pi.asia
03.02.18, 23:16
Od razu zaznaczam - absolutnie nie tęsknię za wulgaryzmami w książkach. Ale tak sobie myślę, że kiedyś bohaterowie potrafili wyrażać się soczyście, a ładnie.
Choćby KK: "Jak przysiadła, tak zmartwiała: o, do stu diabłów, Pyziak", "Piekło i szatani - zdenerwowała się Gabriela."
Sporo jest takich zwrotów jak "psiakrew", "do licha", "do diabła".
Piękne jest zróżnicowanie między Maćkowym "cholera jasna psiakrew" a Jackowym "Ok-kurcze".
Genowefa mówi "cholera, zapomniałam jak to leciało dalej", Gaba wali pięścią w drzwi łazienki, krzycząc "cholera jasna!" co Laura odnotowuje jako niezwykły wyskok. Ale to wszystko są normalne reakcje i normalne przekleństwa.
A potem zaczynają się dziwolągi.
Laura mówi "do kroćset!" - no ale to jest zapożyczenie z fascynującej ją lektury. Za to szczyty absurdu osiąga Józin, mówiąc "niech cię dunder świśnie!" Ktoś zauważył, że pewnie autorka niezbyt dobrze usłyszała "Niech cię w d...ę ciśnie!" i stąd wypowiedź Józinka. A jeśli nie? A jeśli autorka świadomie włożyła w Józinowe usta przekleństwo sprzed stu lat? Hm? Co wtedy? Czy w "Ciotce Zgryzotce" (samo słowo "zgryzota" mocno myszą trąci, choć ładne nad podziw) bohaterowie zaczną w chwilach poirytowania wołać "Wciórności!" i "Do stu tysięcy fur beczek batalionów diabłów"?
Jak myślicie?