tygrys_dziure_wygryzl
04.11.25, 15:36
*1
Róża westchnęła i wyjrzała przez okno kuchni na szarą, ruchliwą ulicę Roosevelta oraz coraz to bardziej bezlistne korony drzew Teatralki. Miało być inaczej.
Postawa Fryderyka, który bez mrugnięcia wyjechał do Stanów i zostawił ją z dziećmi w Oxfordzie, nie była niestety niespodzianką. Zawsze dbał przede wszystkim o swoją pracę. Potem były dzieci, a ona – westchnęła z żalem – na końcu.
Ale mama słusznie ją zachęcała do powrotu do Poznania. Co niby tam ma robić? To samo co przez ostatnie lata, tylko gotować jedną porcję mniej?
Tutaj ma ze sobą bliskich, dzieci też na pewno ucieszą się z towarzystwa kuzynów oraz ciotek, wujków, no i przede wszystkim Babi i dziadka Ignacego. Rodzice Fryderyka jakoś wyparowali jej z głowy.
Przede wszystkim jest u siebie! W Oxfordzie nigdy nie czuła się swobodnie. Z językiem radziła sobie nieźle, problem był z całą resztą. Masło nie smakowało jak to naramowickie. Samochody jeździły po lewej stronie. Ludzie byli życzliwi, ale dziwni na jej standardy. Nie mogła się powstrzymywać od porównywania, jak by dziadkowie lub mama zareagowali na mamę koleżanki z klasy Mileny, fryzjerkę Jacquishę z Nigerii albo tęczowowłosą osobę właścicielską księgarni okultystycznej obok sklepu spożywczego.
„Fryzjerka? To o czym wy możecie rozmawiać? Pewnie nawet nie słyszała o Cyceronie…”
„Co to za dziwoląg? No, ale ma po czym się tatuować”
Choć zarówno Jacquisha, Alexxx, i wiele innych osób zagadywało do niej wesoło, Pyza odtrącała je, bojąc się, by rodzina nie skrytykowała jej za to towarzystwo. Zdaje się, że rodziny profesorów filologii klasycznej mieszkały na drugim końcu miasta, i nigdy nie udało jej się ich spotkać.
Podobnie było z pracą. Miała chęć zapisać się na jakiś kurs – może pieczenie tortów na zamówienie, albo pomoc w żłobku – początkowy zapał jednak stygł, gdy znów myślała o reakcji Roosevelta 5…
„Pyzuniu, zajmowanie się dziećmi to szlachetne zajęcie ale… więcej się po tobie spodziewałam”
„Z taką biblioteką i oczytaniem chcesz piec ciasta dla Anglików?”
„Przecież Milena i Karolek są jeszcze mali, a ty chcesz ich zostawić?”
Fryderyk wcale jej nie pomagał, bo gdy odważyła się napomknąć temat dokształcania, spoglądał tylko na nią nieprzytomnie znad komputera i mówił banały typu:
- Jeśli ten kurs ci się podoba, wydrukuj dokumenty i zapisz się.
Albo:
- Czemu nie, to niezły pomysł.
Lub:
- Brzmi ciekawie, daj znać jak ci idzie.
Tymczasem ona chciała, by on sam zebrał papiery, zadzwonił gdzie trzeba, ustalił szczegóły, i odstawił ją pod drzwi. Ponieważ nie umiała go o to poprosić, a sama zdobyć się na to nie mogła, tkwiła w domu, coraz bardziej pochłonięta dzidziusiami swoimi, okolicznymi, znajomymi, oraz fikcyjnymi.