tajna_kryjowka_pyziaka
29.04.22, 15:40
Przyśnił mi się teatralny musical na podstawie Borejczady. Uprzedzając pytania, niczego się nie nawąchałam.
Wyglądało to mniej więcej tak:
Scenografię tworzyła dość oryginalna wariacja na temat mieszkania na Roosevelta: ściany i większość mebli zbudowano w całości z książek, aktorzy poruszali się między nimi i po nich jak w jakimś labiryncie. Za punkt orientacyjny robiła wielka grecka kolumna w stylu jońskim, na czubku której zwykle przesiadywał senior rodu z książką. Na którejś ścianie było napisane czerwoną farbą w spreju „PYZIAK TU BYŁ!!!” i za każdym razem jak reflektory padały na ten napis, rozlegała się złowroga muzyka. Był też wielki portret, o którym za chwilę.
Całe przedstawienie miało dość słodko-gorzką atmosferę i często sugerowano, że wszyscy wiedzą, że coś tu jest nie tak, ale nikt tego nie powie na głos.
Z fabuły i postaci pamiętam tyle:
Irytacy – wyglądał wypisz wymaluj jak z ilustracji i jak mówiłam, przez większość czasu siedział na tej parumetrowej kolumnie, prawie pod sufitem, czytając. Nawet nie pytajcie jak właził i złaził, sama zadaję sobie to pytanie. Ale jak już zszedł, to tylko po to by rzucić jakąś przypadkową łacińską sentencją, chyba że była jakaś ważna rodzinna sprawa, wtedy ględził po polsku. Poza tym wiele nie robił (czyli sztuka wiernie oddająca rzeczywistość). Jeszcze tylko parę razy powiedział do zięcia „Juliuszu”, po czym ulatniał się na widok jego miny pełnej żądzy mordu.
Gąbka – grała ją wysoka i nieźle napakowana aktorka, ale z fryzury bardziej była podobna do Anakina Skywalkera niż do Dzielnej Grzywki. Spektakl zaczął się od nastoletniej Gabrysi, śpiewającej przerobioną nieco piosenkę "Pancerz-presja" z „Naszego magicznego Encanto”, że nie może udźwignąć obowiązków, które na nią spadły (w wyniku choroby matki). Gdy symboliczna makieta całego mieszkania na nią spadła i zaczęła miażdżyć, to Pyziu pomógł jej ją podnieść i sam dośpiewał końcówkę piosenki, raźno murując dziurę. Gabuchna w tej sztuce podobnie jak w serii ewoluuje ze zwykłej nastolatki w beznadziejny przypadek kliniczny. Z tym że w spektaklu było wprost pokazane, że te jej niewzruszenie centrumne zachowania są toksyczne i szkodliwe. Były takie przerysowane sceny, jak po tym ogarnianiu domu przy wrzodach i świnkach wszyscy się gabiną zaradnością zachwycają (podkreślając jaki to był wielki wysiłek i trud) i potem idzie domino: po przypięciu łatki bohaterki każdy problem z którym Gaba sobie poradzi (lub nie) był odbierany jako apokalipsa, przed którą uratowała świat. I zaraz wszyscy współczuli jak to się natrudziła, jak wiele zrobiła, połóż się Gabrysiu i odpocznij po tym bohaterskim ugotowaniu zupy. A ona w to wszystko coraz bardziej wierzyła, że jak coś zrobi to to jest wielkie poświęcenie i aj-waj, i się sama coraz bardziej utwierdzała w tym, że jest męczennicą. A jak ktoś jej nagadał, to jej reakcje były wręcz automatyczne: klapnięcie na najbliższy mebel i w płacz. Względnie cięęężki wzdych
Januszek Pyziaczek – gdzie mu tam do stalowookiego koszykarza w tym śnie, grał go taki bardzo drobny, chuderlawy facet, niższy od Gaby o pół głowy, a jak tańczyli, to chyba nawet parę razy go podniosła! Niby dziwne, ale w sumie takie gabaryty fajnie obrazowały jego pozycję w rodzinie. No i nie ujmowały mu urody, miał bujne długie włosy i kolczyk w brwi (pierwsze do czego Milunia się przyczepiła). Była taka słodziutka scena jak przed wpuszczeniem małych Nutrii i Pulpy do kuchni Janusz prosi je o bileciki do kontroli! Słodkości się skończyły, gdy młode, razem z Idą, podglądały jego i Gabę w sypialni – Jasiu gwałtownie zaprotestował przeciw pogwałceniu prywatności, a jak szwagierki i teście to zignorowali, to wrzasnął coś w stylu „Gabuś, idziemy do publicznej toalety!” i pociągając żonę za sobą wybył z mieszkania z trzaskiem drzwi. Było też sporo scen jego kłótni z Milą, jak ją przezywał „Milicja” (czyżby wpływy foruma?) i awanturował się o prawo do przewijania Pyzuni, jak ona mu a to podstawiła nogę, a to szarpnęła za kucyk, parę razy też się symbolicznie siłowali na rękę i ona zawsze wygrywała. Wszystko na oczach całej rodziny, która udawała, że tego nie widzi.
A w ogóle to Janusz miał chyba najdłuższy i najlepszy recital w tym musicalu, było tyle cudnych pyziaczych piosenek! I dziwnym trafem wszystkie były z nowej płyty sanah…
Gdy tańczył z Gabą na sylwestrze, śpiewali to: www.youtube.com/watch?v=hgoSlepPeq8 (i nawet kwiat jabłoni jest!)
Piosenki rozwodowe były dwie: www.youtube.com/watch?v=5mCu2uMYFLg (i nawet Rojek jest! Tylko czemu zmienił imię na Artur?) i jeszcze www.youtube.com/watch?v=5Iwy_xeJi7c
Po nich było pokazane jak odchodzi z Roosevelta, a w zasadzie zjeżdża po piorunochronie z walizkami i chodzi z nimi po drutach elektrycznych (znowu, nie pytajcie jak ani dlaczego). Ale parę scen później okazało się, że został w kołchozie „duchowo” i zamieszkał na portrecie, o którym wspomniałam. Wisiał w sypialni Gaby, tuż nad łóżkiem i był ogromny. I za każdym razem, gdy u Borejków było źle, to Janusz z niego schodził i coś im tam broił w mieszkaniu (wybuchający piecyk i "buahahaha" zza sceny).
Tygrys – występowała tylko jako mała dziewczynka w bluzie w tygrysie pasy, a sceny z nią były upiorne jak cholera. Do wszystkich kończyn miała poprzyczepiane takie sznurki jak u marionetki i gdy się poruszała, to za nią szedł Pyziak, pociągający za te sznurki i mówiący te same kwestie, co ona. To wszystko oczywiście, żeby udręczać gabine serce. Czy wzywali egzorcystę nie pamiętam.
Grzendron – miał w tym śnie więcej osobowości, niż we wszystkich książkach razem wziętych! Gdy pierwszy raz wszedł do swojej i Gaby sypialni, od razu wyraził zaniepokojenie wielkim portretem Pyziaka nad łóżkiem. Parę razy też próbował z żoną rozmawiać o jej problemach, coś doradzić, chyba nawet proponował terapię. Wprawdzie robił to bardzo nieśmiało i jąkająco, ale zawsze. W scenie jego przeprowadzki na Roosevelta zamiast walizki niósł pod pachą sałatę i przez większość czasu się z nią nie rozstawał. Podczas śpiewania "Cichosza" Turnaua (...) przemykał jak ninja z tą sałatą i z Holmesem pod kolumną Ignaca. Był chyba jedynym z obsady, który dorównywał Gabie wzrostem.
Ida – zbyt wielkiej roli chyba nie odegrała, pamiętam tylko taką scenę, gdzie z siostrami próbowała bezskutecznie obudzić Gabrysię i gdy wrzeszczenie młodych prosto w ucho siostry nie pomagało, Ida wyszeptała „Jaaanuuuszszsz Pyyyziaaak” i rozbudzona Gąbka czymś ciężkim w nią rzuciła
Józkiniowiec – pojawił się gdzieś pod koniec, okazało się, że tylko się tak maskuje udając prymitywnego pitekantropa, by ukryć przed rodziną swój kwitnący związek z Dziubą (do którego się zwraca „Dziubasku” i „Dziubdziusiu ty mój”, czyżby czytał „Zbrodnię i karę”?). Było też wspomniane dlaczego znęcał się nad kuzynem - z zazdrości. Tłumaczył to tak, że Ignacjo Gregorio miał wbrew pozorom większe jaja, nigdy nie wstydził się swojej miągwowatości, nosił garniturki, pisał wiersze i generalnie nie miał problemu z odstawaniem od standardów, czyli robił rzeczy, na które Józek by nie miał odwagi.
Ostatnią rzeczą, która mi zapadła w pamięć była scena finałowa, jak jeżycjadowi faceci urządzają sobie prywatną męską imprezę. A co tam się działo, dziadostwo borejostwo by zawału i zatoru dostało! Np. stary i wymięty Floresław pofarbował się znów na karminowo, a z piersiówki w kieszeni ramoneski co chwila pociągał jakiś podejrzany płyn, który nazywał "soczkiem z Baltony". Marek po wyjściu z hibernacji popadł w drugą skrajność i był taki pobudzony, że dosłownie łaził po ścianach i go potem ściągali z żyrandola, bodajże łapiąc na lasso. Panowie nawet zaprosili na tę imprę Pyziaka (włosy fioletowe, strój jak z japońskiego anime), który ruszył w tany z Grzegorzem na blacie