kajaanna
04.01.13, 20:08
Janusz Pyziak wstał od stołu, nieśmiało podając Laurze wielkie pudło, obwiązane wielobarwnymi kokardkami.
- Lauro, to dla Ciebie. Na nową drogę życia i no… wiele szczęścia wam życzę, naprawdę, bądźcie razem szczęśliwi.
- Co tam jest? – zapytała Laura, nawet nie dotykając pakunku.
- Kitchen Aid. Wiesz, taki robot kuchenny. Mieli, miesza, przygotowuje wszystko co trzeba w kuchni przygotować.
- Miele! Miele! - Jak sprężynka podskakiwała Łusia, zapisując coś w swoim notesiku.
- No, tak – dzięki. - Laura, tak jak reszta rodziny nie zauważyła wyczynów Łusi. - Kuchnia, gotowanie, miksery-bajery. Tylko na to się zdobyłeś, żeby zobaczyć mnie, tak jak moją szlachetną matkę, Gabrysię, zawsze pochyloną nad stolnicą i lepiącą pierożki?
- Lauro, jestem dziś na twoim drugim ślubie.
- Nawet nie wspominaj!
- Nie wiem, jak ci to powiedzieć.
- No co?! No co chcesz mi takiego powiedzieć?! Że mnie kochałeś? Tęskniłeś? - Czarne smugi tuszu „ślubnego makijażu” zrobionego przez Kopcównę, spływały Laurze z oczu aż po brodę.
- Tak. Kochałem i tęskniłem za twoją matką. Leciałem do niej jak na skrzydłach, choć wtedy do Polski było się ciężko dostać, z obcej, zachodniej zagranicy. Biłem łbem o ściany. Marzyłem, że ona zostanie ze mną. W RFN miałem dobrą pracę, mieszkanie, niezłe dochody, chciałem Gabrysię i Różyczkę ściągnąć do siebie... Ale nie tak miało być. Przyjechałem tylko po to, aby podpisać podsunięty przez nią wniosek o rozwód. Mądra dziewuszka jesteś i potrafisz liczyć do dziewięciu.
Laura, szukając obrońców spojrzała na rodzinę zgromadzoną przy stole. Gaba bębniąc nerwowo palcami po blacie zapatrzyła się w siną dal, a Mila i Ignac okuci lekturą rzymskich stoików miłośnie objęci udawali, że nic się nie dzieje.
- Wtedy dowiedziałem się tylko tyle, że w życiu Gabrysi jest ktoś inny.
- Mamo? - Jęknęła cicho Laura, rozmazując dłonią resztki makijażu.
Gabrysia upuszczając samotną łzę z lewego oka, tylko kiwnęła głową.
- Kto to był?! Kto?
- Nie wiem.
Cichy szept Gabrysi zniknął między szuraniem garnków, przesuwanych przez Grzesia po piecu.
Pyziak dalej mówił półgłosem wierząc, że jego półszept trafi do Laury:
- Wyrok sądu o rozwodzie zapadł w kilka miesięcy po twoich urodzinach, Lauro. Dlatego też nosisz moje nazwisko. - Nasze, dodał, patrząc na Gabrysię.
- Nasze. – Załkała gwałtownie Gabrysia. – Na zawsze nasze!
Grzegorz Stryba zebrał brudne kubki i talerze ze stołu i zaczął zmywać je pod kranem, starając się być niewidzialnym.
- Mężczyzno z życiorysem! Zapiedzieliłeś mi jednakże telefon! - Ryknął Bernard.
- Co masz na myśli?
- No, my wszyscy wiemy o twoich dokonaniach – dudnił Bernard
- Jakich?
- Siedziałeś w niemieckim więzieniu, uciekłeś potem do Australii.
- O, a skąd to wiecie?
Zgromadzeni przy stole popatrzyli po sobie.
- Tak właściwie, to jakby znikąd. – Na tyle tylko było stać srebrnooką Milę, wycierającą ręce w niebieski fartuch.
- Ale całe miasto o tym mówi! – nie dawał za wygraną Bernard.
- O czym? – zaczął drążyć Pyziak.
- Zniknąłeś w RFN, potem Australia, Alzacja. – Laura z trudem opanowywała czkawkę.
- Pracowałem w korporacji, która otwierała filie na całym świecie, musiałem więc wyjechać w kangury, aby tam firmę otworzyć…
Tu Janusz nieroztropnie popatrzył na Gabę zalaną łzami.
- Tam… Tam spotkałem dziewczynę taką jak ty, Gabrysiu. Piękną, odważną, chłopięcą i piegowatą. Zakochałem się – nie wiem czy w niej, czy w tobie po raz drugi…
Nikt z Borejków nie zauważył strasznego trzaśnięcia drzwiami łazienki, tylko Pyziak podbiegł do nich i zaczął się do nich dobijać, próbując rozmawiać z Laurą.
- To czyja ja w końcu jestem? – szlochała straszliwie Laura.
- Moja, na zawsze moja! Kocham cię, bo jesteś jak Gaba! Taka sama!