bupu
20.06.25, 11:53
Znalazła się w oryginalnym dwupoziomowym wnętrzu. Najwidoczniej przedtem była to ogromna wysoka kuchnia, ale teraz przystosowano ją do nowych funkcji: z lekkich ścianek, słupków, schodków i antresoli zbudowano pracownię architektoniczną, sypialnię i pokój dziecięcy.
Wszystko miało ciepły, miły odcień surowego drewna, z wyjątkiem białych ścian i zieleni pnących się i zwisających roślin. Kuchnia, zepchnięta w głąb pomieszczenia wysyłała jednak stamtąd aromatyczne sygnały i bulgotania.
Pomijam że kuchnia Dmucha musiała być gumowa, ale kto na miły buk rzeźbi w kuchni antresolę, na której się nie da stanąć prosto (mieszkania w kamienicy nie mają wysokości jak komnaty w Hofburgu), żeby ściskać się tam z żoną, dziećmi i dwiema deskami kreślarskimi plus całym majdanem potrzebnym architektowi, zamiast poszukać sobie czegoś normalnego? Jeszcze zrozumialabym miejsce do spania dla dwójki mlodych, ale upychać tam całą rodzinę? Niepraktyczne. I jak sobie wyobrażę tę Kreskę w dwóch ciążach, w tym jednej bliźniaczej, wspinającą się po drabinie, może jeszcze z dzieckiem na ręku... Łomatulu.
Józek studiował architekturę na politechnice. Z tego mrocznego niegdyś strychu potrafił więc stworzyć piękne wnętrze, w którym świeciły teraz ściany i podłoga z jasnych desek; w ukośnym
dachu, pomiędzy dębowymi belkami, zamontowane zostało uchylne okno, za to dwie stare lukarny, które kiedyś wpuszczały tu światło z obu krótszych boków budynku, usunięto wraz z murem, w którym tkwiły. Zastąpiono go wielkimi płytami szkła, tworząc dwie przezroczyste ściany. Wyglądało to wspaniale, bo z obu stron otwierał się z nich widok na korony drzew i na odległe leśne wzgórza.
Zielony strych!
Nie wstawiono tu jeszcze mebli, poza dużym regałem na książki, który kuzyn właśnie składał i skręcał. Ale był już nowy wielki kominek, obudowany dobranymi starannie kamieniami polnymi.
Nad nim głośno tykał malowany w kwiatki zegar ze złotym wahadłem, już teraz pracowicie odmierzając czas dla młodej pary, zaś przed paleniskiem uplasował się kot i mruczał z zadowolenia, choć w kominku jeszcze się nie paliło.
Mind you, to jest jedno pomieszczenie, żadnej ścianki działowej w zasięgu wzroku. Upojnie to widzę, Józef w jednym końcu kreśli rysunek do pracy dyplomowej, a w drugim młody Gabriel Marek Pałys wyje jak syrena przeciwmgielna, bo ząbkuje. Cudo. Łazienki też nie ma, bo nie ma to jak zapieprzać po schodach z niemowlęciem ofajdanym po pachy (i to nie jest metafora) oraz kolejkowac rano do klopa, czekając nerwowo aż babcia Wikta zwycięży ze swoim zaparciem.