Dodaj do ulubionych

Historia Jednego Rosołu

16.09.25, 10:58
Wody szum
Gazu śpiew
Złoty rosół w garze wrze
Sia la la la la

Gaba wraca wcześnie do domu, zwolniwszy z okazji Dnia Kobiet studentów z zajęć. Idą oni do DKF na przedpołudniowy seans. Skoro przedpołudniowy, to zaczyna się gdzieś przed dwunastą, a oni jeszcze muszą tam dojść. Daleko nie mają, no ale jednak. Nie może być później niż ta jedenasta piętnaście, jeśli seans faktycznie ma być przedpołudniowy. Z Fredry też rzut pyrą na R5, więc circa o 11:20 Gaba jest w domu.

W dużym garnku stojącym na szafce rozmrażała się wołowina z kością, obok czekała obrana już włoszczyzna. Mama przygotowała wszystko do nieśmiertelnego rosołku. Gabrysia nalała wody do garnka, wrzuciła włoszczyznę i cebulę w łupinie, dla koloru, posoliła wszystko i postawiła na gazie z właściwym sobie rozmachem. Właśnie płukała ręce, kiedy zadzwonił telefon.

Dziesięć minut na gimnastykę z garem, o 11:30 rosół stoi na gazie. Ten telefon był od Dmuchawca, z wieścią, że Kreska rodzi. Gaba wyskoczyła galopem po króciutkiej rozmowie. Dmuch mieszka pod szóstką 50 metrów od R5, ile jej mogło zająć dotarcie do nuego, nawet ze sprintem po schodach na czwarte? Trzy, cztery minuty? No niechby nawet pięć.

Dalej, Gaba dzwoni do Idy i wywleka ją z pracy. Dajmy Idusi hojne pół godziny na złapanie szefa, wyjaśnienie sytuacji (acz fakt że ten szef nie mówi "Pani Pałysowa, tam karetkę trzeba słać, nie panią" to realizm musieryczny wysokiej klasy) i dojazd na R6 (ze szpitala Raszei to kolejny rzut pyrą, aczkolwiek jakim cudem nie ma tam położników to ja nie wiem).

Jadącą Idę widzi wracająca ze szkoły Pulpa. Ida parkuje pod szóstką, Pulpa rozmawia z Romą, powiedzmy kwadransik, Baltona staje im w gardłach ością niezgody, rozstają się. Pulpa wyjmuje kluczyki z malucha Idy, idzie na górę, dajmy jej na to pięć minut. Jest zatem circa 12:25. Ida ją stamtąd po chwili wyrzuca, dziesięć minut powiedzmy? Pięć minut na doszuranie na R5.

I tu czasoprzestrzeń nam faluje. Bo gdy Pulpa wchodzi do domu, Mila wstawia do piekarnika omlet, ponieważ rosół się wygotował.

To niech mnie kto wyjaśni jakim cudem gar rosołu z solidnym kawałem zimnego mięsa wygotował się w mniej niż godzinę. Znacznie mniej bo przygotowanie wielkiego omletu też zabiera czas.

Sia la la la la...
Obserwuj wątek
    • ako17 Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 11:40
      bupu napisała:


      >
      > Dziesięć minut na gimnastykę z garem, o 11:30 rosół stoi na gazie. Ten telefon
      > był od Dmuchawca, z wieścią, że Kreska rodzi. Gaba wyskoczyła galopem po króciu
      > tkiej rozmowie. Dmuch mieszka pod szóstką 50 metrów od R5, ile jej mogło zająć
      > dotarcie do nuego, nawet ze sprintem po schodach na czwarte? Trzy, cztery minut
      > y? No niechby nawet pięć.
      >
      > Dalej, Gaba dzwoni do Idy i wywleka ją z pracy. Dajmy Idusi hojne pół godziny n
      > a złapanie szefa, wyjaśnienie sytuacji (acz fakt że ten szef nie mówi "Pani Pał
      > ysowa, tam karetkę trzeba słać, nie panią" to realizm musieryczny wysokiej klas
      > y) i dojazd na R6 (ze szpitala Raszei to kolejny rzut pyrą, aczkolwiek jakim cu
      > dem nie ma tam położników to ja nie wiem).
      >
      > Jadącą Idę widzi wracająca ze szkoły Pulpa. Ida parkuje pod szóstką, Pulpa rozm
      > awia z Romą, powiedzmy kwadransik, Baltona staje im w gardłach ością niezgody,
      > rozstają się. Pulpa wyjmuje kluczyki z malucha Idy, idzie na górę, dajmy jej na
      > to pięć minut. Jest zatem circa 12:25. Ida ją stamtąd po chwili wyrzuca, dzies
      > ięć minut powiedzmy? Pięć minut na doszuranie na R5.
      >
      > I tu czasoprzestrzeń nam faluje. Bo gdy Pulpa wchodzi do domu, Mila wstawia do
      > piekarnika omlet, ponieważ rosół się wygotował.
      >
      > To niech mnie kto wyjaśni jakim cudem gar rosołu z solidnym kawałem zimnego mię
      > sa wygotował się w mniej niż godzinę. Znacznie mniej bo przygotowanie wielkiego
      > omletu też zabiera czas.


      Szacun za wszystkie te wyliczenia.
      Wytłumaczyć potrafię tylko w ten sposób: Gaba wstawiła gar pod przykrywką na maksymalnym gazie, żeby woda się z tą zimną kością szybko zagotowała. Po zagotowaniu miała szczery zamiar zmniejszyć płomień, żeby się rosół powoli pyrgolił. Nie zdążyła zmniejszyć, bo wybiegła do Dmucha i Kreski. Na maksymalnym gazie się gotowało przez te 30-40 minut do powrotu mamy.
      • bupu Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 12:41
        ako17 napisała:


        > Szacun za wszystkie te wyliczenia.
        > Wytłumaczyć potrafię tylko w ten sposób: Gaba wstawiła gar pod przykrywką na ma
        > ksymalnym gazie, żeby woda się z tą zimną kością szybko zagotowała. Po zagotowa
        > niu miała szczery zamiar zmniejszyć płomień, żeby się rosół powoli pyrgolił. Ni
        > e zdążyła zmniejszyć, bo wybiegła do Dmucha i Kreski. Na maksymalnym gazie się
        > gotowało przez te 30-40 minut do powrotu mamy.

        Nie wierzę, że przez te 40 minut się wygotowało pod przykryciem na śmierć. Nawet jeśli na rosół było za mętne, to wciąż z tego co zostało można było zrobić inną zupę, zamiast się babrać z omletem.
      • kocynder Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 19:47
        Ako, ale momencik... Skoro to był WIELKI gar rosołu plus zmarznięta wołowina z kością - to musiała być objętość 5 litrów lub <. Przy ilości stołowników, nie pomnę, 8 czy 9 sztuk, i to przynajmniej część tychże sztuk dość rozżarte - trzylitrowy garczek to "mała średnia" a nie wielki gar. Czyli mamy pewnie z cztery litry płynu, jak nie więcej. To nawet założywszy, że Gaba chciał wołowinę "rozmrozić" w gotowaniu i zaczęła od nastawienia na największy ogień, no, nie, nie ma opcji, że w 40 minut (!!!) całe cztery litry się wygotują! Weźmy bowiem pod uwagę fakt, że Gaba wstawia na gaz ZIMNĄ wodę z zamrożonym mięsem i warzywami (ok, warzywa niech będzie, że w temperaturze pokojowej). Choćby to stało na największym palniku - nie ma opcji, żeby się zagotowało jakoś ultraszybko - AI mi podpowiada: "1 litr wody na mocnym ogniu gotuje się około 10-15 minut, więc dla 5 litrów należy przyjąć czasy od około 30 minut (dla bardzo gorącej wody) do 75 minut (dla zimnej wody). Podkreślę - to czas na ZAGOTOWANIE a nie wygotowanie! Załóżmy, że Borejki mają extra - kuchenkę z super ogniem. Niechby się ten rosół zagotował w pół godziny. No to nie ma opcji, żeby się wygotował w opisanym czasie. Ok, gdyby napisano, że ponieważ kotłował się jak szalony stracił "wartości" jakieś tam, odżywcze, smakowe czy jakieś. Ale nadal pozostawałby bulionem, nadającym się do przerobienia na pomidorówkę, jarzynową, grzybową, co tam akurat Mila miałaby w kuchni na szybko. Bo, powiedzmy, uważają, że rosół ma wartość i smak TYLKO pyrkotany powolutku, długo, "mrugający" na ogienku 6 godzin i więcej, a taki "wywarowany"* to już nie jadalny. Dobrze, nie jadalny jako czysty rosół, ale wszak można dorzucić kaszę, warzywa, kartofle, przecier pomidorowy, potarte ogórki kiszone (znaczy nie wszystko naraz, tylko wybierając odpowiednie!). i zrobić krupnik, jarzynową, kartoflankę, pomidorową, ogórkową, na tej "wywarowanej" bazie. Nie trzeba się było pieprzyć z omletem na taką czeredę! BTW - nie wierzę w tak wysublimowane podniebienia Borejków - wiecznie bez kasy - którym by wadziło, że rosół się zagotował do wrzenia!
        * "wywarowany" to określenie, którego używała moja babcia, na coś, co się gotowało za długo i przez to było pozbawione smaku i jakości (np mięso gotowane za długo było "wywarowane").
        • ako17 Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 20:41
          kocynder napisała:

          > Ako, ale momencik... Skoro to był WIELKI gar rosołu plus zmarznięta wołowina z
          > kością - to musiała być objętość 5 litrów lub <.

          No przeca pisała wcześniej niemal słowo w słowo to samo: "Wydaje mi się, że gar musiał być większy. W domu mieszkało wtedy 8 osób, żeby każda dostała 300-400 ml rosołu (nie było drugiego dania, zatem porcje samej zupy musiały być porządne, rozumiem, oczywiście, że makaron do tego) to, po odjęciu objętości kości mięsnej i warzyw, samego płynu musiało się zmieścić ze 3 litry.
          Czyli garnek musiał być większy, raczej tak z 5 litrów, poza tym była mowa, że garnek był duży - 3 litry to jest raczej średni."

          No i garnek był duży, nie wielki. W sumie to nie wiem jaką pojemność powinien mieć gar, aby mógł być określany jako "wielki". My, prowadząc gospodarstwo na 3 osoby, mamy jeden garnek, który uważamy za duży (oraz szybkowar). Wielkiego nie mamy, więc nie wiem. 8 litrów +?

          Ale nadal pozostawałby bulionem,
          > nadającym się do przerobienia na pomidorówkę, jarzynową, grzybową, co tam akur
          > at Mila miałaby w kuchni na szybko.

          Pewnie, że tak. Ale mogło, ostatecznie zdarzyć się i tak, że akurat Milicja wróciła do domu w takim momencie, że płynu w tym garnku nie było już wcale, ani kropelki, czyli zabrakło tej bazy pod pomidorową czy ogórkową, ale jeszcze się nie zaczęło przypalać. Magiczna sekunda.
          • kocynder Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 21:08
            Przepraszam, ale odmawiam eksperymentu, czyli zbadania empirycznego jak szybko wygotowałoby się te 5+ litrów wody nastawione na gaz ze zmrożoną kością wołową w środku. Przytoczyłam opinię sztucznej inteligencji, i - z braku innych opinii - na razie uważam ją z prawdziwą: "1 litr wody na mocnym ogniu gotuje się około 10-15 minut, więc dla 5 litrów należy przyjąć czasy od około 30 minut (dla bardzo gorącej wody) do 75 minut (dla zimnej wody)". A to daje, nawet przy założeniu bardzo silnego ognia w dyspozycji Borejków - minimum pół godziny do ZAGOTOWANIA rosołku, a nie jego wygotowania do zera. Tymczasem z wyliczenia Bupu wynika, że od nastawienia całości do powrotu Pulpy, która już widzi Milę wstawiającą GOTOWY omlet, bo zupa się wygotowała - upłynęła około godzina. DO ocenienia rosołu jako wygotowany do stopnia niejadalności - mniej, bo samo przygotowanie omletu to tez nie sekundy. Samo ubicie piany z białek do omletu na taką gromadę to już nie w kij dmuchał. No, powiedzmy, że Mila sprawna, białka ubiła KitchenAidem, resztę tez automatami (niewiarygodne, ale dla dobra narracji... Musiała jednakowoż wyjąć te jajka z lodówki, oddzielić żółtka od białek, wyjąć resztę ingrediencji zbełtać itd. No, powiedzmy, że minimum to 15 minut. Ergo - wstawione co najmniej 5 litrów ZIMNEJ wody z zzamrożoną wołowiną musiało się zagotować i wygotować w góra 45 minut. Podczas gdy AI podaje, że minimalny czas do zawrzenia to 30 minut. Czyli co, wygotowało się to-to w kwadrans? Ja tam nie pretenduję do mistrza kuchni, ale mi się jakoś 2 litry wody w kwadrans nie ulotniły z gara nawet po godzinie jak zagapiłam się kiedyś (niech będzie przeklęty Arthur Conan Doyle!) gotując większą ilość jajek na twardo. Owszem, jajka były nieco... No, nie najlepsze, choć jadalne. Ale woda nadal BYŁA. Fakt, nie nastawiłam na najtęższy ogień, jednak...

            "No przeca pisała wcześniej niemal słowo w słowo to samo: "Wydaje mi się, że gar musiał być większy. W domu mieszkało wtedy 8 osób, żeby każda dostała 300-400 ml rosołu (nie było drugiego dania, zatem porcje samej zupy musiały być porządne, rozumiem, oczywiście, że makaron do tego) to, po odjęciu objętości kości mięsnej i warzyw, samego płynu musiało się zmieścić ze 3 litry."
            Ja czytam "po drzewku" i odpowiadam nie patrząc niżej, dlatego... ;)
            • kocynder Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 21:13
              A, przepraszam, bo jak przeczytałam to się okazało, że napisałam jakąś piramidalną bzdurę.

              "mi się jakoś 2 litry wody w kwadrans nie ulotniły z gara nawet po godzinie jak zagapiłam się kiedyś (niech będzie przeklęty Arthur Conan Doyle!) gotując większą ilość jajek na twardo"

              Chodziło mi o to, że nastawiwszy jaja do gotowania zajęłam się boskim Sherlockiem Holmesem i na godzinę zapomniałam o produkcie na gazie. I mimo to (nie kwadransa!) oraz mimo, że wody było tylko dwa litry a nie pięć+ - i tak woda została w garnku, nie wygotowała się do zera.
    • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 12:29
      Mnie bardziej interere w jakim celu Dmuchawiec zadzwonił do Gaby, zamiast na pogotowie. Czego on oczekiwał, że niby jak ona Kresce pomoże? Nawet jeśli miał plan poproszenia o wezwanie Idy albo Kowalika (nie pamiętam co dokładnie Gabie powiedział), to wciąż mało racjonalne. O ile prostsze byłoby zadzwonienie po karetkę, zamiast tej zabawy w pośredników.

      To zresztą nie jedyny przypadek, kiedy cudowna Gabusia jest wzywana by ratować sytuację, jakby sama była lekarzem. W McD mamy wspomnienia IGSa, jak to go mama wyleczyła z trądziku. To nie tak, że lekarz dermatolog go zbadał i wypisał receptę, a farmecuta ukręcił i sprzedał maść, skądże znowu, to wszystko mamusia! Niezmiernie mnie ciekawi jaką rolę ona odegrała w tym procesie, że Ignaś przypisał całą zasługę jej. Osobiście smarowała twarz swojego nastoletniego syna?
      • ako17 Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 15:59
        tajna_kryjowka_pyziaka napisała:

        > Mnie bardziej interere w jakim celu Dmuchawiec zadzwonił do Gaby, zamiast na po
        > gotowie. Czego on oczekiwał, że niby jak ona Kresce pomoże? Nawet jeśli miał pl
        > an poproszenia o wezwanie Idy albo Kowalika (nie pamiętam co dokładnie Gabie po
        > wiedział), to wciąż mało racjonalne. O ile prostsze byłoby zadzwonienie po kare
        > tkę, zamiast tej zabawy w pośredników.
        >
        Naści stosowną cycatę:
        "- Gabrysiu, ratuj! - usłyszała w słuchawce podenerwowany głos profesora Dmuchawca.
        Aż jej tchu zabrakło na te słowa. Profesor przeszedł już dwa zawały serca. Ale, oczywiście, nie o niego chodziło, tylko o Kreskę, wnuczkę profesora, a przyjaciółkę Gabrysi.
        - Chyba już się zaczęło! - gorączkował się w słuchawce profesor. - Biedna, bardzo cierpi... nie wiem, co mam robić, przecież to jeszcze za wcześnie, a Maciek akurat pojechał do Wiednia...
        - Już lecę! - powiedziała Gabrysia. - Tylko spokojnie, panie profesorze. Zaraz będę.
        Dmuchawiec, dawny polonista sióstr Borejko, a teraz już od lat po prostu przyjaciel rodziny, mieszkał opodal, w kamienicy pod szóstką na czwartym piętrze. Gabrysia wbiegła tam, sprawna jak lekkoatletka, bez śladu zadyszki, by już po chwili otwierać uchylone jak zwykle drzwi wejściowe. Długi, wąski korytarz doprowadził ją do pokoju profesora i gdy tylko stanęła w progu - uderzył ją panujący tam rozgardiasz. Przedmioty były porozrzucane, na podłodze rozsypało się komuś całe naręcze książek, a lampa z papierowym abażurem, ta do czytania, ze stłuczoną żarówką leżała na stoliku.
        W pluszowym fotelu profesora siedziała skulona Kreska, trzymając się obiema rękami za brzuch. Jej delikatna twarz o burych oczach była biała, malowało się na niej, co tu dużo ukrywać, przerażenie. Dziadek człapał wokół Kreski, przerażony jeszcze bardziej niż ona, poprawiając nieustannie grube okulary lub łapiąc się za siwą, potarganą głowę. Wszystko leciało mu z rąk, co chwila podchodził do bawiącej się w kącie malutkiej Kasi, by uspokajająco pogłaskać ją po główce. Tymczasem Kasia bawiła się z wielkim zapałem i jego uspokajające pieszczoty tylko ją rozpraszały. Zupełnie do niej nie docierało, że dzieje się coś niezwykłego. Podnosiła tylko czasem śliczne, promienne oczy, tak podobne do oczu matki, i obrzucała wszystkich spojrzeniem pełnym roztargnienia.
        - Kreska, czy ja dobrze widzę, czy ty masz pietra? - spytała dziarsko Gabrysia i ujęła zimną jak lód rękę przyjaciółki. - Przecież nie jesteś debiutantka, staruszko, powinnaś już wiedzieć, że tak od razu się od tego nie umiera! - Kreska nie odpowiedziała, tylko zaczęła szybko oddychać, zagryzając wargi. - Czy to cię często tak bierze? - spytała rzeczowo Gabrysia.
        - Bez przerwy - szepnęła Kreska.
        - Wołam pogotowie - postanowiła Gabriela.
        - Nie zdążymy już nigdzie - jęknęła Kreska. - Ja... nawet nie mam siły się ruszyć.
        - Hm, no wiesz, tego się po tobie nie spodziewałam - powiedziała Gabrysia tonem żartobliwym, który zawsze przybierała w chwilach niebezpieczeństwa. - Będziesz musiała się przenieść przynajmniej do łóżka... Jesteś pewna, że nie zdążymy do szpitala?
        - A - aaa - AAAbsolutnie! - brzmiała odpowiedź Kreski. Wobec tego Gabrysia natychmiast ruszyła do telefonu i zadzwoniła - naturalnie - do doktora Kowalika. Zawsze do niego dzwoniła, kiedy działo się coś, co wymagało interwencji medycznej, choć przecież własna jej siostra była lekarzem, o którego kwalifikacjach i zaletach doktor Kowalik wyrażał się zawsze z podziwem i respektem. Ale Gabrysia, pamiętająca dobrze Idę z jej najróżniejszych cielęcych zrywów, wolała jednak sprawdzonych lekarzy, najlepiej płci męskiej, i to w wieku powyżej średniego, a już najbardziej lubiła, żeby to był jednak doktor Kowalik, przyjaciel rodziny. Tylko że teraz doktor Kowalik był całkowicie nieuchwytny, a czas naglił. Kreska samotnie wędrowała ku nieuniknionemu, wyraźnie już bliskiemu, rozwiązaniu, a Gabrysia, która robiła dobrą minę do złej gry, naprawdę nie miała pojęcia, jak należy odbierać noworodka. Ostatecznie, zazwyczaj była po drugiej stronie barykady. Złapała więc za telefon i wezwała jednak na pomoc Idę, która o tej porze była już po jednych zajęciach i przed drugimi.
        - Ja?! - krzyknęła Ida w słuchawce, na tle dalekich szpitalnych odgłosów: stukania drewniaków oraz hałasu wózka wiozącego pacjentom obiad. - Czyś ty zwariowała, przecież ja jestem laryngologiem!
        - Wiem o tym, kochanie, ale zawsze twierdziłaś, że wszystko inne dla ciebie to fraszka - rzekła Gabriela. - Zresztą, nie wiem, może złap jakiegoś położnika w tym twoim szpitalu...
        - W moim szpitalu nie ma położników! - jęknęła Ida.
        - No, więc gdzie ja teraz kogoś znajdę, litości, już chyba lepiej, żebyś ty przyjechała niż przypadkowy laryngolog z pogotowia, prawda? Ida, pospiesz się, błagam, bo tu już rozwiązanie blisko, a ja nie mam pomysłu na to, czym przeciąć pępowinę, do cholery.
        Czy to mogą być nożyczki do paznokci?
        - O, Matko Boska - powiedziała Ida i rzuciła słuchawkę."

        Z opisu sytuacji też dla mnie nie wynika, dlaczego - skoro sytuacja trwała już trochę - Dmuchawiec nie zadzwonił wcześniej po pogotowie, natomiast po odczekaniu stosownego czasu (żeby było bardziej dramatycznie) jego pierwszym wyborem była filolog klasyczna, była uczennica.
        Ale może on po prostu ze wszystkim dzwonił do Gaby - trzeba było zrobić zakupy - tel do Gaby, umówić wizytę u lekarza - tel do Gaby, upadły mu klucze i wpadły do studzienki kanalizacyjnej - tel do Gaby itd.
        Po prostu zawsze dzwonił do Gaby i żadnego innego numeru nie znał... Albo nie wiedział, że w ogóle można zadzwonić do kogo innego?
        • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 16:45
          ako17 napisała:

          > (...)
          >

          Nie będę całego cycata cycować, bo mi się post przepełni.
          Muszę przyznać, że jestem w szoku. Co ma znaczyć ten argument Kreski, za na pogotowie już za późno? W jakim sensie? Że nie zdążą dojechać? Dostarczyć jej do szpitala przez rozwiązaniem? Odebrać porodu na miejscu, jeśli faktycznie urodziłaby na tyle szybko? Wiem, że Kreska spanikowana i w ogóle, ale naprawdę nie łapię co ma tu na myśli.
          I czemu na pogotowie jest za późno, a na wzywanie Idy lub Kowalika już nie? Skąd założenie, że oni, którzy mogą być zajęci (i, jak wynika z kontekstu, są!), będą szybciej i poradzą sobie lepiej? Ale to już pytanie do Gabryjeli.

          > Z opisu sytuacji też dla mnie nie wynika, dlaczego - skoro sytuacja trwała już
          > trochę - Dmuchawiec nie zadzwonił wcześniej po pogotowie, natomiast po odczekan
          > iu stosownego czasu (żeby było bardziej dramatycznie) jego pierwszym wyborem by
          > ła filolog klasyczna, była uczennica.
          > Ale może on po prostu ze wszystkim dzwonił do Gaby - trzeba było zrobić zakupy
          > - tel do Gaby, umówić wizytę u lekarza - tel do Gaby, upadły mu klucze i wpadły
          > do studzienki kanalizacyjnej - tel do Gaby itd.
          > Po prostu zawsze dzwonił do Gaby i żadnego innego numeru nie znał... Albo nie w
          > iedział, że w ogóle można zadzwonić do kogo innego?
          >
          >

          Może i o to chodzi. Co z kolei prowadzi nas do pytania, dlaczego do ewentualnego ogarnięcia porodu zostali Kresce tylko panikujący dziadunio i kilkulatka. Nikt nie pomyślał, że na czas wyjazdu Maćka dobrze by było zorganizować jakieś wsparcie? Ściągnąć Piotra lub Zdzisię z Pobiedzisk na jakiś czas, rodziców Kreski z Wrocławia, albo chociaż oficjalnie poprosić Borejków, by ktoś od nich regularnie zaglądał do dmucholandu. To nie, za sygnalistę musi robić dziadzio-zawałowiec, któremu nie przyjdzie do głowy zadzwonić po pogotowie.
          Dlaczego Ogorzałki dalej mieszkają u niego, to ja nawet nie pytam.
          • mika_p Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 22:27
            > Nikt nie pomyślał, że na czas wyjazdu Maćka dobrze by było zorganizować jakieś wsparcie?

            Kreska była przed terminem, nie wiedziała, że ciąża jest mnoga (i tak, mogła w tym tam 1991/92 nie wiedzieć), a poród ją zaskoczył.
            Nie wiem, po kiego grzyba miałaby mieć jakieś dodatkowe wsparcie, skoro mieszkała w dużym mieście, telefon w domu był i nie była sama. Do tego nie była pierwiastką, więc oznaki porodu powinna rozpoznać, bo ta pierwsza faza (kiedy boli coraz częściej i mocniej, ale jeszcze nie jest pora na dziecko) trwa ładnych parę godzin.

            Gdyby akcja działa się w niedużej miejscowości (bez pogotowia), a Kreska nie miała telefonu, to akcja miałaby większe pozory prawdopodobieństwa. Zanim Dmuchawiec dodreptałby do Borejków, żeby wezwać Gabę na pomoc, zanim dodreptałby na pocztę czy do sołtysa, żeby zadzwonić, to mogłoby się faktycznie zrobić za późno. Ale na litość! W dużym mieście, z telefonem pod ręką, Kreska nie umie wykręcić 999, a wezwana Gaba zamiast zadzwonić po pogotowie szuka znajomego lekarza nie-położnika.

            Naprawdę samą Kreską Maciek nie powinien się martwić, natomiast na czas wyjazdu powinien być bezwzględnie plan B, jesli chodzi o opiekę nad Kasią. Bo stary pradziadek na dłuższą metę (dłuższą niż kilka kwadransów) się nie nadaje.
            • tt-tka Re: Historia Jednego Rosołu 17.09.25, 00:21
              mika_p napisała:

              > > Nikt nie pomyślał, że na czas wyjazdu Maćka dobrze by było zorganizować j
              > akieś wsparcie?
              >
              > Kreska była przed terminem, nie wiedziała, że ciąża jest mnoga (i tak, mogła w
              > tym tam 1991/92 nie wiedzieć), a poród ją zaskoczył.

              tak, bo rodzac Kasie (jesli nie wczesniej) nigdy w zyciu nie uslyszala o porodzie przedwczesnym. A wahniecie o dwa tygodnie to nawet nie przedwczesnie.


              > Nie wiem, po kiego grzyba miałaby mieć jakieś dodatkowe wsparcie, skoro mieszka
              > ła w dużym mieście, telefon w domu był i nie była sama.

              Bo w domu miala dwulatke i starca schorowanego, a opiekunczo calkiem niewydolnego.
              jesli juz nie sama Kreska (a jak sie okazalo, i jej potrzebna byla pomoc), to Kasia i Dmuch bezwzglednie powinni miec kogos w rezerwie. A jak sie Kreska (wcale) i Dmuch (bez sensu) posluzyli telefonem, tosmy widzialy.

              Do tego nie była pierwi
              > astką, więc oznaki porodu powinna rozpoznać, bo ta pierwsza faza (kiedy boli co
              > raz częściej i mocniej, ale jeszcze nie jest pora na dziecko) trwa ładnych parę
              > godzin.

              Nie rozpiznala mimo doswiadczenia...


              ołożnika.
              >
              > Naprawdę samą Kreską Maciek nie powinien się martwić,

              Powinien. To jest przedwojenne czwarte czy piate pietro, kto tam mial taszczyc zakupy, Kreska w ostatnich dniach ciazy ? Kto mial wychodzic i spacerowac z ruchliwa dwulatka ?
              • bupu Re: Historia Jednego Rosołu 17.09.25, 00:55
                tt-tka napisała:

                >
                > Powinien. To jest przedwojenne czwarte czy piate pietro,

                Czwarte. Bez windy.

                kto tam mial taszczyc
                > zakupy, Kreska w ostatnich dniach ciazy ? Kto mial wychodzic i spacerowac z ruchliwa dwulatka ?

                Dziadziuś zawalowiec. Świetnie by mu to zrobiło.
    • tt-tka Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 14:52
      #Gaba rozkrecila gaz na maksa
      z tym ze nie pod przykrywka, bo by wykipialo i zalalo plomien (byloby jeszcze weelej)
      nie wiem, co dla Musierowicz znaczy "duzy garnek", ale w moim trzylitrowym woda sie wygotowala w 40 minut (poczytac poszlam, ocknelam sie na smrodek przypalonych warzyw)
      • ako17 Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 15:47
        tt-tka napisała:

        > #Gaba rozkrecila gaz na maksa
        > z tym ze nie pod przykrywka, bo by wykipialo i zalalo plomien (byloby jeszcze w
        > eelej)

        Racja!
        > nie wiem, co dla Musierowicz znaczy "duzy garnek", ale w moim trzylitrowym woda
        > sie wygotowala w 40 minut (poczytac poszlam, ocknelam sie na smrodek przypalon
        > ych warzyw)
        >
        Wydaje mi się, że gar musiał być większy. W domu mieszkało wtedy 8 osób, żeby każda dostała 300-400 ml rosołu (nie było drugiego dania, zatem porcje samej zupy musiały być porządne, rozumiem, oczywiście, że makaron do tego) to, po odjęciu objętości kości mięsnej i warzyw, samego płynu musiało się zmieścić ze 3 litry.
        Czyli garnek musiał być większy, raczej tak z 5 litrów, poza tym była mowa, że garnek był duży - 3 litry to jest raczej średni.
        • bupu Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 15:54
          ako17 napisała:

          >
          >
          > Wydaje mi się, że gar musiał być większy. W domu mieszkało wtedy 8 osób,

          Dwoje seniorów, cztery Borejkowny, dwie Pyziakowny, jeden Pałys. Dziewięć.

          żeby k
          > ażda dostała 300-400 ml rosołu (nie było drugiego dania, zatem porcje samej zup
          > y musiały być porządne, rozumiem, oczywiście, że makaron do tego) to, po odjęci
          > u objętości kości mięsnej i warzyw, samego płynu musiało się zmieścić ze 3 litr
          > y.
          > Czyli garnek musiał być większy, raczej tak z 5 litrów, poza tym była mowa, że
          > garnek był duży - 3 litry to jest raczej średni.

          Zgadzam się.
      • bupu Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 15:51
        tt-tka napisała:

        > #Gaba rozkrecila gaz na maksa
        > z tym ze nie pod przykrywka, bo by wykipialo i zalalo plomien (byloby jeszcze w
        > eelej)
        > nie wiem, co dla Musierowicz znaczy "duzy garnek", ale w moim trzylitrowym woda
        > sie wygotowala w 40 minut (poczytac poszlam, ocknelam sie na smrodek przypalon
        > ych warzyw)
        >

        Gabie się nie przypaliło, Pulpa czuje rosół, nie spaleniznę. Hmm.
        • bupu Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 15:52
          bupu napisała:

          > tt-tka napisała:
          >
          > > #Gaba rozkrecila gaz na maksa
          > > z tym ze nie pod przykrywka, bo by wykipialo i zalalo plomien (byloby jes
          > zcze w
          > > eelej)
          > > nie wiem, co dla Musierowicz znaczy "duzy garnek", ale w moim trzylitrowy
          > m woda
          > > sie wygotowala w 40 minut (poczytac poszlam, ocknelam sie na smrodek prz
          > ypalon
          > > ych warzyw)
          > >
          >
          > Gabie się nie przypaliło, Pulpa czuje rosół, nie spaleniznę. Hmm.
          >
          >


          Po namyśle stwierdzam, że na dziewięć sztuk konsumentów trzeba by wiekszego gara.
          • ako17 Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 16:01
            bupu napisała:

            > bupu napisała:
            >
            > > tt-tka napisała:
            > >
            > > > #Gaba rozkrecila gaz na maksa
            > > > z tym ze nie pod przykrywka, bo by wykipialo i zalalo plomien (bylo
            > by jes
            > > zcze w
            > > > eelej)
            > > > nie wiem, co dla Musierowicz znaczy "duzy garnek", ale w moim trzyl
            > itrowy
            > > m woda
            > > > sie wygotowala w 40 minut (poczytac poszlam, ocknelam sie na smrod
            > ek prz
            > > ypalon
            > > > ych warzyw)
            > > >
            > >
            > > Gabie się nie przypaliło, Pulpa czuje rosół, nie spaleniznę. Hmm.
            > >
            > >
            >
            >
            > Po namyśle stwierdzam, że na dziewięć sztuk konsumentów trzeba by wiekszego gar
            > a.
            >

            A! tam już Mareczek był się zalągł! Zapomniałam o nieboraku, dlatego napisałam, że 8 ich tam było. Pogłowia.
          • ako17 Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 16:11
            bupu napisała:


            > > Gabie się nie przypaliło, Pulpa czuje rosół, nie spaleniznę. Hmm.

            Tam się w ogóle lepsze siupy działy, bo przypalono, ostatecznie, omlet.
            Natomiast senior Borejko udawał że kroi pory na surówkę, a Dmuchawiec tarł marchewkę.
            Surówka do omleta? Ja nie mówię, że to absolutnie niemożliwe, ale jakoś mi nie pasuje.
            Może się nie znam.
            • tt-tka Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 17:47
              ako17 napisała:


              > Tam się w ogóle lepsze siupy działy, bo przypalono, ostatecznie, omlet.

              Powaznie ? :)
              no to borejki i przylatancy zostali beu obiadu czy sprokurowanoo cos jeszcze innegonw zastepstwie ?


              > Natomiast senior Borejko udawał że kroi pory na surówkę, a Dmuchawiec tarł marc
              > hewkę.
              > Surówka do omleta? Ja nie mówię, że to absolutnie niemożliwe, ale jakoś mi nie
              > pasuje.


              Owszem, mozna. Tylko por z marchewka zupelnie mi sie nie zgrywa. Tarta marchewka (surowka) moze byc do omleta na slodko, salatka z pora do omleta na pikantnie (z wedlina, grzybkami etc.), ale jedno i drugie ?
              • ako17 Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 18:03
                tt-tka napisała:

                > ako17 napisała:
                >
                >
                > > Tam się w ogóle lepsze siupy działy, bo przypalono, ostatecznie, omlet
                >
                .
                >
                > Powaznie ? :)
                > no to borejki i przylatancy zostali beu obiadu czy sprokurowanoo cos jeszcze in
                > negonw zastepstwie ?

                Tego już nie wiemy

                > > Natomiast senior Borejko udawał że kroi pory na surówkę, a Dmuchawiec tar
                > ł marc
                > > hewkę.
                > > Surówka do omleta? Ja nie mówię, że to absolutnie niemożliwe, ale jakoś m
                > i nie
                > > pasuje.
                >
                >
                > Owszem, mozna. Tylko por z marchewka zupelnie mi sie nie zgrywa. Tarta marchewk
                > a (surowka) moze byc do omleta na slodko, salatka z pora do omleta na pikantnie
                > (z wedlina, grzybkami etc.), ale jedno i drugie ?
                >
                bo może była w planach jeszcze np. kapusta do tej surówki?

                Nie wiem, ja omleta zawsze jem bez surówki. I jak, ogółem, surówki uwielbiam, tak akurat omleta bez. Podobnie jak, np. gołąbki
              • bupu Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 19:48
                tt-tka napisała:

                > ako17 napisała:
                >
                >
                > > Tam się w ogóle lepsze siupy działy, bo przypalono, ostatecznie, omlet
                >
                .
                >
                > Powaznie ? :)
                > no to borejki i przylatancy zostali beu obiadu czy sprokurowanoo cos jeszcze in
                > negonw zastepstwie ?
                >
                >
                > > Natomiast senior Borejko udawał że kroi pory na surówkę, a Dmuchawiec tar
                > ł marc
                > > hewkę.
                > > Surówka do omleta? Ja nie mówię, że to absolutnie niemożliwe, ale jakoś m
                > i nie
                > > pasuje.
                >
                >
                > Owszem, mozna. Tylko por z marchewka zupelnie mi sie nie zgrywa. Tarta marchewk
                > a (surowka) moze byc do omleta na slodko, salatka z pora do omleta na pikantnie
                > (z wedlina, grzybkami etc.), ale jedno i drugie ?

                Dlaczemuz i nie, dorzucić tartego selera, sos śmietanowo majoneziany i surówka jak się patrzy. Ale przebór, nie do omleta!
        • tt-tka Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 17:43
          bupu napisała:


          > Gabie się nie przypaliło, Pulpa czuje rosół, nie spaleniznę. Hmm.
          >
          >

          Bo u mnie sie wygotowalo calkiem, a u gaby czesciowo. Za malo tej wody zostalo na zupe dla dziewieciorga, ale za duzo, zeby sie cos przypalilo.
          • bupu Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 19:46
            tt-tka napisała:

            > bupu napisała:
            >
            >
            > > Gabie się nie przypaliło, Pulpa czuje rosół, nie spaleniznę. Hmm.
            > >
            > >
            >
            > Bo u mnie sie wygotowalo calkiem, a u gaby czesciowo. Za malo tej wody zostalo
            > na zupe dla dziewieciorga, ale za duzo, zeby sie cos przypalilo.

            To się wody dolewa, najlepiej wrzątku z czajnika i ma się wincy zupy. Rosołu z tego nie będzie, ale można rzucić krupą i pyrą i jest krupnik. Też się nazrą.
            • bupu Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 19:55
              bupu napisała:

              > tt-tka napisała:
              >
              > > bupu napisała:
              > >
              > >
              > > > Gabie się nie przypaliło, Pulpa czuje rosół, nie spaleniznę. Hmm.
              > > >
              > > >
              > >
              > > Bo u mnie sie wygotowalo calkiem, a u gaby czesciowo. Za malo tej wody zo
              > stalo
              > > na zupe dla dziewieciorga, ale za duzo, zeby sie cos przypalilo.
              >
              > To się wody dolewa, najlepiej wrzątku z czajnika i ma się wincy zupy. Rosołu z
              > tego nie będzie, ale można rzucić krupą i pyrą i jest krupnik. Też się nazrą.


              Aaaa, poza tym wedle tekstu on się wygotował ze szczętem ten rosół. Więc pytam JAK?
              • mackakisa Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 20:23
                Wychodzi że Imperatywem Autorskim się wygotował. Też tego nie rozumiem, ale skoro tak Musierowicz powiedziała, to widać tak być musi. Zresztą, my tu o rosole, a tam przecież ten snop gerber był ważny i pulpetowe marzenia (żartuję, uwielbiam dywagacje tego forum)
                • ako17 Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 21:15
                  mackakisa napisał(a):

                  > Wychodzi że Imperatywem Autorskim się wygotował. Też tego nie rozumiem, ale sko
                  > ro tak Musierowicz powiedziała, to widać tak być musi. Zresztą, my tu o rosole,
                  > a tam przecież ten snop gerber był ważny i pulpetowe marzenia (żartuję, uwielb
                  > iam dywagacje tego forum)

                  Ale snop gerber się zgadzał (choć mętnie przypominam sobie jakieś dywagacje o tym snopie na forum), zatem nie ma co o nim gadać. My tu się staramy okiem krytycznym wyłapywać różne kąski, na których można smakowicie żerować.
                  No bo jak sobie wyobrażasz wątek na forum o snopie gerber?

                  Tytuł: Snop gerber
                  Post założycielski: Zauważyłam, że w Dzień Kobiet Patrycja otrzymała od kogoś snop gerber. Nie wiedziała od kogo, myślała, że od Baltony i zdradziła się tą myślą przed nim. Okazało się że kwiaty były od Marcelka. Co myślicie?
                  Odpowiedź w wątku (o ile w ogóle jakaś by powstała): Myślę, że Patrycja była rozczarowana, że kwiaty były od Marcelka, a nie od Baltony i było jej głupio, że się z tym zdradziła przed Baltoną.

                  I koniec. O czym tu pisać? Ten akurat wątek, owszem, bardziej znaczący dla historii Pulpy, niż podwójne narodziny, został napisany wiarygodnie i wcale zgrabnie.

                  A jak się trafi jakiś smakowity babol, czy to rzeczywisty (miejsce usytuowania Ruinki się zmienia w zależności od tego kto i skąd do niej jedzie), czy to w sferze psychiczno-emocjonalnej (dzielna Gaba, co ciągle rozpamiętuje i ubolewa, Róża jako Wielka Mądra Matka, nie poświęcająca sekundy uwagi swoim dzieciom, którym cały dotychczasowy świat się rozpadł)/ prawdopodobieństwa psychologicznego postaci (Nutria-rezydent na Cyprze, reakcja rodziny na jej powrót - zwłaszcza ojca, podobno żyjącego czasami antycznymi)/ ogólnie wydarzeń o charakterze życiowym (przeprowadzka Róży do Londynu z dziećmi i całym berechreściem bez żadnego powodu i decyzji, co dalej), to sobie tu roztrząsamy :) Też to uwielbiam :)
                  • mackakisa Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 22:10
                    Nie nie, Ako, ja sobie żartowałam. Że my tu się rozwodzimy nad sprawą rosołu, a pani Musierowicz nie o to chodziło, tylko czytelnicy mieli się skupić na Pulpecji, gerberach i Baltonie i pewnie by ją nasze rozważania zdenerwowały.
                    Ale ja właśnie te wszystkie wątki które tu roztrząsamy uwielbiam, dużo bardziej niż motywy przewodnie konkretnych scen z serii😃
                    • ako17 Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 23:18
                      mackakisa napisał(a):

                      > Nie nie, Ako, ja sobie żartowałam. Że my tu się rozwodzimy nad sprawą rosołu, a
                      > pani Musierowicz nie o to chodziło, tylko czytelnicy mieli się skupić na Pulpe
                      > cji, gerberach i Baltonie i pewnie by ją nasze rozważania zdenerwowały.
                      > Ale ja właśnie te wszystkie wątki które tu roztrząsamy uwielbiam, dużo bardziej
                      > niż motywy przewodnie konkretnych scen z serii😃

                      Jeju, no pewnie że tak!
                      Ja Cię całkowicie rozumiem. Po prostu to forum żyje swoim życiem, Pulpa i gerbery swoim :).
                      Mnie również bawią te forumowe roztrząsania, wyliczania czasu wygotowania się wody w garnku. Po prostu dobrze się tu czuję - możliwe, że dlatego, że w realu cierpię na fobie społeczne i nie znoszę kontaktu w grupach. Wolę pisać, niż mówić i spotykać się twarzą w twarz. A tu, jeszcze, prawie 10 lat po publikacji ostatniej książki, mamy o czym gadać.
                      • mackakisa Re: Historia Jednego Rosołu 17.09.25, 07:11
                        A, to ulżyło mi😃.
                        I oczywiście, tylko się cieszyć że blisko 10 lat po wydaniu ostatniej części, nadal forum daje pole i możliwości rozmowy na różne kwestie. Też je uwielbiam bo nikt nie patrzy na mnie dziwnie, gdy rozmyślam nad detalami (zwykle spożywczymi) z Jeżycjady.
                • kocynder Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 21:35
                  W pierwszym momencie przeczytałam "snop gender" i mnie przystopowało umysłowo.... :D
                  Przy czym o gerberach też by można podyskutować. Bo w sumie czemu, na Zeusa, gerbery? W mowie kwiatów gerbera symbolizuje radość, szczęście, optymizm i wdzięczność, a także podziw, szacunek i czystość intencji. Czy Marcelek tym się kierował? Wątpię. Marcelek się wszak, mniej lub bardziej w Patrycji durzył. O ileż logiczniej wypadłby wybór albo ulubionych kwiatów Pulpy (nie przypominam sobie informacji, żeby to były akurat gerbery - co uzasadniałoby wybór tych właśnie a nie innych kwiatów), albo kwiatów symbolizujących jego dla niej uczucie (Róże - no, ok, róż snop po pierwsze nieco cenowo mało atrakcyjny i do tego niezbyt nadający się do noszenia - vide niedoszłe kwiecie ślubne Larwy, czerwone tulipany - ok, może na nie nie pora, czerwone goździki, piwonie, frezje, astry). Wybór gerber jest... Dziwny. To kwiat bez nadzwyczajnych walorów estetycznych, ładny, ale pozbawiony przepychu, pachnący dość nieznacznie, zapach owszem, dość przyjemny, ale delikatny i ledwo wyczuwalny, do tego obecnie jest po prostu niemodny. Ktoś zna uzasadnienie CZEMU Marcelek wybrał akurat gerbery?
                  • ako17 Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 22:50
                    kocynder napisała:

                    > W pierwszym momencie przeczytałam "snop gender" i mnie przystopowało umysłowo..
                    > .. :D
                    > Przy czym o gerberach też by można podyskutować. Bo w sumie czemu, na Zeusa, ge
                    > rbery? W mowie kwiatów gerbera symbolizuje radość, szczęście, optymizm i wdzięc
                    > zność, a także podziw, szacunek i czystość intencji. Czy Marcelek tym się kiero
                    > wał? Wątpię. Marcelek się wszak, mniej lub bardziej w Patrycji durzył. O ileż l
                    > ogiczniej wypadłby wybór albo ulubionych kwiatów Pulpy (nie przypominam sobie i
                    > nformacji, żeby to były akurat gerbery - co uzasadniałoby wybór tych właśnie a
                    > nie innych kwiatów), albo kwiatów symbolizujących jego dla niej uczucie (Róże -
                    > no, ok, róż snop po pierwsze nieco cenowo mało atrakcyjny i do tego niezbyt na
                    > dający się do noszenia - vide niedoszłe kwiecie ślubne Larwy, czerwone tulipany
                    > - ok, może na nie nie pora, czerwone goździki, piwonie, frezje, astry). Wybór
                    > gerber jest... Dziwny. To kwiat bez nadzwyczajnych walorów estetycznych, ładny,
                    > ale pozbawiony przepychu, pachnący dość nieznacznie, zapach owszem, dość przy
                    > jemny, ale delikatny i ledwo wyczuwalny,


                    do tego obecnie jest po prostu niemodn
                    > y.

                    Obecnie tak, ale w 1992 roku?

                    Ktoś zna uzasadnienie CZEMU Marcelek wybrał akurat gerbery?
                    >

                    Znać to nie znam, ale mogę się domyślać.
                    "- Wiesz, jeśli to był snop gerber - rzekł Baltona, śmiejąc się cicho - to być może przyniósł ci je mój dzisiejszy pracownik, Marcelek. Potrzebowałem paru chłopaków z samochodami, do rozwożenia kwiatów, bośmy z Tomkiem znaleźli znajomka, który ma ogrodnictwo, a w nim wyjątkowo tanie kwiatki. Mogę ci śmiało powiedzieć, że skok udał nam się pierwszorzędnie, a akcja „Dzień Kobiet” zakończyła się pełnym sukcesem finansowym. Nasyciliśmy miasto kwiatami. Najwięcej brały urzędy i zakłady pracy. Kwiatek dla Ewy."

                    Chłopaki z samochodami, biorące udział w tej akcji, w tym Marcel, po prostu brali dla swoich dziewczyn lub wybranek to, co mniej schodziło.

                    Może te gerbery nie były zbyt atrakcyjne - jak piszesz - dla nikogo, a kwiecia było mnogo a mnogo. Bardziej pożądane kwiaty poszły do klientów płacących w pieniądzu. To, co nie rokowało zbytu (nie mówię, że nie zeszło, bo snop dla Pulpy został dostarczony długo przed końcem dnia), zostało wzięte dla dam serca przez jednodniowych współpracowników.

                    Poza tym Marcelek nie został nam przedstawiony jako człowiek z krwi i kości, mało mamy w powieści jego motywacji (poza tym, że Patrycja przypominała mu porcję melby), jak również nie jako człowiek o szczególnych walorach umysłu i ducha. Nie bardzo on potrafił wnikać w rzeczywiste potrzeby Pulpy, po prostu miotał się w więzach swojej żądzy.

                    Trafił mu się snop gerber, na który dotychczas odbiorcy kręcili nosem, zatem zostawiał róże, goździki, tulipany, czy inne frezje.
                    Może uznał, że sama ilość kwiatów będzie na tyle efektowna, że Patrycja nawet nie zwróci uwagi na ich rodzaj - choćby on sam znał ich symbolikę, o co go naprawdę nie podejrzewam.

                    Nie sądzę, by był to jego jakiś celowy wybór. Chłopak dostał pierwszy raz w życiu do dyspozycji ogromną ilość kwiecia, większość rozwiózł w ramach jednodniowej pracy, coś tam zarobił, a nie do końca chciany przez odbiorców snop gerber był bonusem do tego dnia i akurat miał kogoś, komu chciał go podarować.

                    Może gdyby się nie zgodził do Baltony i Tomka na ten dzień jako chłopak z samochodem do rozwożenia kwiatów, to kupiłby Patrycji wiązankę frezji? Ale, że się zgodził, to cały dzień poświęcił pracy, być może z myślą o tym, że wszystko co zarobi, przeznaczy na zaproszenie Patrycji w jakieś ładne miejsce? Te gerbery po prostu mu się trafiły :)
                    • mircja Re: Historia Jednego Rosołu 17.09.25, 02:25
                      ako17 napisała:


                      > Wybór
                      > > gerber jest... Dziwny. To kwiat bez nadzwyczajnych walorów estetycznych,
                      > ładny,
                      > > ale pozbawiony przepychu, pachnący dość nieznacznie, zapach owszem, doś
                      > ć przy
                      > > jemny, ale delikatny i ledwo wyczuwalny,
                      >
                      >
                      > do tego obecnie jest po prostu niemodn
                      > > y.
                      >
                      > Obecnie tak, ale w 1992 roku?
                      >
                      > Ktoś zna uzasadnienie CZEMU Marcelek wybrał akurat gerbery?
                      > >
                      >
                      Staram się przypomnieć sobie jak widziałam gerbery w swoich szkolnych latach (jestem z rocznika Patrycji):
                      eleganckie, dosyć efektowne, bardziej kosztowne niż tanie goździki czy tulipany, trochę oficjalne. W Dzień Kobiet od młodego człowieka który chce wyrazić uczucia bym się spodziewała raczej róż (gdyby go było stać), a od niezamożnego tulipanów lub stokrotek (zwłaszcza na wiosnę). Inne kwiaty raczej wtedy, gdy wiadomo, że dziewczyna którą chcą obdarować szczególnie je lubi. Gerbery były dosyć popularne, ale raczej na inne okazje, przeważnie miały duże kwiaty i były wręczane w wiązankach po kilka sztuk. Snop gerber mógł pokazywać pewną sztywność i nieobycie Marcela, to że nie chciał sięgać po coś wyraźnie tańszego (jak tulipany czy goździki, bądź mała wiązanka kwiatów), ale nie odważył się kupić Patrycji bukietu róż.
    • tt-tka Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 22:02
      zaraz, ogluszylyscie mnie ta woda, ale przeciez tam byla wolowina ! pomijam juz, ze mrozona, bo moze sie juz troche rozmrozila, ale samo miecho wolowe potrzebuje wiecej niz godzine, zeby sie uczciwie ugotowac !

      jak tata gotowal rosol, a gotowal na cztery osoby, ale na dwa dni (nastepnego na bazie rosolu bylo co innego, plus dolewki, czyli samej wody minimum trzy litry), to do garnka wkladal kurczaka albo pol kury i kawal wolowiny, i fure wloszczyzny (a jeszcze przed koncem dokladal nac selera) i to byly dwie godziny niewyjete, a moze i dwie i pol.
      • kocynder Re: Historia Jednego Rosołu 16.09.25, 22:21
        "W dużym garnku stojącym na szafce rozmrażała się wołowina z kością, obok czekała obrana już włoszczyzna."

        Skoro już się rozmrażała - to nie była zamrożona "na kość", ale jednak nadal zamrożona. Jeśli mięso byłoby już de facto miękkie - to nie napisano by "rozmrażała się" wołowina a "w garnku leżała rozmrożona wołowina".

        Właśnie z tym czasem gotowania Bupu rzuciła hasło i większość z nas ma dysonans poznawczy. Jak wykalkulowała Bupu - gar rosołku mógł stać bez nadzoru od pół godziny do 45 minut. Ni czorta nie dłużej, ale raczej i nie krócej. Sztuczna inteligencja zapytana poinformowała mnie, że pięć litrów zimnej wody (założyłam, że Gaba zalała wołowinę zimną wodą, plus jednak kawał zamrożonej padliny też nie podnosi temperatury) zagotowuje się w czasie między 30 a 75 minut. Zagotowuje. Zaczyna wrzeć. Nie wygotowuje do zera. Czyli wychodzi, przy optymistycznym założeniu, że Borejki miały ekstra kuchenkę z ultra silnym ogniem i zagotowanie trwało 30 minut - że ów esencjonalny rosołek wyparował w kwadrans... No to nie wiem czy to jest wykonalne. Przytoczyłam powyżej sytuację osobistą, ze znacznie mniejszą ilością wody i jajkami na twardo. Po gotowaniu wspomnianych przez około godzinę - jajkom to na smak, i owszem, wpłynęło, ale jednak woda nie wygotowała się do zera.
        Inszą kwestią jest, jakim cudem rosołek się wygotował, ale warzywka i mięsko się nie przypaliło? Przypomnę, że Pulpy nie wita woń spalenizny, co winno mieć miejsce, gdyby rosołek się wygotował do stopnia niejadalności pod żadną postacią.
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: Historia Jednego Rosołu 17.09.25, 12:57
      W tej całej historii z poszukiwaniem utraconego rosołu bardziej irytuje mnie fakt, że do rozmrażającej się wołowiny z kością wrzucono warzywa, niech się gotuje. Przecież zanim ta wołowina się dostatecznie ugotuje, to warzywa się rozpadną.
      • bupu Re: Historia Jednego Rosołu 17.09.25, 13:08
        tygrys_dziure_wygryzl napisała:

        > W tej całej historii z poszukiwaniem utraconego rosołu bardziej irytuje mnie fa
        > kt, że do rozmrażającej się wołowiny z kością wrzucono warzywa, niech się gotuj
        > e. Przecież zanim ta wołowina się dostatecznie ugotuje, to warzywa się rozpadną
        > .


        Zgadza się.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka