Dodaj do ulubionych

Słoneczko Jeżyc - FANFIK

04.11.25, 15:36
*1
Róża westchnęła i wyjrzała przez okno kuchni na szarą, ruchliwą ulicę Roosevelta oraz coraz to bardziej bezlistne korony drzew Teatralki. Miało być inaczej.
Postawa Fryderyka, który bez mrugnięcia wyjechał do Stanów i zostawił ją z dziećmi w Oxfordzie, nie była niestety niespodzianką. Zawsze dbał przede wszystkim o swoją pracę. Potem były dzieci, a ona – westchnęła z żalem – na końcu.
Ale mama słusznie ją zachęcała do powrotu do Poznania. Co niby tam ma robić? To samo co przez ostatnie lata, tylko gotować jedną porcję mniej?
Tutaj ma ze sobą bliskich, dzieci też na pewno ucieszą się z towarzystwa kuzynów oraz ciotek, wujków, no i przede wszystkim Babi i dziadka Ignacego. Rodzice Fryderyka jakoś wyparowali jej z głowy.
Przede wszystkim jest u siebie! W Oxfordzie nigdy nie czuła się swobodnie. Z językiem radziła sobie nieźle, problem był z całą resztą. Masło nie smakowało jak to naramowickie. Samochody jeździły po lewej stronie. Ludzie byli życzliwi, ale dziwni na jej standardy. Nie mogła się powstrzymywać od porównywania, jak by dziadkowie lub mama zareagowali na mamę koleżanki z klasy Mileny, fryzjerkę Jacquishę z Nigerii albo tęczowowłosą osobę właścicielską księgarni okultystycznej obok sklepu spożywczego.
„Fryzjerka? To o czym wy możecie rozmawiać? Pewnie nawet nie słyszała o Cyceronie…”
„Co to za dziwoląg? No, ale ma po czym się tatuować”
Choć zarówno Jacquisha, Alexxx, i wiele innych osób zagadywało do niej wesoło, Pyza odtrącała je, bojąc się, by rodzina nie skrytykowała jej za to towarzystwo. Zdaje się, że rodziny profesorów filologii klasycznej mieszkały na drugim końcu miasta, i nigdy nie udało jej się ich spotkać.
Podobnie było z pracą. Miała chęć zapisać się na jakiś kurs – może pieczenie tortów na zamówienie, albo pomoc w żłobku – początkowy zapał jednak stygł, gdy znów myślała o reakcji Roosevelta 5…
„Pyzuniu, zajmowanie się dziećmi to szlachetne zajęcie ale… więcej się po tobie spodziewałam”
„Z taką biblioteką i oczytaniem chcesz piec ciasta dla Anglików?”
„Przecież Milena i Karolek są jeszcze mali, a ty chcesz ich zostawić?”
Fryderyk wcale jej nie pomagał, bo gdy odważyła się napomknąć temat dokształcania, spoglądał tylko na nią nieprzytomnie znad komputera i mówił banały typu:
- Jeśli ten kurs ci się podoba, wydrukuj dokumenty i zapisz się.
Albo:
- Czemu nie, to niezły pomysł.
Lub:
- Brzmi ciekawie, daj znać jak ci idzie.
Tymczasem ona chciała, by on sam zebrał papiery, zadzwonił gdzie trzeba, ustalił szczegóły, i odstawił ją pod drzwi. Ponieważ nie umiała go o to poprosić, a sama zdobyć się na to nie mogła, tkwiła w domu, coraz bardziej pochłonięta dzidziusiami swoimi, okolicznymi, znajomymi, oraz fikcyjnymi.
Obserwuj wątek
    • tygrys_dziure_wygryzl Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 15:36
      *2
      - Mum, what is this bloody “o z kreską”? – zajęczał Karolek, garbiąc się nad zeszytem.
      Wyrwana z zamyślenia Róża popatrzyła z zaskoczeniem na syna. Siedział przy tym wielkim, wyszorowanym do białości stole, i męczył się nad zadaniem z polskiego. Dość niejasno przypomniała sobie, że od miesiąca chodzi do pobliskiej podstawówki. Chyba nie radził sobie najlepiej z lekcjami, coś jej świtało, że nie czuł się częścią klasy… Och, to minie, ona też nie do końca ogarniała liceum, a koleżanek nigdy nie miała. Ta dzisiejsza młodzież… lepiej żeby po lekcjach siedział tutaj z rodziną, a nie włóczył się po boiskach czy krzakach z ludźmi, którzy nie potrafią zaakcentować „intellegere”. Ech, uwielbiała niemowlęta, ale starsze dzieci były dla niej niepojęte. Gdyby Mila i Karolek na zawsze byli dzidziusiami, jakże by była wtedy szczęśliwa!
      - O z kreską to jest… piszesz „o” i dodajesz tu kreskę. I wtedy to jest „ó”.
      Karolek zamruczał kolejne brzydkie słowo, ale zanim zdążyła zareagować, ktoś zapukał.
      Musiał to być ktoś obcy, bo wszyscy znajomi wiedzieli, że drzwi do gościnnego mieszkania Borejków zawsze stoją otworem. Wprawdzie Agnieszka zarządziła zamykanie ich, ale ponieważ wyjechała z Ignasiem i małą Norą na Podkarpacie, by młody Stryba mógł nakręcić fascynujące filmy o drewnianej architekturze sakralnej tego rejonu, wszystko wróciło na stare tory. Tak jak powinno być. Róża poważnie podchodziła do swojej roli opiekuna tradycji.
      Na progu stał postawny, ciemnowłosy mężczyzna w eleganckim płaszczu. Serce Róży zadrżało, gdy spojrzeli sobie w oczy.
      - Dzień dobry, czy mogę o coś spytać?
      - Tak… zapraszam… - zaszemrała Róża i zaprosiła nieznajomego do środka. – Może herbatki?
      - Bardzo chętnie. Dzień dobry!
      Zagadnięty Karolek burknął coś pod nosem i umknął z kuchni, korzystając z okazji, że matka zajęła się szykowaniem herbaty.
      - Jaka pani miła! – rozpromienił się nieznajomy. – Pani pozwoli, że się przedstawię, nazywam się Jakub Lewandowski. Wróciłem po latach do Poznania, chciałem odwiedzić rodzinne strony… Wie pani, dawno temu w tej kamienicy mieszkali moi dziadkowie. Od zawsze przychodziłem tu z rodzicami na niedzielne odmiany… Nadal czuję zapach ciasta drożdżowego i klusek ziemniaczanych mojej babci!
      Róża, która po podaniu herbaty usiadła na stole i wpatrzyła się w gościa jak urzeczona, nagle się otrząsnęła.
      - Pan jest wnukiem państwa Lewandowskich? Pamiętam ich… Dziś w tej suterenie mieszka moja ciotka z rodziną.
      - Nie, proszę nie mówić o tym, co jest teraz – przerwał jej smutno. – Chciałbym się skupić na tym, jak tu było kiedyś.
      Tak dobrze im się gadało, że dopiero powrót Mileny ze szkoły oderwał ich od siebie.
      - To już wpół do trzeciej? – Róża zerwała się z krzesła. Poczuła, jak ją mdli ze stresu: obiad niegotowy, ciasto nie upieczone, łazienka nie sprzątnięta… zawiodła.
      - Rzeczywiście! – zakrzyknął zdumiony pan Lewandowski, wstając. – Ależ się zasiedziałem. Wybaczy mi pani, pani…
      - Róża Shoppe – odparła nieśmiało. – Milenko, idź się przebierz, masz całe buty w błocie.
      Pan Lewandowski przyglądał się badawczo stołowi.
      - Co za piękny mebel! Dziś się takich nie robi. I dziś się tak o nie nie dba – potrząsnął głową. – Jestem pani niezmiernie wdzięczny za ten czas. Mam prośbę: proszę nie mówić nikomu, że tu przyszedłem. Pani rozumie… wolę się nie wdawać w szczegóły, ale ufam pani dyskrecji.
      Te błękitne oczy przeszywały ją na wskroś.
      - Oczywiście, zachowam pana wizytę tylko dla siebie… - wyszeptała potulnie.
      - Dziękuję, pani Różo.
      Ucałował jej dłoń i zniknął jak piękny sen.
      Milena weszła do kuchni, domagając się obiadu, ale matka nie słyszała jej, bo z płonącymi policzkami patrzyła przez okno i co chwila wzdychała.
      • tygrys_dziure_wygryzl Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 15:37
        *3
        Od rana czuła, że dziś też go zobaczy. Pospiesznie wyprawiła dzieci do szkoły, po czym upiekła sernik, umyła włosy, i przypudrowała nos.
        Chodziła jak we śnie od okna do okna, aż wreszcie usłyszała pukanie.
        - To pan? – zdziwiła się, zapraszając go do środka.
        - Najmocniej przepraszam że panią nachodzę, ale nasza wczorajsza pogawędka wzbudziła tyle wspomnień, że po prostu musiałem tu przyjść i się z nimi podzielić.
        I znów kilka godzin minęło w mgnieniu oka. Pan Lewandowski (obecnie: pan Kuba) okazał się przemiłym towarzyszem: zachwycał się jej ciastem, wspominał dawne dzieje i z zainteresowaniem wysłuchiwał opowieści Róży. Musiał się znać na architekturze, bo komentował fachowo detale mieszkania i kamienicy. Rozmowa sama się toczyła, pełna wybuchów śmiechu, fascynujących ciekawostek i wzruszających wspomnień.
        *
        Codzienne odwiedziny pana Kuby stały się już normą. Nikt o nich nie wiedział, bo spotykali się tylko w czasie, gdy dzieci były w szkole. Co za szczęście, że Agnieszka i Ignaś wyjechali, a cała reszta rodziny siedziała u Pulpy i pomagała z przetworami!
        Oprócz architektury i historii, pan Kuba sporo wiedział także o stolarstwie. Opowiadał o renowacji starych mebli, zabytkach napotkanych w muzeach i prywatnych domach. Pokazał nawet Róży, że od tego modelu kuchennego stołu (popularnego w Niemczech przed drugą wojną) można odkręcać nogi, by łatwiej go przenieść. Śmiali się potem do rozpuku, gdy Róża szukała po całym domu narzędzi, a w końcu pobiegła do pani Dąbek-Nowackiej, bo nie znalazła dłuta. Ale na szczęście na stole nie pozostał nawet ślad.
        Skąd o tym wiedział? Czy się tym zajmował zawodowo? Róża nie wiedziała, bo nie pytała. A czemu nie pytała? Bo miała to gdzieś. Wiedziała tylko, że ten człowiek chce z nią spędzać czas, i tylko to się dla niej liczyło.
        Ale pod koniec listopada wszystko się popsuło. Tego dnia pan Kuba był jakiś osowiały. Na pytanie Róży odparł, że niedługo musi wyjechać, bo obowiązki zawodowe wzywają go do Suwałk.
        - To strasznie daleko – pisnęła wreszcie Róża, czując jak zbiera jej się na płacz. – A czy… czy będzie pan jeszcze w Poznaniu?
        - Nie wiem. Moja praca jest bardzo nieprzewidywalna. Będzie mi bardzo brakowało naszych spotkań – zasłonił twarz dłońmi.
        Róża zaczęła myśleć szybko jak nigdy. Boże, gdyby tylko on tu mógł zostać! Po prostu przyjaciel, który wpadnie na herbatę, porozmawia z nią… czy to tak dużo? Co by tu zrobić, by z nią został? Ta przestrzeń, którą po sobie zostawi, będzie zbyt pusta, by mogła się z nią pogodzić.
        Jak najlepiej przywiązać do siebie mężczyznę? Wiadomo, dzidziusiem!
        Zaprosiła tedy pana Kubę do swego pokoju. Przeprosiła za bałagan (materace piankowe plus śpiwory na podłodze, napoczęte kartony z odzieżą) i usiadła na swoim rozgrzebanym łóżku. Ponieważ myśli jej krążyły dokoła dzidziusia, na jej twarzy widniał rozmarzony uśmiech, a na policzki wystąpiły malinowe wypieki. Pan Kuba popatrzył na nią z zachwytem. On też na pewno myślał o dzidziusiu, bo niby po co zaczął ją całować.
        By czas szybciej zleciał, zaczęła recytować w głowie Słowackiego. Wreszcie pan Kuba wstał i zaczął się ubierać.
        - I jak? – rozpromieniła się Róża, nieomal czując pierwsze kopnięcie. – Czekamy na dzidziusia, tak?
        Pan Kuba podniósł brwi.
        - Ale o czym ty mówisz? Jestem po wazektomii.
        Róża miała wrażenie, że ktoś ją oblał kubłem lodowatej wody.
        - Słu… cham?
        - Wazektomia. Jestem bezpłodny. Spokojnie, nie martw się.
        - To… to co? To znaczy, że nie będzie… nie będzie dzidziusia?
        - Ze mną raczej nie – mruknął pan Kuba, rozglądając się za drugą skarpetką.
        Krew uderzyła Róży do głowy, a serce biło tak głośno, że nie słyszała nic poza nim, nawet swoich zwykłych ograniczeń.
        - Ty łotrze! – wrzasnęła, zrywając się na nogi. – Jak mogłeś mnie tak oszukać! Nie możesz mi dać dzidziusia, to po co było to wszystko? Po co udawałeś, że się mną interesujesz? Wynoś się stąd! Nie wracaj więcej!
        Podniosła z łóżka jego marynarkę i cisnęła mu ją w twarz. Dodała kopniaka. Drugiego. A potem włożyła sobie palce do pochwy, wygarnęła nieco spermy i przywaliła mu tą dłonią w twarz.
        - Nie potrzebuję od ciebie niczego! Oszuście! Kłamco! Co z ciebie za mężczyzna!
        - Czyś ty zwariowała?! - ryknął pan Kuba. – Nic ci nie obiecywałem! Co ty sobie wymyśliłaś?! Jasna cholera, żal mi go!
        - Mój dzidziuuuś! – zawodziła Róża. – Miałeś mi dać dzidziuuusiaaa!
        Mężczyzna uniósł do góry ramiona w geście poddania się. Wytarł twarz jaśkiem, szybko założył buty, i po chwili drzwi wejściowe trzasnęły. Róża tymczasem szlochała na kołdrze przepojonej ohydnym zapachem męskich perfum i męskich kłamstw.
        • tygrys_dziure_wygryzl Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 15:37
          *4
          Grudniowe popołudnie było mroczne i niezachęcające. Wicher dął po ponurej ulicy Roosevelta, okrutnie siekając przechodniów lodowatymi biczami smogu. Tymczasem okna mieszkania kamienicy nr 5 były rzęsiście oświetlone, a gdyby ktoś zajrzał do środka, pokrzepiłby się ciepłym, miłym widokiem. Cała rodzina zebrała się na uroczysty obiad. Ignaś z Agnieszką i malutką Norą wrócili do domu, z tej okazji więc familia zjechała gromadnie powitać w progach jedynego słusznego domu swoje pierwsze prawnuczę.
          Wyszorowany do białości, gigantyczny stół w kuchni wręcz uginał się od rozmaitych przysmaków. Szczęśliwa, wielka rodzina zasiadła po wielu ceremoniach i rozlano wonny barszczyk. Róża siedziała w kącie, zaraz przy rozgrzanym na maksa piekarniku, by móc szybko obsługiwać biesiadników. Sama apetytu nie miała. Może to oznaka wczesnej ciąży? Przeczytała w internecie, ze według skali Pearla (po co to komu w ogóle?) wskaźnik dla wazektomii wynosił ponad 99 procent, czyli jakaś malutka szansa jest… Chlipnęła w garść i sięgnęła po kompot, by nikt nie widział, jak cierpi.
          Obiad przebiegał w szampańskiej atmosferze, ściany starej kuchni aż dudniły od śmiechów i łacińskich cytatów, a także od krzyków małej Nory, którą przebudziły te hałasy.
          - Jedz, ja się nią zajmę – powiedziała Róża Agnieszce, i popędziła do pokoju. Prześliczna dziewczynka prędko ucichła w fachowym uścisku ciotki. Róża nie miała ochoty jej odkładać i wracać do kuchni. Ale może ktoś będzie chciał dokładkę, a poza tym zaraz trzeba wyjąć pieczeń, więc nie ma wyboru.
          - Różo! Różo! Gdzie jesteś, nasze słoneczko! – dobiegły ją wołania.
          Gdy tylko wróciła, skierowały się do niej uśmiechnięte twarze i przyjazne słowa.
          - O, i jest nasze Słoneczko Jeżyc!
          - Pyzuniu, dolej mi barszczu, dobrze?
          - Różo, sprawdź mięso, czy już zarumienione.
          - Nastawisz wody?
          Jak miło być lubianą, być potrzebną!
          Nikt nie usłyszał, że drzwi wejściowe otworzyły się, a do wnętrza padł cień czterech postaci.
          Róża akurat stała przy kuchence, włączając gaz pod czajnikiem z obtłuczoną emalią, i struchlała. Na progu kuchni stał pan Kuba oraz trzy obce postaci – dwie kobiety i mężczyzna.
          - Witam – powiedział donośnie pan Kuba, nie patrząc na Różę.
          - Powinien pan powiedzieć: dzień dobry, albo „salve”, albo こんにちは – pouczyła go Łusia. – W tym domu tak się witamy.
          - To bardzo ciekawe – odparł pan Kuba. – A wie pani, jak się pożegnamy? „Do widzenia”, albo „vale”, albo さようなら.
          Zanim Łusia zdążyła go zamordować, odezwała się jedna z przybyłych.
          - Dzień dobry państwu, nazywam się Aleksandra Marzec, prawnik. Reprezentuję tutaj obecnego pana Jakuba Lewandowskiego (znaczące uniesienie brwi). Jest też z nami pani Halina Sowińska z Urzędu Miasta Poznań (skinięcie głową), oraz pan Zbigniew Gołąb ze spółdzielni mieszkaniowej „Kamienice Roosevelta” (poruszenie bujnym wąsem).
          - Może herbatki? – uśmiechnęła się ciepło Gabrysia spod dzielnej grzywki.
          - Nie, dziękuję – odparł pan Kuba.
          - Ale zaraz… Jakub Lewandowski… czy pan nie jest spokrewniony z Lewandowskimi, którzy tu mieszkali kiedyś w suterenie? Pani Marta i pan Franciszek – przypomniała sobie Gabrysia. Ida wytrzeszczyła oczy.
          - Tak, jestem ich wnukiem, synem Marioli i Wojciecha.
          Wszczęło się lekkie poruszenie, raczej pozytywne. Tylko Róża skamieniała i chciała się schować w brytfannie na miejscu schabu ze śliwką. Babi natomiast otworzyła szeroko oczy, a twarz miała białą jak obrus (w miejscach nie poplamionych barszczykiem).
          - Państwo wybaczą że przeszkadzamy, ale sprawa jest bardzo pilna – wtrąciła prawniczka. – Po konsultacji z urzędem oraz spółdzielnią, w świetle najnowszych dowodów, utracili państwo w trybie natychmiastowym prawo do niniejszego mieszkania, Roosevelta 5/2.
          Wszyscy biesiadnicy pootwierali usta.
          - Dzięki pani uprzejmej pomocy, pani Shoppe – pan Kuba skłonił się szarmancko Róży – odzyskałem dokumenty świadczące o tym, iż mieszkanie należy do spadkobierców prawowitej właścicielki. Czyli pani Marty Lewandowskiej, z domu Trak.
          *5
          Ciszę przerwał wściekły krzyk Babi:
          - To mnie się to należało! Mnie! Wszystko dla mnie!
          - Ależ, Milu, serce moje… - wydukał dziadek Borejko. Łyknął na raz całą filiżankę Liptona z cytryną, i nieco pokrzepiony, wytarł czoło chusteczką. – Trak… Trak… Coś mi to przypomina… Czy to nie było nazwisko jakiejś pomywaczki, która pracowała dla twoich rodziców?
          - Kazimierz Trak ożenił się z Gizelą, nie pamiętasz? – warknęła Babi. – Zaraz po naszym ślubie. Po jego śmierci mieszkanie przypadło Gizeli, a ona zamieniła się z nami na to w Winogradach!
          - A… rzeczywiście, teraz sobie przypominam tego pana… Imię mało klasyczne, jednakowoż non omnia possumus omnes…
          - Tak naprawdę miał na nazwisko von Track, cała ta kamienica należała do nich przed wojną, ale rozparcelowano ją i zostawiono im tylko to mieszkanie. A teraz ono należy do nas!
          - Prawo stanowi inaczej, proszę pani – odparła z godnością prawniczka, doświadczona w podobnych konfliktach. Wszyscy pozostali patrzyli w osłupieniu na drobniutką, kruchą staruszkę, której błękitne oczy wręcz miotały iskry, a zęby zgrzytały. Kok rozluźnił się, a siwe włosy rozsypały się dokoła twarzy, tak że wyglądała niczym Makbetowa wiedźma złorzecząca nad kotłem.
          - Ten stary zostawił dokumenty… jego siostra, Marta von Track, wyszła za mąż za jakiegoś, pfff, robola, i wyjechała z nim na Śląsk. Wrócili do Poznania już po śmierci starego Traka, myślała, że coś jej się należy, ale nie ze mną te numery! – maleńka dłoń wykręcona reumatyzmem z nadzwyczajną siłą walnęła o blat stołu, aż sztućce zadzwoniły. – Zapowiedziałam Gizeli, że ma wykurzyć starą do sutereny i zapisać mi mieszkanie, bo pożałuje… Tyle lat te dokumenty były bezpieczne w skrytce w stole! Coś ty narobiła, ty córko Pyziaka?! – wrzasnęła Babi, opryskując śliną najbliższych sąsiadów.
          Zszokowani biesiadnicy popatrywali po sobie niepewnie.
          - Mamy wszystkie potrzebne dokumenty – prawniczka pokazała wypchaną teczkę. – Zarządzono eksmisję w trybie natychmiastowym. Akurat przechodziliśmy z tragarzami…
          Zza pleców czwórki jeźdźców apokalipsy wyrosła gromadka dorodnych osiłków o rysach twarzy zgoła nie klasycznych.
          - Macie państwo dwie godziny na spakowanie osobistych rzeczy i opuszczenie lokalu. Wszelkie kwestie dotyczące rozliczeń za czynsz, rachunki, i tym podobne, proszę załatwiać przeze mnie.
          Pierwsza wybudziła się Gabriela.
          - Pypypyziak! A myślałam, że w Róży nie ma z niego nic! Tymczasem… - zakryła twarz serwetką i zaczęła łkać.
          - To dopiero narobiłaś, Pyza!
          - Co? Nie do wiary! Kto by się tego spodziewał po Pyzie!
          - Dies irae!
          Zza stołu podnieśli się Pulpa i Florek. Próbowali niepostrzeżenie wyjść z kuchni, wykorzystując zamieszanie, ale w progu zatrzymały ich wyrośnięte byczki.
          - Proszę pokazać torebkę. Nic tam pani nie schowała? Żadnej łyżeczki? A za dekolt? Tam to pewnie pół serwisu mogła pani skitrać. He, he.
          - Co za bezczelność! – oburzyła się Pulpecja.
          - A wy dokąd? – zainteresowała się Ida.
          - Musimy lecieć, koń nam się szczeni, a zresztą mamy awarię dachu, grzanie się zawaliło w domku gościnnym, nie możemy nikogo przenocować. Ale możecie wpaść po rzeczy. Paaa! – Pulpa wyszarpnęła torebkę z rąk jednego z młodzieńców i wraz z Florkiem wybiegli z mieszkania.
          - Została państwu godzina i pięćdziesiąt pięć minut – poinformował uprzejmie pan Jakub. – Pani Shoppe, pozwoli pani na moment?
          Róża jak zahipnotyzowana podążyła za tym wstrętnym, obrzydliwym kłamcą. Ale taki już miała zwyczaj, że nie potrafiła odmówić.
          Weszli do niegdysiejszego zielonego pokoju. Pan Kuba sięgnął pewną dłonią po drabinę przygotowaną za drzwiami i wystawił ją przez balkon. Aluminiowe stopnie zaskrzypiały, po czym na balkon niezgrabnie wgramolił się wysoki, łysiejący blondyn. Wzdychając, poprawił sobie kciukiem zjeżdżające z nosa okulary.
          - Dzięki za pomoc, Kuba. To co, Różo, wracamy do Oxfordu? Bo ja już naprawdę nie wiem, co robić, żeby odciąć ci tę pępowinę.
          KONIEC
          • ako17 Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 16:01
            tygrys_dziure_wygryzl napisała:

            Zaniemówiłam.
            • tt-tka Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 16:30
              A ja przeciwnie, nie moge przestac wrzeszczec YES, YES, YES !!!
              • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 19:06
                tt-tka napisała:

                > A ja przeciwnie, nie moge przestac wrzeszczec YES, YES, YES !!!
                >

                A ja się turlam🤣.
                Choć spodziewałam się, że Kubuś okaże się raczej złodziejem, który po prostu wykorzystuje jedną z wersji metody na wnuczka (grupa docelowa: jednostki pyzate).
        • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 20:52
          tygrys_dziure_wygryzl napisała:

          > (...)
          > - Ty łotrze! – wrzasnęła, zrywając się na nogi. – Jak mogłeś mnie tak oszukać!
          > Nie możesz mi dać dzidziusia, to po co było to wszystko? Po co udawałeś, że się
          > mną interesujesz? Wynoś się stąd! Nie wracaj więcej!
          > Podniosła z łóżka jego marynarkę i cisnęła mu ją w twarz. Dodała kopniaka. Drug
          > iego. A potem włożyła sobie palce do pochwy, wygarnęła nieco spermy i przywalił
          > a mu tą dłonią w twarz.
          > - Nie potrzebuję od ciebie niczego! Oszuście! Kłamco! Co z ciebie za mężczyzna!
          >
          > - Czyś ty zwariowała?! - ryknął pan Kuba. – Nic ci nie obiecywałem! Co ty sobi
          > e wymyśliłaś?! Jasna cholera, żal mi go!
          > - Mój dzidziuuuś! – zawodziła Róża. – Miałeś mi dać dzidziuuusiaaa!
          > Mężczyzna uniósł do góry ramiona w geście poddania się. Wytarł twarz jaśkiem, s
          > zybko założył buty, i po chwili drzwi wejściowe trzasnęły. Róża tymczasem szloc
          > hała na kołdrze przepojonej ohydnym zapachem męskich perfum i męskich kłamstw.

          Hardkorowe, ale bardzo w stylu Róży. To jest naiwność i odklejenie dokładnie na jej poziomie. Jakiś chłop się wokół niej kręci, nie wiadomo dokładnie dlaczego, ale przy tym idealnie wpasowuje się swoim zachowaniem w jej potrzeby. To sobie nieboga dopowiedziała wszystko, co chciała i stworzyła nierealną wizję spod znaku cementującego dzidziusia. A potem szok i niedowierzanie, że jednak nie o to facetowi chodziło.
          Nic dziwnego, że Fryc w emocjach zarzucił jej zastawienie pułapki. Pyza wprawdzie nie złapała go na dziecko z premedytacją, ale jej ogólne podejście do tych spraw stwarza wrażenie, że byłaby do tego zdolna, w swojej naiwności.
          • ako17 Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 21:53
            tajna_kryjowka_pyziaka napisała:

            > tygrys_dziure_wygryzl napisała:
            >
            > > (...)
            > > - Ty łotrze! – wrzasnęła, zrywając się na nogi. – Jak mogłeś mnie tak osz
            > ukać!
            > > Nie możesz mi dać dzidziusia, to po co było to wszystko? Po co udawałeś,
            > że się
            > > mną interesujesz? Wynoś się stąd! Nie wracaj więcej!
            > > Podniosła z łóżka jego marynarkę i cisnęła mu ją w twarz. Dodała kopniaka
            > . Drug
            > > iego. A potem włożyła sobie palce do pochwy, wygarnęła nieco spermy i prz
            > ywalił
            > > a mu tą dłonią w twarz.

            >
            > Hardkorowe, ale bardzo w stylu Róży.

            Ależ skąd??? W życiu by Róża nie zachowała się w ten sposób!!!

            > Nic dziwnego, że Fryc w emocjach zarzucił jej zastawienie pułapki. Pyza wprawdz
            > ie nie złapała go na dziecko z premedytacją, ale jej ogólne podejście do tych s
            > praw stwarza wrażenie, że byłaby do tego zdolna, w swojej naiwności.

            W naiwności, w wierze, że Fryderyk chce tego samego co ona (bo wszyscy wszak tak chcą, na całym świecie), nie rozumiejąc, czego Fryderyk tak naprawdę chce od życia i od niej - tak.

            Mogłaby, ostatecznie, pomyśleć, że skoro mąż ją wystawił po kilkunastu wspólnych latach (wciąż nie wiemy, jak to było, tak naprawdę), trafia jej się kolejny zauroczony i będą razem na wieki, mając dzidziusia w perspektywie. Ale nie ma mowy, by się zachowała w tej sytuacji jak opisano!
            Odrzuciłaby dumnie głowę, będąc wszak Matką, i mając pod opieką świeżo upieczone* niemowlę, żadne takie gesty nigdy nie stałyby się jej udziałem!

            * hehe
        • mackakisa Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 05.11.25, 09:32
          tygrys_dziure_wygryzl napisała:

          > - Mój dzidziuuuś! – zawodziła Róża. – Miałeś mi dać dzidziuuusiaaa!
          > Mężczyzna uniósł do góry ramiona w geście poddania się. Wytarł twarz jaśkiem, s
          > zybko założył buty, i po chwili drzwi wejściowe trzasnęły. Róża tymczasem szloc
          > hała na kołdrze przepojonej ohydnym zapachem męskich perfum i męskich kłamstw.

          Jeżu kolczasty… Tygrysie, ten fragment sprawia że mam dreszcze. Tak dobrze ukazuje krótkowzroczność Pyzy, jej zawężony sposób myślenia, jej sposób postrzegania faceta przez pryzmat dawcy materiału genetycznego. Z jednej strony napisane fest, a z drugiej aż straszne i takie bardzo pyzowe… bez refleksji.
    • bupu Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 17:59
      tygrys_dziure_wygryzl napisała:

      <Fantastyczny ficzek napisała>

      Buahahahahahahaha 🤣🤣🤣
    • subskrybcja Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 20:53
      Haha "miałem wazektomię" - dobre, tego sie nie spodziewałam.
      Napisz jeszcze cos więcej o dzieciach o Milenie i Karolku, ale coś w stylu, ze niewdzięczne, bo wolały mieszkać w Oxfordzie i w Polsce zbytnio im sie nie podoba, a u dziadków bywało fajnie, ale tylko w wakacje przez dwa tygodnie, a nie na co dzień. I coś, ze dzieci tęsknią za swoim starym domem i anglojęzycznymi kolegami a i tutaj na Rosvelta porozumiewają się po angoelsku kiedy starsi państwo nie słyszą.
      • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 04.11.25, 21:02
        subskrybcja napisała:

        > Haha "miałem wazektomię" - dobre, tego sie nie spodziewałam.
        > Napisz jeszcze cos więcej o dzieciach o Milenie i Karolku, ale coś w stylu, ze
        > niewdzięczne, bo wolały mieszkać w Oxfordzie i w Polsce zbytnio im sie nie podo
        > ba, a u dziadków bywało fajnie, ale tylko w wakacje przez dwa tygodnie, a nie n
        > a co dzień. I coś, ze dzieci tęsknią za swoim starym domem i anglojęzycznymi ko
        > legami a i tutaj na Rosvelta porozumiewają się po angoelsku kiedy starsi państw
        > o nie słyszą.

        W czasie, kiedy to się dzieje, dziadygi już nie mieszkają na Roosevelta, ale małe Schoppy równie dobrze mogą być do nich nagminnie wożone. Pod pretekstem kultywowania rodzinnych więzi, obcowania z "kulturą", lepszego towarzystwa niż plebejscy szkolni koledzy, itd. Dla Borejków każdy pretekst dobry, żeby siedzieć na kupie.
        • subskrybcja Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 05.11.25, 11:05
          tajna_kryjowka_pyziaka napisała:


          > W czasie, kiedy to się dzieje, dziadygi już nie mieszkają na Roosevelta, ale ma
          > łe Schoppy równie dobrze mogą być do nich nagminnie wożone. Pod pretekstem kult
          > ywowania rodzinnych więzi, obcowania z "kulturą", lepszego towarzystwa niż pleb
          > ejscy szkolni koledzy, itd. Dla Borejków każdy pretekst dobry, żeby siedzieć na
          > kupie.

          Na pewno są wożone, a już na pweno w każdy weekend. wiadomo, innych dziadków nie mają (bo dziadek Schoppe został przezornie usmiercony). Ci będą tak sami siedzieć na Roosvelta?
          A u Patrycju u Florka jest miejsce dla kolejnych i kolejnych członków rodziny. Oni musza być naprawde bardzo bogaci, wykarmić wszystkich i utrzymać, przeciez oni sie wszyscy kąpią, myja głowy, zurzywają prąd i opał.
          • bupu Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 05.11.25, 11:56
            subskrybcja napisała:

            > zurzywają prąd i opał.

            łapie się za serce

            ZuŻywają!
            • subskrybcja Re: Słoneczko Jeżyc - FANFIK 05.11.25, 15:20
              bupu napisała:

              > subskrybcja napisała:
              >
              > > zurzywają prąd i opał.
              >
              > łapie się za serce
              >
              > ZuŻywają!
              >
              >
              No zużywaja.
              W każdym razie, jakos sie to potem nie klei. Ogólnie dla mnie Jeżycjada skończyła się na Tygrysie i Róży.
              Może jeszcze Żaba mi się podobała i krytykowana Czarna polewka. A JUż od Sprężyny zjazd - tamte tomy czytałam po razie i już mało co pamiętam, a pierwsze znam na pamięć.

              Język Trolli - smutny i bez sensu się czyta o problemach miłosnych 9 latka.
              a znowu wnuczka do Orzechów - Dorota jakiś geniusz, pomnik powinna mieć - słabo się czyta ten tom.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka