podwójnych czy potrójnych. Czy jest to zgodne z wizją Autorki, nie mam pojęcia, uzasadniam tylko, co z takimi nadprogramowymi książkami mogą zrobić. Niekoniecznie od razu po przeczytaniu. Tym bardziej, że sprzedawanie używanych książek kilkakrotnie się w Jeżycjadzie pojawia w chwilach potrzeby finansowej (Kwiat kalafiora, Ida sierpniowa i jeszcze, o ile pamiętam, Tygrys w Toruniu usiłuje sprzedać podręczniki w antykwariacie. Mam nadzieję, że wybaczysz wahanie, ale nie mam całej Jeżycjady na własność i nie mogę wszystkiego, co zapamiętałam, na bieżąco sprawdzać. Pamięci fotograficznej też nie mam, niestety).
                                                    Ogólnie zachęcanie do czytania uważam za całkiem sensowne zajęcie. I nie widzę w Jeżycjadzie propagowania posiadania książek dla samego posiadania, skoro w każdym prawie tomie pojawia się ktoś z bohaterów zaczytany, o książkach się rozmawia, Borejkówny są porównywane do Atalanty czy innej Aspazji z Miletu itp. A z drugiej strony postawa Ignacego-pożeracza książek jest przez rozmaitych bohaterów krytykowana, chociażby w myślach.
                                                  • paszczakowna1 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 19.11.12, 17:30
                                                    > > Sprawa pierwsza. Enty egzemplarz Plutarcha to może być wyjątkowe, bibliof
                                                    > ilskie
                                                    > > wydanie, inne tłumaczenie, pamiątkowa książka, na której mały Ignacy zost
                                                    > awił
                                                    > > ślady pierwszego ząbka itd. Drugi i trzeci egzemplarz tej samej książki-n
                                                    > owości
                                                    > > po przeczytaniu można sprzedać w antykwariacie, na allegro, oddać charyta
                                                    > tywni
                                                    > > e do biblioteki itp, nie trzeba trzymać w domu. Zatem nie musi to być kup
                                                    > owanie
                                                    > > dla samego kupowania.
                                                    >
                                                    > Ale jest, co wynika choćby z cytatu w "Kwiecie Kalafiora".

                                                    Radzę ci sprawdzić ten cytat. Plutarch na tym forum obrósl już własną mitologią, a zakup jako taki był 100% zrozumiały i bynajmniej nie ekscentryczny (choć czy konieczny w sytuacji finansowej rodziny, mozna by dyskutować).
                                                  • bupu Re: Zmywarka a sprawa borejcza 19.11.12, 21:22
                                                    paszczakowna1 napisała:

                                                    > Radzę ci sprawdzić ten cytat. Plutarch na tym forum obrósl już własną mitologią
                                                    > , a zakup jako taki był 100% zrozumiały i bynajmniej nie ekscentryczny (choć cz
                                                    > y konieczny w sytuacji finansowej rodziny, mozna by dyskutować).

                                                    "Smakołyków zawsze było za mało w tym domu. Przy napiętym do ostatnich granic budżecie, a jednocześnie przy nieumiarkowanej manii kupowania książek, której ulegali wszyscy znający alfabet członkowie rodziny, sytuacja musiała wyglądać drastycznie. Co prawda, w chwilach kryzysu robiono czystkę w bibliotece i zanoszono paki nie lubianych książek do antykwariatu na Starym Rynku, lecz sumy uzyskane z tej sprzedaży nigdy nie były zbyt wysokie. Mama dokazywała cudów pomysłowości, by gatunkowo skromne pożywienie uczynić pożywieniem wysokokalorycznym, wysokobiałkowym i pełnym witamin, ale niekiedy przeżywała chwile buntu i ukazywała ojcu bezsens kupowania na przykład polskiego przekładu Plutarcha, skoro ma się na półce oryginał. Proponowała, by zamiast czynić podobnie nieprzemyślane zakupy, nabył raczej nieco czekolady dla córek. Ojciec odpowiadał, że po pierwsze, czekolady nie ma, a po drugie, z natury swojej nadaje się ona wyłącznie do szybkiego strawienia, podczas gdy przekład Plutarcha będzie dojrzewał na półce, czekając, aż dziewczynki dorosną do tej lektury."

                                                    No i? Z cytatu powyższego wynika, że kupowano u Borejków książki maniakalnie i nierozsądnie.
                                                    --
                                                    Wiedźma waathewitch.blox.pl

                                                    http://www.uwekroeger.fora.pl - Forum fanów Uwe Kroegera
                                                  • akniwlam Re: Zmywarka a sprawa borejcza 19.11.12, 22:09
                                                    Maniakalnie kupowali książki, tu pełna zgoda. Czy rozsądnie? Faktycznie to były czasy, kiedy ciężko było kupić cokolwiek i mam kilka starszych cioć, które do dziś przechowują w szafach zakupione wtedy metry tkanin, z których nic nie zostało uszyte, za małe na wszystkich domowników buty, jakieś pożółkłe koszule, ściereczki... Bo kupowały nie to, co było potrzebe, tylko co akurat zdobyły. Plutarch zapewne nie był tak rozchwytywany, ale w czasach niedoboru papieru też mógł jawić się jako okazja.
                                                    No i zgodnie z cytatem mamy dwa Plutarchy: oryginał i przekład. Dwa egzemplarze to tak dużo? Dla pracownika naukowego, filologa klasycznego? Przy tym Ignacy mógł na tyle rozsądnie spoglądać w przyszłość, by przewidzieć, że może nie każda z jego córek będzie czytywała Plutarcha w oryginale. Patrycja na pewno nie czytała, przynajmniej nie w oryginale i Idy też nie posądzam. Gaba i Natalia mogły. (Tak ja je przynajmniej widzę.)
                                                    Kupowania dwóch-trzech egzemplarzy nowości czytelniczych też do końca nie rozumiem, jedyne rozsądne wyjaśnienia, jakie mi się nasunęły, podałam wcześniej: może oddają je hurtem do biblioteki (charytatywnie) albo odsprzedają - jak w cytacie. Idę też pamiętam sprzedającą książki w celu zdobycia funduszy na jedzenie. Literaturę fachową w podwójnej liczbie mogli kupować Ignacy i Gaba, bo Grześ raczej czytywał publikacje z kompletnie innej dziedziny. Co do kłótni, to chyba jakaś hiperbola...
                                                    A co mogli kupować? Tomik Szymborskiej, biografię Korczaka, fantastykę, reportaże z Izraela albo Korei, Stasiuka, Chwina czy innego Pilcha...? Nie pamiętam dokładnie, co było nowością w czasie akcji. No chyba nie tylko Pottera, Zmierzch i inne wampiriady się teraz sprzedaje, ja w każdym razie mam listę tytułów znacznie przekraczającą możliwości finansowe i nie ma na niej ani Pottera (mam wszystkie części), ani Zmierzchu (przeczytałam pożyczone)...
                                                  • berek_76 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 19.11.12, 22:46
                                                    > Literaturę fachową w podwójnej liczbie mogli kupować Ignacy i Gaba, bo Grześ ra
                                                    > czej czytywał publikacje z kompletnie innej dziedziny.

                                                    Ale właśnie w tym sęk: MM pisze wyraźnie, że Grześ i Gaba równocześnie czytali te same książki! I że właśnie dlatego kupowali po dwie, żeby móc czytać równocześnie. Znaczy, polemizujesz z MM co do tego, co napisała? :)

                                                    -----------------------
                                                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                                                    You've got to kick a little
                                                  • akniwlam Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 14:51
                                                    Wiem, po co im były po dwa egzemplarze! Pamiętacie, że oni czytywali książki, leżąc w łóżku i całowali się po zakończeniu każdego rozdziału? Zawsze zastanawiałam się, jak oni to robili, żeby nie przeszkadzać drugiemu czytaczowi w połowie jego rozdziału. No to teraz problem się rozwiązuje: czytają synchronicznie ;)
                                                    A poważnie, to chyba rozumiem, skąd nasza różnica zdań. Odkąd u Borejków zaczęły pojawiać się laptopy i zmywarki, przestałam zauważać narzekania na tematy finansowe i zaczęłam postrzegać ich jako może nie zamożnych, ale zachowujących płynność finansową. Może nie dość uważnie czytałam, więc jeśli komuś się chce, niech mnie oświeci. Pytałam gdzieś wyżej, gdzie ostatnio ktoś z Borejków narzekał na brak kasy (bo z tego, co pamiętam, była to Patrycja w klasie maturalnej, albo Nutria studentka). Wam się kłóci kupowanie nadmiarowych książek ze szlachetnym ubóstwem, a dla mnie szlachetne ubóstwo Borejków skończyło się gdzieś najpóźniej w okolicach Imienin (ze wspomnieniem nie tylko szlachetnego fiu-bździu ubóstwa, ale też autentycznej powojennej biedy w Kalamburce).
                                                  • berek_76 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 16:49
                                                    > Wam się kłóci kupowanie nadmiarowych książek ze szlachetny
                                                    > m ubóstwem,

                                                    Nie. Mnie przynajmniej sie kłóci ze zdrowym rozsądkiem. O ile to jednak nie sa Onassisowie w przebraniu, to nie ma cudu, żeby im starczyło na wszystkie fajne książki świata, a w takiej sytuacji rutynowe kupowanie kilku takich samych jest tożsame z koniecznością zrezygnowania z jakichs innych. Znaczy - głupota. chyba, że niewazne co, sztuka jest sztuka :/
                                                    -----------------------
                                                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                                                    You've got to kick a little
                                                  • kopiec_esmeralda Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 08:32
                                                    Kupowania dwóch-trzech egzemplarzy nowości czytelniczych też do końca nie rozum
                                                    > iem, jedyne rozsądne wyjaśnienia, jakie mi się nasunęły, podałam wcześniej: moż
                                                    > e oddają je hurtem do biblioteki (charytatywnie) albo odsprzedają


                                                    Argumentem tam za tym zdublowanym kupowaniem tych samych książek było, "żeby zapobiec kłótni, kto pierwszy przeczyta", cyt. z pamięci. Dla mnie to jest symptomatyczne- jak bardzo rodzina musi być bardzo skonfliktowana, nie umieć dojść do porozumienia nawet w najprostszych sprawach, by kłócić się o to, kto pierwszy przeczyta książkę. Może też kłócą się o to, kto więcej i lepszego zje z lodówki ;)
                                                    My nie klepiemy biedy, jaka jest nieustannie sugerowana u Borejków, ale tez nie sypiamy na pieniądzach, jak ci wszyscy źli nowobogaccy antyborejkowscy - i do głowy by nam nie przyszło, by kupować po dwie te same książki, "by się o nie nie pokłócić" - jeśli są fundusze, to kupuje się kilka różnych książek, a kolejność czytania jakoś sama wynika i nigdy nie jest powodem niesnasek. Uważam za wręcz niesmaczną ostentację kupowanie zdublowanych książek do jednego domu - w przypadku ludzi, mieniących się stoikami, czyli ceniących (w teorii) umiar.
                                                  • dakota77 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 09:10
                                                    kopiec_esmeralda napisał(a):

                                                    Uważam za wręcz niesmaczną ostentację kupowanie zdublowanych książek do jednego domu
                                                    - w przypadku ludzi, mieniących się stoikami, czyli ceniących (w teorii) umiar.

                                                    O to, to:)
                                                  • vi_san Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 08:37
                                                    Nie ma rozsądnego wyjaśnienia dla kupowania dwóch i więcej IDENTYCZNYCH tomów nowości. To co podałaś, to względnie rozsądne rozwiązania, co można zrobić z tonami zbędnej makulatury. Ale PO CO osoby przez MM prezentowane jako niezamożne KUPUJĄ po kilka tomów? To, że po przeczytaniu można sprzedać, oddać itp. to jedno, ale czemu robić w domu składowisko zbędnych [podwójnych] egzemplarzy?
                                                    Co do odwołania się do Pottera, wilkołaków i Jeżycjady - to był oczywiście żart. Sama czytam i na prawdę nie ograniczam się ani do wampirów, ani do bajek ani nawet do Jeżycjady. I też mam listę tytułów, na które po prostu mnie nie stać [mimo, że nie kupuję trzech egzemplarzy nowości!] i nie ma na niej - na tej liście - ani jednej z wyżej wspomnianych.
                                                    A "Harry'ego Pottera" i "Zmierzch" przeczytałam sobie z biblioteki.
                                                  • paszczakowna1 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 14:35
                                                    > ojcu bezsens kupowania na przykład polskiego przekładu Plutarcha, skoro ma się
                                                    > na półce oryginał

                                                    To nie było kupowanie kolejnych egzemplarzy tej samej książki (to jest faktycznie ekscentryczne - chyba że stare się rozpadają), tylko polskiego przekładu pozycji, którą Ignacy a) interesował się zawodowo, b) uważał za wartościową lekturę dla córek. Sama kupowałam niedawno polski przekład książki, którą mam w oryginale (właśnie żeby rodzina mogła przeczytać) i za maniakalnie rozrzutną wariatkę się nie uważam.

                                                    > No i?

                                                    No i to, że z cytatu wynika wyraźnie, że bynajmniej nie było to "kupowanie dla samego kupowania" "trzech egzemplarzy tej samej książki".
                                                  • kopiec_esmeralda Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 14:43
                                                    > No i to, że z cytatu wynika wyraźnie, że bynajmniej nie było to "kupowanie dla
                                                    > samego kupowania" "trzech egzemplarzy tej samej książki".

                                                    Z tego akurat nie, ale jest gdzieś tam napisane wprost, ze kupowali po dwa egzemplarze tej samej książki, "by się nie pokłócić o to, kto pierwszy przeczyta' i po ochnaście egzemplarzy Wyborczej z Jolką, by każdy mógł rozwiązywać swoją własną.
                                                  • paszczakowna1 Re: Zmywarka a sprawa borejcza 20.11.12, 14:54
                                                    > Z tego akurat nie, ale jest gdzieś tam napisane wprost, ze kupowali po dwa egze
                                                    > mplarze tej samej książki, "by się nie pokłócić o to, kto pierwszy przeczyta' i
                                                    > po ochnaście egzemplarzy Wyborczej z Jolką, by każdy mógł rozwiązywać s
                                                    > woją własną.

                                                    Ale "gdzieś tam" to ma miejsce przynajmniej dwadzieścia (jak nie trzydzieści) lat później. Ja się czepiam czepiania się ;-) konkretnie Plutarcha, który uważam za zakup jak najbardziej mieszczący się w granicach normalności.
                                                • vi_san Re: Zmywarka a sprawa borejcza 16.11.12, 15:47
                                                  :))))))
                                                  [owacja na stojąco]
                                        • minerwamcg Re: Zmywarka a sprawa borejcza 01.09.22, 13:26
                                          Nareszcie ktoś napisał kilka słów prawdy. Niestety, na forum zalęgło się kilka miejskich legend, nie do wytłuczenia żadnym młotkiem, jedna jest ta ze zmywarką, a druga ze składkowym rzekomo weselem Józka i Doroty, co wszak było jedynie głupim pomysłem ogłupiałego z miłości Józwy, natychmiastowo oprotestowanym i odrzuconym. A tu nie, w kółko zmywarka i składkowe wesele.
                              • bupu Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 00:57
                                vi_san napisała:

                                > A co do filistrów bogatych i bezdusznych jak cepy w stodole, egoistycznych, inf
                                > antylnych, samotnych i nieszczęśliwych? Prócz tych wymienionych przez ciebie? P
                                > rzede wszystkim niesławnej pamięci Janusz Pyziak. W dalszej kolejności Alma Pyz
                                > iak. Danka Filipiak z "Szóstej Klepki - coś mi się mota, że nie była źle sytuow
                                > ana, chociaż mogę źle pamiętać. Prof. Pieróg - nie dość, że nieźle sytuowany to
                                > niezła szuja: chciał usunąć z liceum Damba i doniósł na prof, Dmucha! Krystian
                                > Jakmutam z BBB. Matylda Stągiewka z OwR. Pewnie jakbym się uparła i poszukała,
                                > to by się znalazło więcej.

                                Lisieccy (lśniące meblościanki, dywany, kolorowy telewizor, odzież na małoletnich z NRD rodem, na szlachetne ubóstwo to nie wygląda), podły Majchrzak, Jacunio, dziecię hurtownika, które kusiło Pulpę popielniczką...
                                • vi_san Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 07:34
                                  Marcelek w spodniach na kancik? Nie, no właściwie prawie wszyscy "nie-borejkowscy" bohaterowie, którzy mają COKOLWIEK to parszywcy, nieudacznicy, nuworysze, tępaki goniące tylko za mamoną itp. Abstrahując od tego, że poza gołosłowiem nie dostrzegam jakoś ubóstwa [szlachetnego czy nie] u samych Borejków, tudzież ich córek!
                                  • bupu Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 16:43
                                    vi_san napisała:

                                    > Marcelek w spodniach na kancik? Nie, no właściwie prawie wszyscy "nie-borejkows
                                    > cy" bohaterowie, którzy mają COKOLWIEK to parszywcy, nieudacznicy, nuworysze, t
                                    > ępaki goniące tylko za mamoną itp.

                                    A jeszcze mi się Czekoladka małoletnia, co to do niej Miagwa chwilowo wzdychał i jej rodzina, przypomnieli. Też zamożni i podli.

                                    > Abstrahując od tego, że poza gołosłowiem nie
                                    > dostrzegam jakoś ubóstwa [szlachetnego czy nie] u samych Borejków, tudzież ich
                                    > córek!

                                    Ubóstwo Borejków istnieje od dawna wyłącznie w emitowanych przez Ignaca bzdetach werbalnych, okraszanych cytatami z Aureliusza o łożu, prawdaż, prostym. Nawet studentka Laura najwyraźniej opływa w gotówkę, skoro sobie szyje wypaśną kieckę ślubną u Krawcowej Operowej. A taka Krawcowa Operowa nie pobiera raczej w ramach zapłaty finansowego ekwiwalentu miski ryżu, ale dużo większą kwotę.
                                    • melomanka87 Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 16:52
                                      Krawcowa Operowa "słusznie ceniona w środowisku śpiewaczym", której za suknię ślubną płaci się na koniec (a nawet na kilka godzin przed ślubem), dopiero przy odbiorze sukni stwierdzająca "o, masz jakiś samochód, to fajnie, bo suknia by zamokła", to też niezwykle udany wątek.
                                    • vi_san Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 18:42
                                      A nawet gdyby Krawcowa Operowa ceniona w środowisku śpiewaczym akurat Laurkę lubiła [zakazu nie ma] i zgodziłaby się po koleżeńsku za mniejszą kwotę, to same materiał do tej kiecy madamy Pompadury musiały niewąsko kosztować - pewnie więcej niż ten ich szalet z resztek po szklarni. Ale dla studiującej [niechby nawet koncertującej i dostającej jakieś tam pieniądze, niechby nawet do tego mającej stypendium - o którym nic się nie wspomina] to przecież nie problem?
                                      A w kwestii ogólnej - "niezamożności" Borejków. Kiedyś [w starej Jeżycjadzie] ich braki finansowe były ewidentne - patrz chociażby zgorszenie Joanny strojem Gaby - przed urodrzinami Anieli chyba? Bo Joanna miała kieckę - być może uściboloną własnoręcznie albo "utrafioną" cudem najmodniejszą, a Gabunia? Spódniczka ze skaju - niemodnej długości, bluzka jak bądź... Bo po prostu NIE MIAŁA sterty ciuchów. Niech będzie, abnegatka. Ale Idusia handlująca gipsowymi serduszkami? Przykłady ze "starych" książek możnaby mnożyć właściwie bez końca. A teraz? I nawet mogę zrozumieć, że im się poprawiło! System polityczny się zmienił, możliwości inne, Gaba ułożyła sobie życie z Grześkiem, Ida, Nutria, Pulpet i Pyza poszły precz z chałupy, Mila i Ignac mają emerytury [nie jestem pewna czy Mila, ale jeśli nie ma emki, to jakieś tantiemy za sztuki Kala Amburki chyba ma?]... Ok. Tylko po co wówczas chrzanić o ubóstwie i urządzać awantury o zmywarkę, skoro się wogóle nie zmywa?
                                      • bupu Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 18:45
                                        vi_san napisała:

                                        > A w kwestii ogólnej - "niezamożności" Borejków. Kiedyś [w starej Jeżycjadzie] i
                                        > ch braki finansowe były ewidentne - patrz chociażby zgorszenie Joanny strojem G
                                        > aby - przed urodrzinami Anieli chyba? Bo Joanna miała kieckę - być może uścibol
                                        > oną własnoręcznie albo "utrafioną" cudem najmodniejszą, a Gabunia? Spódniczka z
                                        > e skaju - niemodnej długości, bluzka jak bądź... Bo po prostu NIE MIAŁA sterty
                                        > ciuchów.

                                        W kwestii formalnej: botki były ze skaju. A spódniczka była granatowa, zdaje się, że plisowana. Czyli szkolnogalowa.
                                        • vi_san Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 19:02
                                          Kajam się i biję w piersi|! Mój błąd! Botki ze skaju, spódniczka granatowoszkolnogalowa. Co i tak nie zmienia wymowy mojego wpisu.
                                      • dakota77 Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 18:59
                                        Oczywiscie, w starej Jezycjadzie Borejkom sie nie przelewalo. Ale teraz, w innym systemie, radza sobie calkiem dobrze i te tezy o szlachetnym ubostwie bardzo raza.
                                        • vi_san Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 19:33
                                          Jakby nie było prościej napisać, że w nowej rzeczywistości okazało się, że "dobrym, uczciwym, mądrym et cetera" żyje się nieźle, więc i Borejkom się polepszyło? I nawet uzasadnić to logicznie, że Grześ, że dziewczyny poszły z domu itd. I przestać "wstawiać" głupoty o ubóstwie, gdy tego jakoś nie widać - ani w kwestiach dóbr doczesnych [kupowanie kilku IDENTYCZNYCH tomów książki, samochody, przedsiębiorstwa - np. Górscy, Rojkowie]. I wcale nie jest to jednoznaczne z tym, że musieliby natychmiast zgłupieć! Ale możnaby z satysfakcją, a nie jakoś tak wstydliwie napisać, że Pulpa jest dobra w zarządzaniu i jej talentom zawdzięczają rozkwit przedsiębiorstwa. i nie dodawać natychmiast, że piecze pyszne bułeczki! Po prostu uznać średni status materialny Borejków i nie wmawiać [uważanym ponoć za niegłupie] czytelniczkom, że oni są biedni.
                                          • meduza7 Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 21:10
                                            Całe to ględzenie o ubóstwie, myślę, bierze się stąd, że Borejkowie faktycznie mają taki dość luźny stosunek do dóbr materialnych i ich zdobywania. Nie wyobrażam sobie, by którekolwiek z nich zarzynało się, pracując po 12 godzin dziennie TYLKO po to, żeby pozwolić sobie na lepszy samochód na przykład. Ot, raczej - jak są pieniądze i możemy sobie kupić zmywarkę, to dobrze, jak nie - to nie będziemy się tym zamartwiać (ani podejmować dodatkowych wysiłków, by je zdobyć). Może Pulpa trochę się wyłamuje z tego wizerunku, ale na dobrą sprawę jest przedstawiana w taki sposób, jakby ona też nie podejmowała żadnych wysiłków, ot, gospodarstwo wielofunkcyjne samo się prowadzi i przynosi dochody (rolnik śpi, a mu rośnie, hje hje). I muszę przyznać, że mnie taka postawa się podoba, tym niemniej pochwały szlachetnego ubóstwa w ustach ludzi co najmniej średniozamożnych brzmią... co najmniej nieprzekonująco.
                                            Chociaż z drugiej strony... Jeśli te pochwały wygłasza Ignacy, to jestem w stanie jak najbardziej to zrozumieć, on żyje bardziej w świecie własnej wyobraźni, niż w rzeczywistym. I w tej wyobraźni może być właśnie takim szlachetnym, ubogim stoikiem, któremu wystarcza łoże proste, i pracująca w kuchni zmywarka ani laptop Mili wcale mu się z tym obrazem nie kłóci.
                                            • vi_san Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 09:49
                                              Tylko widzisz, meduzo, gdyby oni podkreślali, że jak są pieniądze to fajnie, a jak ich nie ma, to zawsze znajdzie się herbata i chleb z dżemem - byłoby ok o nikt by się nie czepiał. Ale oni non - stop podkreślają "cnotę ubóstwa", własną "niezaradność finansową", kłopoty z kasą... Mnie osobiście drażni nieziemsko, jak mi się wstawia kawałki o "niezamożności rodziny" w której:
                                              a/. Seniorzy rodu mają emeryturę lub tantiemy ze sztuk pisanych dla teatrów i nader popularnych [swoją drogą - gdzie oni mają taką popularność teatru, przy obecnych cenach biletów?! Ale niech im będzie, nie żałuję im.];
                                              b/. Najstarsza córka - zamieszkała na miejscu - oraz jej mąż są etatowymi pracownikami naukowymi, więc posiadają stałe pensje + dodatki za "chałtury", artykuły naukowe, konferencje itd;
                                              c/. Druga córka jest cenionym lekarzem - laryngologiem, poślubiona też cenionemu lekarzowi [specjalizacja niedoprecyzowana - neurolog, neurochirurg lub Nosferatu];
                                              d/. Trzecia córka poślubiła wieloletniego przyjaciela domu i w jednej osobie energicznego i odnoszącego sukcesy przedsiębiorcę;
                                              e/. Czwarta córka po ślubie prowadzi nader dochodowe gospodarstwo, okazała się mieć ponadto talenty nie tylko ekonomiczne, ale także kulinarne oraz prowadzenia domu [Brawo, Pulpa!];
                                              f/. Starsza wnuczka poślubiła nader obiecującego młodego naukowca i wyjechała bodajże do Oksfordu.
                                              g/. Młodsza wnuczka poślubiła współwłaściciela dobrze prosperującego ogrodnictwa + nauczyciela [czyli mającego prócz dochodów z roślinek stałą pensję];
                                              No to ja, jako średnio inteligentna czytelniczka się pytam, gdzie oni mają te problemy materialne?! Pominę już fakt, że obecnie, w Borejczadzie [bo na Jeżycach, mam wrażenie, mieszkają WYŁĄCZNIE Borejkowie] nie ma ludzi normalnych - jak mieszka w bloku to na pewno patologia [może z wyłączeniem Agaty Janickiej], albo co najmniej dziwoląg, NIE MA u niej ludzi, którzy mają problemy finansowe [bo takich problemów materialnych, jak mają Borejkowie to bym sobie życzyła posiadać!], nie ma problemów z etatem, z zatrudnieniem, nikt nie ma nawet tego, że musi oszczędzać na cokolwiek - wszystko po prostu się kupuje [pominę tu litościwie wątek oblepionego gumą pena od Józina dla Agaty, bo tu nie wchodził w grę brak kasy, tylko brak KLASY]...
                                              • akniwlam Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 11:37
                                                Ale na kłopoty z kasą to chyba narzekała Patrycja w końcówce ubiegłego wieku? Nie pamiętam w ostatnich tomach narzekań, że Borejkowie nie mają na chleb z dżemem, raczej pochwałę właśnie tych zaradnych, co to kultury nie tracą. Gizela, bez której nie byłoby mieszkania na Winogradach, ani mieszkania na Roosevelta, ani stołu kuchennego, ani Mili w ogóle, Mila ściuboląca swetry i pisząca wzięte dramaty, Baltona z kwiaciarnią i sadzeniem lasu (działanie ekologiczne i pro publico bono!), Patrycja z gospodarstwem i jakimiś funduszami unijnymi, Robrojek - przedsiębiorca, Przeszczep, co wyszedł z ubogiej duchem rodziny, ale poetyczną duszę miał i dostąpił zaszczytu poślubienia Belli, sama Bella, co żadnej pracy się nie boi - prozaiczna i nie zainteresowana poezją (jak Magdusia)... To są postaci, które MM przedstawia z wyraźną sympatią.
                                                • bupu Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 16:37
                                                  akniwlam napisał(a):

                                                  > Ale na kłopoty z kasą to chyba narzekała Patrycja w końcówce ubiegłego wieku? N
                                                  > ie pamiętam w ostatnich tomach narzekań, że Borejkowie nie mają na chleb z dżem
                                                  > em, raczej pochwałę właśnie tych zaradnych, co to kultury nie tracą. Gizela, be
                                                  > z której nie byłoby mieszkania na Winogradach, ani mieszkania na Roosevelta, an
                                                  > i stołu kuchennego, ani Mili w ogóle, Mila ściuboląca swetry i pisząca wzięte d
                                                  > ramaty, Baltona z kwiaciarnią i sadzeniem lasu (działanie ekologiczne i pro pub
                                                  > lico bono!), Patrycja z gospodarstwem i jakimiś funduszami unijnymi, Robrojek -
                                                  > przedsiębiorca, Przeszczep, co wyszedł z ubogiej duchem rodziny, ale poetyczną
                                                  > duszę miał i dostąpił zaszczytu poślubienia Belli, sama Bella, co żadnej pracy
                                                  > się nie boi - prozaiczna i nie zainteresowana poezją (jak Magdusia)... To są p
                                                  > ostaci, które MM przedstawia z wyraźną sympatią.

                                                  No, Magdusię zwłaszcza, na którą co chwilę się jakieś epitety z ust borejczych sypią. Ponadto ci zaradni tutaj nie są, przynajmniej w zamiarze autorskim, zamożni. Nawet Flobrostwo von Gumowe Hektary, obrośnięte w plantacje i stadniny, posiada skromny (przynajmniej nominalnie, bo jak zwykle opis się z komentarzem autorskim zbiec nie chce) domek i emituje aurę o zabarwieniu "proste, wiejskie życie" a nie "odnoszący sukcesy i opływający w gotówkę przedsiębiorcy".
                                                  • akniwlam Re: Śledzie w beczce 16.11.12, 11:23
                                                    A czy z agroturystyki, koni i porzeczek można mieć aż takie pieniądze, żeby oplywać w dostatki i emitować aurę, jakby się co najmniej Kulczykami było? Najwyraźniej są na tyle zamożni, żeby ich było stać na te hektary, konie, domek z kominkiem itd. Na aurę chyba trzeba się bardziej postarać.
                                                    Co do stosunku Autorki do Magdusi - ja go odczytuję jako ambiwalentny, ale pisząc o postaciach wyraźnie przez MM lubianych, miałam na myśli m.in. Bellę, która jest trochę do Magdusi podobna.
                                                • ananke666 Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 17:22
                                                  > Baltona z kwiaciarnią i sadzeniem lasu (działanie ekologiczne i pro pub
                                                  > lico bono!)

                                                  Zwłaszcza w ostatnich tomach bardzo pro publico bono, tylko nie wiadomo, kto to jest ta publica. Zalesiali bezpańskie nieużytki - wiedziałaś, że w tym kraju jest ziemia, która do nikogo nie należy?
                                                  • bupu Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 18:05
                                                    ananke666 napisała:

                                                    > > Baltona z kwiaciarnią i sadzeniem lasu (działanie ekologiczne i pro pub
                                                    > > lico bono!)
                                                    >
                                                    > Zwłaszcza w ostatnich tomach bardzo pro publico bono, tylko nie wiadomo, kto to
                                                    > jest ta publica. Zalesiali bezpańskie nieużytki - wiedziałaś, że w tym kraju j
                                                    > est ziemia, która do nikogo nie należy?

                                                    No jak się do nich taki nieużytek bezpański przybłąkał, to zalesiali, żeby mu smutno nie było...
                                                  • akniwlam Re: Śledzie w beczce 16.11.12, 11:40
                                                    Po pierwsze, w Pulpecji zalesiali z Tomkiem i to pod okiem leśnika ("Miałem jeszcze jechać do jednego leśnika tu, niedaleko. Już sadziliśmy u niego las w maju, a on ma dalsze plany.") Czyli pewnie zawieźli na porębę sadzonki ze szkółki leśnej i posadzili kawałek lasu jak najbardziej legalnie (i to działanie pro publico bono miałam na myśli).
                                                    Po drugie, była jakiś czas temu akcja zalesiania ziemi, sklasyfikowanej jako rolna (i później prawny galimatias, czy taka zalesiona ziemia rolną nadal pozostaje). Można było za to chyba dostać jakieś gratyfikacje finansowe - nie pamiętam, czy od państwa, czy od samorządu, czy nawet może unijne. Nie pamiętam tak dobrze treści Sprężyny, ale tam była chyba jeszcze mowa o jakimś zalesianiu, może ktoś mnie oświeci - czy oni cudze ugory zalesiali, czy własne? Czy może cudze, ale na prośbę lub chociaż za zgodą właściciela?
                                                  • ciotka_scholastyka Re: Śledzie w beczce 16.11.12, 13:20
                                                    > Po pierwsze, w Pulpecji zalesiali z Tomkiem i to pod okiem leśnika

                                                    W późniejszych tomach mowa jest wprost, autorskimi usty, o ZALESIANIU BEZPAŃSKICH UGORÓW w charakterze hobby Florencjuszy i pomysłu na spędzanie wolnego czasu.
                                                  • lezbobimbo Re: Śledzie w beczce 16.11.12, 13:34
                                                    akniwlam napisał(a):
                                                    > Po pierwsze, w Pulpecji zalesiali z Tomkiem i to pod okiem leśnika ("Miałem jes
                                                    > zcze jechać do jednego leśnika tu, niedaleko. Już sadziliśmy u niego las w maju
                                                    > , a on ma dalsze plany.") Czyli pewnie zawieźli na porębę sadzonki ze szkółki l
                                                    > eśnej i posadzili kawałek lasu jak najbardziej legalnie (i to działanie pro pub
                                                    > lico bono miałam na myśli).

                                                    Moze ostroznie z tymi slowami, ktorych nie calkiem rozumiesz? Pro publico bono na porębie, na pewno?
                                                    To sadzenie lasu w Pulpecji wyglada jak odnawianie lasu uzytkowego, ktorych sporo w Wielkopolsce, nawet w parkach krajobrazowych. I nie sa one NIGDY bezpanskie, tak samo jak ziemia rolna.
                                                    Mimo pozornych cech wspolnych (sadzenie, las, Baltona) niewiele tu wspolnego z hobbystycznym (!) zalesianiem zza wegla w Sprezynie jakis niesamowitych ugorów, piszczących z samotnosci, niezdolnych do zarosniecia samosiejkami...

                                                    No i najwyraźniej ignorują też ewentualność łąk użytkowych czy biotopów chronionych - Pulpecjowie są tak dziwnymi "lesnikami" i "rolnikami", że szczęka opada.

                                                    > Po drugie, była jakiś czas temu akcja zalesiania ziemi, sklasyfikowanej jako ro
                                                    > lna

                                                    ROLNA tym bardziej nie znaczy bezpanska. Flobrowie mieli zalesiac jakas "bezpanska" ziemie.

                                                    Nie pamiętam tak dob
                                                    > rze treści Sprężyny, ale tam była chyba jeszcze mowa o jakimś zalesianiu, może
                                                    > ktoś mnie oświeci - czy oni cudze ugory zalesiali, czy własne? Czy może cudze,
                                                    > ale na prośbę lub chociaż za zgodą właściciela?

                                                    RANY. Czemu nie mozesz sama sprawdzic, zanim zaczniesz tutaj wysnuwac szumne opisy?
                                                    "Bezpańskie ugory" mieli Flobrowie zalesiac, czyli cos, co nie istnieje w Wielkopolsce bodajze od czasów króla Ćwieczka.
                                                    I to, uwaga, w czasie wolnym od konika i porzeczek, tak dla rozrywki.. ciekawe, czy koniem zaczadzonym przewozili te sadzonki czy w zębach im z pyska zwisały, że zacytuję inną klasyczkę.
                                                  • akniwlam Re: Śledzie w beczce 16.11.12, 17:21
                                                    A czy ja bronię zalesiania BEZPAŃSKICH ugorów? Przytoczyłam cytat z Pulpecji, w którym sadzili pod okiem leśnika, czyli osobnika zatrudnionego, jak mniemam, legalnie w Lasach Państwowych. Czyli było pro publico bono. Hobbystycznego zalesiania cudzych ziem rolnych czy jakichkolwiek innych bronić nie zamierzam. Chyba, że wożą tych gości-agroturystów nadal do zaprzyjaźnionego leśnika i sadzą, gdzie im palcem pokaże. Dla wielu ludzi lasy-własność państwowa są bezpańskie i można w nich w związku z tym robić, co się żywnie podoba. A dokładnego opisu drugiego zalesiania w wykonaniu Baltony nie pamiętałam (co też zaznaczyłam powyżej), bo Sprężyny ani Czarnej polewki nie polubiłam na tyle, żeby je posiadać na własność, ani nie czytałam tyle razy, żeby pamiętać na wyrywki, o jakichże ugorach była mowa.
                                                  • ananke666 Re: Śledzie w beczce 16.11.12, 16:08
                                                    akniwlam napisał(a):

                                                    > Po pierwsze, w Pulpecji zalesiali z Tomkiem i to pod okiem leśnika ("Miałem jes
                                                    > zcze jechać do jednego leśnika tu, niedaleko. Już sadziliśmy u niego las w maju
                                                    > , a on ma dalsze plany.") Czyli pewnie zawieźli na porębę sadzonki ze szkółki l
                                                    > eśnej i posadzili kawałek lasu jak najbardziej legalnie (i to działanie pro pub
                                                    > lico bono miałam na myśli).

                                                    Błąd.

                                                    ...postawili obok domu niekrępujący pawilon drewniany dla gości, którzy przez cały sezon od wiosny do jesieni, przebywali ochoczo w te okolice. Florkowie lubili ich zatrudniać przy ochotniczym sadzeniu lasu na bezpańskich ugorach (zalesianie było ich idee fixe od lat studenckich).

                                                    Znajdź tu jakieś oko leśnika.
                                                  • lezbobimbo ot 16.11.12, 16:37
                                                    ananke666 napisała:
                                                    > postawili obok domu niekrępujący pawilon drewniany

                                                    OT: strasznie mnie zafrapowało:
                                                    Czym może krępować taki pawilon drewniany - nadmiarem przepychu, negliżem porannym, wpadaniem w oko gospodarzom? To nie mogli "unikać hardo wzrokiem"?
                                                  • ciotka_scholastyka Re: Śledzie w beczce 19.11.12, 10:48
                                                    > Błąd.
                                                    (...)
                                                    > Znajdź tu jakieś oko leśnika.

                                                    Wydaje mi się, że to było powyżej wyjaśnione?
                                                    Zalesianie pod okiem leśnika było w Pulpecji, Baltona o tym opowiadał, że z Tomkiem pod okiem leśnika.

                                                    Twój cytat to już czarna Polewka albo Sprężyna, wiele lat później, gdy sam Baltona jest już leśnikiem (i jako leśnikowi wydaje mu się, że istnieje coś takiego jak bezpańskie ugory, Jezus Maria).

                                                    Obie macie rację.
                                                  • guineapigs Re: Śledzie w beczce 19.11.12, 20:57
                                                    Ja o tych lesnikach.
                                                    No wiec znowu mnie dziwi, ze u MM pewne sprawy sa takie szast-prast i sie udalo. Otoz na podstawie roznych publikacji w prasie oraz obserwacji wlasnych (mieszkam w dosc zalesionym kawalku Polski) smiem twierdzic, ze rzeczywistosc lesnicza w Polsce wyglada troche inaczej.
                                                    Wszystko, co zwiazane z Lasami Panstwowymi niestety opiera sie na znajomosciach. To jest taki zaklety krag, szklany sufit itp, i naprawde watpie, by Baltona zostal lesnikiem nawet w jakims zagajniku. Moglby pewnie zostac jakims pomocnikiem, traktorzysta zwozacym kubiki czy czlowiekiem od zwalczania kornikow - ale nie taki typowym lesnikiem majacym pod soba las. I to jeszcze w okolicach Poznania, gdzie z pewnoscia byle dzialka lesna kosztuje fortune.
                                                    O tyle jest to denerwujace, ze przypomina jakas telenowele, kiedy to kazdy kto nagle zaczyna piec ciasteczka znienacka zaklada cukiernie i od razu odnosi sukces. W bajkach to oczywiscie mozliwe, zle w zyciu? W realistycznym zyciu? Takim prawdziwym?
                                                    Jak naruszylam zasade forum ,nie mowimy o polityce' to prosze ciac. Ale naprawde normalnego czlowieka drazni takie przedstawianie niby-rzeczywistosci, wszystko sie jakos udaje, wszystko jest takie blogie, i przede wszystkim takie proste jak zlapanie zlotej rybki.
                                                  • bupu Re: Śledzie w beczce 19.11.12, 21:15
                                                    guineapigs napisała:

                                                    > Ja o tych lesnikach.
                                                    > No wiec znowu mnie dziwi, ze u MM pewne sprawy sa takie szast-prast i sie udalo
                                                    > . Otoz na podstawie roznych publikacji w prasie oraz obserwacji wlasnych (miesz
                                                    > kam w dosc zalesionym kawalku Polski) smiem twierdzic, ze rzeczywistosc lesnicz
                                                    > a w Polsce wyglada troche inaczej.
                                                    > Wszystko, co zwiazane z Lasami Panstwowymi niestety opiera sie na znajomosciach
                                                    > . To jest taki zaklety krag, szklany sufit itp, i naprawde watpie, by Baltona z
                                                    > ostal lesnikiem nawet w jakims zagajniku. Moglby pewnie zostac jakims pomocniki
                                                    > em, traktorzysta zwozacym kubiki czy czlowiekiem od zwalczania kornikow - ale n
                                                    > ie taki typowym lesnikiem majacym pod soba las. I to jeszcze w okolicach Poznan
                                                    > ia, gdzie z pewnoscia byle dzialka lesna kosztuje fortune.

                                                    No to ja, jako córka leśniczego, powiadam ci, że dziwne rzeczy wypisujesz. Może i działki leśne kosztują pod Poznaniem fortunę, ale to się nijak ma do kariery w Lasach Państwowych. Ponieważ żeby pracować w Lasach nie trzeba posiadać ani kawałka lasu, ba, można sobie nawet w środku miasta mieszkać. Ponadto gdyby Baltona został "traktorzystą zwożącym kubiki" to nie pracowałby w LP, tylko w ZUL, Zakładzie Usług Leśnych.

                                                    A żeby zacząć pracować w Lasach Państwowych w charakterze leśnika, to najpierw należy ukończyć studia leśne, te zaś Baltona zrobił. To, czy dochrapałby się jakiegoś wyższego stanowiska, czy nie, jest inną sprawą, ale nie zależałoby wyłącznie od znajomości. Inna sprawa, że pracy Flobrego jako leśnika w ogóle na kartach książek nie widać, bo, nawet nie wiadomo jakie stanowisko służbowe on posiada. Żadnej leśnej papierkologii, żadnego latania po krzakach i zrębach, liczenia robali w ściółce, odbioru czy sprzedaży drewna, żadnych zajęć właściwych leśnikowi.
                                                  • guineapigs Re: Śledzie w beczce 19.11.12, 21:45
                                                    Ja tylko pisze o tym, ze nie znam przypadku, by ktos spoza rodziny z dziada pradziada lesniej dostal sie na stanowisko wyzsze w Lasach. Teraz to naprawiam: byc moze tak sie dzieje - ale ja nie jestem w stanie podac przykladu.
                                                  • dakota77 Re: Śledzie w beczce 19.11.12, 21:58
                                                    Ale przeciez u MM nie ma mowy o zadnym wyzszym czy jakimkolwiek innym stanowisku w Lasach Panstwowych.
                                                  • bupu Re: Śledzie w beczce 19.11.12, 23:35
                                                    guineapigs napisała:

                                                    > Ja tylko pisze o tym, ze nie znam przypadku, by ktos spoza rodziny z dziada pra
                                                    > dziada lesniej dostal sie na stanowisko wyzsze w Lasach. Teraz to naprawiam: by
                                                    > c moze tak sie dzieje - ale ja nie jestem w stanie podac przykladu.

                                                    No ja znam, co najmniej jeden, w postaci mojego ojca. Pierwszy leśnik w rodzinie, na stanowisku leśniczego. Owszem, spora część leśników wywodzi się z leśnych rodzin, ale takich, co to pierwsi w rodzie, też nie brak.
                                                  • croyance Re: Śledzie w beczce 22.11.12, 12:11
                                                    Moj pradziadek byl lesnikiem, tez jako pierwszy :-)
                                          • berek_76 Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 11:02
                                            > Jakby nie było prościej napisać, że w nowej rzeczywistości okazało się, że "dob
                                            > rym, uczciwym, mądrym et cetera" żyje się nieźle, więc i Borejkom się polepszył
                                            > o?

                                            No ale kiedy właśnie w całej Neojeżycjadzie MM promuje przekonanie wręcz przeciwne! Dzisiejsze czasy są potworne, ludzie zezwierzęceni, jedynie Borejkowie stanowią ostatnią oazę kultury i erudycji - niekiedy wespół z przyjaciółmi, ale juz niekoniecznie, bo taka Magdusia to nawet poezji nie lubi!
                                            Dawniej, kiedy czasy były naprawdę mocno mroczne, ojciec Borejko siedział i w ogóle było w widoczny sposób niefajnie, MM umiała (może dzięki cenzurze) opisać to bez walenia w Bóg wie jakie dzwony i bez zbędnego patosu. Ale teraz jest tak pochłonięta mieszaniem współczesnego konsumpcjonizmu z błotem, że chyba by jej przez palce nie przeszło napisanie, ze teraz porządnym ludziom żyje się lepiej.
                                            -----------------------
                                            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                                            You've got to kick a little
                                            • kopiec_esmeralda Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 11:54

                                              > No ale kiedy właśnie w całej Neojeżycjadzie MM promuje przekonanie wręcz przeci
                                              > wne! Dzisiejsze czasy są potworne, ludzie zezwierzęceni, jedynie Borejkowie sta
                                              > nowią ostatnią oazę kultury i erudycji - niekiedy wespół z przyjaciółmi, ale ju
                                              > z niekoniecznie, bo taka Magdusia to nawet poezji nie lubi!

                                              No właśnie mnie też to uderza, ze dawniej, w czasach, gdy w Polsce naprawdę było mrocznie, lata 70-80 XX w., atmosfera książek byłą zgoła inna niż teraz, gdy mamy otwarte granice, wolność słowa i żyje się o wiele, wiele lepiej pod każdym względem, niż w tamtych czasach. Dla mnie to niepojęte i jeśli wybiorę się na jakieś spotkanie z autorką, zapytam właśnie o to.
                                    • ako17 Re: Śledzie w beczce 31.08.22, 23:34
                                      bupu napisała:


                                      > Ubóstwo Borejków istnieje od dawna wyłącznie w emitowanych przez Ignaca bzdetac
                                      > h werbalnych, okraszanych cytatami z Aureliusza o łożu, prawdaż, prostym.

                                      Nawet
                                      > studentka Laura najwyraźniej opływa w gotówkę, skoro sobie szyje wypaśną kieck
                                      > ę ślubną u Krawcowej Operowej. A taka Krawcowa Operowa nie pobiera raczej w ram
                                      > ach zapłaty finansowego ekwiwalentu miski ryżu, ale dużo większą kwotę.
                                      >
                                      >


                                      Patrzajcie, co wygrzebałam!!! Bupu, to było 10 lat temu, skądżeś wtedy tę miskę ryżu wynalazła? Prorokini?
                                      Chyba, że to jest takie utrwalone określenie (ja go nie znałam), na symboliczną, minimalną zapłatę.
                            • paszczakowna1 Re: Śledzie w beczce 16.11.12, 00:58
                              > Jak sama zauważyłaś, u MM wyklucza, w tym sęk. Jej bogaci są puści, filisterscy
                              > (rodzina Dąbek-Nowackich), egoistyczni, infantylni (jojczący Krzyś w samotni w
                              > Idzie Ś.), samotni (rodzina Przeszczepa), zimni emocjonalnie (rodzina Jedwabiń
                              > skich

                              Zdrowo przesadzasz. Krzyś i Pawełek wcale nie byli opisani bardziej negatywnie, niż reszta młodzieży w 'normalnej' Jeżycjadzie, raczej zdecydowanie z sympatią. I zwracam uwagę, że Żakom też wcale nie powodziło się źle - owszem, do pieniędzy mieli stosunek dość beztroski, ale IMO to był stosunek ludzi, którym tych pieniędzy nigdy nie brakowało. Felicja i Józef Borejko też robią wrażenie nieźle sytuowanych. Bogaty=zły lub nieszczęśliwy zaczęło z "Opium w rosole". jak i w ogóle wprowadzanie bohaterów jednoznacznie negatywnych, których przedtem nie było - każdy, nawet pani Szczepańska, Pieróg, pani Lisiecka mieli swoje przebłyski przyzwoitości.
                              • vi_san Re: Śledzie w beczce 16.11.12, 16:04
                                No, jednak nie do końca... Jurek Hajduk jest szlachetnym [choć ponurym] sierotką, bez zbytnich funduszy - Pawełek to kłamliwe bydlę, które popełnia plagiat [wysyłając Anieli wiersz Danusi jako swój] i oszukuje OBIE zakochane w nim dziewczyny [w listach do A. nie wspomina o D., A D. nie wspomina o KONTYNUOWANYM listownie "flircie" z wakacji z A.]. Krzyś natomiast jest opisany jako nieżyciowy histeryk, tyle że przystojny.
                                Żakom może nie powodziło się bardzo źle [na pewno lepiej niż Borejkom], ale tez Żakowie nie mięli czterech córek, a dwie. Felicja i Józef Borejko są nieźle sytuowani, ale też i Mm pisze o nich może bez totalnej przygany, ale i bez zbytniej sympatii, tak że odbierani "ogólnie" są raczej jako materialiści i osoby nie pasujące do "światłego" kręgu Borejkowskich przyjaciół.
                                Natomiast zgodzę, się z tobą, że w pierwszych tomach Jeżycjady nie byłobohaterów jednoznacznych - nawet ci "źli" miewali momenty dobra i nawet ci dobrzy miewali jakieś wady.
                                • seidhee Re: Śledzie w beczce 16.11.12, 17:04
                                  O ile dobrze pamiętam, to w którymś ze starszych tomów Mila siedzi w kuchni z Felicją i rozmawiają o najlepszych metodach robienia powideł. Wtedy jeszcze Borejki nie były takie światłe i przez brak kontrastu inni mieszkańcy globu wydawali się mniej ciemni i niegodni.
                                  • vi_san Re: Śledzie w beczce 16.11.12, 17:24
                                    Ale to było w starej... W Jeżycjadzie, znaczy się. Jest świetna scena gdy Gaba [jeszcze nire Gabon Centralny] wybiera się na prywatkę z Joanną [córką Felicji], mają jakiś tam kontakt... Dopiero później Borejki tak zhardziały, wpakowały się na cokół pomnikowo poświęcony i z góry zaczęli oceniać materializm i konsumpcjonizm.
                • chomiczkami Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 00:29
                  bupu napisała:

                  > Parter + poddasze. Żadnych pięter pomiędzy.

                  ... To gdzie była kwiaciarnia?
                  • bupu Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 01:33
                    chomiczkami napisała:

                    > bupu napisała:
                    >
                    > > Parter + poddasze. Żadnych pięter pomiędzy.
                    >
                    > ... To gdzie była kwiaciarnia?

                    W suterenie przecież.
                • kosheen4 Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 18:55
                  bupu napisała:


                  > Parter + poddasze. Żadnych pięter pomiędzy.

                  willa na Noskowskiego 2 wygląda tak:

                  https://bi.gazeta.pl/im/fotomon/ludzie/f640x640/52/79/9278d49a29.jpg

                  jeśli Mamerty pozbyły się kwaterunkowców, dom jest zacnie ogromny. żaden tam parter z poddaszem, jest jeszcze solidne piętro.
                  • guineapigs Re: Śledzie w beczce 10.11.12, 19:09
                    Ja tu widze PARTERZYSKO, PIETRZYSKO i jeszcze jakies okienka na gorze - pewno owo poddasze.
                    No drodzy Panstwo, tu moga spokojnie mieszkac i Kowalikowie - bez dzieci wszak juz, i Robrojkowie - z dziecmi, a na poddaszu jeszcze mozna kogos wcisnac, jakiegos malego i niewymagajacego przestrzeni za bardzo.
                    Braku metrazu to tu nie ma, chyba, ze ja mam jakies naprawde minimalistyczne wymagania lokalowe.
                    A propos, kwiaciarni nie widze, gdziez to ona mogla by byc?
                    A domisko co prawda wielkie, ale brzydkie jak nie wiem co.
                    • vi_san Re: Śledzie w beczce 11.11.12, 19:26
                      Kwiaciarnia zapewne była na owym PARTERZYSKU. I nie wierzę, że Robert z Natalią tam mieszkają. Chyba nie poskąpiłby puchy farby i chociaż z grubsza, z zewnątrz dom ochlapał? Żeby nie ranić uczuć wrażliwej Natalii, jeśli już nie po to, żeby mieszkać po ludzku... ;)
                      To oczywiście żart, ale "metrażowo" - swobodnie mogliby mieszkać Nie tylko Kowalikowie i Rojkowie z dziećmi, ale jeszcze co najmniej jedno małżeństwo by się zmieściło, jeno niewymagające nadmiernie.
                      A może MM nawykła do tego, ze jej sam gabinet ma 60 m kwadrat. to i taka chałupinka jej się zda czym skromnym i ubożuchnym....
                      • akniwlam Re: Śledzie w beczce 12.11.12, 11:43
                        No wcześniej to zdaje się ONA sama mieszkała na Słowackiego w willi z wieżyczką, w towarzystwie męża, czworga dzieci i matki (chyba?) Miałaby tam miejsce na 60-metrowe gabinety? Jarzy mi się, że za byłego ustroju mogła mieć prawo do większego lokalu, bo artystom przyznawano jakoweś pracownie, ale czy aż 60-metrowe?
                        W każdym razie my się tu glowimy, jakim cudem zmieściło się na poddaszu mieszkanie dla rodziny z dwojgiem dzieci, a przecież Dmuchawcowa kuchnia pomieściła rodzinę z trojgiem (i nawet był pokoik do odrabiania lekcji!) Chociaż ostatnio spotkałam u fryzjera panią, która na wieść, że moje poprzednie mieszkanie miało 47 m2, obwieściła, że to całe moje mieszkanie pomieściłoby się w jej kuchni. I jak to przed wojną ludzie budowali. Normalnie poczułam się jak napiętnowana za patologię na emamie i czekałam na pytanie, czy posiadam bidet ;-)
                        • quilte Re: Śledzie w beczce 12.11.12, 12:29
                          Mieszkanie Musierowiczów na Słowackiego miało 120 m2. Pewnie 60-metrowego gabinetu tam nie miała, ale ciasno im chyba nie było?
                        • vi_san Re: Śledzie w beczce 12.11.12, 16:02
                          A, nie, uczciwie nie mam pojęcia jakie metraże posiada MM. Tak strzeliłam, te 60 m przykładowo, że po prostu tak sama opływa w dobrobyt i nieszlachetne nieubóstwo, że lokal dwupoziomowy to dla niej marny stryszek? Poza tym mogła się tak rozbestwić w obecnym ustroju, który metrażu nie reglamentuje, a zależny on jest [metraż, nie system!] li i jedynie od zasobności portfela.
                          Kuchnia Dmucha musiała rosnąć z wiekiem. W BBB w kącie za kotarą Dambo zmieścił kozetkę, szafkę i chyba stolik [piszę chyba, bo nie mam pod ręką książki], w każdym razie był to KĄT kuchni, oddzielony zasłonką, wystarczający dla licealisty - idealisty. Natomiast M. Ogorzałka wykroił z tego przestronne mieszkanie dla pięcioosobowej rodziny: w tym pokój sypialny dla dziewczynek - na antresolce,sypialnię własną z miejscem na deskę kreślarską, która nie jest wielkości notebooka, pokoik do lekcji [zapewne też i zabaw] dzieci. Dodajmy, że dzieci w wieku szkolnym, więc nie noworodków spoczywających w kołyseczce! No, geniusz, psia kość! i jeszcze pozostał aneks kuchenny!
                          A pani u fryzjera jest nienormalna - 47 m2 to średnie mieszkanie w bloku, więc wypadałoby, że większośc naszego społeczeństwa to patologia! Na marginesie: ja mam 42m2, to to już nawet na patologię się nie kwalifikuje zapewne tylko dno + dziewięć sążni wody...
                          • akniwlam Re: Śledzie w beczce 12.11.12, 18:14
                            Też nie mam pojęcia, jak wyglądały dokładnie kwatery mieszkalne pani Musierowicz, po prostu zapamiętałam kilka szczegółów z autobiografii i felietonów (o domu z wieżyczką, telewizorze na lodówce i jeszcze o przeprowadzce do Pobiedzisk chyba?) i na ile wpływały na jej twórczość. Przynajmniej w pierwszych częściach Jeżycjady opisywane mieszkania bohaterów były takie przyjemnie realne, ten traktor Bobcia w salonie Żaków obok burych olejnych Kossaków, te pretensje pani Szczepańskiej o niedomknięte drzwi... Potem niestety zrobiło się mniej realnie i niczym z małżeństwem Gaby i Pyziaka, za dużo się zmieściło w wyobraźni.
                            A pani u fryzjera chyba była z takich, którym przeszkadzają cudze fryzury z dzielnymi grzywkami, uśmiechnięte miny i ogólne zadowolenie z własnej ścieżki życiowej, urody i figury, więc chciała sobie poprawić samopoczucie moją pożałowania godną sytuacją mieszkaniową ;-) Jakbym siedziała tam jęcząc na ceny nabiału, dzisiejszą młodzież albo złodziejski rząd, albo chociaż że utyłam, to by się skłaniała do pocieszania, a przynajmniej potakiwania, a jak śmiałam być tak bezczelnie zadowolona, to trzeba było mnie zgasić. (Tak nawiasem mówiąc, to na ogół nie gadam u fryzjera o mieszkaniach, ale ta pani fryzjerka, która mnie wówczas strzygła, wyprowadziła się właśnie w tym czasie ze swoją działalnością z tego samego bloku, w którym mieściło się moje byłe mieszkanie - więc gadałyśmy sobie o przeprowadzkach i plusach nowej sytuacji.)
                            • vi_san Re: Śledzie w beczce 12.11.12, 19:10
                              A ja wszelkie autobiografie i biografie z zasady pomijam [przepraszam, z wyłączeniem (niestety, nieautoryzowanej) biografii Sherlocka Holmesa]. Felietony czytuję od przypadku do przypadku i nawet jak czytam to mam w nosie jakiej pasty do zębów używa felietonistka, więc spokojnie pomijam te fragmenty, koncentrując się raczej na tym co tyczy się twórczości.
                              W "starej" Jeżycjadzie, faktycznie MM zachowała wszelkie realia - i te "ogólnożyciowe" [spójność postaci, poglądy tychże, trudności aprowizacyjne itp] jak i w szczególikach [wspomniany przez ciebie traktor Bobcia w salonie, "obowiązująca" moda - patrz: przerażenie Joanny na widok stroju Gaby - chyba w drodze na urodziny Anieli?, porządki Nutrii i Pulpy przed ślubem Idusi]. W "neo" a właściwie już nie Jeżycjadzie a Borejczadzie kompletnie nie ma realizmu! Wszyscy mają pieniędzy jak lodu [skąd się to Borejkom wzięło? W końcu nie stanowili elit finansowych!], wszyscy są porządni, czyściutcy i wykształceni [kilkuletni, bodajże dwuletni Ignacy, który o poranku nad sedesem śpiewa "Gaudeamus"?!], wszystkie dziewczyny mają gust, styl i możliwości odpowiedniego doboru strojów, nikt nie ma problemów z pracą ani w pracy, święta Gabryjella jest tak święta, że cud, iż jej anieli żywcem do nieba nie zabiorą, jedyne momenty, kiedy zdarza jej się nie być serdeczną, miłą, ciepłą i dzielną to te, kiedy odkrywa, że dla kogoś może nie być niewzruszonym centrum wszechświata... Bohaterowie jej "spapierowieli", nie są już zwyczajnymi, ciekawymi ludźmi z którymi miło byłobysię spotkać przy herbacie. Niejakie nadzieje budził we mnie Wolfi [zbuntowany i ŻYWY], ale MM szybciutko Laurkę od "złego elementu" odseparowała i "zakochała ją" w dobrze prosperującym przedsiębiorstwie "Daglezja" z dodatkiem madama de Tektura... Teraz cień nadzieii budzi Agata Janicka, ale obawiam się, że MM zaraz zrobi z niej syrenko - sarenkę, treningi judo zawiesi na kołku i zaopatrzy w ślub przed maturą...
                              • mankencja Re: Śledzie w beczce 13.11.12, 09:52
                                wszyscy są porządni, czyściutcy i wykształceni [kilkuletni, bodajże d
                                > wuletni Ignacy, który o poranku nad sedesem śpiewa "Gaudeamus"?!]

                                mnie to akurat umiarkowanie dziwi. śpiewał to, czego go dwójka domowych filologów klasycznych nauczyła. gdyby dorastał w otoczeniu mniej zachwyconym łaciną, śpiewałby pewnie "cztery małe żabki".

                                ps. w okresie przedprzedszkolnym dzięki religijnej cioci moją ulubioną piosenką było "wisi na krzyżu".
                              • ciotka_scholastyka Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 15:51
                                > A ja wszelkie autobiografie i biografie z zasady pomijam [przepraszam, z wyłącz
                                > eniem (niestety, nieautoryzowanej) biografii Sherlocka Holmesa]

                                Zastanawia mnie, kto miałby takową autoryzować :)
                                • vi_san Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 18:49
                                  No, jak to kto? Detektyw wszech czasów, czyli sam wielki Sherlock! Niestety - zdaje się, iż zeszedł był śmiertelnie przed spisaniem owej... Pech, doprawdy.
                                  A na serio: dostałam [bodajże na urodziny w zeszłym roku] dzieło, które autor [Nick Rennison] zatytułował "Sherlock Holmes. Biografia nieautoryzowana". Bardzo fajnie się czyta, polecam! nie tylko miłośniczkom Sherlocka Holmesa, acz z ich szczególnymj uwzględnieniem.
                              • kajagugu77 Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 17:17
                                Witam, Wolfi też był dla mnie jedyną nadzieją! Taki fajny facet z muskułami, funduszem powierniczym (???), różnymi pasjami (oczyma duszy widziałam Heat'a Ledgera'a...), zakochany od pierwszego wejrzenia. Szkoda mi go :-)
                                • vi_san Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 19:01
                                  Noo... Jakiś taki normalny był. Silny, ale nie brutal, mający pasje i odwagę do ich realizacji, niepotrzebnie mu się ten jakiś Bodzio przypałętał, ale to też niech mu tam. Już gdzieś rzuciłam taką myśl [jeśli MM to czyta?], że w następnym tomie mogłaby być akcja "dwutorowa": w Irlandii Wolfi mógłby poznać jedną z Kołodziejanek [Julia i Toleczek mają bliźniaczki], a w tym czasie w Poznaniu druga z nich mogłaby poznać np. syna Damba i Bebe [w jakim wieku jest obecnie Bebiś?!], albo syna parszywej Paulinki i Krzysia, albo kogokolwiek innego! I nawet po tytuł możnaby to podciągnąć - bo wszak Kołodziejanki to wnuczki Żaczka z "Szóstej klepki", nie? Chociaż z drugiej strony może lepiej niech MM da mu spokój, jeśli miałaby go "skartonowić" jak sarenko - syrenkę...
                                  • bupu Re: Śledzie w beczce 14.11.12, 19:24
                                    vi_san napisała:

                                    > Noo... Jakiś taki normalny był. Silny, ale nie brutal, mający pasje i odwagę do
                                    > ich realizacji, niepotrzebnie mu się ten jakiś Bodzio przypałętał, ale to też
                                    > niech mu tam. Już gdzieś rzuciłam taką myśl [jeśli MM to czyta?], że w następny
                                    > m tomie mogłaby być akcja "dwutorowa": w Irlandii Wolfi mógłby poznać jedną z K
                                    > ołodziejanek [Julia i Toleczek mają bliźniaczki], a w tym czasie w Poznaniu dru
                                    > ga z nich mogłaby poznać np. syna Damba i Bebe [w jakim wieku jest obecnie Bebi
                                    > ś?!], albo syna parszywej Paulinki i Krzysia, albo kogokolwiek innego!

                                    Zwłaszcza kogokolwiek innego, bo po ostatnich paru tomów zaczynam mieć wrażenie, że cały Poznań składa się wyłącznie z bohaterów starej Jeżycjady i ich potomków.
                                    • vi_san Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 09:09
                                      > Zwłaszcza kogokolwiek innego, bo po ostatnich paru tomów zaczynam mieć wrażenie
                                      > , że cały Poznań składa się wyłącznie z bohaterów starej Jeżycjady i ich potomk
                                      > ów.
                                      A ja mam wrażenie [od kilku tomów] że Poznań to WYŁĄCZNIE Borejkowie. Bohaterowie "starej" Jeżycjady [a nie Borejczady] oraz ich potomstwo pętają się gdzieś tam po marginesach, ale clou imprezy stanowią Borejkowie [oraz ich córki]. Żaków - Hajduków - Kołodziejów nie ma w ogóle [Jurek Hajduk przewija się li i jedynie w epizodach jako postrach młodzieży tępej z fizyki], Anieli nie ma wcale, Bernard jest jako karykatura siebie samego, Bebe i Dambo rozmyli się w kosmosie, Elka i Tomcio ponoć żyją... Czemu MM porzuciła swój stary sposób - każda książka o INNEJ bohaterce LUŹNO powiązanej z pozostałymi? Koleżanka z klasy, z kądkolwiek - tylko tyle, by móc machinalnie, marginesowo wspomnieć o lubianych z poprzednich tomów bohaterach [pierwszy przykład jaki mi do łba strzelił - "Kłamczucha" - Na próbach do "Hamleta" są Cesia i Danusia z "Szóstej Klepki" [o Pawełku Pięknym nie wspominając], przewija się gdzieś w tle Janusz Pyziak [z "Kwiatu Kalafiora"], ale Aniela nie zaczyna się jakoś ultra przyjaźnić z Cesią, nie marzy o poślubieniu Janusza...]. Oni są, może nawet mają jakieś tam znaczenie dla akcji [interwencja Cesi po odebraniu roli Dance, zaproszenie na Sylwestra od Janusza], ale nie pchają się na pierwszy plan. A już kompletnie beznadziejnym pomysłem jest robienie głównym bohaterem dzieciaka [np. "Języka Trolli" - Józinek, czy "Spręzyny" - Łucja]. Szkoda... Więc niech stanie na "ktokolwiek! a i tak zapewne MM zafunduje nam Anię lub Norę Górską, bo zdaje się, że innych dziewczynek chwilowo brak? No, może jeszcze mała Mila?
                                  • kajagugu77 Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 09:14
                                    Masz rację- niech już lepiej snuje wizje wyjazdu do Nowej Zelandii. Tygrysica też miała kiedyś pazury, a teraz... odpadły jej te pazury czy co??? Wolfi to jedyna prawdopodobna postać w ostatnich tomach. U Borejków dyskwalifikacja: ani to-to nie sypie cytatami, ani mu w głowie łoże proste (ma fundusz!),itd.itp. A Adam to i nazwisko ma podszyte łaciną!
                                  • ciotka_scholastyka Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 10:05
                                    > Julia i Toleczek mają bliźniaczki

                                    Jakie znowu bliźniaczki? Jest jedynie mowa o "dwóch czarnowłosych dziewczynkach"!
                                    • vi_san Re: Śledzie w beczce 15.11.12, 19:52
                                      Ok, nie bliźniaczki. Nie wiem co mi się stało, że byłam przekonana, że Kołodziejanki to jednolatki - sprawdziłam, masz rację, nie ma o tym słowa.
                        • guineapigs Re: Śledzie w beczce 12.11.12, 20:30
                          Wiesz, odniose sie do TEJ PANI U FRYZJERA.
                          Chcialabym myslec, ze powiedziala to ot tak sobie, nieswiadoma, albo po prostu stwierdzajac fakt.
                          Ale niestety sa ludzie, ktorzy jakas dziwna przyjemnosc maja w licytowaniu sie: ja to mam lepiej niz ty. Czesto w podstepny sposob.
                          Oczywiscie, zawsze spotkamy kogos, kto jest zdrowszy, ladniejszy, madrzejszy, bogatszy, ma lepiej ustawionych rodzicow itp. Z tym, ze podkreslanie tej swojej wyzszosci smierdzi mi czyms obrzydliwym. Po prostu mozna komus nieswiadomie zrobic przykrosc. W koncu mieszkamy tak, jak mozemy, jak nam sytuacja pozwala, jak nam w zyciu wypadlo, a w koncu - na ostatku moze - tak, jak chcemy.
                          mam przyjaciolke, ktorej sie w zyciu naprawde poszczescilo i ulozylo. Ma swietnego meza zdrowa w miare corke (jest tam jakas alergia, ale to chyba dzis dosc ze tak powiem popularne u dzieci), piekny duzy dom, bogatych rodzicow, jest do tego bardzo ladna. I wiecie co? Mam czasem wrazenie, ze ona sie z tym kryje, nie chce w zaden sposob pokazac, jakie ma szczescie. Oczywiscie nie jest jakims typem co to 'ze wspolczuciem' unika tematow metrazowych, o nie. Jawnie mowi: w przyszlym roku robiny saune, latem posadzimy takie a takie kwiaty w ogrodzie. Po prostu traktuje ludzi rowno i bez falszywej skromnosci.
                          A do Jezycjady - niby tacy normalni, niby maja jakies tam problemy - ale to jednak jest takie pokazanie rodziny idealnej: wszyscy zdolni nad podziw (co prawda czasem leniwi, ale wystarczy posiedziec chwile i juz sie zalicza lesnictwo), wszyscy zdrowi, niby biedni ale na kilka egzeplarzy tej samej ksiazki jest (przepraszam, ale nowosci papierowe to kosztuja min. 30 zl za czesc Jezycjady, o ksiazkach pop-nauk nie chce myslec, a o jakichs albumach itp to juz wogole nie moj matrix - jeden na pol roku moze kupie,ale dwa to juz luksus obrzydliwy).
                          I mam wrazenie, ze taki 'zwykly Kowalski' jest tak troche jakby traktowany w tych ksiazkach z gory: no coz, my tez biedni, ale 200 zl na miesiac na ksiazki wydamy, no coz, u nas tez ciasno, ale kazdy ma swoje mieszkanie a Gaba jakims cudem ma ten pokoj z nieba (bo swieta) 50 mkw (o, ales ty biedna, naprawde twoje mieszkanie ma tylko dwa pokoje i 45 mkw? Nie martw sie, Marek Aurelisz, szlachetne ubostwo itp).
                          Masz problemy rodzinne, z mezem? Pije, zdradza, wpada dwa razy na tydzien? No i my to mamy: dwadziescia lat temu Pyziak odszedl, do tej pory pozbierac sie nie mozemy. Nie martw sie.
                          Jeszcze by dodac: jak bije to kocha albo lepszy taki niz zaden.
                          Przepraszam za OT, ale koleznaka miala dzis urodziny, poczestowala szampanem (tzn. winem musujacym), wiec mi juz sie troche placze. Nie urazilam aby nikogo?
                          • akniwlam Re: Śledzie w beczce 12.11.12, 22:01
                            Nie, absolutnie nie uraziłaś, zdrowie koleżanki i smacznego szampana :)
                            Pani od fryzjera... mi wyglądała na zmęczoną trudnym życiem 60-latkę, która ma za złe. Nie tylko na podstawie uwagi o kuchni, ale też innych rzeczy, które wtedy mówiła. I faktycznie taką osobę, jak Twoja przyjaciółka, może by obgadała (że taką drogą farbę sobie na włosy nakłada, że od bogactwa jej się w głowie przewróciło, bo kto to pani widział tyle marnować na kwiatki i saunę i inne fiu-bździu). No taki typ po prostu, albo może nie w humorze była? Ja ją tylko w tej jednej sytuacji widziałam, a to za mało, żeby oceniać. Ale wielu ludzi rzeczywiście ma żal do innych, że się im lepiej w życiu układa.
                            Takie mamy realia geopolityczne, ta pani gdyby urodziła się parę km na zachód, miałaby inne życie, pewnie łatwiejsze pod wieloma względami, możliwości jakich tu nie ma. A tak miała i ma trudne życie i pewnie niewielkie dochody, a moja bezczelnie rozszczerzona mina i poufałe pogaduszki z fryzjerką jej jakoś to "wytykały". Ja w ogóle mam trochę jak Kozio Bittner - w niektórych ludziach budzę dziwną irytację, zwłaszcza, że dużo się uśmiecham, co w naszym kraju jest trochę nienormalne. A panią, ktora ze swojego życia zadowolona nie jest, mogę wkurzać podwójnie: jestem młoda, mam fajną rodzinę, zdrowie, przyszłość przede mną, już większe mieszkanie... Czyli mam wiele rzeczy, których ona nie ma i już nie będzie miała.
                            A może siedzi w nas taki zabobon "złego oka"? Jak kogoś pochwalimy, to mu możemy zaszkodzić, lepiej nie kusić licha, co nie śpi...? Jak Ania z Zielonego szła na uniwersytet, to jej życzliwe sąsiadki też udzieliły tysiąca przestróg i usiłowały przytłumić szczęście, bo niebezpiecznie jest być zbyt szczęśliwą.
                            Na pewno jesteśmy (jako społeczeństwo) nieufni i niestety mało solidarni chyba.
                            A wracając do Jeżycjady: u Borejków też mamy krycie się ze swoim szczęściem - tzn Mila ukrywająca swoje sukcesy jako Kal Amburka i związane z karierą apanaże... Ale mi w problemy Borejków w miarę łatwo uwierzyć, nie są wzięte z księżyca. Niezdane matury, zbyt wczesne ciąże, niewłaściwe zakochania, brak zrozumienia - tak to w życiu bywa, niezależnie czy w Poznaniu czy w Honolulu. I nie, nie wierzę w tekst "jak bije to kocha" z ust Mili, Gabrieli, Idy czy innej z głównych bohaterek.
                            • 4kika Re: Śledzie w beczce 13.11.12, 08:33
                              Tak... pani od fryzjera to małe piwko w porównaniu z moją "koleżanką " z pracy... hehehhe...jak z ciężkim westchnieniem oznajmiłam, że z powodu chorego żołądka muszę na zawsze pożegnać kawkę, to od tej pory jak sobie zrobi to siorbie i mlaska:" mmmmm, ale pyszna kawka... "- a dodam, ze wcześniej tego nie robiła. Gdy kiedyś oznajmiłam, że w sklepie była rewelacyjna kiecka, ale jej nie kupiłam, bo by mi portfel zdechł z rozpaczy - ona na drugi dzień przychodzi w tej sukience! hehehhehe... ostatnio ze zdziwieniem zauważyłam, że często mi cos obiecuje np. przynieść, załatwić etc. po czym udaje, że niczego nie oferowała. Dodam, że babska o nic nie proszę. Ona chyba po takich niespełnionych obietnicach czuje się tak jakby mi coś ubyło:" Ha! Obiecałam jej, nie dałam, sobie zostawiłam, więc mam więcej!" O chorobach dzieci już nawet nie wspominam, bo jej wnuczka (pani owa jest w wieku średnim) to w swym pięcioletnim życiu antybiotyk tylko raz spożyła, no a moje dzieci to biorą je jak cukierki.... życie, życie...
                              • guineapigs Re: Śledzie w beczce 13.11.12, 18:55
                                Wiesz co, ja z natury jestem spokojna i absolutnie nie zemstowata (mam nawet wrazenie, ze w ciemnosci nad moja glowa to jakies halo widac), ale takiej kolezance to moze dosyp cos do tej kawy ukradkiem. Wredna taka, ze zrobienie jej czegos zlosliwego moze byc chyba poczytane za dobry uczynek, rodzaj rekolecji, bo ja wiem?
    • piotr7777 zamożno w Jezycjadzie źli - niekoniecznie 18.11.12, 18:31
      Paweł Nowacki, który na pewno pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny (oboje rodzice na stanowiskach) nie jest być może wzorem do naśladowania, ale ma wiele pozytywnych cech. Jest trochę narcystyczny, ale trudno określić go jako zepsutego czy zblazowanego. W relacjach z rówieśnikami zachowuje się normalnie, nie szpanuje kasą, przyjmuje kolegów i koleżanki nie na zasadzie: "patrzcie robaczki, jak się mieszka na poziomie" ale w sposób normalny a goszcząc u Borejków nie okazuje swej wyższości.
      Krzysztof, wnuk pana Karola, jest i owszem nieszczęśliwy, ale z powodu defektu chorobowego (jak się potem okazuje dość banalnego) a nie dlatego, że pochodzi z zamożnej rodziny.
      Nie wiem na jakiej podstawie założono, ze Pieróg jest zamożny -widzimy go wyłącznie w sytuacjach zawodowych, o jego życiu prywatnym nie wiemy nic (nie znamy nawet jego imienia, zaledwie inicjał). Teza, że mu się dobrze wiedzie jest możliwa, ale nigdzie niestwierdzona.
      Co zaś się tyczy Pyziaka - gdy spotykamy go po raz pierwszy na pewno bogaty nie jest. Mieszka w bursie, jest sierotą, pracuje na swoje utrzymanie. Być może później podpada Borejkom, bo chce się wzbogacić (choć to, że w Australii można zarobić na samochód a w PL nie, nie musi oznaczać, że akurat on chciał na ten samochód zarobić) i tego nie kryje. Bo u Borejków pieniądze to temat tabu - Mila mówi do Gizeli np, że kocha Ignacego, bo on nie myśli o pieniądzach a praca jest dla niego pasją a nie środkiem do celu jakim jest powiększanie dochodów. I że ona - Mila - też nie pisze dramatów dla kasy, ale dlatego, że lubi a zarobek to tak przy okazji. Choć chyba faktycznie ważniejsze jest to, że Janusz zostawia żonę i dzieci i to chyba zanim trafia do więzienia (tak w każdym razie jest to przedstawione w Noelce, choć zupełnie inaczej np. w Róży i Tygrysie).
      Pojawienie się ojca, który przez lata nie utrzymywał kontaktów z dziećmi jest problemem. Tylko, że z tym problemem można się było zmierzyć inaczej - tzn. załatwić wszystko w spokojnej rozmowie i jakoś ułożyć sobie relacje lub ich nie układać gdy widać, ze się nie da. Bo wygląda na to, że Janusza zaprasza się na ślub córki dla zasady (choć tak naprawdę nikt specjalnie nie chce go widzieć) i niezależnie od tego czy przyjedzie czy nie zawsze można się na nim wyżyć - absencja byłaby dowodem, że nie interesuje się własnymi dziećmi, gdy przyjeżdża nikt tego właściwie nie docenia.
      No i prawdą jest, że Borejkowie - seniorzy i Gabriela może i nie atakują Janusza w czasie tej nieszczęsnej wizyty, ale nie reagują ani wtedy gdy Łusia się śmieje z nadużywania przezeń zaimka "ja" (a aż się prosi zwrócić małej uwagę, że dorosłych się nie poprawia), ani wtedy gdy Bernard oskarża go o kradzież telefonu (a to dość poważny zarzut i poczucie sprawiedliwości nakazałoby stosowną reakcję) ani wtedy wreszcie gdy Laura atakuje go za utratę sukni (a wtedy można było powiedzieć po prostu: "to nie jest dobry moment, nie możesz winić ojca za wszystkie swoje niepowodzenia").
      Przy czym ta przykryta taktownym milczeniem niechęć nie wynika z tego czy Janusz się dorobił majątku (właściwie ciekawie z czego żył po wyjściu z kryminału) czy też nie.
      • ginny22 Re: zamożno w Jezycjadzie źli - niekoniecznie 18.11.12, 18:51
        Primo - Pawełek Nowacki to postać ze starej Jeżycjady, z czasów, kiedy autorka widziała jeszcze odcienie szarości i umiała stworzyć postać chłoptasia z bogatego domu, który uwodzi wszystko, co na drzewo nie ucieka, a jednocześnie ma swój urok i nie jest skazany na wieczne potępienie.
        Secundo - co to za argument, że "doroslych się nie poprawia"? Innych się nie poprawia, gości zwłaszcza. Po prostu.
        • anutek115 Re: zamożno w Jezycjadzie źli - niekoniecznie 18.11.12, 19:35
          ginny22 napisała:

          > Primo - Pawełek Nowacki to postać ze starej Jeżycjady, z czasów, kiedy autorka
          > widziała jeszcze odcienie szarości i umiała stworzyć postać chłoptasia z bogate
          > go domu, który uwodzi wszystko, co na drzewo nie ucieka, a jednocześnie ma swój
          > urok i nie jest skazany na wieczne potępienie.

          Tak, ale Piotr prawdopodobnie odniósł się do wczesniejszyh wpisów, gdzie Pawełek (a jego rodzina na pewno) jest wymieniana jako przykład zamoznych-niesympatycznych.

          Osobiscie tez uważam, że i Pawełek, i Krzyś, wnuk pana Paszkieta, powinni zostać z tej wyliczanki wyłączeni jako postaci stworzone w czasach, gdy bycie zamożnym nie równało się z byciem skazanym na pusty, pozbawiony uczuc wyższych żywot. Nigdy nie powiedziałabym, że w starej Jezycjadzie pani MM przeprowadzala rozróżnienia między bohaterami ze wzgledu na ich pozycję majatkową. W starej Jeżycjadzie mamy wielu bohaterów, którzy jako "pozytywni" nie zaistnieliby w nowej jak np. samotną, inteligentną kobiete z osobowoscią (ciotka Lila), czy własnie chlopca z zamożnego domu, opisywanego z sympatycznym przymrużeniem oka. Ale nade wszystko - w starej jezycjadzie była nadzieja dla kazdego bohatera.

          Etykietkowanie i podzial na "naszych" i "onych" zaczął się w nowej.
          • soova Re: zamożno w Jezycjadzie źli - niekoniecznie 18.11.12, 20:04
            Nigdy nie powiedziałabym, że w starej Jezycjadzie pani MM przeprowadzala rozróżnienia między bohaterami ze wzgledu na ich pozycję majatkową.

            Matylda to postać negatywna i przedstawienie jej w takim świetle wynika w dużej mierze z jej pozycji majątkowej. A właściwie pozycji majątkowej jej rodziców, pani docent i pana Stągiewki przysyłającego zapewne dolary zarobione na libijskim kontrakcie. I są dwie sceny, w których Matylda prezentuje się jako zepsuta dobrobytem egoistka przekonana, że właściwa miara ludzi to ocena wg tego, co mają: przed wejściem do mieszkania Ogorzałków, gdy mówi, że każde wnętrze może być ciekawe, gdy zainwestuje się w nie odpowiednią kwotę, druga, gdy w autobusie obgaduje niezamożnego Maćka za niezamożność właśnie, nieświadoma, że on to słyszy. Zatem objawy pogardy autorki dla bogactwa zaczęły się już w starej Jeżycjadzie, choć nie da się ukryć, że postać złej Matyldy została tu wprowadzona nie tyle, żeby pokazać tylko złą Matyldę, bo bogatą, a złą Matyldę jako negatyw dobrej Kreski.
            • zla.m Re: zamożno w Jezycjadzie źli - niekoniecznie 19.11.12, 17:32
              soova napisała:
              >
              > Matylda to postać negatywna i przedstawienie jej w takim świetle wynika w dużej
              > mierze z jej pozycji majątkowej. A właściwie pozycji majątkowej jej rodziców,
              > pani docent i pana Stągiewki przysyłającego zapewne dolary zarobione na libijsk
              > im kontrakcie. I są dwie sceny, w których Matylda prezentuje się jako zepsuta d
              > obrobytem egoistka przekonana, że właściwa miara ludzi to ocena wg tego, co maj
              > ą: przed wejściem do mieszkania Ogorzałków, gdy mówi, że każde wnętrze może być
              > ciekawe, gdy zainwestuje się w nie odpowiednią kwotę, druga, gdy w autobusie o
              > bgaduje niezamożnego Maćka za niezamożność właśnie, nieświadoma, że on to słysz
              > y. Zatem objawy pogardy autorki dla bogactwa zaczęły się już w starej Jeżycjadz
              > ie, choć nie da się ukryć, że postać złej Matyldy została tu wprowadzona nie ty
              > le, żeby pokazać tylko złą Matyldę, bo bogatą, a złą Matyldę jako negatyw dobre
              > j Kreski.

              Matylda jest zła, bo mści się na całym męskim rodzie za upokorzenia z lat dziecinnych, gdy była gruba i wyśmiewana przez chłopców. Jest oczywiście negatywną bohaterką tej nastoletniej love story, ale ja mam wrażenie, że narrator - jako dorosły - ma dla niej trochę zrozumienia i współczucia. Oczywiście bogactwo jej rodziców jest przedstawione negatywnie, ale raczej dlatego, że skupiają się oni na dobrach materialnych i nie widzą nawet, jak smutne jest ich dziecko. W OwR bogactwo (a właściwie pewna zamożność) chyba jeszcze nie jest potępione jako takie, potępione jest skupienie na mieć zamiast być.
    • tt-tka Re: Śledzie w beczce 26.05.14, 20:13
      tak na kanwie tej dyskusji zastanawiam sie, gdzie gabrysiowie upychaja pieniadze i ile ich maja

      no bo tak - zarabiaja oboje, od lat bez przerwy , bezrobocie ich nie dotknelo, na etatach plus fuchy, pogadanki radiowe, publikacje itp - no, przynajmniej autorka nas o tym zapewnia, ja tam gabona przy pracy nie widzialam
      kredytow do splacania nie maja
      kosztownych nalogow nie stwierdzono
      powaznych chorob j. w.
      inwestycji w mieszkanie j. w. - przypominam sobie tylko naprawe hydrauliczna dokonana rekami Belli, nieodplatnie i pomalowanie pokoju rekami Grzesia
      ciuchy i kosmetyki - smiech na sali
      nigdzie nie wyjezdzaja i nie wysylaja dzieci (Pobiedziska u znajomych i wakacje u Pulpy to sprawa groszowa lub bezplatna)
      z dobr kultury poza ksiazkami nie korzystaja - zadnego teatru, koncertu, plyty, kino z dzieckiem raz na kilka lat to nie wydatek
      na zadne kosztowne czy tanie hobby nie wydaja z braku hobby
      nie uprawiaja sportow wymagajacych nakladow pienieznych (ani zadnych innych)
      co najwyzej dokladaja sie do czynszu, ktory tam podobno byl i jest nizszy niz w blokach, i do rachunkow - no, za prund moze sporo wyjsc, bo tam nikt swiatla nie gasi, i za wode, zwazywszy, ze w porywach kapie sie tam do osmiu osob, ale to tez nie ruina
      jedza dobrze, w kazdym razie duzo, ale przeciez nie homara nadziewanego kawiorem
      w nauke dzieci nie inwestuja (korepetycje, zajecia dodatkowe), we wlasna tez nie (zjazdy, wyjazdy, konferencje)


      ja tam nie skarbowka , nikomu do kieszeni zagladac nie musze, ale liczni znajomi w wieku podchodzacym i z dziecmi maja juz z reguly niezle wyposazone mieszkania, niektorzy domy, auto i zmywarka to standard, przynajmniej raz w zyciu robili duzy remont lub chalupe wymieniali na nowa, nie mowiac o meblach, przy tym czytaja, ubieraja sie, na urlopy jezdza, niekiedy za granice, na bale sylwestrowe chodza, widuje ich w teatrze, na wystawach i w kawiarniach...
      czyzby do innych odchylow psychicznych gabrysiom doszlo patologiczne skapstwo ?
      • emae Re: Śledzie w beczce 26.05.14, 20:54
        tt-tka napisała:

        > kosztownych nalogow nie stwierdzono
        ...
        > na zadne kosztowne czy tanie hobby nie wydaja z braku hobby

        No, a książki? Po dwa egzemplarze obowiązkowo?
        • tt-tka Re: Śledzie w beczce 26.05.14, 22:06
          emae napisala
          no, a ksiazki ? Po dwa egzemplarze obowiazkowo ?

          masz racje, to mozna podciagnac pod nalog, a nawet chorobe , byc moze nerwice natrectw ?

          nadal mysle jednak, ze nie kosztuje ich to wiecej, niz innych (z wiekszym dorobkiem materialnym) palenie, teatromania czy bzik automobilowy (gdybys wiedziala, ile meza kumpeli kosztuje odpicowanie 30-letniego autka... hobbystycznie)
          pytanie pozostaje aktualne :-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka