Dodaj do ulubionych

Cztery pory roku

08.11.21, 11:15
Wiecie co, stwierdzam, że w ośmiu ostatnich tomach Borejsaga stała się nader monotematyczna jeśli chodzi o pory roku. W dwóch tomach (JT i McD) mamy zimę, obowiązkowo ze śniegiem po pas, w jednym (Żaba) mamy późną wiosnę w postaci maja, a w pozostałych pełnia lata i oczywiście upał lejący się z nieba. No, jest maciupci kawałek jesieni w CZ, plus lekkie kuriozum przyrodniczo-temporalne, gdy Agnieszka 8 września szkicuje Norę z okładkowej ilustracji, we wieńcu z pięknych, złotych i czerwonych liści oraz jarzębin. Czerwonej jarzębiny w pierwszym tygodniu września można mieć ile chcąc, ale te liście w barwach rozwiniętej jesieni nie mają prawa się wtedy zdarzyć, zwłaszcza, że ów początek września był rekordowo ciepły, a nawet wręcz upalny chwilami, także wedle opisu samej autorki.

Przestały zatem praktycznie istnieć w cyklu inne pory roku niż głównie lato i czasami zima, przestała także istnieć inna pogoda niż dziki upał, letnia burza, ewentualnie, w zimie, śnieg po pas. To też, moim przynajmniej zdaniem jest symptomem tego, jak bardzo się saga przesunęła z realistycznych powieści dla młodzieży w stronę baśni, dziejącej się za siedmioma borami (w tym jednym jodłowym), za siedmioma rzekami i tak dalej.

I jeszcze jeden symptom: ta ekstremalna pogoda stwarza zadziwiająco mało problemów. Upał? Wystarczyło się wynieść na wieś, problem rozwiązany. Śniegi? Ładnie wyglądają, ale nie śmią nawet przeszkodzić na przykład w dojeździe na ślub Larwy do Kostrzyna, zupełnie jakby były teatralną dekoracją, a nie zjawiskiem meteorologicznym. Wichura zerwała dach? Tyż nie problem, do tego stopnia, że wszyscy mieszkańcy Floplicowa plus Nutria milczą o tym straszliwie przez prawie miesiąc (a Jeżycka Królowa Empatii Natalia nawet nie czuje się zobligowana by zaproponować właścicielom dachu jakąkolwiek pomoc, za właściwsze uznawszy zawinięcie się do Poznania w trybie ekspresowym). Też w sumie takie to... teatralne.

O, wiem, Stefania Grodzieńska używała określenia "tyjater", na te momenty sceniczne, kiedy spod teatralnej magii gwałtownie wyłaziły szwy, demonstrujące dobitnie sztuczność momentu. Na przykład gdy aktorowi wypadło z ręki udko kurze, z głuchym stukiem uderzając w stół (i zdradzając, że jest rekwizytem z paper mache), albo gdy ktoś rozpaczliwie deklamował kwestię o świeżym powietrzu, szarpiąc się z oknem w dekoracji, odmawiającym stanowczo otwarcia się. No to ja mam wrażenie, że takiego tyjateru, takich momentów, gdy to, co nam się prezentuje jest w tak oczywisty sposób sztuczne, że nie da się tego przełknąć nawet w sosie baśniowości, jest w Borejsadze coraz więcej.
Obserwuj wątek
    • przymrozki Re: Cztery pory roku 08.11.21, 20:55
      Ależ takiego tyjatru jest więcej. I to już pal licho, że deszcz nie jest mokry, a słońce nie pali, bo to wszystko jeszcze można by jakoś wyjaśnić (może wcale aż tak nie padało i nie aż tak prażyło), ale mamy całe szeregi tłustych wątków, który powinny były rozgrzewać czytelnika i pozostawić go z palcami ogryzionymi do krwi, ale od początku widać, że to teatr, jedna wielka nieprawda i żadna z postaci tak naprawdę nie wierzy, że rzecz może się skończyć inaczej niż stoi w scenariuszu. Przecież widać, że nikt martwi się ucieczką Laury, rzuconymi studiami ciężarnej Róży, szerszeniową ucieczką Ignasia, nikt nie wierzy, że małżeństwo zawarte po dwóch spojrzeniach i wymianie kilku zdań może okazać się porażką.
      • kocynder Re: Cztery pory roku 08.11.21, 22:35
        Że tak tego... Co do studiów kisielu... Pardon, Róży zwanej amebą, to akurat porzucenie przez nią idiotycznie wybranego kierunku, którego nie lubiła, na którym sobie nie radziła i na który poszła wyłącznie celem uprawiania mężologii stosowanej - nie dziwi mnie, że nikogo nie zmartwiło. Serio, jakoś poza "w wyobraźni wszystko się mieści" ni cho... Chomiczka nie widziałam Ameby jako fizyka. Naukowca. Badacza. Zaraza, nawet jako nauczycielki fizyki w podstawówce! Natomiast zdumiewa fakt, że NIKT z "troskliwej" rodzinki nie torpeduje jej planów budki z kurczakami (no, na etapie przedoksfordzkim, kiedy to Frycowi ukradli internet). Że nikt amebą nie potrząsnął i nie powiedział w prostych, żołnierskich słowach: "Przestań pieprzyć, złotko, bo głupoty mówisz, aż Ziemia jęczy. Zabierz papiery tej kretyńskiej fizyki/astronomii/astrologii/cototambyło, słusznie, ani sobie z tym nie poradzisz, ani nawet nie chcesz sobie radzić. Ale bzdury o budce z kurczakami tez sobie daruj, nie ośmieszaj się! Odchowasz dziecię, rodzina ci pomoże, wszak wszystkie dzieci nasze są, a za rok złożysz papiery na "Akademię Prasowania Bez Zmarszczek", albo "Wyższą Szkołę Gotowania Rosołku". A na razie - przejrzyj wymagania na tą akademię czy tam wyższą szkołę i zamiast pięćsetny raz prasować śpioszki pozakuwaj."
        Co do reszty - pełna zgoda. Dodałabym obrzydliwą scenę (tak właśnie scenę! Teatralną. Tyle że z takiej dość kiepskiej sztuki) powrotu niepokornej Laury. Trzynastolatka uciekła w poszukiwaniu ojca. I co? Ano mamusia tejże trzynastolatki (tak, małego ciągle jeszcze dziecka!) już pal ją licho, że po zwianiu z pieleszy rooseveltowskich nie szuka smarkuli, nie ma najczarniejszych myśli, że dzieciak mógł wpaść pod samochód albo stać się ofiarą przestępstwa (tak, pedofilia to nie wynalazek ostatniej pięciolatki, ani nawet dwóch ostatnich pięciolatek!). Ale jak już Robroj dziecko przywozi - jaka jest reakcja Bogini-Gabbini? Siedzi na odwłoku. DOPIERO po tym, jak dziecko PRZEPROSIŁO - w dodatku przeprosiło nie za fakt ucieczki, ale za zmartwienie mamuni próbą odszukania własnego ojca, o którym wspomniana matka uparcie odmawiała najmniejszych informacji - dopiero wówczas mamunia łaskawie pozwala się dziecku przytulić... Oż... Jak zestawię tą scenę, z odnalezieniem Aureli/Gieniusi przez "obrzydliwą" Ewę ("Obrzydliwą, ofkors, w opisach odautorskich. Głupią, nieudolną i w ogóle do niczego) to mi się chce walnąć betonem w betonową grzywkę. Dużym kawałkiem betonu. Bardzo dużym.
        Z tym, że masz całkowitą rację - w Borejsadze wszyscy z góry wiedzą co będzie i jak będzie, więc i nie przejmują się niczym, a aktorami są takimi więcej trzeciorzędnymi... Serio, NIE WIERZĘ, np w, dajmy na to, Dymną czy Brylską, która tak drętwo by się na scenie zachowywała. Toć już Kożuchowska ginąc w kartonach była lepsza...
        • przymrozki Re: Cztery pory roku 09.11.21, 20:56
          kocynder napisała:

          > Że tak tego... Co do studiów kisielu... Pardon, Róży zwanej amebą, to akurat po
          > rzucenie przez nią idiotycznie wybranego kierunku, którego nie lubiła, na który
          > m sobie nie radziła i na który poszła wyłącznie celem uprawiania mężologii stos
          > owanej - nie dziwi mnie, że nikogo nie zmartwiło.

          Samo to faktycznie nie byłoby dziwne, a jeżeli jest dziwne, to tylko dlatego, że nikogo w rodzinie wcześniej nie zdziwił fakt, że kisiel poszedł na fizykę wraz z astronomią i Frycem.

          Chodziło mi bardziej o sytuację, w której dorosła kobieta, bezrobotna, ciężarna i samotna podejmuje decyzję o zarzuceniu studiów być może nawet w przededniu uzyskania licencjatu (był już za czasów Pyzy system boloński?), po czym biega Borejkom po mleko pełnotłuste i prasuje dziecięce wdzianka. Całe dziewięć miesięcy. Nikt w rodzinie nie zachowuje się wtedy, jakby to wszystko działo się naprawdę i jakby Róża serio mogła za chwilę zostać sama z dzieckiem na utrzymaniu. Pojawia się oczywiście kolorowa wizja kurczaków i mycia podłóg szmatą, ale sama Róża traktuje to jako nieprawdopodobny i trochę zabawny scenariusz-straszak, który się nie ziści, jest najgorszą możliwą opcją i absolutnym dnem upokorzenia, który ona jest jednak gotowa znieść dla swojego dziecka. Zupełnie jakby dla niewykwalifikowanej siły roboczej w postaci tępawej acz zarozumiałej panienki, która nawet nie jest szczególnie dyspozycyjna (małe dziecko w domu) były jakieś lepsze opcje zatrudnienia.
          • bupu Re: Cztery pory roku 09.11.21, 21:06
            przymrozki napisała:


            > Chodziło mi bardziej o sytuację, w której dorosła kobieta, bezrobotna, ciężarna
            > i samotna podejmuje decyzję o zarzuceniu studiów być może nawet w przededniu u
            > zyskania licencjatu (był już za czasów Pyzy system boloński?)

            Juści, że był, sama licencjat zdobyłam trzy lata przed akcją "Żaby".

            > po czym biega Bo
            > rejkom po mleko pełnotłuste i prasuje dziecięce wdzianka. Całe dziewięć miesięc
            > y. Nikt w rodzinie nie zachowuje się wtedy, jakby to wszystko działo się napraw
            > dę i jakby Róża serio mogła za chwilę zostać sama z dzieckiem na utrzymaniu.

            A co tam takie dziecko zje... Poza tym grunt, że się Róża nie usiłuje wyprowadzać od rodziny, a że będzie na nich wisieć finansowo, to już dłobiazg. Nie wiem czy to bardziej tyjater, czy spaczone borejcze postrzeganie świata.
          • kocynder Re: Cztery pory roku 09.11.21, 21:33
            Przymrozki, a to już napisałam "dalej" w poście. Dokładnie to co ty, acz innymi słowy. :)
            "Że nikt amebą nie potrząsnął i nie powiedział w prostych, żołnierskich słowach: "Przestań pieprzyć, złotko, bo głupoty mówisz, aż Ziemia jęczy. Zabierz papiery tej kretyńskiej fizyki/astronomii/astrologii/cototambyło, słusznie, ani sobie z tym nie poradzisz, ani nawet nie chcesz sobie radzić. Ale bzdury o budce z kurczakami tez sobie daruj, nie ośmieszaj się! Odchowasz dziecię, rodzina ci pomoże, wszak wszystkie dzieci nasze są, a za rok złożysz papiery na "Akademię Prasowania Bez Zmarszczek", albo "Wyższą Szkołę Gotowania Rosołku". A na razie - przejrzyj wymagania na tą akademię czy tam wyższą szkołę i zamiast pięćsetny raz prasować śpioszki pozakuwaj."
            W sumie nie wiem czy cudzysłów tu być powinien... Bo z jednej strony cytat z poprzedniego postu, a z drugiej - nie "cudze" słowa, tylko własne... ;)
      • bupu Re: Cztery pory roku 09.11.21, 17:47
        przymrozki napisała:

        > Ależ takiego tyjatru jest więcej. I to już pal licho, że deszcz nie jest mokry,
        > a słońce nie pali, bo to wszystko jeszcze można by jakoś wyjaśnić (może wcale
        > aż tak nie padało i nie aż tak prażyło), ale mamy całe szeregi tłustych wątków,
        > który powinny były rozgrzewać czytelnika i pozostawić go z palcami ogryzionymi
        > do krwi, ale od początku widać, że to teatr, jedna wielka nieprawda i żadna z
        > postaci tak naprawdę nie wierzy, że rzecz może się skończyć inaczej niż stoi w
        > scenariuszu. Przecież widać, że nikt martwi się ucieczką Laury, rzuconymi studi
        > ami ciężarnej Róży, szerszeniową ucieczką Ignasia, nikt nie wierzy, że małżeńst
        > wo zawarte po dwóch spojrzeniach i wymianie kilku zdań może okazać się porażką.
        >


        ...a imperatyw autorski unosi się nad całością, jako ten Duch Boży nad wodami. Święta racja waćpani dobrodziki, tyjater objawia się nie tylko meteorologicznie, ale i na płaszczyźnie fabularno-emocjonalnej. O, przykład mi się nasuwa, mianowicie Laura, która ogłasza, że ma odebrać suknię i stado obecnych w domu osób, wyposażonych w prawo jazdy i rozliczne pojazdy mechaniczne, którym jakby tyłki nagle poprzyrastały do krzeseł, a uszy ogłuchły ze szczętem. Jedno z dwojga, albo jest to banda zwyrodnialców, którym sadystyczna uciechę sprawia, że panna młoda w pełnym makijażu i koafiurze lata wśród śnieżycy w pełni godnej Jakucka i Czelabińska, albo Imperatyw Autorski szepcze im do uszka, że mają siedzieć, bo wszak Pani Autorka musi uwieźć suknię Larwy w dal. Czyli, że tyjater.
    • ako17 Re: Cztery pory roku 08.11.21, 21:01
      Może to dlatego, ze ekstremalne pogody robią za tło do historii, których nie ma? W sumie treści w tych książkach trudno się doszukać, to przynajmniej o pogodzie się te kilkadziesiąt stron napisze. A to, że ktoś chciał iść nad jezioro, ale nie poszedł, a po dwóch dniach poszedł bo przyjechał wujaszek czy kuzyn i się znalazło towarzystwo lub podwózka - wiosną i jesienią się nie da. A to, że się droga kurzyła, albo niebo zachmurzyło i burza przyszła gwałtowna... zawsze to coś :).
      Poza tym latem są wakacje i łatwo wszystkich zgromadzić u Patrycji.
      Upodobania do zimy nie rozumiem, a tym bardziej do zimowych ślubów. Zawsze to nakręca problemy organizacyjne i logistyczne. Już u Idy zimowa aura stanowiła dosyć dramatyczne tło, a u Laury niemal doprowadziła do katastrofy. Albo wręcz doprowadziła, zależy jak spojrzeć na ten jej ślub.
      • bupu Re: Cztery pory roku 09.11.21, 17:58
        ako17 napisała:

        > Może to dlatego, ze ekstremalne pogody robią za tło do historii, których nie ma
        > ? W sumie treści w tych książkach trudno się doszukać, to przynajmniej o pogodz
        > ie się te kilkadziesiąt stron napisze. A to, że ktoś chciał iść nad jezioro, al
        > e nie poszedł, a po dwóch dniach poszedł bo przyjechał wujaszek czy kuzyn i się
        > znalazło towarzystwo lub podwózka - wiosną i jesienią się nie da. A to, że się
        > droga kurzyła, albo niebo zachmurzyło i burza przyszła gwałtowna... zawsze to
        > coś :).

        No istotnie, fabuły coraz mniej, czymś trzeba strony zapełniać, stąd ględzenie o pogodzie i rozliczne, acz głęboko bezsensowne, maile Borejkówien do siebie nawzajem. Ciekawe czy Pulpa we Floplicowie i Gaba w pawilonie, w ogrodach tegoż Floplicowa, też będą pisywać do siebie sążniste maile...


        > Poza tym latem są wakacje i łatwo wszystkich zgromadzić u Patrycji.

        Gdyż przecież nie da się napisać powieści, osadzonej w uniwersum Jeżycjady, bez całego klanu kłębiącego się na kupie, jedzącego i błyskającego erudycją. Kiedyś się wprawdzie dawało i powstawały świetne teksty, ale to se ne vrati. Teraz mamy telenowelę "B jak Borejklan".

        > Upodobania do zimy nie rozumiem, a tym bardziej do zimowych ślubów. Zawsze to n
        > akręca problemy organizacyjne i logistyczne. Już u Idy zimowa aura stanowiła do
        > syć dramatyczne tło, a u Laury niemal doprowadziła do katastrofy. Albo wręcz do
        > prowadziła, zależy jak spojrzeć na ten jej ślub.
        >

        Katastrofa to była na weselu Nutrii, gdy Ignac sobie rękę złamał na oblodzonych schodach, o ile dobrze pomnę. A
        swoją drogą, czemu, na Jowisza, nikt tych schodków nie posypał chociaż piaskiem?
        • ako17 Re: Cztery pory roku 10.11.21, 11:24
          bupu napisała:




          > >
          >
          > Katastrofa to była na weselu Nutrii, gdy Ignac sobie rękę złamał na oblodzonych
          > schodach, o ile dobrze pomnę. A
          > swoją drogą, czemu, na Jowisza, nikt tych schodków nie posypał chociaż piaskie
          > m?
          >
          Serio? Coś takiego się wydarzyło? Bo nie pamiętam. W którym tomie był ten ślub Nutrii?
          Jak można było dopuścić do oblodzonych schodów dla weselników, co za bzdura! I choćby z tego powodu ten klan powinien był odpuścić zimowe śluby - widać, że im nie idzie...
          • mamuka_z_boru Re: Cztery pory roku 10.11.21, 12:43
            ako17 napisała:
            > Jak można było dopuścić do oblodzonych schodów dla weselników, co za bzdura! I
            > choćby z tego powodu ten klan powinien był odpuścić zimowe śluby - widać, że im
            > nie idzie...

            To w ogóle jest baboł, bo z tego, co pamiętam, to te schody oblodzone były w kościele. A tymczasem kogo jak kogo, ale parafii zima nie zaskakuje NIGDY. I zawsze przed pierwszą poranną mszą wszędzie teren przykościelny i schody są odśnieżane i szczodrze posypane. Gdyż albowiem na poranne msze gromadnie przybywają tzw. muszkieterki ( panie 70+, w botkach i kapelutkach), i żaden proboszcz nie zaryzykuje złamanych bioder i połamanych kruchych kosteczek swej wiernej gwardii przybocznej. A nawet jeśli w danej parafii porannej mszy nie ma i z jakichś powodów nikt rano nie odśnieżył, to mniemam, że ślub raczej koło południa był, i raczej nie z zaskoczenia, więc ktoś wcześniej ten kościół otwierał i przygotował.
            • tt-tka Re: Cztery pory roku 10.11.21, 13:24
              Dobrze pamietasz, i nie pierwszy to zimowo-slubny babol. Pamietacie Mareczka, ktory na wlasnym slubie zapadl sie w snieg az po biodra ? nawet gdyby mial nozki 30 cm dlugosci, to ten "tlum gosci pod kosciolem", ktory juz tam oczekiwal mlodych, dawno powinien toto udeptac, niezaleznie od odsniezania.
              • pi.asia Re: Cztery pory roku 10.11.21, 14:21
                tt-tka napisała:

                > Dobrze pamietasz, i nie pierwszy to zimowo-slubny babol. Pamietacie Mareczka, k
                > tory na wlasnym slubie zapadl sie w snieg az po biodra ? nawet gdyby mial nozki
                > 30 cm dlugosci, to ten "tlum gosci pod kosciolem", ktory juz tam oczekiwal mlo
                > dych, dawno powinien toto udeptac, niezaleznie od odsniezania.
                >

                Tu by można dyskutować. Śnieg zaczął padać w nocy i sypał dość mocno przez cały dzień. Przestrzeń przed kościołem na pewno była oczyszczana na bieżąco, no ale gdzieś ten śnieg trzeba było składować, więc zapewne usypywano go w pryzmy w miejscach nieco odleglejszych od głównego traktu komunikacyjnego.
                Nie wiem, jakiej wielkości jest ten placyk przed kościołem, ale być może na tyle duży, że odśnieżano go nie łopatą i miotłą, ale małą spalinową odśnieżarką typu traktorek z pługiem. To nie są jakieś potwornie drogie ustrojstwa, więc niewykluczone, że było takowe na stanie parafii.
                No i operator traktorka zgarnął śnieg na obrzeża, a Marek wysiadł z taksówki prosto w taką zaspę. Może myślał, że śnieg jest już ubity i zaspa utrzyma jego ciężar, ale niestety, mocno się przeliczył. Stąd wpadunek aż po biodra.
      • herbacianasaszetka Re: Cztery pory roku 09.11.21, 19:28
        ako17 napisała:

        > Upodobania do zimy nie rozumiem, a tym bardziej do zimowych ślubów. Zawsze to n
        > akręca problemy organizacyjne i logistyczne. Już u Idy zimowa aura stanowiła do
        > syć dramatyczne tło, a u Laury niemal doprowadziła do katastrofy. Albo wręcz do
        > prowadziła, zależy jak spojrzeć na ten jej ślub.
        >

        Ja w ogóle nie rozumiem wielu aspektów związanych ze ślubami w jeżycjadzie. Jak już trochę lat żyję na tym świecie, nigdy nie byłam na ślubie ani nie dostałam zaproszenia na ślub odbywający się zimą. Ale to znaczy tylko wyłącznie tyle, że JA nie byłam.

        Dalej - wesele w domu. Znowu - nie znam ani jednej pary, która by nie wynajęła sali lub choćby stolika w restauracji.

        Brak znajomych i przyjaciół wśród zaproszonych. Może to z moją rodziną coś jest nie tak, ale wolałabym na weselu mieć u swojego boku przyjaciółkę lub serdecznych znajomych, niż córkę, szwagierkę, wuja i resztę ferajny.

        Śluby w okresach świątecznych. Znowu mogę to zrzucić na barki swojej rodziny i miejsca, z którego pochodzę (ale serio - nie za dużo nagle mojej winy?), natomiast w życiu bym nie pojechała na ślub w takim czasie. Bo lepię pierogi, maluję jajka lub przebijam się przez całą Polskę do rodziców.

        Znowu - wszystkie śluby, na których w życiu byłam, a jestem zapraszana dość często, wesela miały miejsce latem lub wczesną jesienią, miały miejsce w restauracji lub domu weselnym. Ale podkreślam - może to nie babol, a kwestia regionalna.
        • mamuka_z_boru Re: Cztery pory roku 09.11.21, 21:06
          herbacianasaszetka napisała:

          już trochę lat żyję na tym świecie, nigdy nie byłam na ślubie ani nie dostałam
          > zaproszenia na ślub odbywający się zimą. Ale to znaczy tylko wyłącznie tyle, ż
          > e JA nie byłam.
          >
          > Dalej - wesele w domu. Znowu - nie znam ani jednej pary, która by nie wynajęła
          > sali lub choćby stolika w restauracji.
          >

          Obaj moi bracia brali śluby w zimie :).
          Ma to swoje plusy - łatwo znaleźć salę ( i jest taniej niż w "gorących" miesiącach), i nie trzeba rezerwować dwa lata wcześniej. Nie karmi się gości rosołem i schabowym przy 35 stopniowym upale, nikt nie drży o integralność tortów i deserów (mimo rozwoju techniki chłodniczej, "słodkie stoły" więdną w czasie upałów). Panowie nie gotują się w swoich garniturach
          Ma to też swoje minusy - logistyka odzieżowa (jakie buty do kościoła do tych balowych strojów? w czółenkach za zimno, kozaki trzeba by było gdzieś zmienić), nie można rozproszyć się na kameralniejsze pogawędki w restauracyjnych ogródkach czy przylegających do sal weselnych tarasach czy innych miejscach grillowych i wszyscy ciągle siedzą w sali. Jak się przyjedzie za wcześnie, to średnio przyjemnie czekać gdzieś na mrozie.
          Ale co kto lubi i komu co ważniejsze.

          Byłam też na dwóch weselach w domu, przynajmniej w jednym przypadku to rozwiązanie było podyktowane kwestiami finansowymi. Nie każdego stać na salę, nie każdy chce się w takiej sytuacji zapożyczać, a mimo to chce kilkanaście osób zaprosić. Rozwiązanie meganiewygodne i obciążające psychicznie, ale czasem wybierane.
          Pytanie, czy w borejczej sytuacji finansowej rzeczywiście konieczne. Można było, już nawet zostając przy kateringu Nowakowej, wynająć choćby salę parafialną czy inną wiejską świetlicę w Kostrzynie . Przynajmniej toalety byłyby co najmniej dwie, i zaplecze kuchenne bardziej przystosowane do odgrzewania/przygotowywania większej ilości potraw.
        • kocynder Re: Cztery pory roku 09.11.21, 21:27
          No nie, co do terminów ślubów... Moi właśni, osobiści rodzice ślub brali w okresie "okołowigilijnym". Bo tak akurat wszystkim pasowało. Ja brałam ślub w środku upalnego lata (co było idiotyzmem, z przyczyn logistyczno - organizacyjnych, ale nikt nie przewidywał, że akurat w TO lato pójdą upały po 40 st. Mój brat ślubował na przełomie stycznia - lutego, drugi brat w październiku, siostra późną wiosną. Serio, ludzie daty ślubu obierają różne i z różnych przyczyn, fakt, że ty nie byłaś na zimowym ślubie - nie oznacza, że nikt nie ma. :)
          Co zaś do wesel - zauważ, nikt się "nie czepiał" np wesela Idy w roku pańskim 1991. WTEDY wesele jako domowa "nasiadówka" było czymś normalnym. Dopiero kilka lat później, po rozpadzie ZSRR i runięciu na pysk ustroju słusznie minionej sprawiedliwości społecznej normą stały się wesela w wynajmowanych salach - początkowo restauracjach, później już "typowych" domach weselnych. I o ile szykowanie wszystkiego przez grupę pań B. w przededniu ślubu idusiowo - markowego jest oczywiste - bo tak wówczas po prostu było, zwłaszcza w, ujmijmy to, sferach nie badylarsko - cinkciarskich, o tyle już "wesele" (cudzysłów nie przypadkowy!) Laury to już curiosum nie z tej ziemi! Za koleją zatem:
          1. Panna nader dbała o powierzchowność, która nie ma ANI JEDNEJ przymiarki sukni ślubnej "w całości"? No, sorry, ale nie! Każda, nawet nie tak wrażliwa na punkcie "atrybutów kobiecych" jak Larwa panna na czas jakiś przed ślubem mierzy WSZYSTKO. Właśnie po to, żeby się upewnić, że ramiączka stanika nie wychyną z dekoltu, że majtki nie będą się odcinać pod suknią itd. A już Laura?
          2. Nie jestem specjalnie ani troskliwa ani wrażliwa. Nie mam stosownego czółka sklepionego i wytwornych pęcin jak Kasztanka Piłsudskiego. Ale gdy udawałam się po własną kieckę ślubną - to jednak mój własny chrzestny odpalił dużego Fiata (wuj miał taksówkę) i przewiózł mnie wraz z całym "majdanem" do domu. A kiedy nie tak dawno bratanica ślubowała - gdy w ostatniej chwili okazało się, że nikt nie odebrał kwiatów - wsiedliśmy z mężem do naszego auta i pojechaliśmy pod kwiaciarnię. Po prostu - to było logiczne, że ktoś z bliskich, najbliższych podwiezie samochodem. Ale nie w klanie inteligentnych i, prawda, troskliwych, oraz zżytych Borejków! Laura w weselnym mejkapie i fryzurze popyla w śnieżycę po kieckę, a NIKT z grona rodzinnego odwłoka nie podniesie, pomimo, że są w dyspozycji co najmniej trzy auta...
          3. O ile wierzę w brak bliskich przyjaciółek u Laury (to typ gwiazdy do błyszczenia, a nie psiapsióły), o tyle, sorry, ale gwiazda bez "satelitek" nie błyszczy. Laura do życia potrzebowała jak powietrza podziwu innych. JAKIEŚ koleżanki mieć powinna, może nie zżyte, może wręcz traktowane przez samą Laurę z nutką politowania/pogardy, ale jakieś, poza Kopiec Arlettą, być po prostu musiały. Ja tam jestem towarzyska jak dzik odyniec z bolącym kłem, mój mąż takoż, ale jednak na naszym ślubie było kilkoro znajomych - ode mnie z pracy, od męża z pracy itd. Ok, Laura nie pracuje, ale na tej swojej uczelni nie ma do kogo pyska otworzyć? W tej scholi gdzie ponoć zapiewała od lat nikogo? W ognisku muzycznym?
          4. O ile w czasach PRL-u wesela "domowe" i organizowane "domowym sumptem" były normą, o tyle normą już dawno być przestały Anno Domini 2009 czy tam 2010. I tak, Laura, która nie dyskutuje z Nadszympansem o serwetkach (białe, wiśniowe, czy może w róże?), o muzyce (Didżej, czy jednak zespół i wodzirej?), o wyborze miejsca (dworek XYZ, Rzepicha czy może Knajpa "ĄĆĘ" o dwie ulice i skrzyżowanie od Roosevelta?) jest nienormalna. I nie chodzi o to, że musi z Jadamem, ale z kimkolwiek! Nie, Gruszka zorganizował. Ale w sumie co zorganizował? Gdzie? Czy serio jest możliwa panna młoda, która do tego stopnia nie interesuje się własnym weselem? I masz rację - w latach 2000+ wesele domowe NIE JEST normą. :)
    • minerwamcg Re: Cztery pory roku 10.11.21, 09:20
      Wiecie co? Coś Wam opowiem. Kto czyta i ogląda fantasy ten wie, że bohater miewa zbroję. Kolczą, płytową, jaką tam mu autor zafunduje. Od tych wszystkich zbrój (wiem, że powinno być zbroi, ale zbrój brzmi lepiej) mocniejsza jest zbroja mithrilowa. Wynalazł Tolkien, reszta używa pod rozmaitymi nazwami. Od zbroi mithrilowej może być mocniejsza jeszcze jedna - magiczna. No na nią już po prostu nie ma wuja, smoki padają na sam widok. Ale jest jeszcze jeden rodzaj zbroi, niepokonany do absurdu - dosłownie. Jest to zbroja scenariuszowa. Jeżeli autor/scenarzysta założył, że bohater ma przeżyć - to choć na smoka w parcianych gaciach i boso, a przeżyje. I takie mam wrażenie, że MM tych zbrój (nie zbroi) scenariuszowych naprodukowała cały arsenał, a indagowana na okoliczność tej płatnerskiej roboty, odpowiada, że takie jej, autorki, prawo. No prawo, prawo - ale ni chu...lery nie wytłumaczysz, że zbroja scenariuszowa jest w świecie fantasy (i poza nim!) artefaktem słusznie obśmiewanym.
      • bupu Re: Cztery pory roku 15.11.21, 13:40
        minerwamcg napisała:

        > Wiecie co? Coś Wam opowiem. Kto czyta i ogląda fantasy ten wie, że bohater miew
        > a zbroję. Kolczą, płytową, jaką tam mu autor zafunduje. Od tych wszystkich zbró
        > j (wiem, że powinno być zbroi, ale zbrój brzmi lepiej) mocniejsza jest zbroja m
        > ithrilowa. Wynalazł Tolkien, reszta używa pod rozmaitymi nazwami. Od zbroi mith
        > rilowej może być mocniejsza jeszcze jedna - magiczna. No na nią już po prostu n
        > ie ma wuja, smoki padają na sam widok. Ale jest jeszcze jeden rodzaj zbroi, nie
        > pokonany do absurdu - dosłownie. Jest to zbroja scenariuszowa. Jeżeli autor/sce
        > narzysta założył, że bohater ma przeżyć - to choć na smoka w parcianych gaciach
        > i boso, a przeżyje. I takie mam wrażenie, że MM tych zbrój (nie zbroi) scenari
        > uszowych naprodukowała cały arsenał, a indagowana na okoliczność tej płatnerski
        > ej roboty, odpowiada, że takie jej, autorki, prawo. No prawo, prawo - ale ni ch
        > u...lery nie wytłumaczysz, że zbroja scenariuszowa jest w świecie fantasy (i po
        > za nim!) artefaktem słusznie obśmiewanym.

        Może i prawo, ale stosowanie zbroi scenariuszowej straszliwie szkodzi jakości tekstu. No bo dlaczego miałabym się przejmować Fatum Ślubnym, dlaczego miałabym patrzeć jak Ida, Pulpet et consortes miotają się z rozwianym włosem, mnożąc ławki przez pośladki, skoro i tak wiadomo, że żadne fatum nie śmie rudemu Marianowi Słojowi i jego sierotce Merysujce zakłócić zaślubin, które wszakże muszą być idealne, skoro przed ołtarzem stają dwa takie wstrząsające ideały, którym nawet mucha nie śmie nafajdać na szklane dachy? Dlaczego miałabym drżeć o losy Ignaca, któren zaginął na spacerze z psem, skoro wiem, że zostanie zwrócony na łono rodziny cały i zdrowy i nawet jeden włos z zasuszonej łysiny mu nie spadnie? Albo o połamaną w wypadku Gabę, skoro wiadomo, że się zrośnie na medal i nic jej nie zagraża?
          • ciotka.scholastyka Re: Cztery pory roku 15.11.21, 15:01
            minerwamcg napisała:

            > Toteż mówię, że jest to zabieg słusznie obśmiewany, a MM prawa nadużywa okrutni
            > e. Trochę naciągnąć można, ale jak za bardzo, to pęka z trzaskiem i d. wyłazi.

            Tak jak powinna pęknąć na Laurze Milicyjna ślubna garsonka.
            • bupu Re: Cztery pory roku 15.11.21, 15:04
              ciotka.scholastyka napisała:

              > minerwamcg napisała:
              >
              > > Toteż mówię, że jest to zabieg słusznie obśmiewany, a MM prawa nadużywa o
              > krutni
              > > e. Trochę naciągnąć można, ale jak za bardzo, to pęka z trzaskiem i d. wy
              > łazi.
              >
              > Tak jak powinna pęknąć na Laurze Milicyjna ślubna garsonka.

              To znaczy zacznijmy od tego, że ślubna spódnica niziutkiej i drobnej jak ptaszek Mili nie miała w ogóle prawa wejść na wysoką, dorodną Laurę, zatrzymując się circa na wysokości kolan. A ona nie tylko weszła, ale i jeszcze obwisała, takie cuda...
              • piotr7777 Re: Cztery pory roku 17.11.21, 11:30
                No ale jakaś tam zbroja scenariuszowa jest zawsze.
                Przykładowo - w komedii romantycznej wiemy, że na końcu bohaterowie sie zejdą
                --w melodramacie wiemy, że się nie zejdą a jedno z nich zejdzie śmiertelnie
                -w powieści kryminalnej wiemy, że na końcu zostanie ujawniony sprawca przestępstwa
                -a np. w Titanicu wiedzieliśmy, że Rose przeżyje katastrofę a Jack nie.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka