Dodaj do ulubionych

upiorna babunia

24.09.08, 12:06
wątek o szczęśliwej kobiecie przesadnie spuchł, więc dygresję od dygresji
postanowiłam zacząć osobno. otóż sowca napisała o babci aurelii:

Babcia Jedwabińska nie jest kobietą idealną, ale też i takich
bohaterek nie potrzebujemy. Jest kobietą z krwi i kości, która wiele
błędów popełniła i ktora swoje w życiu przeszła. Ale też i uczyniła
wiele dobrego.


noooo, ja protestuje! jaka tam znowu kobieta z krwi i kości, toż to modelowy
typ charakterystyczny - fertyczna staruszka, która, panie, prawdę w oczy
wyrąbie, ale jak trzeba, to ciastem drożdżowym pocieszy, surowa, acz
sprawiedliwa bez sentymentów, ech, kiedyś to sie takie kobiety rodziły, nie to
co dzisiaj, w tym świecie rozmazanych ciapciaków, hej.


czy jakoś tak, no niedobrze mi na sam widok:( babcia jedwabińska to przecież
prefigura jeszcze upiorniejszej babi - jakaś przedziwna wersja matriarchalnej
mądrości, no jednak mimo zdeklarowanych poglądów femi takie 'stare kobiety
wiedzące' to parodia i tyle.
Obserwuj wątek
    • dakota77 Re: upiorna babunia 24.09.08, 12:14
      Nawiazujac do postu Sowcy- tak, popelnila wiele bledow, co do tego sie zgadzamy.
      A co zrobila dobrego? Ok, przygarnela w koncu wnuczke, tylko dlatego, ze ta sama
      sie przyplatala. A gdzie byla, kiedy potrzebowal jej syn? Kiedy synowa byla
      smiertelnie chora? Wtedy w zyciu rodziny, a przede wszystkim wnuczki jej
      przeciez nie bylo.
      Dla mnie to taiki typ, ktory wszystko wie lepiej, ma swoje ugruuntowane poglady
      na wszystko i nie zmieni ich, cokolwiek by sie nie dzialo. To nie jest madrosc,
      to sie zwykle nazywa ciasny umysl;-)
    • mmaupa Re: upiorna babunia 24.09.08, 12:14
      E, ja tam ja lubie. Nie przeszkadza mi matriarchalna madrosc, modelowosc,
      charakterystycznosc itd. Konkretna babka przynajmniej. W odroznieniu od
      lelijowato-firanowych Natalii i Aurelii (Hildegaaaardo), na ktore mam alergie.
      Zastanawia mnie jednak, jak taka babcia Jedwabinska mogla dopuscic Aurelie do
      firanowatosci - gdzie ona byla? Moze pan Jankowiak przycmil jej zycie?
      • dakota77 Re: upiorna babunia 24.09.08, 12:17
        Moze uznala, ze wyprowadzila juz wnuczke na ludzi i zniknela z jej zycia;-)
    • anhes Re: upiorna babunia 24.09.08, 12:21
      No ja tam też czuję do niej sympatię. Nie było jej bo sobie chyba syn z synową
      nie bardzo kontaktów życzyli co? A o chorobie Ewy nie wiedział Jedwabiński to
      skąd miała wiedzieć o tym jego matka?
    • szprota Re: upiorna babunia 24.09.08, 12:38
      Ja osobiście też mam słabość do tych upiornych, mądrych babuń. Ogólnie lubię
      babcie i to z wzajemnością. Może i jest naszkicowana schematycznie, ale w końcu
      niewiele postaci u M.M. nie jest. No, budzi moją sympatię i tyle.
      • dakota77 Re: upiorna babunia 24.09.08, 12:39
        Ja mimo wszystko lubie babcie Jedwabinska, ale nie przymykam oczu na jej wady;-).
        • szprota Re: upiorna babunia 24.09.08, 13:00
          Słusznie, prawdziwa cnota krytyk się nie boi ;)
          • limotini Re: upiorna babunia 24.09.08, 13:27
            > Słusznie, prawdziwa cnota krytyk się nie boi ;)

            Całkowity OT, ale musiałam napisać:
            na Forum Humorum ktoś npisał, że jako dziecko interpretował to powiedzenie jako:
            Prawdziwa cnota: "Krytyk się nie boi". Czyli że niby to coś godnego podziwu, że
            krytyk, dajmy na to, literacki, niczego się nie boi.
            Od czasu, gdy to przeczytałam, nie mogę się uwolnić od skojarzenia :)
            • the_dzidka Re: upiorna babunia 24.09.08, 16:03
              Podajmy sobie rączki. Nie uwolnię się od tego skojarzenia już NIGDY.
              • melmire Paskudy! 24.09.08, 18:06
                Moglyscie ostrzec, teraz i ja sie od tej wersji nie uwolnie, siedze i hichocze
                jak glupia.
    • kebbe Re: upiorna babunia 24.09.08, 13:58
      Babcia Marta nie wpisuje się wg mnie w model upiornej babuszki.
      Brakuje jej do tego wzoru nachalności, narzucenia się ze
      swoją "ludową mądrością", próba ustawienia otoczenia na swoją modłę
      za wszelką cenę. Jedwabińska jest wyważona, nie inicjuje niczego "bo
      ona wie lepiej" (może oprócz mszy za Ewę na którą bierze Aurelie -
      ale to 1 przypadek) nie NAKAZUJE. Nie radzi nie pytana: odpowiada
      raczej na pytania. I w przeciwieństwie do Mili nie potępia nikogo za
      słabość, nie zmusza do bycia dzielnym za wszelką cenę, akceptuje
      swoją wnuczkę, a jak czegoś nie akceptuje (jak drugiego małżeństwa
      syna) to się przynajmniej nie wtrąca ( w przeciwieństwie do Mili i
      Ignacego).
    • minerwamcg Re: upiorna babunia 24.09.08, 16:25
      Ja tam mądrych, starych ludzi nauczyłam się szanować. Miałam takich
      w rodzinie sporo - i od nich pochodzi zasadnicza część moich
      poglądów na świat i wiedzy zdobytej w wieku przedszkolnym i
      wczesnopodstawówkowym. Byli to ludzie pracowici, nieskłonni do
      roztkliwiania się, ale dobrzy (choć nikt tego wówczas nie nazywał
      empatią), prości ale w naturalny sposób kulturalni i wykształceni.
      Wypisz-wymaluj babcia Marta. Nie narzucali swego zdania, ale też się
      z nim nie kryli. Chętnie słuchali, co się do nich mówiło, a
      zapytani "jak było dawniej" nie dawali się długo prosić.

      I wiecie co? Cholernie mi ich dzisiaj brakuje.
      • lan-ja Re: upiorna babunia 24.09.08, 16:49
        Babcia Jedwabińska jest typową babcią starego typu. Z wadami i
        zaletami typowymi dla swojego gatunku.
        1. Że nie pomagała synowej -raczej byłej synowej. Która też za
        teściową nie przepadała.
        2. Że nie odwiedzała- po prostu babcie nie jeżdżą(dawne). To do nich
        się jeździ.
        3. A przekręcanie imienia (Orelka)-to archaizm i regionalizm)
        4. Ma coś z mojej śp. Prababci. Dlatego ją lubię.
        • ginestra Re: upiorna babunia 24.09.08, 17:15

          lan-ja napisała:

          > Babcia Jedwabińska jest typową babcią starego typu. Z wadami i
          > zaletami typowymi dla swojego gatunku.
          > 1. Że nie pomagała synowej -raczej byłej synowej. Która też za
          > teściową nie przepadała.
          > 2. Że nie odwiedzała- po prostu babcie nie jeżdżą(dawne). To do nich
          > się jeździ.
          > 3. A przekręcanie imienia (Orelka)-to archaizm i regionalizm)
          > 4. Ma coś z mojej śp. Prababci. Dlatego ją lubię.


          Zgadzam się z tymi wszystkimi punktami napisanymi przez Ciebie Lan-ja!
          Pisałyśmy równocześnie i bardzo podziwiam jak syntetycznie i trafnie można to
          przekazać, co i mi chodziło po głowie. :)
        • sir.vimes dawne babcie 24.09.08, 18:43
          nie wiem co to za grupa "dawne babcie".

          Znane mi DOBRE babcie "jeździły" - i fizycznie i metaforycznie. Tzn. nie
          pozostawiały wnuka/wnuczki odłogiem tylko dlatego, że bardziej wypada by to
          młodsze pokolenie dzwoniło, przyjeżdżało itp itd. Nie znam żadnej DOBREJ babci,
          która, nawet nielubiana przez zięcia/synową tudzież własne dzieci grzałaby się
          wesolutko na ganku wiedząc, że gdzieś błąka się półsierota - jej wnuczka.
          Szczególnie wiedząc o "tej Monice" i "tej Moniki" nie akceptując ;)

          > 2. Że nie odwiedzała- po prostu babcie nie jeżdżą(dawne). To do nich
          > się jeździ.
      • ginestra Re: upiorna babunia 24.09.08, 17:10
        Jak tak czytam ten wątek i post Sowcy w wątku o szczęśliwej kobiecie, to znów mi
        się wydaje, że ten pozytywny obraz babci Marty, jaki mi pozostał w głowie po
        dość dawnej lekturze Dziecka Piątku, nie wziął się znikąd.

        Bardzo mi się podoba to, co napisała Kebbe i Minerwamcg - o tym jakby znaku
        rozpoznawczym starszej osoby, która budzi szacunek i przyjazne uczucia. Czyli
        ten znak to byłoby nie narzucanie się, nie zmienianie innych na siłę, nie
        wtrącanie się, a staranie się, aby w życiu postępować zawsze w stronę dobra,
        troszczenie się o innych, okazywanie im serca, dzielenie się tym, co się ma i
        tym, czym się jest. Taka osoba szanuje innych i sama też zasługuje na szacunek.
        Myślę, że niewykluczone, że taka właśnie była babcia Marta, a trochę wyciągamy
        wnioski wstecz na podstawie jej powikłanej relacji z synem i jego rodziną, że
        nie interesowała się, że była nieczuła itp. Ale trudno chyba oceniać nie wiedząc
        jaki udział w efekcie końcowym miały inne osoby i inne okoliczności. Jednakże
        zaznaczam - muszę książkę sobie odświeżyć. Na pewno popełniała błędy, tylko dla
        mnie najważniejsze byłoby to, czy są w książce dane o tym, że przemyślała te
        sprawy i wyciągnęła wnioski i czy chociaż próbuje ku dobru. Musi oczywiście
        uszanować to, że syn się zraził do niej i nie może ona go zmuszać czy coś, ale
        może chociaż pomału coś robić w stronę pojednania, to już wiele.

        Tak jak napisała Minerwa, mi też brakuje takich ludzi i też tęsknię za nimi - i
        za ich obecnością i za umiejętnością takiego dojrzałego przyjmowania życia,
        której ja jeszcze nie mam. Wyznam, że ja nie czuję się za bardzo bezpiecznie na
        świecie i nie czuję się właścicielką swojego życia. Zawsze jak słucham tego, co
        mówią starsi ludzie, na przykład w jakichś programach wspomnieniowych
        poświęconych wojnie czy coś, to przenika mnie takie wielkie pokrzepienie, że
        jest możliwe przeżyć tyle trudności i żyć dalej i poradzić sobie i ogólnie
        dobrze przeżyć życie. Myślę, że ci ludzie mieli w sobie takie ugruntowane zasady
        (coś jak u Kanta: "prawo moralne we mnie, niebo gwiaździste nade mną" - czyli w
        świecie, który z definicji jest trudny i nieprzewidywalny i za duży jak na siły
        pojedynczego człowieka, można jednak mieć zasady i rozum i ufność w coś
        większego od nas i się nie zagubić i dobrze przeżyć swoje życie). To mi bardzo
        imponuje.
        Chciałabym, żeby więcej było ogólnie wokół szacunku do starszych ludzi...
        • verdana Re: upiorna babunia 24.09.08, 17:36
          Mam wrazenie, ze brak akceptacji, pogardliwe wyrazanie sie o żonie,
          czy nie odwiedzanie wnuczki to nie jest "nie wtracanie się". To
          odrzucenie, bierna agresją, czyli wtracanie się jak najbardziej i w
          najbardziej dotkliwy sposób.

          Absolutnie nie brakuje mi ludzi, ktorzy sa tak zasadniczy, ze nie
          pomoga wlasnej rodzinie w najtrudniejszych sytuacjach życiowych, bo
          nie akceptuja ich wyborów - a tu tak wlasnie jest.
          • dakota77 Re: upiorna babunia 24.09.08, 17:49
            Verdano, zgadzam sie. I wyznam, ze cos mi to przypomina. O ile mama mojej mamy
            jest cudowna, niezwykle ciepla, madra i wyrozumiala kobieta, o tyle w przypadku
            mamy mojego ojca jest inaczej. Nie akceptowala nigdy mojej mamy, potrafila w
            rozmowie ze mna ja krytykowac- a cos yakiego nigdy nie powinno miec miejsca. Nie
            akcpetowala tez dlugo mnie, bo miala inna wizje wnuczki, nie podobalo jej sie,
            jaka chorowita bylam jako dziecko.
        • dakota77 Re: upiorna babunia 24.09.08, 17:46
          Ginestro, wiem, ze w kazdym dopatrujesz sie dobrych cech, ale chyba nieco
          naiwnie postrzegasz ludzi straszych jako homogeniczna grupe z nieskalanymi
          zasadami. A mowimy tu o pokoleniu, ktore wydalo zarowno bohaterow, jak i
          szmalcownikow.
          Ja szanuje starszych ludzi, ale wole ich szanowac- jak ludzi w kazdym wieku- za
          jednostkowe przymioty. Wiec sa wsrod nich jednostki wybitnie godne szacunku, i
          sa mniej.
          Relacja matka-syn jest z natury dwuosobowa, po co wiec rozwazac inne czynniki i
          osoby w nia uwiklane, skoro na temat relacji Marty i Eugeniusza wiemy sporo, i
          to od autorki? Ja tam nie widze prob czynienia dobra, widze brak serca,
          zrozumienia i duzo odrzucenia. Nie sadze, zeby Marta byla w stanie "uszanowac,
          ze syn sie do niej zrazil". Mysle, ze predzej postrzega jego brak kontaktu z nia
          jako fanaberie, jego negatywna ceche.
          • verdana Re: upiorna babunia 24.09.08, 17:57
            Trochę OT.
            Dla mnie szacunek dla starszych ludzi tylko za to, ze sa starzy,
            jest w gruncie rzeczy brakiem szacunku. Bo przestaje się oceniać
            człowieka w pewnym wieku jako człowieka, a zaczyna szanować za to,
            ze jest stary. jakby nie miał prawa być starym sq..., albo starym,
            ale nudziarzem.
            Sam fakt przezytych lat nikogo nie uswieca. Nie chciałabym być
            traktowana jako staruszka jako "przedstawiciel pokolenia", tylko
            jako dorosla osoba, godna - w zaleznosci od zaslug i charakteu -
            szacunku albo potepienia.
            • dakota77 Re: upiorna babunia 24.09.08, 18:00
              W pelni sie zgadzam, napisalam cos podobnego w odpowiedzi na post Ginestry;-)
            • filifionka-listopadowa Re: upiorna babunia 25.09.08, 23:56
              Zdecydowanie się zgadzam z Tobą. Dobrze udało się Tobie ując te przemyślenia
              które od dawna błąkały mi się po głowie, uaktywniane przez komunikacje miejską.
          • sir.vimes sama starość 24.09.08, 18:49
            nie wystarczy! Można szanować każdego, absolutnie każdego człowieka - w tym pana
            Zdzicha z piecioma wyrokami rzygającego na klatkę schodową. Jako człowieka.

            Można , z powodu czyjegoś zaawansowanego wieku, ustąpić mu miejsca w tramwaju i
            zanieść po schodach zakupy nie rozważając czy osoba ta mądrą jest i dobrą czy
            wręcz przeciwnie.

            Ale nic więcej z powodu wieku się nie należy z założenia. Stary burak nie jest
            mniej burakiem niż młody. Stary żul nie jest mniej żulem niż młody.

            Nie istnieje coś takiego jak mądrość i dobroć przynależna ludziom starszym -
            istnieją ludzie starzy i głupi a także starzy i podli.
            Nie da się obdarzać ich jakimś specjalnym szacunkiem - najwyżej specjalna,
            przynależną ludziom starszym troską, o której pisałam wcześniej i która z
            respektem nie ma nic wspólnego.

            A jeżeli już - to z takim samym respektem z jakim powinno się podchodzić do
            KAŻDEJ istoty ludzkiej.

            > Ja szanuje starszych ludzi, ale wole ich szanowac- jak ludzi w kazdym wieku- za
            > jednostkowe przymioty. Wiec sa wsrod nich jednostki wybitnie godne szacunku, i
            > sa mniej.
            • dakota77 Re: sama starość 24.09.08, 20:25
              Bardzo dobrze napisane.
        • sir.vimes Ginestro 24.09.08, 18:50
          chciałabym dowiedzieć się kogo Twoim zdaniem szanuje Marta Jedwabińska. I za co.

          > rozpoznawczym starszej osoby, która budzi szacunek i przyjazne uczucia. Czyli
          > ten znak to byłoby nie narzucanie się, nie zmienianie innych na siłę, nie
          > wtrącanie się, a staranie się, aby w życiu postępować zawsze w stronę dobra,
          > troszczenie się o innych, okazywanie im serca, dzielenie się tym, co się ma i
          > tym, czym się jest. Taka osoba szanuje innych i sama też zasługuje na szacunek.
          > Myślę, że niewykluczone, że taka właśnie była babcia Marta, a trochę wyciągamy
          > wnioski wstecz na podstawie jej powikłanej relacji z synem i jego rodziną, że
          > nie interesowała się, że była nieczuła itp. Ale trudno chyba oceniać nie wiedzą
          • sowca Re: Ginestro 24.09.08, 22:03
            Bardzo się cieszę, że odezwało się tyle osób w obronie Babci
            Jedwabińskiej. Wiecie, co Wam powiem? Ja nigdy nie miałam babci,
            urodziłam się, kiedy obie moje babcie już nie żyły. I chciałabym
            mieć babcię, właśnie taką, jak babcia J. Niech się wtrąca,niech ma
            swoje przestarzałe poglądy. Ale niech będzie, z tymi swoimi
            smażonymi morelami, kupowaniem kolorpwych wisiorków, z zamawianiem
            mszy, bystra, rozumiejąca, z poczuciem humoru. I nie zgadzam się, że
            babcia Marta jest typowa. Przede wszystkim - nie jest idealna. I to
            postrzegam jako jej największą zaletę, która sprawia, że jest to
            postać wiarygodna. Ma swoje problemy, nie ze wszystkim sobie radzi.
            A mimo to uważam, że się nie wymądrza - jej słowa są wyważone i nie
            potępiają, swojego syna stara się zrozumieć (porównanie jego
            sytuacji do sytuacji z bolącym zębem), wnuczkę potrafi przytulić,
            pocieszyć, śmiać się razem z nią z zabawnych sytuacji.
            I jeszcze jedno. Babcia Marta próbowała skontaktowac się z
            Eugeniuszem i Aurelią po śmierci Ewy. Napisała list do nich, kto
            wie, czy nie pojechała do nich. Ale Eugeniusz nie podał jej nowego
            adresu zamieszkania ani numeru telefonu (musiała przecież pytać
            Aurelię o numer). Więc nie można oskarżać Babci, że nie bło jej
            wtedy, gdy E. i A. jej potrzebowali. Do kontaktu potrzebne są jednak
            dwie strony.
    • mankencja Re: upiorna babunia 24.09.08, 21:53
      dawno nie odswiezalam sobie DP, ale pamietam, ze nigdy nie pasowala
      mi szorstkosc babci Jedwabinskiej ik to jej przeswiadczenie, ze wie,
      co i jak nalezy zrobic. na wszelki wypadek przekartkowalam teraz
      ksiazke i moje odczucia potwierdzily sie. np. to: "kupimy ci troche
      kolorowych rzeczy, bo twoja zaloba juz sie skonczyla". to9 nie jest
      propozycja, pytanie, tylko stwierdzenie, w ktorym nie ma miejsca na
      zadna dyskusje. w dodatku nastepujace niedlugo po tym, jak wnuczka
      zwierza sie, ze nie moze sobie poradzic ze smiercia matki. ok, da
      sie to uznac za probe rozwiazania tego poblemu, ale sposob przekazu
      sprawia, ze zaczynam dziwic sie, ze aurelia nie zaprotestowala
      zywiolowo. dlaczego ktos ma za nia decydowac, kiedy konczty sie jej
      zaloba? bo taki jest zwyczaj? a ona nic, costam mruczy, ze nie ma
      pieniedzy... moim zdaniem srednio prawdopodobne.
      • kebbe Re: upiorna babunia 24.09.08, 22:40
        ...a moim zdaniem to własnie jest propozycja. Nie odbieram tego jako
        bezdyskusyjnego nakazu, dla mnie to co najwyżej sugestia. Babcia nie
        decyduje na brutalne wkroczenie z buciorami w żałobę Aurelii
        (pamętajmy, że to wnuczka do niej przyjechała i niejako sama oddała
        się w jej ręce) - raczej przeprowadza ją do kolejnego etapu radzenia
        sobie po śmierci mamy.Przedłużająca się żałoba to też nie jest nic
        dobrego i Marta chyba instyktownie czuje, że jej wnuczka potrzebuje
        zmiany. I impulsu do tej zmiany. Nawet jeżeli będzie to pierwsza od
        roku jasna bluzka. A poza tym fakt ,że pamiętała dokądnie o rocznicy
        śmierci Ewy wskazuje że synowa nie była jej obojętna.
        Ja także jestem zdania, że starszym ludziom należy się szacunek, ale
        nie bezwględny i wynikający tylko z faktu,że są starzy. Ale akurat
        Marta Jedwabińska wcale nie będąc idealną, moją sympatię i szacunek
        ma :) Może dlatego, że znam prawdziwe "upiorne babunie" i
        zaręczam,że Marcie do nich daleko...
    • szprota offtopik pratchettowski 24.09.08, 23:49
      Z tego, co zauważyłam na Forum TP nie ma wątku poświęconego Babci Waetherwax (a
      jeśli jest, to skrzętnie ukryty). A idę o każdy zakład, że też byłaby okazja
      przejechać się po jej szorstkości, niezłomności zasad, egocentryzmie i co za tym
      idzie braku empatii. I co? I nadal ją cholernie lubię :D
      • sir.vimes Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 00:04
        "I co?"

        I to, że babcia W. nie ma NIC wspólnego z babcią J.

        • jottka Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 00:14
          nooo:) babcia weatherwax jest postacią genialną, w sporej mierze, a może przede
          wszystkim dlatego, że pratchett bezlitośnie acz dobrodusznie obśmiewa jej
          niebywałą osobowość, że tak ujmę:) niania ogg zresztą też się do rewelacyjnych
          postaci babć zalicza, co nie zmienia faktu, że jako teściowa jest odrażającą
          bestią i autor tego nie kryje:)

          mam też wrażenie, że szanowne przedmówczynie jakby utożsamiły moje stwierdzenie,
          że nie lubię literackiego typu-fertycznej-a-przemądrej-staruszki ze zgoła innym
          twierdzeniem, że nie lubię takich osób w realu, gdyż są wredne z założenia. no
          to różne rzeczy jednakowoż, mnie ten typ i jego osadzenie w powieści sie nie
          podoba, a nie faktycznie istniejąca osoba, stąd też nie podejmę się rozważań nad
          babciami dawnej i dzisiejszej doby, bo nie to mi chodzi.


          o, a wracając do babci weatherwax - no sowca, wierzysz w to, że babcia wu
          tkwiłaby smętnie w zapomnieniu przez lata, bo synek popadł w nieodpowiednią
          parantelę? i dałaby sie spłaszczyć miastowej synowej? i zostawiła wnuczkę na
          pastwę 'tej kobiety'??? no bądźmy poważne:)
          • jottka Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 00:15
            u, przepraszam najmocniej - szprota, miało być! apel o nieutożsamianie babć
            skierowany był, rzecz jasna, do ciebie:)
            • szprota Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 00:19
              Nie utożsamiam, znajduję jeno styczne cechy charakteru, a jest ich kilka, po
              mojemu, też ten archetyp matriarchalnej mądrości, pewna szorstkość, niechęć do
              ujawniania emocji. Zachęcam do spojrzenia w ten sposób na babcię, co nie
              oznacza, że upieram się, iż jest to zasadne ;)
              • onion68 Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 06:36
                [qoute]niechęć do ujawniania emocji[/qoute]

                No chwila, co jak co, ale ujawniać swoje emocje to Babcia W. potrafi. I poglądy
                ;-) Tak, że świadkowie mają ochotę pochować się po krzakach. Przypomnijcie sobie
                wędrówkę przez zaczarowany las w "Wyprawie".

                The winner takes it all
                The loser has to fall
                It’s simple and it’s plain
                • onion68 Re: offtopik forumowy 25.09.08, 06:37
                  Co, na litość boską, zrobiłam nie tak?!
                  • onion68 Re: offtopik forumowy 25.09.08, 06:38
                    Dobra, już wiem :-(
        • szprota Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 00:21
          Cytatsir.vimes napisała:
          "I co?"

          I to, że babcia W. nie ma NIC wspólnego z babcią J.


          Ma. Vide mój post do Jottki.
          • ginestra Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 03:22
            Tak ogólnie odpowiadając dziewczynom to może napiszę (co często podkreślałam
            wcześniej), że również i ja uważam, że istnieje taki immanentny szacunek,
            którego godzien jest każdy człowiek.

            Szacunek tylko dlatego, że ktoś jest starszą osobą (choćby wredną) - też
            istnieje i też jestem za tym, żeby go okazywać, choćby dla zasady, choćby przez
            to, że taka osoba jest mniej sprawna niż młodsi ludzie (fizycznie, często też
            psychicznie lub w sferze radzenia sobie z różnymi sprawami codziennymi,
            nowoczesnymi sprzętami, urzędami, rozumienia współczesnego świata itp.) i młodsi
            mogą odczuwać nad nią przewagę, a przez sam fakt odczuwania tej przewagi mogą
            mieć pokusę stawiania się nad tą osobą, a więc tym bardziej nie powinny z tego
            skorzystać. Owszem, jeśli starsza osoba nam dokucza, to jak najbardziej można i
            trzeba się bronić i stawiać granice, jednakże warto też brać poprawkę na tę
            dysproporcję sprawności i różne ograniczenia tej osoby (często wynikające z
            mentalności lub ze zmian w psychice związanych z wiekiem, niestety). Ta
            dysproporcja, moim zdaniem jest wystarczającą przesłanką do tego, żeby się
            pohamowywać w tym, co może chcielibyśmy takiej osobie odpowiedzieć, a wybierzemy
            inny sposób zachowania z godnością i ukrócenia jej zapędów do wchodzenia nam w
            drogę. (Na marginesie: moim zdaniem nikt nie powinien stawiać się nad kimś. Są
            sytuacje gdy mamy jakby już narzuconą pewną przewagę nad kimś (nad dzieckiem, bo
            słabsze, sędzia nad skazańcem, nauczyciel nad uczniem itp.) i samo to powinno
            już nam zapalić lampkę, żeby nie skorzystać z tej przewagi i wiedzieć, że w
            środku jestem dokładnie taka sama jak ta osoba (choćby to był pijak, morderca itp.).

            Natomiast owszem, są osoby, które w jakiś szczególny sposób, swoją postawą wobec
            świata zasługują na szacunek, bo tak wiele dobrego robią i tak się starają. I
            ten szczególny szacunek też istnieje i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się
            starać i na ten szacunek zasługiwać. Przy tym nikt z nas nie jest i nigdy nie
            będzie idealny - możemy się tylko starać. Dlatego często osoby mocno starsze
            widzą, że wiele popełniły błędów, czasu nie wrócą (to jest naprawdę dramat tak
            sobie uświadomić), ale przynajmniej starają się coś z tym zrobić i to też jest
            dla nich bardzo na plus, to też jest świadectwo człowieczeństwa. Dlatego o
            każdej starszej osobie możemy powiedzieć, że to i to zrobiła źle, tego i tego
            nie zrobiła, tę i tę osobę zraniła. Ale być może jest i jedno i drugie: i te złe
            rzeczy i naprawianie ich, staranie się. W przypadku ludzi, którzy starali się
            dobrze przeżyć życie, na starość jest w nich też taka unikalna jakość: taki
            spokój, pokora, mądrość, życzliwość do innych (kto wiele przeszedł ten lepiej
            innych rozumie i nie ocenia ich). I to jest taka postać, o której pisałam, że
            jakoś jej potrzebuję w życiu.

            Wracając do babci Jedwabińskiej, to ja bardziej pisałam spekulując (i
            roztaczając własne wizje tęsknoty za taką osobą; nie mówiąc wcale, że wszystkie
            starsze osoby są wspaniałe, tylko właśnie tęskniąc i pokazując pewne przypadki,
            które na mnie osobiście działają kojąco, np. słuchanie opowieści o ludziach,
            którzy podnieśli się z wojennych doświadczeń i starali się dobrze przeżyć swoje
            życie; nie działają na mnie kojąco np. opowieści szmalcowników; czyli to były
            takie przykłady po prostu, a nie uogólnienie).

            Został mi pozytywny __ogólny__ obraz babci Marty po dawnej lekturze DP, to fakt,
            i w swoich postach zostawiałam pewne kwestie otwarte: np. czy są dowody, że ta
            osoba przemyślała te błędy i starała się je naprawić? (tak mi się zdaje, ale nie
            wiem). Sama chcę to sprawdzić czytając książkę za jakiś czas, w wolnej chwili. Z
            opinii forumowych o niej moim zdaniem nie widać jednoznacznie, że była złą,
            skostniałą osobą, tylko jest wiele znaków zapytania. Można zarzucać, że nie
            pomogła śmiertelnie chorej Ewie, ale w sumie nie wiemy czy wiedziała o jej
            chorobie (skoro sam Eugeniusz, jak piszecie, nie wiedział). Nie wiemy czy ją/ich
            próbowała odwiedzić (może próbowała?) Czy pisała więcej listów, czy zapraszała
            (może pisała, zapraszała, a Ewa i Eugeniusz nie odpisywali?) itp. Tu jest
            naprawdę dużo niewiadomych. Są jakieś rzeczy na plus (pamięć o dacie śmierci
            Ewy, zamówienie mszy, żałowanie jej, troska o Aurelię, gdy przyjechała). Co do
            kontaktów z synem, to chodziło mi o takie uszanowanie jego niechęci do kontaktu
            w tym sensie, że są sytuacje, gdy nic nie można zrobić i pozostaje tylko czekać
            i mieć nadzieję. Wolna wola drugiej osoby jest sprawą zaporową. Można pokazać,
            że nie zamyka się drogi do siebie, że się kocha, ale ta druga osoba może i tak
            nie chcieć kontaktu. Pozostaje czekać na coś (tzn. na przykład matka raczej
            czeka, jeśli jest w konflikcie z dzieckiem). Owszem można ponawiać próby, ale po
            którejś próbie już się nie ponawia i naprawdę pozostaje tylko czekać. Takie
            sytuacje znam z życia, również dotyczące zrywania kontaktów z rodzicem. Czasem
            musi minąć ileś lat, żeby jakiś kruchy pomost zaczęto budować. Czasem musi
            upłynąć czas, żeby obydwie osoby trochę się zmieniły, żeby przełamać też wstyd.
            Czasem musi pomóc jakieś wydarzenie lub ktoś z zewnątrz, bo obie osoby są od
            dawna gotowe do pojednania, ale krępują się i są jak sparaliżowane.

            Myślę, że historia trzech pokoleń Jedwabińskich jest tak opisana, że nie mamy
            pewników i musimy w dużej mierze polegać na intuicji - czy babcia Marta wydaje
            się nam zdolna do okrutnego i zimnego potraktowania bliskich osób czy nie
            wygląda nam na to. Pani MM chyba tak to skonstruowała albo wyszło jej to w
            sposób niezamierzony, że aby zrozumieć te wszystkie postaci dramatu chyba trzeba
            mocno wniknąć w historię każdego z nich i mocno się wczuć, bo są to postaci
            bardzo niejednoznaczne: i babcia i Eugeniusz i Ewa i Monika (a nawet Aurelia -
            czy ona pisała do babci, potrzebowała jej, szukała kontaktu?). Bardzo to ciekawa
            moim zdaniem rodzinna historia i bardzo serio potraktowana. Chyba przypadek tej
            rodziny wymaga od czytelnika większego zbliżenia się do bohaterów niż w
            przypadku na przykład Borejków, tak mi się zdaje. A więc zdani tu jesteśmy na
            własne odczucia chyba.
            • dakota77 Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 05:46
              ginestra napisała:


              >
              Szacunek tylko dlatego, że ktoś jest starszą osobą (choćby wredną) - też
              istnieje i też jestem za tym, żeby go okazywać, choćby dla zasady, choćby przez
              to, że taka osoba jest mniej sprawna niż młodsi ludzie (fizycznie, często też
              psychicznie lub w sferze radzenia sobie z różnymi sprawami
              codziennymi,nowoczesnymi sprzętami, urzędami, rozumienia współczesnego świata itp.)

              Ta dysproporcja, moim zdaniem jest wystarczającą przesłanką do tego, żeby się
              pohamowywać w tym, co może chcielibyśmy takiej osobie odpowiedzieć, a wybierzemy
              inny sposób zachowania z godnością i ukrócenia jej zapędów do wchodzenia nam w
              drogę.

              Ginestro, nie wiem jak inni, ale ja w tej bardzo rozbudowanej odpowiedzi- ktora
              swoja droga po raz kolejny sprawia, ze ciezko na nia odpowiedziec i przedrzec
              sie przez jej wszystkie aspekty- wyczuwam pewien ton nagany i zaczynam miec
              wrazenie, ze masz mnie za osobe, ktora nie ustepuje miejsca starszym osobom w
              trawmaju i krzyczy na starszych ludzi,ze za wolno chodza czy ze nie potrafia
              korzystac z internetu;-). Otoz wiedz, ze strasze osoby traktuje uprzejmie i z
              tym podstawowym szacunkiem, ktory moze wyplywac z ich wieku, a pokladow mojej
              cierpliwosci dla wlasnych dziadkow nawet sobie nie wyobrazasz.
              Ale wciaz podptrzymuje swoje zdanie, ze na wiekszy szacunek niz ten podstawowy
              starsi ludzie musza sohbie zasluzyc tak jak kazdy inny czowiek, niezaleznie od
              wieku. Ja nie twierdze, ze nie ma starszych ludzi, ktorzy popelnili w zyciu
              bledy i teraz ich zaluja, czy tez nawet w miare mozliwosci staraja sie naprawic.
              Ale nie wrzucajmy ich wszystkich do jednego worka, nie traktujmy od razu z
              zalozeniem, ze chcieli dobrze, bo naprawde nie wszyscy chcieli dobrze i nie
              wszyscy zaluja.
              Zycie nie jest czarno-biale, ani tym bardziej calkiem biale, i o ile podziwiam
              twoje pragnienie dostrzegania wszedzie dobra, nie moge sie z nim zgodzic.
              Ja nie widze w babci Jedwabinskiej checi naprawienia bledow popelnionych w
              przypadku Eugeniusza. Nie widze nawet tego, by rozumiala swoje bledy. Gdyby ktos
              jej powiedzial, ze wychowala go na nieszczesliwego czlowieka, pewnie wzruszylaby
              ramionami i powiedziala "to byly ciezkie czasy". Tylko ze inni w tych samych
              ciezkich czasach jednak okazywali dzieciom uczucie i nie wszystkie dzieci
              wyrosly na emocjonalne kaleki.
              • verdana Stary - juź nie dorosly? 25.09.08, 09:18
                Ginestro!
                Niestety, to co proponujesz to nie jest szacunek dla osób starszych,
                wrecz przeciwnie. To lekcewazenie osób starszych pomieszane z pewna
                pobłaźliwoscią. Proponujesz, aby osoby starsze szanować z racji
                wieku, bo one sa juz w pewien sposób "gorszej jakosci" niz my,
                młodzi i zdrowi. Nas można oceniać, na nich trzeba z załozenia
                patrzeć jako na ludzi juz lekko uposledzonych, z demencją - i nie
                traktować tego co mowia powaznie, ale przez pryzmat ich starczego
                zdziecinnienia, niemożnosci poradzenia sobie z prostymi sprawami.
                To jest dopiero skoncentrowany brak szacunku - traktujesz osoby
                starsze jako te, ktore tak naprawde nie powinny już byc traktowane
                jak dorosli, odpowiedzialni ludzie, powinny zawsze korzystac z
                taryfy ulgowej, poniewaz juz nie sa w pelni wladz umyslowych i nie
                można od nich niczego wymagac. Powinny być traktowane jak dzieci,
                nie jak dorosli, a to co mowią nalezy puszczac mimo uszu, bo
                wiadomo, ze przez nich mowi już otepienie, a nie to, co naprawde
                chcieliby powiedzieć. Nie mają juz możliwosci, aby ich czyny i
                wypowiedzi byly traktowane jako ich decyzje - za nich decyduje
                starość i tak trzeba na to patrzeć. Nie liczy się to, co robia
                naprawde, jest już nieistotne z racji ich wieku.
                Jest to niezwykle krzywdzace dla starszych ludzi i nie jest żadnym
                wyrazem szacunku. Owszem, można i trzeba stosować taryfę ulgowa dla
                ludzi, których naprawdę dotknęły choroby starosci, ale nie dla tych,
                którzy mimo podeszłego wieku są w pełni sił i władz umyslowych, a sa
                traktowani wlasnie jako biedaczyska, ktorym z łaski na koniec zycia
                okażemu jeszcze szacunek - bo oceniac już ich nie wolno, to nie sa
                tacy ludzie jak my. I cokolwiek powiedza - nie wolno ich już brac
                serio, ot , takie nieszkodliwe starcze ględzenie, folklor.
                Dla mnie to typowy wyraz uprzedzeń, nie szacunku.
                • mamalilki A ja znowu o imionach 25.09.08, 10:25
                  Ostatnio jakos mam faze na analizowanie imion. Nie macie wrazenia ze babcia
                  Marta dostala imie od biblijnej Marty? Tej co to sie krzatala, troszczyla i
                  wsciekala na Marie, ze siedzi i tylko slucha slow Jezusa, zamiast w czyms pomoc?
                  Tamta Marta "troszy sie o wiele, a potrzeba malo". Mam wrazenie ze babcia Marta
                  tez troszczy sie o wiele, krzata, wczesniej zarabiala pieniadze, prala,
                  sprzatala, gotowala, zamiast czasem sobie odpuscic i pojsc z dzieckiem na
                  spacer. To oczywiscie nie znaczy ze powinna przestac zarabiac i zyc w nedzy, ale
                  np. odpuscic kilka grzadek w ogrodku by nie zaszkodzilo...
                  • ananke666 Uwaga techniczna 25.09.08, 10:40
                    Być może.
                    Oprócz tego mnie się wydaje, że babcia J. jest kompilacją babci MM i opisanej w autobiografii Masi. Jak też ona mogła mieć na imię?...
                    • agawa79 Re: Uwaga techniczna 26.09.08, 06:54
                      Mnie się wydaje, że to zdrobnienie od Maria - Marysia. Bo nie Ma-mu-
                      sia przecież. ;)
                • teklat Re: Stary - juź nie dorosly? 25.09.08, 10:27
                  Oj... przeczytałam cały wątek i jak zwykle jestem pełna uznania dla kultury
                  Waszej dyskusji.
                  Ale chciałabym dorzucić coś od siebie. To, co tu się nazywa pobłażaniem dla
                  "starczego zdziecinnienia" i płynącym stąd (w domyśle) brakiem szacunku, jest
                  może, li i jedynie, ludzką życzliwością, próbą zrozumienia czyjejś niemożności,
                  niezdolności, wyjściem naprzeciw tym słabościom. Zwykłą empatią może?
                  Tu nie chodzi o puszczanie "ględzenia" mimo uszu (swoją drogą znam całkiem młode
                  osoby, które potrafią swoimi nudnymi opowieściami zamęczyć na śmierć), nie
                  chodzi o niebranie ich na serio czy pogardliwie-litościwe traktowanie. Chodzi -
                  zwyczajnie - o traktowanie ich jak ludzi, którzy, jak każdy z nas, posiadają
                  mniejsze lub większe ograniczenia - czy to z racji wieku, czy z racji pewnych
                  deficytów, np. w odczuwaniu niektórych emocji czy okazywaniu uczuć. I o to
                  chybanajbardziej chodzi Ginestrze, kiedy pisze o niestawianiu się ponad innymi.
                  Co do babci Jedwabińskiej, to ja sądzę, że ona dobrze wie, jakie błędy
                  popełniła. Myślę też, że na swój sposób próbuje je naprawić, może jest trochę
                  szorstka, a może ta jej sztywność wynika właśnie ze świadomości swoich zaniedbań
                  w stosunku do syna, synowej i wnuczki. I zastanawiam się, co mogłaby zrobić
                  teraz usłyszawszy, że parę istotnych rzeczy jej się w życiu nie udało. Mogłaby,
                  oczywiście, przez resztę życia się samobiczować popadając w coraz większą
                  frustrację i zgorzknienie. Ale może też sama sobie wybaczyć i spróbować na nowo
                  ułożyć sobie relacje z synem i wnuczką. Zawsze jest na to szansa, dopóki się
                  tego chce.
                  • dakota77 Re: Stary - juź nie dorosly? 25.09.08, 10:30
                    Ale rzecz ew tym, ze dla wszystkich tutaj traktowanie ludzi starszych jak ludzi
                    jest rzecza oczywista. I to nie budzi dyskusji. Dyskusje wywolal zakres
                    szacunku, jaki starsi ludzie powinni budzic. Ja jestem zdania i jak widze nie
                    jestem sama, ze starszych ludzi trzeba oceniac jak ludzi w kazdym innym wieku
                    indywidualnie, przez pryzmat ich dzialan i pogladow, a nie dawac im fory tylko
                    dlatego, ze sa starsi.
                    • teklat Re: Stary - juź nie dorosly? 25.09.08, 10:43
                      Hmmm... a ja w ogóle nie jestem za ocenianiem ludzi. Ani starszych, ani młodszych.
                      Lepiej próbować kogoś zrozumieć, niż go oceniać.
                      • dakota77 Re: Stary - juź nie dorosly? 25.09.08, 10:48
                        Ocenianie nie musi oznaczac potepiania. Nie da sie uniknac oceniania ludzi,z
                        awsze to robimy, mniej lub bardziej swiadomie.
                        • teklat Re: Stary - juź nie dorosly? 25.09.08, 11:04
                          Masz rację, każdy ulega takiej pokusie. Tylko mnie chodziło o to, że lepiej
                          kierować się wtedy życzliwością, może naiwną nieco wiarą w czyjeś dobre
                          intencje, niż szukać czyichś najsłabszych stron.
                          • dakota77 Re: Stary - juź nie dorosly? 25.09.08, 11:07
                            Gorzej, jezeli ktos jest pozbawiony naiwnej wiary w czyjej intencje, i widzi je
                            tylko tam, gdzie rzeczywiscie sa;-)
                            • teklat Re: Stary - juź nie dorosly? 25.09.08, 11:14
                              Rzeczywiście gorzej, bo są złudzenia, bez których trudno jest żyć :)
                              • dakota77 Re: Stary - juź nie dorosly? 25.09.08, 11:18
                                A ja cie zapewniam, ze da sie zyc, i to dobrze, z trzezwym spojrzeniem na ludzi
                                i bez naiwnych zludzen. Wtedy po prostu widzisz, kto jest dobry, kto niej, a kto
                                wcale. I nie musisz cierpiec, kiedy ten ostatni pokaze, kim jest.
                      • kebbe Re: Stary - juź nie dorosly? 25.09.08, 11:17
                        Hmmm... w idealnym świecie też bym nie była. Ale life is brutal i od
                        właściwej oceny bliźniego zależy nasze własne przetrwanie ( nie
                        tylko w sensie biologicznym rzecz jasna, choć zdarza się, że też).

                        I zgadzam się z przedmówczyniami : starszym ludziom i w ogóle
                        ludziom należy się szacunek i życzliwość, ale nie bezwarunkowo.
                        Przy okazji wątku o braku orientacji starszych osób we współczesnej
                        dżungli przypominają mi się reakcje Babci Weatherwax, gdy natrafiała
                        na słowo lub pojęcie, którego nie znała ;)
                        • jottka esme, czyli babcia wu 25.09.08, 11:54
                          uczułam potrzebę podkreślenia odrębności babci weatherwax:) i stwierdzenia, że
                          nie można jej porównywać z babcią jedwabińską przede wszystkim dlatego, że
                          zostały im przypisane kompletnie różne role do wypełnienia (już mniejsza z tym,
                          że w nieco odmiennie funkcjonujących światach).

                          babcia weatherwax jest kimś w rodzaju herosa-anioła stróża - owszem jest nieco
                          próżna, szaleńczo despotyczna, besserwisserka itp.itd., ale równocześnie
                          czytelnik ma świadomość tego, że babcia wu jest swoistym probierzem dobra i zła,
                          ona ma wręcz krystaliczne rozeznanie, jak należy postępować w trudnych
                          sytuacjach i tak też się zachowuje w godzinie zero. ryzykuje własnym życiem,
                          zdrowiem i czym tam jeszcze w obronie najwyższych wartości. respekt, jaki budzi
                          babcia weatherwax, stąd sie bierze, ale też jest ona solidnie 'odśmiana' przez
                          pratchetta i przez to nabiera ludzkich cech, a nie pomnika ze spiżu.


                          za to babcia jedwabińska pomyślana chyba została nieco skromniej - jako ostoja
                          ludzkiego ciepła i wyznacznik prostych a słusznych wartości dla zbłąkanej
                          sieroty, co jako koncepcja fajne jest, ale w realizacji wyszło dziwnie z powodu
                          opisywanych tu wielokrotnie nierozwiązanych zaszłości w życiu babci. i wcale nie
                          zgadzam sie z tezą, że skoro niewiele o tym wiemy, to należy zakładać, że babcia
                          jot zawsze postępowała właściwie, bo inaczej nie mogła. jakoś nie widzę
                          przekonującej mnie o tym sceny, no nie ma zwycięskiej walki z demonem jak w
                          wypadku babci weatherwax czy - żeby pozostać w obrębie tego samego tekstu -
                          aurelii, żebym uwierzyła w fundamentalną czystość tej postaci:)


                          może to zresztą kwestia pisarskiego podejścia - pani mm, jak wiadomo, nie
                          zastanawia sie przesadnie nad logiką konstrukcji swoich postaci, a może siły
                          kreacji - pratchett ma talent do tworzenia pełnowymiarowych postaci-symboli siły
                          moralnej (tu mi się na przykład marchewa przypomniał:) babcia jedwabińska nie
                          nadaje się na taki symbol z powodu właśnie podejrzanego stosunku do syna i jego
                          bliskich, który dziwnie małostkowością zalatuje. a ta cecha nie 'uczłowiecza'
                          jej w oczach czytelnika, tylko wręcz przeciwnie.
                          • dakota77 Re: esme, czyli babcia wu 25.09.08, 11:58
                            Dobrze napisane, Jottko:-). Swoja droga, musze sobie powtorzyc cykl o wiedzmach,
                            najczesciej wracam do Strazy i Smierci.
                            • szprota Re: esme, czyli babcia wu 25.09.08, 12:11
                              Zakrzyknę po Ginestrowemu, że bardzo ciekawa dyskusja, dziewczyny :) I macie
                              rację, dałam się przekonać, że porównanie babci Wu do babci Jot jest jednak
                              swojego rodzaju nadużyciem, bo trójwymiarowość i żelazna konsekwencja w
                              tworzeniu postaci przez Pratchetta jest jednak nieporównywalna.
                              Wracając do szacunku wobec osób starszych, to obydwoma płetwami podpisuję się
                              pod stwierdzeniem o tym, że nie wiekiem się nań zasługuje. To znaczy: jestem
                              skłonna twierdzić, że każdemu stworzeniu, zwłaszcza ludzkiemu, należy się
                              szacunek czy jakiś kredyt zaufania, bez względu na jego wiek, pochodzenie i inne
                              takie, na które nie ma wpływu. Więc z takim ogólnym szacunkiem "na kredyt"
                              staram się podchodzić do każdej osoby, a praca w obsłudze klienta, nawet
                              korespondencyjnej, przysparza sporo po temu okazji. Niemniej jest też rodzaj
                              szacunku czy respektu, jakie budzą we mnie osoby dojrzałe emocjonalnie, trzeźwo
                              patrzące na świat, konsekwentne w swoich działaniach i bezkompromisowe - i te
                              cechy, niezależnie od wieku znów i innych wymienionych wyżej cech, sprawiają, że
                              mój podziw się zwiększa i ugruntowuje. Mam nadzieję, że rozumiecie, co mam na
                              myśli :)
                              • dakota77 Re: esme, czyli babcia wu 25.09.08, 12:18
                                Rozumeimy i zgadzamy sie:-)
                          • kebbe Re: esme, czyli babcia wu 25.09.08, 12:36
                            Zgadzam się z Jottką, że Marta i Esme to dwie zupełnie różne
                            historie. A i słowo "babcia" w odniesieniu do każdej z nich ma też
                            inny wydźwięk; o ile babcia jot jest prawdziwą i zwykłą babcią
                            wnuczki to w przypadku babci wu ( znanej też jako Aaoograha hoa i
                            K'ez'rek d'b'duz ;p ) miano to zastępuje inne słowo, którego lepiej
                            nie wymawiać...
                            • jottka Re: esme, czyli babcia wu 25.09.08, 12:47
                              jak to leciało - the maiden, the mother and.. the other one?:)
                • ginestra Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 25.09.08, 13:06
                  verdana napisała:

                  > Ginestro!
                  > Niestety, to co proponujesz to nie jest szacunek dla osób starszych,
                  > wrecz przeciwnie. To lekcewazenie osób starszych pomieszane z pewna
                  > pobłaźliwoscią. Proponujesz, aby osoby starsze szanować z racji
                  > wieku, bo one sa juz w pewien sposób "gorszej jakosci" niz my,
                  > młodzi i zdrowi. Nas można oceniać, na nich trzeba z załozenia
                  > patrzeć jako na ludzi juz lekko uposledzonych, z demencją - i nie
                  > traktować tego co mowia powaznie, ale przez pryzmat ich starczego
                  > zdziecinnienia, niemożnosci poradzenia sobie z prostymi sprawami.
                  > To jest dopiero skoncentrowany brak szacunku - traktujesz osoby
                  > starsze jako te, ktore tak naprawde nie powinny już byc traktowane
                  > jak dorosli, odpowiedzialni ludzie, powinny zawsze korzystac z
                  > taryfy ulgowej, poniewaz juz nie sa w pelni wladz umyslowych i nie
                  > można od nich niczego wymagac. Powinny być traktowane jak dzieci,
                  > nie jak dorosli, a to co mowią nalezy puszczac mimo uszu, bo
                  > wiadomo, ze przez nich mowi już otepienie, a nie to, co naprawde
                  > chcieliby powiedzieć. Nie mają juz możliwosci, aby ich czyny i
                  > wypowiedzi byly traktowane jako ich decyzje - za nich decyduje
                  > starość i tak trzeba na to patrzeć. Nie liczy się to, co robia
                  > naprawde, jest już nieistotne z racji ich wieku.
                  > Jest to niezwykle krzywdzace dla starszych ludzi i nie jest żadnym
                  > wyrazem szacunku. Owszem, można i trzeba stosować taryfę ulgowa dla
                  > ludzi, których naprawdę dotknęły choroby starosci, ale nie dla tych,
                  > którzy mimo podeszłego wieku są w pełni sił i władz umyslowych, a sa
                  > traktowani wlasnie jako biedaczyska, ktorym z łaski na koniec zycia
                  > okażemu jeszcze szacunek - bo oceniac już ich nie wolno, to nie sa
                  > tacy ludzie jak my. I cokolwiek powiedza - nie wolno ich już brac
                  > serio, ot , takie nieszkodliwe starcze ględzenie, folklor.
                  > Dla mnie to typowy wyraz uprzedzeń, nie szacunku.


                  Droga Verdano!
                  Niestety wykrzywiłaś kompletnie moje słowa :( Nic takiego nie proponuję i
                  wszystkie moje słowa były ukierunkowane na pokazanie, że właśnie jest
                  przeciwnie, że ludzi starszych szanuję i tęsknię za nimi i nie uważam ich w
                  żaden sposób za gorszych! Nie stawiam się nad nimi, a wręcz przeciwnie, uważam,
                  że pod wieloma względami przewyższają nas wszystkich na tym forum, z racji tego,
                  że jesteśmy wszyscy od nich młodsi, dlatego, że oni doświadczyli o wiele więcej
                  niż my i cierpienia i nauki od życia i odebrali wiele lekcji pokory i zbudowali
                  w sobie różne rzeczy na przekór tym trudnościom, znaleźli oparcie w tym "za
                  dużym na siły człowieka" świecie (w Bogu? w "prawie moralnym we mnie"? w czymś
                  jeszcze?). To mi bardzo imponuje.

                  Z tym braniem poprawki na ograniczenia wieku takiego już bardziej starszego, gdy
                  dają się one we znaki, bo dają się (to widzę też u moich rodziców prawie
                  siedemdziesięcioletnich) to chodziło mi o to, żeby właśnie nikt nie wyrażał się
                  o ludziach starszych z pogardą (jak czasem słyszę np. apropos "moherowych
                  beretów" :-( ), tylko żeby każdy wziął pod uwagę choćby to cierpienie i te nauki
                  od życia, których ci ludzie doświadczyli i też całokształt ich życia, który
                  przebiegał w innych warunkach (np. wojna, komuna), i który wpłynął na myślenie
                  tych ludzi [np. podatność na wiarę w spiskową teorię świata, w to, że wszystkie
                  media kłamią itp.]. Chodziło mi o to, żeby nikt nie okazywał tym ludziom pogardy
                  dlatego, że są starsi, czy mają inne doświadczenia.

                  Naprawdę szkoda i nie mogę wyjść ze zdumienia, że odebrałaś moje słowa o 180%
                  przeciwnie do moich intencji, które wydawały mi się jasno przedstawione.

                  Pozostaje mi więcej pracować nad jasnością wypowiedzi.
                  Pozdrawiam!
                  • dakota77 Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 25.09.08, 13:18
                    ginestra napisała:

                    CytatNie stawiam się nad nimi, a wręcz przeciwnie, uważam,
                    że pod wieloma względami przewyższają nas wszystkich na tym forum, z racji
                    tego,że jesteśmy wszyscy od nich młodsi, dlatego, że oni doświadczyli o wiele
                    więcej niż my i cierpienia i nauki od życia i odebrali wiele lekcji pokory i
                    zbudowali w sobie różne rzeczy na przekór tym trudnościom, znaleźli oparcie w
                    tym "za dużym na siły człowieka" świecie (w Bogu? w "prawie moralnym we mnie"? w
                    czymś
                    jeszcze?)


                    Widzisz, Ginestro, wczesniej pisalas w odpowiedzi na mojego posta, ze nie
                    generalizujesz, nie oceniasz ludzi starszych lacznie jako jedno pokolenie, ze
                    nie postrzegasz swiata w barwach czarno-bialych. A czym jest ta wypowiedz, jak
                    nie dowodem na cos przeciwnego? Czemu starsi ludzie en masse przewyzszaja nas na
                    tym forum? Owszem, wielu z nich przeszlo prawdziwe pieklo i wyszlo z niego z
                    godnoscia. Wieli bylo bohaterami, nie tylko wojennymi, tylko takimi codziennymi.
                    Inni moze nie musieli podejmowac dramatycznych decyzji moralnych i jakos
                    spokojnie mimo wszystko tamte czasy przezyli. Ale inni jak wczesniej pisalam
                    zostali wtedy szmalcownikami lub po prostu bezczyznnie patrzyli na nieszczecia
                    innych, cieszac sie, ze to nie oni cierpia.
                    I ja jestem za tym, by oceniac tych ludzi jako jednostki, tak jak na to
                    zasluguja. Bo nie kazdy w nich wyksztalcil w sobie pokore, nie kazdy kierowal
                    sie jakimkolwiek prawem moralnym.
                    Poza tym ludzie na tym forum tez swoje w zyciu przeszli, tez podejmowali swoje
                    decyzje, oczywiscie w innych, mniej dramatycznych czasach. Oceniajmy ludzi jako
                    jednostki, nie wrzucajmy do jednego worka.
                    • ginestra Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 25.09.08, 13:54
                      Dakoto,

                      nie wiem jak to przekazać, żeby było jeszcze jaśniejsze to, co chcę powiedzieć.

                      Oczywiste, że jedni więcej przeszli, inni mniej. Jedni więcej dokonali, a inni
                      mniej. Jedni więcej wniosków wyciągnęli z tego, co przeszli i zbudowali siebie,
                      a inni mniej. Czyny można jakoś oceniać, są jakoś mierzalne. Ale oprócz czynów
                      jest też wiele innych czynników i spraw towarzyszących. Człowiek jest bardzo
                      złożonym, wręcz przepastnym bytem. Trudno przekazać jak patrzeć na człowieka,
                      zwłaszcza takiego, który już przeżył prawie całe swoje życie. Niby przeżył, ale
                      ono się toczy i na koniec, do ostatniego oddechu, jeszcze choćby jednym słowem,
                      jedną myślą, może bardzo dużo (żeby nie powiedzieć: "wszystko") zmienić. A więc
                      nadal jest nieskończonym i nieprzewidywalnym bytem, w którym ogromnie dużo się
                      dzieje.

                      W innych słowach mówiąc, pewne jest to, że im ktoś dłużej żyje na świecie, tym
                      więcej doświadczył z kompendium stanów takich ogólnie "człowieczych" - radości i
                      smutku, budowania i burzenia, zyskiwania i tracenia, sprawstwa i zależności,
                      wdzięczności i niewdzięczności, ranienia i wybaczania, być może też rodzenia
                      dzieci i odchodzenia dzieci i innych spraw związanych z miłością, zawodem,
                      godzeniem się ze stratą itp.

                      Wiele rodzajów cierpienia i nauk od życia związanych jest po prostu z samym
                      PRZEMIJANIEM. I z tym się musimy mierzyć wszyscy, całe życie, ale najbardziej
                      mierzą się z tym ludzie, którzy są już FAKTYCZNIE u schyłku życia. Smak tego
                      znają tylko oni - my jeszcze nie wiemy jak to jest. Tracą jednego po drugim
                      swoich bliskich: na przykład rodziców, partnera życiowego, braci, siostry,
                      znajomych, sąsiadów.
                      Że pozwolę sobie zacytować/ sparafrazować jedną książkę: my wszyscy, codziennie
                      widzimy oznaki przemijania i śmierci - zdechłą muchę, pożółkłą trawę, ale to do
                      nas jakoś nie dociera, nie dotyczy to nas bezpośrednio. Z racji wieku mamy
                      nadzieję, że jeszcze sporo życia przed nami. Tymczasem starsi ludzie nie mają
                      tego uczucia. Ich to __dotyczy__, oni się z tym na swój sposób mierzą. Ci,
                      którzy lepiej przeżyli swoje życie i ci, którzy gorzej - mierzą się z tym.
                      Aktualnie. A my nie (a przynajmniej nie tak jak oni, bo pewnych rzeczy się nie
                      przeskoczy i my naprawdę NIE WIEMY jak to jest). Oni są w wymiarze
                      człowieczeństwa nam NAPRAWDĘ niedostępnym.

                      Nie wiem jak innych ludzi, ale mnie SAMO TO napawa ogromnym szacunkiem i
                      respektem. Ja nie wiem "jak to jest". Oni już wiedzą i doświadczają tego. Wraz z
                      całym cierpieniem i słabością i zależnością od innych i rozdźwiękiem między
                      swoim światem, a światem ludzi młodszych. Być może "by default" to nie wywołuje
                      w innych osobach takiego uczucia, ale we mnie na przykład __tak__ i nie ważne
                      dla mnie co to za człowiek, co zrobił złego itp. W takiej perspektywie czy
                      wymiarze to widząc.

                      Myślę, że dość już szczegółowo to wszystko opisuję, więc może nie będę się tak
                      angażować. Mam nadzieję, że wyjaśniłam w tym to poście najważniejsze sprawy.
                      Pozdrawiam!
                      • dakota77 Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 25.09.08, 14:09
                        Jak zwykle ladny post- ale ani troche nie zblizylismy sie do sedna sprawy.
                        Patrzac w ten sposob kazdego mozna ze wszystkiego rozgrzeszyc- co z tego, ze
                        robil, moze wciaz robi zle rzeczy, skoro stoi w perspektywie wiecznosci. Ja sie
                        po prostu w tej dyskusji poddaje. Do niczego w ten sposob nie dojdziemy.
                  • verdana Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 25.09.08, 15:06
                    Prawie siedemdziesięcioletniH? I traktujesz ich jako
                    zniedołężniałych 9no, chyba, ze są chorzy, to przepraszam). Ale sa
                    zawody, w ktorych emerytura jest od lat 70-ciu.
                    I naprawde, wielu ludzi starszych miało zycie jak z bajki, a mlodzi
                    borykają się z trudnosciami i nieszczęściami. To nie jest zalezność
                    liniowa - czym starszy, tym bardziej doswiadczony przez zycie. Nie
                    wszyscy "starzy" musieli znajdowac jakies oparcie, ot, zyli sobie,
                    tak samo jak my żyjemy. Co Ci w tym imponuje? Kompletnie tego nie
                    rozumiem..., co może imponowac w samej długosci życia, niezaleznie
                    od jego jakosci. Dlaczego człowiek starszy nie mógł cale życie iść
                    do celu po trupach , niszczac innych, tylko dzielnie borykac się z
                    losem, na przekór trudnosciom????

                    Ja też zyłam w komunie, nawet dlugo i nie widze, co bym tym samym
                    zasługiwała na cień szacunku. Moi rodzice, dobiegający do 80-tki i
                    jak najbardziej czynni zawodowo, podobnie jak wielu moich znajomych
                    w tym wieku, zachowali jasność umyslu i jako ludzie inteligentni nie
                    powtarzaja jak papugi tego co im wmawiano w mlodosci. Bo mysla,
                    mimo , ze są starzy.
                    Obawiam się, ze dobrze odczytałam Twoje intencje, tylko Ty sama nie
                    zdajesz sobie sprawy z tego, ze trktujesz ludzi starszych
                    jako "gorzej myslacych", nie zaslugujących na to, by być oceniani
                    wg. uczynkow, nie wieku.
                    • ginestra Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 26.09.08, 15:18
                      Droga Verdano,
                      jest mi po prostu bardzo przykro i jestem bardzo zaskoczona tym jak niesamowicie
                      atakująco do mnie piszesz.

                      Ja nigdzie nie napisałam tego, że ludzi starszych (np. siedemdziesięcioletnich i
                      wzwyż) traktuję jak gorszych, zdemenciałych czy coś. Nigdy i nigdzie tego nie
                      napisałam. Widzę, że w jakiś sposób odbierasz moje wszystkie słowa tak, jakbym
                      ja pisała cokolwiek źle o Tobie czy o Twoich rodzicach, a absolutnie tego nie
                      piszę i nie myślę tak i w ogóle o nikim. Ciebie, Verdano, pisząc traktowałam jak
                      osobę z mojego pokolenia - jesteś dokładnie w wieku moich sióstr ciotecznych, z
                      którymi jestem w dobrym kontakcie i rozumiemy się i nawet dzieci mamy w podobnym
                      wieku i wiele tematów, które wskazują na to, że jesteśmy właśnie tym samym
                      pokoleniem. Z całym szacunkiem, ale tak cały czas Ciebie postrzegam, jak te moje
                      siostry cioteczne, bo także i Ty masz dzieci w podobnym wieku do moich. Moja
                      córka jest w liceum, a druga w gimnazjum, Twoje dzieci, jak pisałaś są w wieku
                      studenckim (córka chyba od niedawna) - dzieci moich kuzynek/ kuzynów też:
                      studenci, liceum, gimnazjum, a i syna masz w liceum lub w gimnazjum. Nigdy mi
                      nie przyszło do głowy, żeby pisząc o starszych osobach i ich doświadczeniu
                      schyłku życia mieć na myśli Ciebie. Nie rozumiem __kompletnie__ dlaczego i na
                      jakiej podstawie tak to zrozumiałaś.

                      Moi rodzice mają około 70-ciu lat i są w miarę sprawni, jednakże widzę, bo to
                      ___jest__ prawda, że upływ czasu daje im się we znaki. I to martwi mnie i moich
                      braci, nie możemy zamykać na to oczu i pomagamy rodzicom, bo naprawdę upływ
                      czasu sprawia, że jest różnica pomiędzy tym jacy byli parę lat temu, a jacy są
                      teraz w sensie zdrowia i możliwości robienia różnych rzeczy (tata na przykład w
                      szybkim tempie traci słuch, nosi aparat itp.). Ich także nie uważam za
                      zdemenciałych czy coś. Ten upływ czasu i spadek ich sprawności i różne ich
                      dolegliwości widzę tak, że takie jest życie po prostu, a nie że są gorsi. Bardzo
                      martwi mnie jak te moje słowa przeinaczasz. :(

                      Pozwolę sobie raz jeszcze napisać o co mi chodzi z tym szacunkiem należnym z
                      uwagi na wiek jako taki. Już pisałam o tym wczoraj odpowiadając Dakocie, ale
                      napiszę to raz jeszcze, tylko, mam nadzieję, że jaśniej.

                      Otóż: nie generalizuję, że "wszyscy ludzie starsi są dobrzy", bo każdy człowiek
                      jest inny i każdy ma wolną wolę i mógł ze swoim życiem zrobić to czy to i jak
                      wspomniałam czyny to czyny, można je jakoś zmierzyć (o ile się weźmie pod uwagę
                      też wszystkie okoliczności).

                      Natomiast ISTNIEJE też coś, co ludzi starszych łączy jako WSZYSTKICH, a jest to
                      taki fakt, że oni weszli w taki jakby inny WYMIAR, dostąpili pewnego
                      WTAJEMNICZENIA, które osobom młodszym od nich jest niedostępne po prostu z samej
                      natury rzeczy. Musi to być doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju dla człowieka
                      wiedzieć, że oto "przedreptało się" swoje życie i jest się u kresu drogi i to,
                      co człowieka czeka, to już nie realizowanie jakichś planów (chociaż można te
                      plany mieć na najbliższe parę lat nawet i mieć nadzieję na zobaczenie ich
                      owoców), ale tak czy inaczej wie się, że to życie się kończy, że nieuchronnie,
                      za parę lat czeka nas śmierć (ja rozumiem i też mam nadzieję, że w przypadku
                      moich rodziców będzie to nawet może i i 20 lat, daj Boże, tak bym chciała, ale
                      nie wiem kiedy to nastąpi i oni sami już myślą w kategoriach, że każdy dzień
                      jest prezentem i że nie wiadomo jak długo będą razem i jak długo będą na świecie
                      - oswajają się z tym i dają mnie i braciom takie własne świadectwo tego mężnego
                      oswajania się z tą myślą i tą prawdą, bo to jest prawda, że ich życie się
                      kończy, choćby mnie bolało to jako córkę, a boli). I właśnie jest to takie
                      szczególne doświadczenie, taki szczególny WYMIAR CZŁOWIECZEŃSTWA. Tego nie
                      zrozumie i nie doświadczy nikt, kto jest młodszy, bo to niemożliwe. Nawet jak
                      ktoś młody jest śmiertelnie chory i oswaja śmierć i godzi się z nią, to
                      doświadcza czegoś podobnego, ale ___nie___ tego samego. Jest bowiem różnica
                      pomiędzy doświadczeniem (niezależnym od nas, to po prostu "mówi nam" nasza
                      psychika): "jestem u progu życia/ w połowie życia, a ono już się niestety
                      kończy, muszę opłakać to, że nie będzie mi dane przeżyć tej drugiej połowy
                      życia" a doświadczeniem: "dane mi było przeżyć cały mój czas życia, miałem ten
                      czas, coś z nim zrobiłem i teraz niestety on już się kończy, już prze mną jest
                      tylko może parę lat życia, a mogę i dziś w nocy umrzeć i też to nie będzie nagłą
                      śmiercią, tragiczną, a po prostu znakiem, że mój czas się kończy, że moja świeca
                      dopaliła się. Los był dla mnie łaskawy, nie umarłem tragicznie, przeżyłem całe
                      życie, tylko po prostu mój czas dobiega pomału końca".

                      I teraz to, co ja o tym myślę. Myślę tak, że ludzie ci, nawet ci niemili i
                      zgorzkniali staruszkowie, o których pisały dziewczyny na forum, doświadczają (w
                      swojej prywatności - nie muszą uzewnętrzniać) tego właśnie specyficznego
                      uczucia. To jest takie jakby mistyczne doświadczenie i jestem pewna, że
                      doświadcza go każdy człowiek (o ile nie zapadł na przykład na chorobę typu
                      choroba Alzheimera, ale może w jakimś wczesnym stadium też takie
                      wszechogarniające uczucie było jego udziałem). I właśnie dlatego, że ci ludzie
                      są w tym wymiarze, to ja kiedy widzę starszą osobę, to mam ochotę zdjąć przed
                      nią czapkę i pokłonić się. Przez sam FAKT, że ona to przeżywa - ten stan
                      kończenia się jej życia.

                      I to mam w pamięci zawsze, kiedy mam do czynienia ze starszą osobą. Jak jest
                      niemiła i okropna, to się bronię i stawiam jej granice itp. I to jest jak
                      najbardziej OK. Nikt nie powinien ranić drugiego. Ale i tak wiem, co wiem, mam
                      to w pamięci i ten "mistyczny szacunek" do tej osoby mam.

                      Rok temu zmarła moja sąsiadka z bloku, która była jedyną osobą, z sąsiadów, u
                      której bywałam w domu i przyjaźniłam się. Ta pani miała 71 lat i najpierw była
                      bardzo energiczną, choć starszą i pochyloną osobą, jeżdżącą sobie do Arkadii na
                      zakupy z wózeczkiem do Carrefour'a i popatrzeć na fontannę, na spacery, do
                      kościoła, do dzieci, a potem zachorowała na raka pęcherza, co okazało się nagle
                      i ja przez 5 miesięcy robiłam jej zakupy i pomagałam w różnych sprawach (jej
                      dzieci mieszkają w innej części miasta i też oczywiście przyjeżdżały, pomagały,
                      ale ja byłam taką osobą "na miejscu", do której się zwracała praktycznie
                      codziennie w potrzebie). No i rozmowy z tą panią i obcowanie z nią bardzo wiele
                      mi dały. Często o niej myślę i brakuje mi jej, jej siły wewnętrznej (zmieszanej
                      ze słabością i kruchością) i mądrości i optymizmu i wsparcia. I tego, że dzięki
                      niej ja też miałam szanse coś pomóc, coś komuś dać i coś cennego przyjąć. Ja
                      wiem, że zmarła, można powiedzieć "młodo", bo tylko miała 71 lat, ale różnie
                      bywa ze zdrowiem i na jej przykładzie zobaczyłam jak to może szybko przebiegać.
                      Oczywiście nie jest to regułą, ludzie czasem żyją dłużej, sama mam takie osoby w
                      rodzinie po 80-tce, super się trzymające, ale wiem i rozumiem, że tak też bywa w
                      życiu.

                      To mi przyświecało kiedy pisałam o starszych ludziach.
                      I tyle miałam do powiedzenia, więcej, co bym nie napisała pewnie już nie
                      naświetli bardziej sprawy.
                      Pozdrawiam
                      • dakota77 Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 26.09.08, 15:27
                        GinestraI właśnie dlatego, że ci ludzie
                        są w tym wymiarze, to ja kiedy widzę starszą osobę, to mam ochotę zdjąć przed
                        nią czapkę i pokłonić się. Przez sam FAKT, że ona to przeżywa - ten stan
                        kończenia się jej życia.


                        Ginestro, po raz kolejny zapytam- czym, jesli nie generalizowaniem, jest
                        stawianie takiego znaku rownosci miedzy starszymi ludzmi? Zakladasz, ze to
                        zblizanie sie do kresu zycia kazdego zmienia na dobre, uczy pokory. Wyraznie
                        napisalas, ze to laczy wszystkich. Wiec zapytam w takim razie bardzo brutalnie-
                        pisalas, ze ludzie ok.70-letni sa starsi. Wiec podlegaja temu mistycznemu
                        przezyciu, ktore nakazuje ich szanowac nie ze wzgledu na ich czyny, a sam fakt,
                        ze ich zycie moze juz dlugo nie potrwac, tak? To jasno wynika z tego, co
                        napisalas. jak wiec w tej mistyce upchniemy Josefa Fritzla, ktorego nie trzeba
                        przedstawiac. Ma 73 lata. Miesci sie w twoim kryterium starosci. Czy wiec mamy
                        zapomniec o jego odrazajacych czynach, a skupic sie wylacznie na fakcie, ze nie
                        wiadomo, ile mu zycia zostalo i ze na pewmo dopadnie go ta obowiazkowa,
                        mistyczna pokora. Oj, nie dociera do mnie ta teoria. Jak mowilam, pomoc i
                        podstawowy szacunek zdecydowanie sie starszym ludziom nalezy. Ale coeniajmy ich
                        jak kazdego na podstawie czynow.
                        • verdana Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 26.09.08, 15:35
                          Ale nie starszych, o oni już umieraja - i tylko przez ten pryzmat,
                          bidaczkow, nalezy oceniac. Ich zycie już sie nie liczy, to co tam
                          sobie robia. Maja przed soba niewiele zycia i to jest ich wyznacznik.
                          Dla mnie to w ogóle nie jest traktowanie starszego czlowieka jak
                          człowieka. Nie ukrywam-jet to dla mnie tragiczny brak szacunku dla
                          ludzi starszych jako reprezentujacych sobą cokolwiej jednostek, bo
                          ich osobowość już sie nie liczy, jest niewazna, marhginalna, ich
                          czyny też nikogo już nie interesują. Sa starzy i o tylko jest w nich
                          istotne.
                          Dawno nie spotkalam się z takimi głęboko zakorzenionymi
                          uprzedzeniami, choc Ginestra najwyraźniej nie jest swiadoma, ze jej
                          postawa własnie jest uprzedzeniem. Uprzedzeniem, wg. klasycznych
                          definicji jat mi.n nie traktowanie czlowieka jako jednostki, ale
                          jako przedstawiciela okreslonej grupy. Pozbawiajac go tym samym
                          jednoztkowych cech człowieczenstwa.
                        • jottka Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 26.09.08, 15:37
                          no nie chciałabym urazić, ale mnie też ten mistyczny szacunek względem osoby
                          70letniej dziwnie przypomina milczenie w obecności skazańca. zasadniczo i tak
                          już idzie na ścięcie, po co babcię denerwować, niech sie babcia cieszy.

                          a verdana jednakowoż cię nie atakowała, ginestro, tylko przypuszczam, że
                          odwołała się do passusu z twojej wcześniejszej wypowiedzi, jak to jako osoby
                          młodsze mamy nad starszymi 'pewną przewagę' i w związku z tym należy ich
                          traktować na nieco innych prawach. a to faktycznie jest protekcjonalne i
                          obraźliwe dla starszych osób, mimo być może najlepszych twoich intencji.
                          • dakota77 Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 26.09.08, 15:39
                            Ja tez nie widzialam w postach Verdany niczego, co mozna byloby uznac za atak. A
                            ze ja pewne wypowiedzi Ginestry zbulwersowaly... nie dziwie sie, nie tylko ja.
                            • jottka Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 26.09.08, 15:44
                              w celu rozluźnienia atmosfery - w którymś tomiku cyklu ze stephanie plum babcia
                              mazurowa, osoba właśnie około 70letnia, stwierdza, że jakiś tam jej rówieśnik
                              napsocił, ale to nic dziwnego, przeżywa kryzys wieku średniego. na co stephanie,
                              nieco zdumiona - ależ babciu, kryzys wieku średniego to w okolicach 40tki! na co
                              babcia - a to zależy, jak długo masz zamiar żyć!

                              cnd:)
                              • verdana Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 26.09.08, 21:33
                                Chyba popełniłam błąd - zamiast uznać, że matka moja nad trumną stoi
                                i sprezentowac jej szal cieply oraz papucie na 76 urodziny, dalam
                                jej komplet gier komputerowych, po czym opieprzyłam, ze jeszcze sie
                                ich nie nauczyła instalować. No, a trzeba bylo uznać, ze to po
                                prostu demencja, nie lenistwo...
                                • nioszka Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 26.09.08, 21:49
                                  i po co ta ironia i złośliwość, Verdano?
                                • kaliope3 Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 26.09.08, 21:54
                                  Wiecie co, myślę,że ta dyskusja poszła trochę w złą stronę. Nie wywnioskowałam z
                                  wpisów Ginestry że ona ludzi starszych traktuje pobłażliwie bo są starzy i tak z
                                  nimi trzeba, albo że jakby ich "uświęca"bo stoją nad grobem,więc im wszystko
                                  trzeba wybaczyć bo to ostatnie chwile ich życia.Czy to taka zbrodnia odczuwać do
                                  ludzi starszych szacunek i respekt ze względu na ich wiek i to, co,ewentualnie,
                                  mogą nam przekazać? Przecież Ginestra nie napisała że wszystkich jak jeden mąż
                                  starszych ludzi należy czcić bez względu na to co w życiu zrobili, bo są starzy.
                                  Ja tu też nie widzę nieludzkiego traktowania,czy pogardy.Choćbym pękła to z moją
                                  93-letnią babcią,albo 97-letnim dziadkiem nie porozmawiam sobie już tak
                                  swobodnie jak jeszcze 10 lat temu i owszem-traktuję ich trochę inaczej od reszty
                                  ludzi właśnie dlatego żeby ich nadal rozumieć i być rozumianą. Mogę sobie starej
                                  kobiety na ulicy nie szanować ze względu na jej przeżycia o których nie mam
                                  bladego pojęcia, ale nie widzę doprawdy nic zdrożnego w odczuciu smutku i chęci
                                  pomocy takiej osobie właśnie dlatego że widzę jej zagubienie i nieporadność w
                                  mało już dla niej przychylnym świecie, niezależnie od tego jakich dopuściła się
                                  przestępstw w swoim życiu
                                • szprota Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 27.09.08, 00:06
                                  Verdano, Twojej uwadze polecam nagłówek forum: "Krytykujemy aż miło, ale
                                  konstruktywnie i bez wrednych złośliwości."
                                  Dyskusja z Ginestrą jest zacięta i jakkolwiek raczej przychylam się do Twojej i
                                  Dakoty opinii, że na szacunek trzeba sobie zapracować, a wieku nie osiąga się
                                  pracą, to jednak Ginestrowy światopogląd też jest dla mnie zrozumiały, jedynie -
                                  mniej bliski. Myślę, że to, co napisała - pewnie wyżej, choć z tym wklejaniem na
                                  forum to różnie bywa ;) - Kaliope dobrze podsumowuje to, co chce nam przekazać
                                  Ginestra. Dakota uznała, że nie przekona Ginestry w tej dyskusji i Tobie również
                                  proponuję zaakceptować ten fakt. Różnijmy się i róbmy to ładnie - dobrze?
                                  • verdana Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 27.09.08, 10:01
                                    Tak, gdybyś miala starych rodziców, w pełni sprawnych umyslowo i
                                    ktoś pisał by Ci, ze ze starych ludzi nalezy traktować inaczej,
                                    poblazliwiej, nie traktowac ich dzialań tak powaznie i szanowac
                                    niezaleznie co robia, bo oni juz nie moga być ocenianie jak ludzie -
                                    to nie czułybyscie się oburzone? Same bedziemy stare i jesli będac
                                    starym i w pelni sil nagle otoczenie zacznie ignorowac nasze
                                    świństwa, bo nie jestesmy juz "godni" tego by byc traktowani
                                    powaznie - nie będzie Wam to przeszkadzało?
                                    Sa pewne postawy, nawet przyjmowane bez zlej woli, z ktorymmi nalezy
                                    jednak walcyc. Tak jak ludzie niepenosprawni dostaja szalu, bo nie
                                    pozwolono puscić reklamowki, w ktorej chcmski facet na wózku
                                    zajeżdża innym droge i inni kierowcy mu wymyslają. Rekalmowka
                                    mowila "traktuj nas jak zdrowych", no ale jej nie pusxczono. Bo
                                    niepełnosprawnego NIE mozna traktowac jak zdrowego, nawet chama, bo
                                    on nie jest taki jak my.
                                    Traktujmy go lepiej, bo jest gorszy.
                                    • szprota Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 28.09.08, 01:04

                                      Dakoto, radzę Ci na przyszłość uważać ze stwierdzeniami "gdybyś miała", "gdybyś była". Nigdy nie wiesz, czy rozmówca nie zna omawianej sytuacji z własnego grzbietu. Mam rodziców pod 70-tkę i jestem daleka od traktowania ich jak staruszków nad grobem. Ginestra zaś nie ma okazji ich traktować. Gdyby miala, gdyby ktokolwiek miał, myślę, że wtedy czułabym się uprawniona do tak stanowczej reakcji. Może po prostu nie postrzegam tej postawy jako aż tak groźnej. Wiem jednak z doświadczenia, że forumowa deklaratywność to jedno, a zachowania w realu to drugie.
                                      • dakota77 Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 28.09.08, 10:06
                                        Czy moglabys mi wytlumaczyc dokladnie, czym sobie zasluzylam na tego posta? I co
                                        rozumiesz przez "Ginestra nie ma okazji ich traktowac"? Czy sugerujesz, ze
                                        Ginestra nie ma rodzicow, podczas gdy wyraznie nie napisala, ze ma? Poza tym w
                                        zadnym moim poscie nie odnosilam sie do sposobu, w jaki Ginestra naprawde czy w
                                        sposob deklarowany odnosi sie do swoich rodzicow. Nie chcialam sie tylko zgodzic
                                        z zalozeniem, ze ludzi starszych nie mozna oceniac jako jednostek, bo wszystkim
                                        z racji samego wieku nalezy sie wyjatkowy respekt.

                                        A za dobre rady dziekuje.
                                        • szprota Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 28.09.08, 13:51
                                          Spieszę przeprosić i się pokajać. Zwracałam się do Verdany. Muszę Was uważniej czytać.
                                          CytatI co rozumiesz przez "Ginestra nie ma okazji ich traktowac"?
                                          Że nie ma okazji traktować moich rodziców. A jak traktuje swoich, to wyłącznie sprawa pomiędzy nimi.
                                          CytatNie chcialam sie tylko zgodzic z zalozeniem, ze ludzi starszych nie mozna oceniac jako jednostek, bo wszystkim z racji samego wieku nalezy sie wyjatkowy respekt.
                                          I jeśli czytasz mnie dokładniej niż ja Ciebie, na pewno wiesz, że mamy w tym względzie podobne zdanie.
                                          • dakota77 Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 28.09.08, 14:14
                                            Szproto, w miedzyczasie zdazylam sie domyslic, ze twoj post nie byl skierowany
                                            do mnie. Przeprosiny przyjmuje:-). Przyznaje, ze to, ze nie wiedzialam, za co mi
                                            sie oberwalo zdazylo mi rani zepsuc humor na jakis czas. Ale juz wszystko
                                            wyjasnione:-)
                                            • szprota Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 28.09.08, 14:31
                                              Cytat dakota77 napisała: Przyznaje, ze to, ze nie wiedzialam, za co mi sie
                                              oberwalo zdazylo mi rani zepsuc humor na jakis czas

                                              Tym bardziej przepraszam! Na usprawiedliwienie dodam, że pisałam z komórki po
                                              szalenie intensywnym dniu odznaczającym się m.in. w schronisku dla zwierząt.
                                              • dakota77 Re: "Stary - juź nie dorosly?" Nie uważam tak! 28.09.08, 14:40
                                                Alez Szproto, juz wszytko w porzadku:-). To byla taka pierwsza rekacja, potem
                                                nabralam przekonania, ze to bylo do mnie.
                              • sir.vimes Jottka, bardzo proszę 27.09.08, 11:04
                                podaj tytuł tej książki
                                • jottka Re: Jottka, bardzo proszę 27.09.08, 13:03
                                  znaczy której? z cytatem z babci mazurowej? yyy, no tego, ciężko będzie, bo nie
                                  pamiętam, w którym tomiku to było - ale jeśli w ogóle nie znasz dzieła, to mnie
                                  chodziło o cykl autorstwa janet evanovich opisujący perypetie stephanie plum,
                                  czyli agentki od siedmiu boleści łapiącej osoby zbiegłe przed wymiarem
                                  sprawiedliwości. to taka chmielewska po amerykańsku:)

                                  tomów jest kilkanaście, pierwszy to 'one for the money' (a potem 'two for the
                                  dough' i tak dalej kolejne numerki) - podaję tytuły po angielsku, mimo że bodaj
                                  pierwszych siedem jest po polsku, ale to skandal, a nie przekłady:( różni ludzie
                                  tłumaczyli, w różnym stopniu potwornie, tylko oryginał.
                                  • sir.vimes KOjarzę już! 28.09.08, 09:54
                                    Miałam to w ręku, rzeczywiście jakiś ohydny przekład to musiał być - dzięki,
                                    pożyczę sobie w oryginale.


              • ginestra Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 12:47
                Dakoto,
                jakikolwiek ton nagany był mi obcy, naprawdę. Tym bardziej postrzeganie
                czarno-białe i generalizowanie, że wszyscy starsi ludzie są dobrzy. Są ludźmi
                jak my wszyscy. Tu chciałam po prostu pokazać może ten tragizm, że u schyłku
                życia (niektórzy - a może wszyscy, bo taka jest ludzka natura?) żałują wielu
                rzeczy, widzą ich złe skutki, a już nie mogą cofnąć czasu, a przy tym dotyka ich
                niemoc fizyczna i zależność od innych. To uczucie niemożności naprawienia czegoś
                i w ogóle niemożności działania, sprawstwa, to musi być straszne cierpienie.
                Myślę, że jeśli żałują, to jednoznacznie ich oceniać, tak zero-jedynkowo, kładąc
                na szalę ich czyny, nie byłoby sprawiedliwie i tylko to mi przyświecało (może
                trochę na wyrost to pisałam, ale chciałam jakby poprosić żeby tej babci Marty
                nie oceniać tylko po samych czynach). Jak wspomniałam, nie wiem jak jest i
                przyznałam się do tego, że nie pamiętam szczegółów książki - czy ona wyciągała
                wnioski, żałowała, starała się itp. W wątku jedni są zdania, że tak, inni że
                nie. A więc pomyślałam, że jest wiele niedomówień co do tej postaci i to napisałam.

                Nie mam wątpliwości, że traktujesz starszych ludzi z szacunkiem. :)

                Ja właśnie starałam się napisać o wielu aspektach, tak żeby nie było, że
                wszystkich starszych ludzi idealizuję, na przykład pokoleniowo (jak pisała
                Verdana). W jakimś sensie też Verdanie odpowiadałam.

                Widzę, że im bardziej szczegółowo i wieloaspektowo chcę coś przedstawić, to
                wychodzi czasem przeciwnie do zamierzeń.
                Wiem, że muszę nad tym pracować, nad zwięzłością. Jak powiedział niezrównany
                Oskar Wilde: "Brevity is the soul of wit" (Zwięzłość jest esencją dowcipu/
                inteligencji"). Zgadzam się z nim i będę nad tym pracować.

                Z tym moim pisaniem na forum jest dziwnie, bo najczęściej chcę odpisać krótko, a
                sama nie wiem kiedy wychodzi długo i nawet czasowo długo, co ma swoje reperkusje
                też w życiu codziennym. ;) A więc na pewno będę się starać.

                Pozdrawiam!
                • ginestra Źle się wkleił poprzedni post.. 25.09.08, 12:49
                  PS.
                  Chciałam powiedzieć, że celowałam z wklejeniem poprzedniego postu pod porannym
                  postem Dakoty - jeszcze nie czytałam następnych postów. To na wypadek, gdyby
                  moja poprzednia wypowiedź jakoś kolidowała z wpisami pomiędzy. ;)
                  Pozdrawiam!
                • dakota77 Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 12:52
                  No ale wlasnie z twoich wczesniejszych postow mocno wynikalo, ze traktujesz
                  wszystkich starszych ludzi jako dobrych, tak wlasnie pokoleniowo. Z reakcji na
                  twoje posty wynika, ze nie tylko ja tak to odebralalam.
                  Ale powiedz prosze, jak babci Marty mamy nie oceniac po czynach, skoro to
                  jedyne, co oceniac mozemy? Czyny nie wystawiaja jej bardzo chlubnego swiadectwa,
                  a o zalowaniu za bledy, o ile sobie dobrze przypominam, w ksiazce nie bylo mowy.
                  Wrecz przeciwnie, babcia Marta wygladala na zadowolona z siebie, przekonana o
                  swojej slusznosci.
                  • ginestra Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 13:16
                    dakota77 napisała:

                    > No ale wlasnie z twoich wczesniejszych postow mocno wynikalo, ze traktujesz
                    > wszystkich starszych ludzi jako dobrych, tak wlasnie pokoleniowo. Z reakcji na
                    > twoje posty wynika, ze nie tylko ja tak to odebralalam.
                    > Ale powiedz prosze, jak babci Marty mamy nie oceniac po czynach, skoro to
                    > jedyne, co oceniac mozemy? Czyny nie wystawiaja jej bardzo chlubnego swiadectwa
                    > ,
                    > a o zalowaniu za bledy, o ile sobie dobrze przypominam, w ksiazce nie bylo mowy
                    > .
                    > Wrecz przeciwnie, babcia Marta wygladala na zadowolona z siebie, przekonana o
                    > swojej slusznosci.

                    Dakoto,
                    odpowiedzią jest to, co napisałam w tym moim "nocnym" poście na koniec, czyli o
                    tym, że mam wrażenie, że pani MM przedstawiła czytelnikowi tylko część czynów i
                    zostawiła wiele niedomówień. Nie wiemy czy na przykład babcia Marta nie
                    próbowała wiele razy jechać do syna (na przykład z wałówką jedzenia, z sercem na
                    dłoni) i na przykład czy nie została źle przyjęta, odtrącona. Nie wiemy o tym co
                    było w trakcie - widzimy tylko efekt końcowy, ten brak kontaktu matki i syna
                    itp. Sugerowałam, żeby zobaczyć jak ta postać jest przedstawiona ___sama w
                    sobie___, psychologicznie: czy takie "samo zło" do niej pasuje, czy może nie. Co
                    jest możliwe, a co jest niemożliwe dla tej postaci, gdy ją znamy. Czy olała
                    syna, czy też zrezygnowała z kontaktu, ale dopiero po wielu, wielu próbach i
                    staraniach. Ważne są jej myśli w ksiażce co do syna: czy myśli o nim ogólnie
                    ciepło i z nadzieją czy nie.

                    Obiecuję, że to sprawdzę niedługo, ale tu trzeba by raz jeszcze przeczytać
                    __całą__ książkę, a nie wybiórczo, żeby ta postać przed nami się wyłoniła cała,
                    taka jaka jest, a więc przeczytam i nawiażę do tego, jeśli jeszcze ktoś zechce o
                    tym rozmawiać. ;)
                    Pozdrawiam!
                    • dakota77 Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 13:21
                      Ginestro, mozemy sie zastanawiac, co Marta chciala zrobic, co zrobila, a co nie
                      zostalo opisane w ksiazce, oczywiscie. Dla zabawy literackiej. Ale to bedzie
                      nadinterpretacja. Mamy pokazane to, co chciala nam pokazac autorka. Widac, ze MM
                      postrzega babcie Marte jako wspaniala postac, ale czyny tej osoby, reakcja na
                      sytuacje jej rodziny temu przecza. Nie po raz pierwszy w tworczosci MM przeciez.
                • mamapodziomka Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 14:12
                  Cytatginestra napisała:

                  Tu chciałam po prostu pokazać może ten tragizm, że u schyłku
                  życia (niektórzy - a może wszyscy, bo taka jest ludzka natura?) żałują wielu
                  rzeczy, widzą ich złe skutki, a już nie mogą cofnąć czasu, a przy tym dotyka ich
                  niemoc fizyczna i zależność od innych. To uczucie niemożności naprawienia czegoś
                  i w ogóle niemożności działania, sprawstwa, to musi być straszne cierpienie.


                  Byc moze masz racje, a nawet na pewno masz w pewnych wypadkach. Jednak
                  obserwujac starszych ludzi w moim otoczeniu zauwazam, ze nieslychanie rzadko
                  zmieniaja sie radykalnie. Raczej poglebiaja sie te cechy, ktore byly obecne juz
                  wczesniej. Osoby swiadome wplywu swojego postepowania na ich relacje z ludzmi
                  czesto zaczynaja te relacje jeszcze bardziej analizowac. Osoby, ktore dotychczas
                  nie byly tym zainteresowane rzadko zas potrafia sie na to zdobyc. Raczej okopuja
                  sie na swoich pozycjach pretensji do calego swiata.

                  Nie wiem, byc moze cos w rodzaju rachunku sumienia nastepuje na jakims
                  pozniejszym etapie, z ktorym na szczescie nie dane mi bylo sie zetknac?
                  • dakota77 Re: offtopik pratchettowski 25.09.08, 14:14
                    Z mojego doswiadczenia i obserwacji najblizszego otoczenia wynika, ze na starosc
                    faktycznie poblebiaja sie juz posiadane cechy, z niegatywnymi wlacznie. Choc nie
                    watpie ze istnieja osoby, ktore dokonuja racgunku sumienia. Tylko ze z tym
                    roznie bywa, a Ginestra sama odzegnywala sie od generalizowania, zeby potem w
                    nie popasc.
                • limotini szacunek do ludzi starszych 25.09.08, 14:13
                  A ja się chciałam podzielić moim odkryciem, nie umiem nawet określić, czy
                  przykrym, czy raczej dobrym. Trochę dziwnym.

                  Myślałam sobie o różnych osobach które znałam. Kiedyś sobie myślałam: jaka ta
                  osoba A miła, z dystansem, z takim obiektywny podejściem do życia - jak to
                  jednak przeżyte lata pięknie łagodzą charakter!

                  Jak ta osoba B niepójnie mówi (w senie np. przeplata historie serialowe i
                  historie sąsiadów) i nielogicznie myśli (np. obraża się, bo ktoś za cicho/za
                  głośno powiedział "dzień dobry") - jak ta starość czasem źle wpływa na ludzi,
                  ale cóż...

                  A potem się nasłuchałam paru historii z młodości tych osób. I tak, osoba A już
                  jako młoda kobieta wykazywała te same cechy. Osoba B, nawet jako 16-latka była
                  uciążliwa. Zaczęłam drążyć i okazało się, że takich przypadków jest więcej:
                  znaczy się osób, które są jakie są, bo dużo przeżyły, tylko bo tak. (Oczywiście
                  pewne cechy się wyostrzają, ale nie zmieniają tak mocno swojej jakości).

                  Czy Wy nie znacie takich przypadków? To tak apropos moich trudności we wrzucaniu
                  do jednego worka ludzi w konkretnym wieku.
    • mamapodziomka Re: upiorna babunia 25.09.08, 14:43
      A dla mnie babcia J. jest troche niespojna, ani wielka bohaterka, ani tez
      monstrum. Troche faktycznie taka z prawdziwego zycia, potrafie ja sobie
      wyobrazic bez wiekszego problemu.

      Ale nie podoba mi sie proba jej postawienia na cokoliku, bo moim zdaniem nie
      zrobila wystraczajaco wiele aby tam sie znalezc.
      • dakota77 Re: upiorna babunia 25.09.08, 14:45
        No totez o to nam tu chodzi:-). Ja tez nie uwazam jej za monstrum, ale nie chce,
        zeby mi ja MM stawiala za wzor wszelkich cnot.
        • marajka Re: upiorna babunia 25.09.08, 16:57
          A czy jest stawiana za wzór wszelkich cnót?
          Ja ją dobieram jako miłą, prostą kobietę, pełną zarazem życiowej
          mądrości. To taka typowa, książkowa babcia. I myślę, że o to MM
          chodziło.
          • dakota77 Re: upiorna babunia 25.09.08, 17:03
            No ale my wlasnie powatpiewamy w zyciowa madrosc tej kobiety. Mila i prosta moze
            byc, ale na czym polega jej madrosc?
            • marajka Re: upiorna babunia 25.09.08, 17:26
              To jedna z tych rzeczy, których nie potrafię wytłumaczyć. Ja ją tak
              po prostu odbieram. Może przez to, że Aurelia odzyskuje przy niej
              spokój?
            • ginny22 Re: upiorna babunia 25.09.08, 21:47
              <włączę się do dyskusji, za pozwoleniem>

              Ja w jej mądrość - w DP - nie powątpiewam, przyznam. Zastanawiam się
              tylko, gdzie była ta mądrość wcześniej. Przez całe życie Eugeniusza,
              przez 16 lat życia Aurelii... Trochę to nierealne, że osoba, która
              wcześniej niespecjalnie sobie radziła w relacjach międzyludzkich,
              nagle stała się krynicą mądrości w tych sprawach (a stała się, jej
              zachowanie w DP odbieram całkiem pozytywnie).
              • kaliope3 Re: upiorna babunia 25.09.08, 21:55
                Wszystko przez to że ta krynica została w fabułę wrzucona nagle i bez odrobiny
                przygotowania tła,bo akurat była potrzebna. Karkołomny zabieg, bo ta jej mądrość
                życiowa aby być bezwzględną i oczywistą musiałby być czymś poparta.A tu mamy na
                poparcie jedynie samą babcię J. co jest po prostu nienaturalne. Gdzieś kiedyś
                czytałam,że MM stworzyła tę postać na wzór jakiejś swojej ukochanej cioci czy
                babci- wszystko pięknie tylko ona miała pierwowzór z krwi i kości, nie wątpię,że
                pełen mądrości życiowej,a nam zaprezentowała jakiś jego blady,wyrwany z
                kontekstu cień.
                • ginny22 Re: upiorna babunia 25.09.08, 22:09
                  > Wszystko przez to że ta krynica została w fabułę wrzucona nagle i
                  bez odrobiny przygotowania tła, bo akurat była potrzebna.

                  Otóż to, otóż to.
                  Zresztą potem to samo, tylko jeszcze bardziej, MM powtórzyła z
                  Gizelą.
                  • mmaupa Re: upiorna babunia 25.09.08, 22:51
                    CHyba wiem, co nie gra. Odleglosc. Gdyby babcia Marta nie mieszkala w
                    Pobiedziskach, tylko np. w Przemyslu, to wszystko by sie pieknie wytlumaczylo -
                    nie przyjezdza, bo za daleko (caly dzien na podroz, a nawet nie zna adresu),
                    wnuczka byla u niej zaledwie kilka razy, syn z nia nie ma kontaktu, bo wyjechal
                    do Poznania na studia, pewnie rzadko wracal i ta wiez nie byla taka mocna -
                    zreszta mogl nawet nie miec pieniedzy na przyjazd na poczatku studiow, a potem
                    nie mial czasu...

                    A w Pobiedziskach to rzeczywiscie trudno wyjasnic.
                  • sowca Re: upiorna babunia 25.09.08, 22:55
                    Padło pytanie, na czym polega mądrości babci J. Ja widzę tę mądrość
                    przede wszystkim w tym, że ona tak pomogła wnuczce! Spróbujcie przez
                    chwilę spojrzeć na to, co zrobiła dla Aurelii. Jak Aurelia zmieniła
                    się pod jej wpływem, jak ułożyła sobie relacje z ludźmi ( z ojcem, z
                    Kreską), jak zaczęła radzić sobie z własnym życiem. Jest taki piękny
                    cytat, nie mogę go teraz znaleźc, ale to szło jakoś tak, że
                    zziębnięta i bezkrwista Aurelia napełnia się stopniowo ciepłem i
                    kolorem. Zawsze mnie to wzrusza. Nie odbierajmy Marcie mądrości,
                    dobroci, empatii, nawet jeśli wiemy, że w przeszłości popełniała
                    błędy. I moim zdaniem właśnie fakt, jak potrafiła potraktować
                    Aurelię i pomóc jej, świadczy o tym, że nauczyła się na własnych
                    błędach.
                    Jeszcze jedno. Mam w rodzinie starszego pana, którego od bardzo
                    dawna nie widziałam (kilkanaście lat temu rozwiódł się z moją
                    ciotką). Zawsze był uważany za wyjątkowego chama i gbura, nigdy
                    nikomu nie pomógł, doprowadził do rozstania z ciocią (chociaż wcale
                    nie twierdzę, że to była akura wyłącznie jego wina), nie za bardzo
                    interesował się swoimi córkami. Nie tak dawno spotkałam go na ślubie
                    jego córki, a mojej kuzynki. Nie uwierzycie, jak bardzo się zmienił.
                    Pomijam fakt, jak uprzejmie i miło odnosił się do mnie i do mojej
                    rodziny. Najbardziej wzrszuyło mnie, jak bardzo zaangażował się w
                    życie swoich córek - bardzo przeżywał tenn ślub, zresztą w dużym
                    stopniu ufundował wesele, teraz pomaga starszej córce w
                    podźwignięciu się z problemów psychicznych. Zmienił się nie do
                    poznania. Widać, że po prostu przemyślał parę spraw. Dostrzegł,
                    jakie popełnił błędy. I chociaż wie, że już ich nie naprawi, to może
                    chociaż nie zmarnować tego czasu, ktory mu pozostał. Uwazam, ze z
                    babcią J. mogło być podobnie. Ona też sobie parę kwestii
                    przemyślała, spojrzała z dystansem na siebie. Dlatego teraz potrafi
                    wesprzeć wnuczkę, pomóc jej nie tylko w drobnych sprawach, ale i w
                    odnalezieniu się w życiu.
                    • verdana Re: upiorna babunia 25.09.08, 23:22
                      Tak, tylko tym ciepłem i kolorem to ona się mogła napełnić w
                      powieści, nie w rzeczywistosci. Bo w rzeczywistosci to raczej mało
                      prawdopodobne - i o to nam chodzi.
                      Autor może stworzyć bohatera, ktory leje syna pasem i pierze po
                      mordzie, i dzięki temu syn nareszcie odnajduje wlasną drogę życia i
                      jest wdzięczny tacie do konca swoich dni za to, ze pomogł mu w
                      najlepszy możliwy sposób w odpowiednim czasie. Bo ksiązki nie rzadza
                      się prawidlami zycia - jesli autor chce, aby cos dziecku pomogło, to
                      mu pomoze. W zyciu raczej wywoalaloby bunt i sprzeciw.
                      Tak wlasnie wygladają stosunki międzu babcia a wnuczka - mnie sie
                      wydaje, ze tak naprawde postawa babci nie pomoglaby pogrążonej w
                      żalobie dziewczynie. Raczej zdolowała do konca.
                      • anutek115 Re: upiorna babunia 26.09.08, 09:39
                        I nie pomogła. Kilka tomów dalej widzimy Aurelię w charakterze gnącej się
                        mimozy, szemrzącej jak strumyk do gimnazjalistów, żonę czołowego egocentryka
                        Jeżycjady, któremu może ona służyć za podnóżek i "wyrażacz podziwu". Ile osób na
                        tym forum czuło się rozżalonych, że z odważnej Geniusi wyrosło cos podobnego?
                        Ile osób wymieniło Aurelię wśród jeżycjadowych szczęśliwych kobiet? Aurelii było
                        dobrze w Pobiedziskach, ale... no cóż, ja odniosłam wrażenie, że jak ją juz
                        babcia Jedwabińska podkurowała trochę i nakarmiła opowieściami, że trzeba
                        zapomniec o sobie, to odstawiła ją na boczny tor. Przedtem było "Orelka u mnie
                        zamieszka, mogłaby nawet do liceum tu pójść", a potem - zamążpójście i
                        goszczenie Pyziakówien w każde wakacje.

                        Ten pan z twojej rodziny, Sowco, jak sama napisałaś, pewnie przemyślał parę
                        spraw, a potem się angażował się w życie córek. To piękna przemiana i nikt tu
                        nie neguje, że możliwa (ale na pewno trudna, i wymagajaca dużo dobrych chęci z
                        obu stron). No to teraz cytacik, który przytaczałam w formie ułomnej, bo z pamięci:

                        "...babcia ujęła się pod bok, stanęła bojowo na rozstawionych nogach i
                        zaatakowała syna wprost:
                        - A ty co, hę? Kiedy przyjedziesz odwiedzić dziecko? Bo matki to ci już ta twoja
                        Monika odwiedzić nie da... Co? Ja się czepiam? Nie, ja się nie czepiam, ja tylko
                        tego wszystkiego nie pochwalam! Cicho! Nie krzycz! Jak to, jakie mam prawo! -
                        Prawo matki mam! Widzę, co ty robisz ze swoim życiem, no to ci mówię, co widzę,
                        co w tym dziwnego?! (...) A Orelka zostanie u mnie! Jak długo będzie chciała!
                        Mogłaby tu nawet chodzić do liceum, do sióśtr. To nie jest dobrze, jak dziecko
                        żyje w takich warunkach, jak te wasze! - palnęła i nagle ze zdumieniem odjęła
                        słuchawkę od ucha, spojrzała na nią, potrząsnęła. - Poszedł sobie! - powiedziała
                        rozzłoszczona. - Uszy bym mu oberwała!"
                        Kto się dziwi Eugeniuszowi, że rzucił słuchawką?
                        Kto się dziwi Monice, że nie chce przyjechać do Pobiedzisk (jesli była choc raz,
                        współczuję biedaczce, urocza to musiała byc wizyta)?

                        Jeśli ktos się dziwi, ma niewątpliwie lepszy charakter niż ja.

                        Ale ja tu nie widzę cienia przemysleń, chęci zmiany, dobrej woli. Widzę kobietę,
                        która traktuje syna jak swoją własność, którą może dowolnie przestawić, ustawić,
                        nie spróbowac zrozumieć, ale odstawić na półeczkę jak zabawkę, ktora nie
                        spełniła oczekiwań. Nie podoba mi się to i już. I to, że dorosły syn nie daje
                        matce adresu wydaje mi się dość znamienne. Nie świadczy na pewno dobrze o tym
                        synu. Ale o matce nie świadczy dobrze również.

                        Nawiasem mówiąc, to była chyba ta pierwsza rozmowa po dłuugiej przerwie? Raczej
                        nie nastroiłaby mnie ciepło do rozmówczyni i nie odebrałabym jej jak ręki
                        wyciągniętej na zgodę, ani nawet jak propozycji rozejmu.
                        • idomeneo Re: upiorna babunia 26.09.08, 10:02
                          nie brałam dotąd udziału w tej dyskusji, bo DP przeczytałam dawno temu i bez
                          specjalnego zachwytu, a i babcia Jedwabińska też jakoś mi szczególnie nie
                          zaprzątała uwagi - ale uświadomcie mi proszę: czego ona oczekiwała od swojego syna?

                          Bo rozumiem, że sytuacja wyglądała tak, że Eugeniusz już sobie dobrych parę lat
                          żyje z tą swoją Moniką, Ewa umiera i Aurelia trafia do ojca, gdzie jest jej
                          ciężko się odnaleźć i cierpi po śmierci matki. Czy ja dobrze pojmuję, że babci
                          Jedwabińskiej wcale nie chodzi po prostu o to, żeby Eugeniusz się bardziej
                          zainteresował córką i pomógł jej u siebie zaadaptować. Tylko ta cała babcina
                          awantura jest raczej o to, że powinien, w domyśle, popędzić na cztery wiatry złą
                          Monikę (z którą żyje już przecież od dłuższego czasu) - popędzić tak w ogóle, a
                          w związku z wprowadzeniem się Aurelii w szczególności. Hę?

                          Anyway, jak wynika z Anutkowego cytatu, rzeczywiście babcia wybrała doskonały
                          sposób na budowanie więzi i porozumienia rodzinnego oraz wspólne, dojrzałe
                          szukanie najlepszych rozwiązań.
                        • szprota Re: upiorna babunia 26.09.08, 11:58
                          Już wiem, czemu lubię babcię Jot. Mamy Aurelię - bardzo introwertyczną,
                          zdystansowaną, z ciągłym, przejmującym uczuciem nieadekwatności, tak naprawdę
                          zapomnianą przez wszystkich przyjaciół -no, pewnie i na własne życzenie, ale są
                          ludzie, którzy swoje tragedie wolą przeżywać samotnie. Pojawia się Kozio, dzięki
                          któremu trafia do babci. I co robi babcia? Po latach, nie znając właściwie
                          Aurelii, natychmiast, automatycznie akceptuje ją bez zastrzeżeń, bierze ją w
                          obronę, tworzy wspólny front. Pamiętam, że Aurelia (pomimo może i faktycznie
                          żalu, że nie wyrosła z niej taka fest dziewuszka jak w OwR) jest skonstruowana
                          tak, że udało mi się jakoś w tę postać wniknąć i ją polubić (to, skądinąd,
                          bolączka ostatnich części: lubiłam jeszcze Trollę, ale w "Żabie" i "CP" brakuje
                          mi pełnowymiarowych, sympatycznych postaci) i pamiętam, że wraz z nią
                          odczułam tę ulgę, że wszystko jest w porządku, ktoś tu mnie lubi, nic nie
                          oczekuje w zamian, bierze pod opiekę, czuję się przy tej osobie bezpieczna.
                          Mam wrażenie, że Aurelię gnębiły, prócz wspomnianego poczucia nieprzystawania do
                          otoczenia, także brak poczucia bezpieczeństwa (któż z nas go nie potrzebuje!) i
                          być może także poczucie winy, że oto ten odległy, obcy tata mimo wszystkich jej
                          wad i okropności (tak, tak, kompleks niższości również - no bo niby skąd miała
                          wziąć poczucie własnej wartości?) zaprosił ją do siebie, a ona, niewdzięczna nie
                          potrafi tego docenić.
                          • mamapodziomka Re: upiorna babunia 26.09.08, 12:41
                            szprota masz bardzo duzo racji. I na pewno dla babci olbrzymi plus, ze sie w
                            sytuacje wczula, ze zajela sie wnuczka, ze te uczucia dla niej znalazla.

                            Ale, jak dla mnie niestety, ona wybrala te latwiejsza droge. Wiem, ze sie znowu
                            czepiam tematu rodzin rekonstruowanych, ale o wiele latwiej jest zajac sie kims,
                            pokazac jaka to ja jestem fajna, jak umiem o kogos zadbac, jak to u mnie bedzie
                            mu dobrze. To nie sa w czambul negatywne uczucia, a juz na pewno w 100% ludzkie
                            w stosunku do jednostek, na ktorych nam zalezy. Ale w tej sytuacji to nie jest
                            chyba najlepsza droga. Bo co my wlasciwie mamy? Introwertyczna, neuralgiczna,
                            nieszczesliwka Orelke, do ktorejze stanu psychicznego przylozyli sie fifty-fifty
                            i Ewunia i Eugeniuszek. I mamy sytuacje, w ktorej po smierci mamy musi ona
                            zamieszkac u taty i jego nowej partnerki. O ktorej nie wiemy doslownie nic.

                            To jest jedna z najtrudniejszych konstelacji tata + nowa partnerka i nagle
                            wprowadzenie nastoletniego, niezbyt dobrze znanego dziecka z ciezka trauma.
                            Eugeniuszka i Moniki nie bronie, ale dla mnie automatem nasuwa sie mysl, ze w
                            takiej trudnej konstelacji przynajmniej nalezaloby probowac pomoc naprowadzic to
                            wszystko na wlasciwie tory. A babcia nie proponuje mediacji, nie proponuje, zeby
                            Orelka u niej odetchnela i razem zastanowia sie nad tym jak te przyszlosc
                            najlepiej ulozyc. Automatem zaklada wine Eugeniuszka, chce "zawlaszczyc" Orelke.
                            Nie zastanawia sie, czy dla dziecka (nawet tak duzego, ale wlasnie dziecka
                            potrzebujacego zaopiekowania sie, bezpieczenstwa) lepsze byloby ulozenie
                            stosunkow z tata i macocha (rezulatatem czego nie bylaby przeciez utrata babci),
                            czy tez zerwanie z nimi kontaktow.

                            I znow nie twierdze, ze to musialoby sie udac. Moze by sie kompletnie nie udalo,
                            ale ona nawet nie probuje, ocenia syna i Monike nie usilujac nawet rozmawiac. To
                            wszystko jest bardzo ludzkie, nawet pewnie znacznie bardziej czeste, bo naprawde
                            nielatwo jest odwalic kawal roboty, tylko po to, zeby po pleckach poklepano kogo
                            innego. Ale na piedestalek jednak predestynuje dla mnie ta trudniejsza droga.
                            • szprota Re: upiorna babunia 26.09.08, 13:17
                              Cytat mamapodziomka napisała: Ale, jak dla mnie niestety, ona wybrala te
                              latwiejsza droge

                              Jest w tym sporo racji. Ja jestem wstrzemięźliwa w krytyce babci Marty pewnie
                              dlatego, że generalnie nie jestem wyrywna do krytykowania osób, które lubię -
                              może to jakiś rodzaj konformizmu, ale po prostu przymykam oczy na wady, bo
                              przecież za to te zalety...! Zgodna jednak jestem w tym, że jakkolwiek budzi ona
                              moją sympatię, sympatia to jeszcze nie piedestał. Ot, babcia do pojechania doń
                              na ciasto z rabarbarem, ale na pewno nie autorytet (tym też się różni od Esme:
                              tamta jest autorytetem).
                              • mamapodziomka Re: upiorna babunia 26.09.08, 13:22
                                A ja ja sobie radosnie krytykuje, bo sama mam olbrzymie tendencje do
                                postepowania w ten sam sposob ;)

                                I wlasciwie to faktycznie troche niesprawiedliwe, ze ja MM postawila w takiej
                                sytuacji, nieco nizsza przeszkoda i mysle, ze babcia by sie obronila.

                                A Esme na piedestaliku by nie wytrzymala za dlugo ;) I za to ja lubie najbardziej.
                            • ding_yun Re: upiorna babunia 26.09.08, 13:23
                              Nie wypowiadałam się do tej pory bo narobiliście mi takiego mętliku
                              w głowie, że sama nie wiedziałam przez chwilę co tak naprawdę myśleć
                              o babci Jedwabińskiej :)
                              Po pierwsze nie jestem pewna czy wiemy i czy zatem mamy prawo
                              oceniać jak wyglądała postawa Marty gdy żyła Ewa jak i zaraz po jej
                              śmierci. Nie jest moim zdaniem jednoznacznie powiedziane, że Marta
                              odwróciła się od wnuczki. Skoro Aurelia tak spontanicznie wpada na
                              pomysł odwiedzenia babci, to chyba musiała mieć z nią jakiś, w miarę
                              dobry choć niekoniecznie częsty konatkt. Ja to widzę tak, że po
                              śmierci Ewy Marta mogła chcieć zabrać Aurelię do siebie, mogła
                              chcieć np zamieszkać na jakiś czas w Poznaniu, żeby pomóc synowi i
                              wnuczce, ale Eugeniusz układał sobie życie z Moniką i Marta nie
                              chciała się zbytnio wtrącać i tak dalece ingerować w życie rodziny.
                              Taki scenariusz to oczywiście projekcja mojej wyobraźni, ale chyba
                              nigdzie nie jest powiedziane, że tak nie mogło być. Nie wiemy też
                              dlaczego Marta nie akceptuje związku z Eugeniusza i Moniki - może
                              Eugeniusz zdradzał Ewę z tą kobietą? Moim zdaniem byłby to dobry
                              powód, żeby związku nie akceptować. Może są jakieś inne przesłanki,
                              których my nie znamy. Nie ma moim zdaniem powodu, aby oskarżać w tym
                              przypadku Martę o brak toleracnji i złą wolę.
                              Co do mądrości życiowej, to temat jest oczywiście o tyle złożony, że
                              każdy uważa ją za coś trochę innego. Ja osobiście, jak większość
                              ludzi, nie lubię osób roszczących sobie prawo do jedynie słusznych
                              opinii i sposobu na życie. Po raz kolejny uważam jednak, że babcia
                              Jedwabińska naprawdę tego nie robi. Ona po prostu ma swoje zasady i
                              wg nich żyje. W którym konkretnie miejscu wg was mówi Aurelii
                              wprost, że jej zasady są lepsze? Jak bierze ją na zakupy? Jak
                              zabiera ją do kościoła? Bez przesady, obie te rzeczy miały pomóc (i
                              pomogły!) powoli zakończyć okres żałoby po matce, zwrócić się ku
                              bieżącym sprawom. Taki symboliczny moment przełomowy. Co innego
                              mogła zrobić? Nie zabierać wnuczki do kościoła, żeby nie naruszyć
                              jej uczuć religijnych, bo może Aurelia woli być Buddystką i nie
                              wolno jej niczego narzucać? Babcia Marta nie jest psychoanalitykiem
                              z kozetką, tylko babcią Martą, która stara się pomóc jak umie -
                              trochę rozmową, trochę wiarą, trochę pracą, trochę morelami w cukrze.

                              Babcia Jedwabińska nie nastawia też Orelki przeciwo ojcu, stara się
                              pomóc jej w odzyskaniu kontaktu z nim, opowiada historie z jego
                              dzieciństwa, mówi o jego słabych stronach, które Aurelia powinna
                              poznać, aby lepiej go zrozumieć i wybaczyć.
                              Moim zdaniem babcia Jedwabińska jest postacią raczej pozytywną. Mimo
                              wszystko.
                              • sir.vimes Re: upiorna babunia 26.09.08, 13:28
                                Aurelia wpada na pomysł odwiedzenia babci bo przypadkiem spotyka Piotra
                                Ogorzałkę który jedzie do Pobiedzisk. Li i jedynie.

                                Skoro Aurelia tak spontanicznie wpada na
                                > pomysł odwiedzenia babci, to chyba musiała mieć z nią jakiś, w miarę
                                > dobry choć niekoniecznie częsty konatkt.
                                • sowca Re: upiorna babunia 27.09.08, 16:44
                                  "I ledwie wyrzekł słowo "Pobiedziska" - Aurelia doznała olśnienia.
                                  (...)Wiedziała, że musi jechać tam z Piotrem - nie przypadkiem też
                                  spotkał go właśnie tu i teraz. W Pobiedziskach mieszzkała jej
                                  babcia, matka ojca. Oczywiście. Oczywiście. Nagle, jak w łamigłówce
                                  po znalezieniu ostatniego, zagubionego kawałka, w jednej chwili
                                  wszystko ułożyło się na swoim miejscu"
                                  Przypadek, sir vimes? Przypadek, oczywiście. Ale reakcja Aurelii,
                                  nagłe poczucie odnalezeinia zgubionego kawałka łamigłówki, a nie
                                  stwierdzenie typu: "Ach, pojadę do babci, co mi szkodzi", świadczy o
                                  tym, że Aurelia instynktownie, podświadomie myślała o Babci jako o
                                  osobie, która jej pomoże. Skądś się to poczucie musiało wziąc. Być
                                  może z ciepłych wspomnień, nawet jeśli nie było ich dużo (Aurelia je
                                  wspomina, jadąc do Pobiedzisk)
                                  • lezbobimbo Re: upiorna babunia 28.09.08, 10:45
                                    Cytat
                                    sowca napisała:
                                    > "I ledwie wyrzekł słowo "Pobiedziska" - Aurelia doznała olśnienia.
                                    > (...)Wiedziała, że musi jechać tam z Piotrem - nie przypadkiem też
                                    > spotkał go właśnie tu i teraz. W Pobiedziskach mieszzkała jej
                                    > babcia, matka ojca. Oczywiście. Oczywiście. Nagle, jak w łamigłówce
                                    > po znalezieniu ostatniego, zagubionego kawałka, w jednej chwili
                                    > wszystko ułożyło się na swoim miejscu"


                                    Tra-la-la - mnie jakos ta nagla lamiglówka nie przekonuje.
                                    Wnuczka nagle wie, gdzie babcia mieszka, i wie w ogóle, ze babcia zyje oraz
                                    bedzie jej przychylna - a sama babcia nie wie jak dotrzec do Poznania i nie bylo
                                    jej w OwR? Dofastrygowane to wielce.
                                    Z dalszych introspekcji Orelki dowiadujemy sie tez, ze Ewa z mala Gieniusia
                                    odwiedzily raz babcie, ale wtedy od razu babcia cos szorstko powiedziala, Ewa
                                    sie na to obrazila i juz wiecej sie nie widzialy..
                                    (Gieniusia jednak bystra jest, skoro zapamietala, gdziez to ta oddalona babcia
                                    mieszka).

                                    Ale trzeba babci J. przyznac, ze honorowo postawila na msze za Ewe i przyjela
                                    wnuczke tak jak stala, pocieszala na swój szorstki sposób, gladzila Orelke po
                                    glowie, kiedy ta plakala po nocy oraz rozmawiala o smierci (jak na Jezycjade to
                                    i tak bardzo duzo, ze tak trudny temat MM jakos po ludzku poruszyla)

                                    W babci J dziwi mnie nieco, ze trzyma ona strone zmarlej bylej synowej, a nowa
                                    "te jego Monike" potepia w czambul (i samego syna tez)? A spotkaly sie panie
                                    chociaz kiedys? Tez sie poklócily?
                                    Skoro babcia raczej nie widziala sie z Eugeniuszem od czasu poklócenia sie z
                                    Ewa, to tej jego Moniki tym bardziej w ogóle nie zna. Moze ta Monika nawet nie
                                    jest "winna" rozwodu? W koncu to Eugeniuszek odszedl, a z Ewa tez on sie klócil..
                                    Moze Monika jest nawet dobrym czlowiekiem, chociaz pali, a jej syn gra w
                                    straszliwa gre i slucha Madonny?;PP
                                    Wprawdzie nie pociesza pasierbicy po smierci mamy, ale sam Eugeniuszek tego
                                    bynajmniej tez nie czyni. Monika nie wyzywa sie tez jakos specjalnie na Orelce,
                                    nie wyzyskuje, nie kaze jej n.p. wybierac maku z pszenicy itd ;P
                                    • ding_yun Re: upiorna babunia 28.09.08, 11:01
                                      lezbobimbo napisała:

                                      >
                                      > Tra-la-la - mnie jakos ta nagla lamiglówka nie przekonuje.
                                      > Wnuczka nagle wie, gdzie babcia mieszka, i wie w ogóle, ze babcia
                                      zyje oraz
                                      > bedzie jej przychylna - a sama babcia nie wie jak dotrzec do
                                      Poznania i nie byl
                                      > o
                                      > jej w OwR? Dofastrygowane to wielce.

                                      Zgadzam się, że postać jest dofastrygowana, ale akurat w OwR babcia
                                      wcale nie musiała się pojawiać. Akcja nie trwa zbyt długo, w tym
                                      czasie nie musieli przecież jej odwiedzać ani ona ich. A jakby się
                                      już babcia w OwR pojawiła, znaleźliby się na pewno tacy, którym by
                                      to nie pasowało i podniosłyby się głosy, że wtrąca się w życie syna,
                                      że nie pozwala Ewie samej wychowywać córki, tylko z góry zakłada, że
                                      jej pomoc będzie konieczna. A jakie miejsce zajmowała Marta w życiu
                                      Aurelii już po śmierci matki nie wiemy.

                                      Monika rzeczywiście nie dręczyła Aurelii zmuszając ją do ciężkich
                                      prac fizycznych, ale chłodem mogła ją zamrozić. Dom jest ewidentnie
                                      opisany jako nieprzyjazny i spróbujcie sobie wyobrazić życie w nim.
                                      Trudno się w takiej atmosferze zdobyć na radość z powodu tego, że
                                      Kopciuszek miał cokolwiek gorzej.

                                      I ja szczerze mówiąc nadal nie rozumiem, gdzie Marta roztacza aurę
                                      babci "wszystko-wiem-lepiej". Ona po prostu mówi to, co myśli, nic
                                      dziwnego, że skoro wyznaje jakieś zasady to są to zasady wg niej
                                      słuszne i chce je przekazać wnuczce. Nie zmusza jej przy tym do
                                      niczego. Swoją drogą, przebywanie z osobą, która ciągle narzuca
                                      swoje poglądy jest koszmarem, ale nie wyobrażam sobie, żeby w
                                      rodzinie wszyscy mieli siedzieć cicho i nie uczyć młodszych jakiś
                                      wartości po to, żeby czasem nie zostać posądzonymi o
                                      bycie "upiornymi dziadkami". Ja nie zgadzam się ze wszystkim, co
                                      wyznają moi dziadkowie i rodzice, ale mimo wszystko jestem im
                                      wdzięczna, że się ze mną swoimi poglądami dzielili, nawet jeśli
                                      uważam je za nierozsądne lub przestarzałe. Babcia Jedwabińska też
                                      powiedziała co myśli, miała do tego prawo, i nic wnuczce nie
                                      narzucała.
                                      • anutek115 Re: upiorna babunia 28.09.08, 11:50
                                        ding_yun napisała:
                                        > Monika rzeczywiście nie dręczyła Aurelii zmuszając ją do ciężkich
                                        > prac fizycznych, ale chłodem mogła ją zamrozić. Dom jest ewidentnie
                                        > opisany jako nieprzyjazny i spróbujcie sobie wyobrazić życie w nim.

                                        Właśnie nie jest, moim zdaniem. Jak na pania MM, która ma skłonności do... no,
                                        skłaniania czytelników, aby myśleli o "złych" w Jeżycjadzie to, co ona (a
                                        stosuje przy tym zabiegi typu opisy na wejście "pojawiła się w chmurze dymu i
                                        powiedziała, nie wyjmując paierosa..." i już nie lubimy człowieka) dom Moniki
                                        jest opisany całkiem przyjaźnie. Owszem, są uwagi, że Monika stwarzała dystans.
                                        Z ręką na sercu, która z nas otworzyłaby się i nie stwarzała dystansu, gdyby
                                        mężczyzna życia pojawił się w progu z introwertycznym, dziwacznym nastolatkiem
                                        po przejściach? Ale są też uwagi o kuchni, w której wiszą trzy różne kalendarze
                                        (mnie się to wydaje całkiem sympatycznym szczególikiem), pokoiku, który starali
                                        się Aurelii urządzić przytulnie... że ona się tam nie czuła przytulnie, a nic
                                        nie chciała zmieniać, to insza inszość. Bo "nie była u siebie", a dystansu do
                                        Moniki zmieniać nie chciała z "lojalności wobec mamusi". W pełni zrozumiałe. Ale
                                        winy Moniki w tym nie widzę.

                                        I, jak pisałam gdzieś wyżej, żal mi jej. Dostała bardzo trudną rolę do
                                        wypełnienia, i zamiast okazania odrobiny zrozumienia została osadzona jako "ta
                                        zła"...


                                        • sowca Re: upiorna babunia 28.09.08, 22:58
                                          No chwila, czyli automatycznie, jeśli ktoś nie jest zły dla dziecka,
                                          to jest dobry? A dom, w ktorym nie ma przemocy, automatycznie
                                          przyjazny? W domu wieje chłodem, nie czuje się w nim dobrze ani
                                          Aurelia (co można zrozumieć), ani Eugeniusz. Monika kompletnie nie
                                          interesuje się dzieckiem swojego partnera, nie stara się stworzyć na
                                          tyle przyjaznej atmosfery, żeby Aurelia poczuła się swobodnie (nawet
                                          przecież boi się przestawić meble w pokoju), nie wspominając już o
                                          tym, że po roku mieszkania pod wspólny dachem nadal mówi o
                                          niej "pani Monika". Można w dużym stopniu zrozumieć Monikę -
                                          dziwaczne, introwertyczne dziecko, która zwala się na głowę,
                                          nieproszone. Ale Aurelia jest jednak córką człowieka, z którym
                                          Monika dzieli życie, w dodatku to bardzo młoda, wrażliwa dziewczyna,
                                          która przeżyła ciężką, bolesną stratę. To do Moniki, dorosłe,
                                          dojrzałej kobiety, należy jakaś inicjatywa w przełamaniu lodów.
                                          Oczywiście, to trudne, ale innego wyjścia nie było, tylko zbudować w
                                          miarę przyjazną atmosferę, żeby dziecko,które dopiero co straciło
                                          matkę, poczuło się choć odrobinę lepiej. Tak naprawdę wystarczyła
                                          odrobina cierpliwości, wyrozumiałości i dobrej woli. A tego niestety
                                          zabrakło. I jeśli Babcia J. o tym wiedziała, to nic dziwnego, że
                                          powiedziała "To nie jest dobrze, że dziecko żyje w takich warunkach,
                                          jak te wasze!"
                                          • lezbobimbo Re: upiorna babunia 28.09.08, 23:30
                                            Szproto, przeciez w tym domu dla Aurelii najwazniejszy jest ojciec - skoro on
                                            olewa wlasna córke i nie umie znalezc z nia wiezi ni specjalnie wylewnego
                                            kontaktu, i to zaraz po smierci zony, która kiedys porzucil (trudna sytuacja w
                                            koncu) to trudno oczekiwac nie wiadomo jakich cudów od macochy! W koncu nie
                                            wszyscy ludzie sa urodzonymi terapeutami!

                                            Nie slyszymy chyba ani razu rozmowy ani dialogu Aurelii z Monika. Wszystko
                                            odbieramy przez filtr zaloby i zlego samopoczucia Aurelii. Oczywiscie, ze Orelka
                                            zle sie czuje, no ale przeciez to nie Monika usmiercila jej matke. Z drugiej
                                            strony nie slychac tez, zeby któres z nich odezwalo sie do niej przykro.
                                            To, ze Orelka niesmiala i boi sie przestawic mebli we wlasnym pokoju, nie znaczy
                                            ze jej tego zabronili! Podejrzewam, ze nawet tego by nie zauwazyli.
                                            • szprota Re: upiorna babunia 28.09.08, 23:54
                                              Widzę, że musimy powiesić instrukcje: jak odróżnić Dakotę od Verdany i Sowcę od
                                              Szproty ;) Bo coś nam się rozmówczynie zaczynają mylić.
                                              Mnie osobiście pomylenie mnie z Sówką się podoba, ona ma taką ładną, srebrzystą
                                              grzywkę jak Bebe i dużo, dużo więcej wdzięku :D

                                              PS Czytam właśnie "Błękitny Zamek" w oryginale i muszę przyznać, że zahukana
                                              Valancy-Joanna-Doss-Buba przypomina mi Aurelię. Na wiele rzeczy z początku
                                              powieści się nie poważa nie dlatego, że wie z doświadczenia, jak to by się
                                              skończyło, tylko dlatego, że się domyśla i żyje w ciągłym strachu.
                                              • lezbobimbo Re: upiorna babunia 29.09.08, 11:56
                                                szprota napisała:
                                                > Widzę, że musimy powiesić instrukcje: jak odróżnić Dakotę od
                                                Verdany i Sowcę od> Szproty ;) Bo coś nam się rozmówczynie zaczynają
                                                mylić.> Mnie osobiście pomylenie mnie z Sówką się podoba, ona ma
                                                taką ładną, srebrzystą
                                                > grzywkę jak Bebe i dużo, dużo więcej wdzięku :D

                                                Ajjjj! Rzeczywiscie! Przepraszam Szprotke i Sówke za pomylke!
                                                Obie macie tyle wdzieku, ze nie rozeznalam! :)
                                                • szprota Re: upiorna babunia 29.09.08, 12:03
                                                  Jakem rzekła, nic a nic mi to nie przeszkadza :)
                                                  • sowca Re: upiorna babunia 29.09.08, 22:44
                                                    Szproto, rumienię się :) dziękuję za urocze komplementy ;) ja
                                                    również nie mam nic przeciwko myleniu mnie z Tobą, a to ze względu
                                                    na TWÓJ wdzięk, niemniej jednak dorbze, że wyprostowałaś pomyłkę :P
                                                    i widzę, ze mamy podobny gust literacki: "Błękitny Zamek" to jedna z
                                                    moich ukochanych książek.
                                                    Lezbobimbo: oczywiście, że ojciec był w tej sytuacji najważniejszy
                                                    dla Aurelii i wcale nie chcę zrzucić obowiązku pomocy dziewczynie
                                                    wyłącznie na Monikę. Chodziło mi raczej o to, że dom, który
                                                    usiłowali stworzyć Monika i Eugeniusz, jest ewidetnie chlodny i
                                                    nieprzyjazny dla osieroconej dziewczyny.
                                          • anutek115 Re: upiorna babunia 29.09.08, 10:36
                                            Nie napisałam, że jak ktoś jest zły dla dziecka to znaczy, że jest dobry, ani,
                                            że jak w domu nie ma przemocy, to jest to dobry dom. Ale Aurelia mieszka w tym
                                            domu rok i nie wiemy, co się przez ten rok działo. Jak napisała już poniżej
                                            Lezbobimbo, całą sytuację oglądamy oczami Aurelii. Nie ma ani jednej rozmowy z
                                            Moniką, tylko dwa, wyrwane w sumie z kontekstu zdania po awanturze (a wszyscy
                                            wiemy, że raczej nie powinno się sądzić ludzi po dwóch zdaniach wypowiedzianych
                                            w trakcie awantury, czyż nie? Bo różne rzeczy się wtedy mówi, niekoniecznie
                                            mądre, i niekoniecznie to, co się naprawdę myśli). Piszesz, że Monika nie
                                            interesowała sie dzieckiem Eugeniusza. A skąd o tym wiemy? Może sie dwoiła i
                                            troiła, może wyciągała nie jedną, ale obie ręce, i nic to nie dało. Bo z jedną
                                            rzeczą, ktorą napisałaś nie zgadzam sie całkowicie - nie wystarczyła tu
                                            "odrobina cierpliwości" Aurelia, abstrahując od powaznej traumy, jest bardzo
                                            dziwaczna. Bardzo nietypowa. Ocean cierpliwości by nie wystarczył, moim zdaniem.
                                            Jak ktos nie jest świętą Gabryjelą Poznańską, to po powiedzmy pół roku
                                            okazywania cierpliwosci i dobrej woli ma jednak dość. Zwłaszcza, że ma własne
                                            problemy ze związkiem i dorastajacym synem, na przykład.

                                            I ciekawa jestem, skąd niby babcia miała o tym wiedzieć, skoro wnuczki pięć lat
                                            nie widziała, a w posiadaniu nowego adresu syna nie była. Jej "takie warunki jak
                                            wasze" raczej oznaczają dla mnie życie w grzechu, bez ślubu kościelnego czy
                                            wręcz, tfu, tfu, na kocią łapę.

                                            Ja nie wykluczam, że Monika to zimna zołza (wiadomo, pali, ma wrednego syna i
                                            zyje z facetem bez ślubu), jak tylko twierdzę, że nie dano jej żadnej szansy by
                                            mogło się okazać coś innego.

                                            A, co do mówienia przez Aurelię po roku "pani Monika" to mnie z kolei nie dziwi
                                            w najmniejszym stopniu. Jak niby miała mówić? Przecież nie "mamo". Monika to
                                            kobieta w wieku jej matki, może starsza, ze starszym od niej synem, obca osoba,
                                            żadna koleżanka, choćby nie wiem jak ciepła się okazała.
                                            • lezbobimbo Re: upiorna babunia 29.09.08, 12:06
                                              anutek115 napisała:
                                              > I ciekawa jestem, skąd niby babcia miała o tym wiedzieć, skoro
                                              >wnuczki pięć lat nie widziała, a w posiadaniu nowego adresu syna
                                              nie była.

                                              Wlasnie, skad babunia wie cos takiego, skoro nie mogla sie z nimi
                                              nawet skontaktowac, a co dopiero odwiedzic?

                                              >Jej "takie warunki jak> wasze" raczej oznaczają dla mnie życie w
                                              >grzechu, bez ślubu kościelnego czy wręcz, tfu, tfu, na kocią łapę.

                                              Fuj i brrr! Takie jedno ohizdne i pejoratywne zdanko wystarczy, aby
                                              niezamierzenie okazac cala upiornosc i konserwe babuni!
                                              *ten rozglosny wizg w tle to dzwiek betonowej babci spadajacej oto z
                                              piedestalu*

                                              > Ja nie wykluczam, że Monika to zimna zołza (wiadomo, pali, ma
                                              >wrednego syna i> zyje z facetem bez ślubu), jak tylko twierdzę, że
                                              >nie dano jej żadnej szansy by mogło się okazać coś innego.

                                              Podpisuje sie pod powyzszym!
                                              Pewnie MM nie spodziewala sie naszej analizy tekstu - czyzby
                                              naprawde myslala, ze wystarczy dac upiornej babuni przymiotniki
                                              stara, dobra i karmiaca, a niewinna kobiete oszkalowac paleniem,
                                              abysmy sie nabraly? ;P
                                            • sowca Re: upiorna babunia 29.09.08, 22:51
                                              Może Monika dwoiła się i troiła, wyciągała obie ręce, a może Marta
                                              próbowała skontaktować się z Eugeniuszem i Aurelią, może jeździła do
                                              Poznania do ich dawnego mieszkania ;) to wszystko są spekulacje, ale
                                              z relacji Aurelii nie wynika nic takiego. Owszem, Orelka jest
                                              dziwaczna, a trauma po smierci matki na pewno jeszcze bardziej to
                                              zwiększyła, ale spójrz, jak niewiele zrobiła babcia, aby Aurelia
                                              poczuła się zadowolona i szczęśliwa. Przede wszystkim - okazała jej
                                              troskę i zainteresowanie.
                                              Co do słynnego zdanka o warunkach, to ja je interpretuję zupełnie
                                              inaczej - sądzę, że chodzi raczej o to, że Monika się dzieckiem nie
                                              interesuje, Eugeniusz zaś pracuje całymi dniami i nie ma żadnego
                                              kontaktu ze swoją córką. Nie interpretuję tego jako zarzutu odnośnie
                                              związku na kocią łapę.
                                              • anutek115 Re: upiorna babunia 30.09.08, 09:56
                                                No właśnie wczoraj zapomniałam w moim poscie napisać czegoś na temat łatwosci, ż
                                                jaka babci przychodzi oswojenie Aurelii, ale zapomniałam, bo mi się w
                                                międzyczasie wpis rozrósł :-).
                                                Otóż babci musi byc łatwiej - bo ona nie jest obca, mimo wątłych kontaktów. To
                                                po pierwsze. Osobie z rodziny o wiele więcej wolno - ja komuś z rodziny
                                                umiałabym powiedzieć "przestań myśleć o sobie, trzeba żyć dalej" (spekuluję! nie
                                                wiem, czy przeszłoby mi to przez gardło przy kimś takim jak Aurelia), ale obcemu
                                                nastolatkowi, choćbym nie wiem jak dużo dobrych chęci miała - nie. Bo go nie
                                                znam, bo bałabym się urazić, bo byłabaym obca. To po pierwsze. A po drugie
                                                Aurelia zjawia się u babci rok po smierci mamy. Może to był już czas na
                                                otworzenie się. Ciekawe, jak babcia poradziłaby sobie z Aurelią dwa tygodnie po
                                                stracie, albo miesiąc...
                                                Co do zdanka o warunkach, to wybacz, ale babcia nie ma pojęcia ani czy Monika
                                                troszczy się o Aurelię, ani czy Eugeniusz znika na całe dnie w pracy. Nie może
                                                tego wiedzieć, bo ostatni kontakt z Aurelia i jej rodziną miała pięć lat
                                                wczesniej, co jest wyraźnie powiedziane, jak też to, że Aurelia zastanawia się,
                                                jak się babci PRZYPOMNIEĆ. Za to już w pierwszej rozmowie, dwukrotnie
                                                (sprawdziłam), babcia oznajmia, że do czego to podobne, żeby dziecko mieszkało u
                                                tej jego Moniki, której ona nie pochwala, jeszcze zanim Aurelia powie czy da do
                                                zrozumienia, że jej u "tej Moniki" źle. Zaś o braku slubu czy to cywilnego
                                                tylko, czy jakiegokolwiek, babcia wie na pewno. I jednak raczej nie wątpię, że o
                                                to jej własnie chodzi.
                                                • kaliope3 Re: upiorna babunia 30.09.08, 11:14
                                                  Też się obawiam,że mówiąc o "warunkach" miała na myśli moralne
                                                  zgorszenie w postaci ślubu cywilnego, lub-o zgrozo-braku ślubu w
                                                  ogóle. Ponadto męczy mnie taka wizja: Umiera Ewa, w gazetach
                                                  pojawiają się nekrologi ("to ja się z gazet dowiaduję że twoja mama
                                                  umarła!")i co? Pal licho złe relacje z synem, pal licho jego nową
                                                  kobietę, ukochana(?) wnuczka zostaje bez mamy. Nie wyobrażam sobie
                                                  po prostu czułej babci, która w obliczu takich wydarzeń siedzi sobie
                                                  w Pobiedziskach jak u pana Boga za piecem i nic nie robi, bo gdyby
                                                  wybrała się do Poznania w poszukiwaniu Aurelii by ją w żalu utulić,
                                                  to bez cienia wątpliwości wspomniała by o tym przy ich
                                                  spotkaniu.Padło by z pewnością coś w rodzaju:"wszędzie cię
                                                  szukałam,ale się wyprowadziliście".No wybaczcie, ale napisać list i
                                                  z powodu braku odpowiedzi na niego dać za wygraną...Moja babcia
                                                  nigdy by tego tak nie zostawiał przynajmniej
                                                  • anutek115 Re: upiorna babunia 30.09.08, 13:14
                                                    kaliope3 napisała:

                                                    Nie wyobrażam sobie
                                                    > po prostu czułej babci, która w obliczu takich wydarzeń siedzi sobie
                                                    > w Pobiedziskach jak u pana Boga za piecem i nic nie robi, bo gdyby
                                                    > wybrała się do Poznania w poszukiwaniu Aurelii by ją w żalu utulić,
                                                    > to bez cienia wątpliwości wspomniała by o tym przy ich
                                                    > spotkaniu.Padło by z pewnością coś w rodzaju:"wszędzie cię
                                                    > szukałam,ale się wyprowadziliście".No wybaczcie, ale napisać list i
                                                    > z powodu braku odpowiedzi na niego dać za wygraną...

                                                    Że nie wspomnę o tym, że pan Jankowiak szukający Aurelii, aby jej świadectwo
                                                    oddać ustala jej adres bez większych trudnosci. A babcia list napisała,
                                                    odpowiedzi nie dostała i finał. Zupełnie, jak później Frycek, który w USA poczty
                                                    nie odbierał, bo adres mailowy zmienił...

                                                  • sir.vimes Oj fakt, obcy facet 30.09.08, 16:22
                                                    zadał sobie więcej trudu...

                                                    Może coś niepopularnego napiszę ale z dwojga złego wolałabym mieć Milę za babcię
                                                    niż M. J.
                                              • sir.vimes Szczęśliwa? 30.09.08, 16:27
                                                nie, zupełnie nie widzę tego.

                                                A naprawdę zadowolona i spokojna Aurelia jest po rozmowie z Kreską.

                                                Swoja drogą - gdyby to nie była Jeżycjada tylko realne życie to myślę, ze
                                                Aurelia zdecydowałaby się na wiele więcej niż przypadkowy pocałunek z Gburkiem w
                                                malinach... I to tez jest dla mnie - jako matki córki - niejako alarmujące w
                                                Dziecku Piątku. Wdawanie się w niechciane relacje damsko-męskiej takiej młodej
                                                dziewczyny nie świadczy jednak o pełni szczęścia..wręcz przeciwnie - o spychaniu
                                                braków z innej sfery życia w tą właśnie.
                                            • sir.vimes Monika 30.09.08, 16:30
                                              to dziwne, ze właściwie o Monice wiemy tak mało.

                                              Wiemy, ze ma stresująco pracę (pali;)) , rozpieszczonego syna (czyli raczej jest
                                              nadopiekuńcza niż oschła) i że kłóci się z Eugeniuszem. No - i ze urządziła
                                              Aurelii pokój, może nie idealnie ale jakoś tam.

                                              Jakos nie przekonuje mnie sugestia, ze to "zła kobieta była". Mam raczej wizję
                                              równie zapracowanej jak Jedwabiński kobiety, która daje ile może.
                                              • filifionka-listopadowa Re: Monika 06.10.08, 22:15
                                                Żałuję ,że nigdy MM nie poruszyła tego problemu tak na serio. Młode, nastoletnie
                                                dziewczyny których jedynym problemem z miłością jest dojście do ładu z partnerem
                                                na całe życie. Dojście do ładu czyli przekonanie do ,że ją kocha/uświadomienie
                                                sobie ,ze go kocha/przebicie się przez nieporozumienia itp.
                                                Jeżycjadowe bohaterki nigdy nie angażują się w jakieś nieszczęśliwe
                                                związki "bo jakoś tak wyszło", bo nie wiedzą co ze sobą zrobić, bo się pogubiły,
                                                bo próbują zapomnieć.
                                                Jest precedens Pyziaka ale w KK opisywane jest to jako zakochanie a nie relacja
                                                od początku chora, toksyczna, bądź stworzona na jakiś dziwnych podstawach.
                                                Odnosi się również wrażenie ,że dziewczęta dziewictwo potraciły już z "tymi
                                                jedynymi" bądź tymi którzy byli za takich uważani a dopiero potem się popsuło.
                                                Nigdy po prostu głupio. (nie zagmatwałam za bardzo???)
                                                Chciałabym ,żeby na świecie tak było... ale nie jest. MM chce edukować przez
                                                pozytywne wzorce ale dla mnie TEN wzorzec sprawia ,że jeszcze trudniej pogodzić
                                                mi się z takimi błędami w życiorysie. Zamiast szczęśliwych ideałów wolałabym
                                                dziewczę popełniające błąd i radzące sobie z nim (z uczuciem wstydu/zażenowania
                                                itp).
                                                • dakota77 Re: Monika 08.10.08, 12:02
                                                  filifionka-listopadowa napisała:

                                                  >
                                                  > Odnosi się również wrażenie ,że dziewczęta dziewictwo potraciły już z "tymi
                                                  jedynymi" bądź tymi którzy byli za takich uważani a dopiero potem się popsuło.
                                                  Nigdy po prostu głupio.

                                                  Seks z jdynymi, ktorzy ostatecznie nimi sie nie okazali: Gaba, Natalia z
                                                  Filipem, Ida(?). Jakos nie wiem, czy ta ostatnia czekala tyle lat na Marka. To
                                                  tak na marginesie, oczywiscie. Reszta, obstawiam, przezyla sweoj pierwszy raz z
                                                  jedynym. Znaczy piewrwszym i ostanim.
                                                  • limotini Re: Monika 08.10.08, 12:27
                                                    Zgadzam się z dakotą (tzn. z tym co pokazała swoją listą przykładów). Nie
                                                    wszystkim dziewczynom się udaje bezproblemowo (trudności fazy bycia zakochaną
                                                    nie nazwałabym problemami) ułożyć sobie życia uczuciowego.

                                                    Jestem gorącą przeciwniczką zaglądania ludziom do sypialni w realnym życiu ("Jak
                                                    myślisz, Kaśka już spała z tym swoim Zbyszkiem?") i jestem zdecydowanie za
                                                    pozostawieniem tej kwestii w sferze niedopowiedzeń w Jeżycjadzie (byle były
                                                    spójne i zostawiały właśnie ten margnes w który w naturalny sposób dawało by się
                                                    wpisać chwile intymności).

                                                    Dziewczyn, które spotkały swojego przyszłego partnera życiowego w wieku powyżej
                                                    20. lat jest trochę w Jeżycjadzie (a są to książki dla nastolatek), i mnie,
                                                    szczerze mówiąc, nie bardzo ciekawi, jak układało się ich życie erotyczne do tej
                                                    pory.
                              • anutek115 Re: upiorna babunia 26.09.08, 14:14
                                ding_yun napisała:

                                ale Eugeniusz układał sobie życie z Moniką i Marta nie
                                > chciała się zbytnio wtrącać i tak dalece ingerować w życie rodziny.
                                > Taki scenariusz to oczywiście projekcja mojej wyobraźni,

                                Li i jedynie! Swiadczy o tobie dobrze jako o człowieku skłonnym doszukiwać się
                                życzliwych intencji w innych ludziach, ale wybacz, ja jestem swieżo po lekturze
                                "DzP", babcia J. ani razu nie powiedziała w książce "Monika", zawsze, niemal na
                                dzięn dobry do nie widzianej przez pięć lat wnuczki "ta jego Monika", nigdy nie
                                uwierzę, że tak mogłaby mówić osoba taktowna i nie chcąca ingerować w życie
                                rodziny syna!

                                > Co do mądrości życiowej, to temat jest oczywiście o tyle złożony, że
                                > każdy uważa ją za coś trochę innego. Ja osobiście, jak większość
                                > ludzi, nie lubię osób roszczących sobie prawo do jedynie słusznych
                                > opinii i sposobu na życie. Po raz kolejny uważam jednak, że babcia
                                > Jedwabińska naprawdę tego nie robi. Ona po prostu ma swoje zasady i
                                > wg nich żyje. W którym konkretnie miejscu wg was mówi Aurelii
                                > wprost, że jej zasady są lepsze?

                                Problem z osobami mającymi zasady, według których żyją polega na tym , że one
                                rzadko tymi zasadami uszczęśliwiają, że to tak ujmę, ustnie. To znaczy, nie
                                mówią "ja uważam, że... moim zdaniem...", ale za to z góry zakładają, że tak jak
                                one żyją jest dobrze i jak ktoś ma inne zdanie, tym gorzej dla niego. Roztaczają
                                wokół siebie aurę "słuszności bez żadnych wątpliwości", ktora może być trudna do
                                zniesienia. Babcia oczywiscie nie mówi Aurelii WPROST, że jej zasady są lepsze.
                                Nawet Eugeniuszowi nie mówi tego WPROST. Ale czy nie daje tego do zrozumienia?
                                Jakbym była wredna i na siłę doszukiwała się w babci J. rzeczy, których nie
                                cenię, to bym sądziła, że ona nie musi Aurelii mówić wprost, czyje zasady są
                                lepsze - tylko napawać się faktem, że Aurelia, przyjeżdżając do Pobiedzisk, sama
                                to udowodniła. Czyż nie porzuciła bez chwili wahania wrednego ojca i tej jego
                                Moniki?

                                > Moim zdaniem babcia Jedwabińska jest postacią raczej pozytywną. Mimo
                                > wszystko.

                                Z babcia Jedwabińską jest taki, jak z masą bohaterów Jeżycjady - ponieważ byli
                                potrzebni dla zawiązania akcji, zostali powołani do zycia z kompletnego niebytu
                                i wyposażeni w cechy potrzebne dla koonkretnego tomu Jeżycjady, które jednak
                                bardzo zgrzytają, jak się im bliżej przyjrzeć. A wystarczyło chociażby osadzić
                                tę babcię, jak proponowała Mmaupa, w jakimś Przemyślu czy Olsztynie, czy innej
                                miejscowości uniemożliwiającej codzienne wizyty. I połowa naszych rozważań by tu
                                nie zaistniała
                        • ananke666 Re: upiorna babunia 27.09.08, 00:51
                          anutek115 napisała:

                          > Nawiasem mówiąc, to była chyba ta pierwsza rozmowa po dłuugiej przerwie? Raczej
                          > nie nastroiłaby mnie ciepło do rozmówczyni i nie odebrałabym jej jak ręki
                          > wyciągniętej na zgodę, ani nawet jak propozycji rozejmu.


                          Nie. Pierwsza była ta:

                          Rozmowa z poczty była krótka, babcia kazała sobie kupić garść
                          żetonów, po czym zawładnęła słuchawką i w zwięzłych słowach
                          oznajmiła, że Aurelia zostaje u niej na wakacje, przyjechała co
                          prawda bez niczego, ale już ona tu kupi dziecku, co trzeba. - Jak
                          byś chciał, to przyjedź też, miejsca jest dosyć - dodała
                          zachęcająco. Ale ojciec najwyraźniej nie miał ochoty przyjechać:
                          na twarzy babci odmalował się wyraz przykrości, powiedziała: - No,
                          jak tam sobie życzysz - i oddała słuchawkę Aurelii. Była bardzo
                          zdziwiona, kiedy wnuczka po prostu odwiesiła tę słuchawkę - szybko
                          i bez namysłu.
                          • anutek115 Re: upiorna babunia 27.09.08, 08:56
                            Też niezwykle ciepła ;-))).
    • mika_p Re: upiorna babunia 25.09.08, 23:40
      Chciałabym się odnieść do dwóch tematow.

      Po pierwsze do tego, że "dawne babcie" nie wizytowały dzieci i wnuków.
      U mnie tak było. Obie babcie mieszkały na wsiach, kilkanascie i kilkadziesiat km
      od mojego miasta. O ile dla moich rodzicow wizyta to była decyzja i pójscie do
      autobusu, o tyle babcia - jedna i druga - miała na głowie obrządek, krowy,
      świnie, kury, żniwa, siano, wykopki, dużo trudniej się wyrwać. Telefonu nie
      mieliśmy, babcie tym bardziej, ojciec pracował na zmiany, mama - poza urlopem
      wychowawczym - była w domu dopiero po południu, a więc na wizytę zostawalo
      bardzo mało czasu w ciągu dnia, żeby zdążyć na autobus powrotny. O ile był,
      babcia, która mieszkała bliżej miasta, mieszkała we wsi, do ktorej autobus
      dochodził tylko w dni nauki szkolnej i to 3 razy dziennie - rano, w południe i
      wczesnym popoludniem.

      Po drugie do kwestii zerwania kontaktów. To też znam na własnym przykładzie.
      Kiedy byłam w ostatnich klasach podstawówki, moj ojciec praktycznie zerwał
      kontakty ze swoją matka i siostrą. W miedzyczasie babcia przeniosła się do
      córki, a potem ciotka zmieniła adres. Odnalazłam je po kilku latach, jak
      zdecydowałam, że to moje zycie, moja rodzina i chcę mieć z nią kontakt.
      Nie wiem, jak to wygladało od tamtej strony...

      Nie apominajmy, że o kontaktach decydują dwie strony; jeśli Eugeniusz ich nie
      chciał, to babcia Jedwabińska mogła zapewne tylko czekać.
    • filifionka-listopadowa Re: upiorna babunia 27.09.08, 14:42
      To może i ja podniosę swój głos w tej dyskusji, po rozważeniu sprawy babci J. w
      moim małym serduszku i rozumku.
      Nie lubiłam jej, może i dlatego ,że mam babcię, taką jaką miała być w
      zamierzeniu Autorki Marta. Babcie ciepłą, babcie z plackiem która przygarnie do
      serca, troskliwie się zaopiekuje ale i wesolutką w swoim własnym życiu, z
      zasadami. W przeciwieństwie jednak do Marty moja babcia nie roztacza wspomnianej
      przez Anutka aury. Kocha swoje wnuki takimi jakie są, czasem tylko jak to
      babcia gderając na poniektóre tematy. Ale wszystko to w atmosferze akceptacji.
      Dlaczego podkreśliłam słowo wnuki? Ponieważ moja babcia jest człowiek i jak
      każdy człowiek popełniła błędy. Może nawet duże błędy w stosunki do swoich
      dzieci ale... miała w swoim życiu czas gdy nie było dobrze, miała w sowim życiu
      czas na rozmyślania i szczerą rozmowę ze sobą. Dzięki temu wnuki mają teraz
      wspaniała, kochającą i akceptującą babcie. A starsza cześć rodziny zawarła
      bezsłowny układ o nie przenoszeniu starych konfliktów i zatarg na dzieci.
      Przepraszam za tą historie rodzinną ale wydawała mi się dobrym komentarzem do
      dyskusji.
      Mogę nie lubić babci J, może mnie drażnić jej postać ale cenie to kim się stała
      dla Aureli w DP. Możemy jej zarzucać błędy w stosunku do Egeniusza, złe
      podejście do Aurelii ale było to miejsce gdzie czuła się akceptowana a babcia
      (cytując ding_yun)"stara się pomóc jak umie -
      trochę rozmową, trochę wiarą, trochę pracą, trochę morelami w cukrze. ". Aureli
      to służyło, i wiem ,ze mi by też posłużyło. Poczuła się na swoim miejscu, z kimś
      kto łączy ją z przeszłością, wprowadza jakiś porządek i dla kogo jest po prostu
      ważna. I u babci nie ma takiego zagrożenia jakim był Maciek. Aurelia może
      się... rozluźnić.
      I myślę ,że to jest dla niej tak wielka ulga ,że wady babci przy niej blakną.

      PS Najbardziej w Marcie irytuje mnie to co w przypadku Gabrysi. Nachalna
      propaganda postaci jako cudownej i wspaniałej (reklam mam dość w TV) przy
      dysonansie do jej działań.
    • ginestra Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 05.10.08, 10:46
      Witajcie,
      dopiero przeczytałam wpisy pod moimi wypowiedziami z 26 września bodajże. Nie
      wiedziałam gdzie mój post się wklei, więc piszę na końcu. Nie chcę tematu na
      nowo rozgrzebywać, jednakże czuję się w obowiązku znów coś wyklarować, bo mam
      poczucie, że przypisano mi nie moje myśli i nie moje poglądy.

      Otóż pisałam w wielu postach w tym wątku, że ja też uważam, że czyny człowieka
      __są__ mierzalne i tego tematu nie rozwijałam, bo tu (jak myślałam) była pełna
      zgoda. Rozwijałam za to bardziej szczegółowo temat inny (szacunek dla starszego
      wieku jako taki). Jednakże widzę, że muszę to podkreślić raz jeszcze: pisałam,
      że czyny człowieka można zmierzyć, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, na
      tyle na ile maksymalnie to się da uczynić. Czyli można, tak uważam. Istnieją też
      takie narzędzia jak kodeks karny czy badania przez biegłych psychiatrów. To jest
      moim zdaniem bezdyskusyjne, że człowiek odpowiada za swoje czyny i te czyny
      można mierzyć. Pisałam o tym otwartym tekstem. Także o tym, że jedni więcej
      dobrego uczynili, a inni mniej, a za dobro i różne osiągnięcia należy się
      ludziom szczególny szacunek. A więc te moje słowa powinny być jasne i nie dać
      pretekstu do różnych insynuacji i wysuwania ironicznych argumentów nt. pana
      Fritzla czy na temat tego, że ja chcę niby oceniać ludzi "łagodniej", wszystkich
      do jednego worka czy wszystkich jako zdemenciałych (na podobieństwo
      niepełnosprawnych, do których czuje się litość - a litość jest moim zdaniem
      niewłaściwa, bo zakłada stawianie się nad kimś, natomiast współczucie nie -
      zakłada ono traktowanie kogoś jak równego, tylko takiego, który z jakiegoś
      powodu ma trudniej i możemy z nim współodczuwać i wierzyć w niego i tak dalej;
      ja o tym rozróżnieniu pisałam też na forum kiedyś i mam je jak gdyby w
      krwiobiegu). A więc ja absolutnie nie myślę o starszych ludziach czy o
      niepełnosprawnych czy o kimkolwiek z litością i z góry.

      Co do tej płaszczyzny "generalizowania", to bolą mnie bardzo posądzenia o bycie
      osobą uprzedzoną i traktującą ludzi jako grupę, której niby przypisuję jakieś
      cechy. To wręcz "śmierdzi" rasizmem czy czymś takim, a więc czuję się bardzo źle
      z takim posądzeniem. I jeszcze bolą mnie słowa, że ja taka jestem "tylko nie
      zdaję sobie z tego sprawy" i to wypowiedziane na forum, publicznie, o mnie
      osobiście. Jest to dla mnie przykre, a przede wszystkim jest to nieprawdziwe.
      Myślę, że w moich postach nic takiego nie było i nie miało prawa być, bo tak nie
      myślę. Moje intencje były zupełnie inne, co starałam się wielokrotnie wyjaśnić.

      Wyjaśnię więc jeszcze ten ostatni raz. Otóż ja patrzę na starszych ludzi cały
      czas w tej perspektywie, w jakiej patrzę na innych ludzi, czyli na CZŁOWIEKA, bo
      to człowiek jest w centrum mojego zainteresowania, z całą jego
      niepowtarzalnością i indywidualnością. Gdy mówiliśmy o babci Marcie J. to
      pisałam o niej konkretnie. Gdy perspektywa przeniosła się na "starszych ludzi w
      ogóle", to mówiłam o nich siłą rzeczy ogólnie. Natomiast w centrum mojej uwagi
      był nadal pojedynczy człowiek - tak jak człowieka widzi na przykład psychologia
      czy medycyna. I to jest ta perspektywa, o którą mi chodzi. Myślę, że jeśli by te
      same moje słowa mówił lekarz geriatra, to wówczas nikt by (śmiem myśleć) nie
      powiedział, że jest uprzedzony wobec grupy ludzi, tylko by (mam nadzieję) jego
      słowa zostały odczytane tak, że przybliża pewien wymiar w jakim się znajduje
      człowiek "na starość". I że ten wymiar można mieć w pamięci gdy ze starszym
      człowiekiem obcujemy. Nie chodzi o to, żeby przesłaniał inne wymiary, ale po
      prostu ten szczególny wymiar istnieje i rodzi pewien szacunek sam przez się. I o
      to mi chodziło.

      Również historia Polski jest taka, że na przykład dużo obecnych starszych ludzi
      nie jest ludźmi wykształconymi, a przy tym ich udziałem było spędzenie aż 50
      lat, czyli ogromnej części życia, w systemie komunistycznym a dzieciństwo ich
      naznaczyła wojna. Chodziło mi o życzliwość do nich, bo boli mnie na przykład
      wyśmiewanie się z "moherowych beretów", które to wyśmiewanie widzę na co dzień.
      Jeśli nawet te osoby mają takie a nie inne poglądy, to naprawdę warto wziąć pod
      uwagę w jakiej atmosferze przyszło im żyć: NA PRZYKŁAD osobom niewykształconym,
      którym ciężka fizyczna praca, nierzadko w połączeniu ze zmaganiem się z biedą i
      wychowaniem dużej liczby dzieci uniemożliwiła poszerzanie horyzontów i
      wykształcanie w sobie wielości różnych idei. (Znów: jednym tak, innym nie, ale
      jest duża grupa, która właśnie tak miała). Te osoby nierzadko swoje drogowskazy
      czerpały wyłącznie z kościoła, bo faktycznie media były zakłamane. I tak
      zostało. I o to mi chodziło "z tą komuną". W czasie przedwyborczym parę lat temu
      krążył w internecie filmik z taką właśnie panią w berecie, która tak się
      zacietrzewiła mówiąc coś o rządzie, że wypadła jej sztuczna szczęka. Ten filmik
      pojawił się też na poważnym i fajnym forum zawodowym, które odwiedzam i ludzie
      się śmiali z niej itp. Ja wyraziłam tam także swoje poglądy podobne jak tutaj.
      Wiem, że tu, na forum fanów pani MM nie było takiego wyśmiewania, ale w jednym z
      moich pierwszych postów zasygnalizowałam po prostu zjawisko, że często starszych
      ludzi wokół nie darzy się szacunkiem. I o to mi po prostu chodziło.

      Co do lekarza geriatry, to bardzo polecam wszystkim rozmowę z taką osobą.
      Pamiętam, że gdy byłam w liceum, to szkołę wizytowała pani geriatra, która miała
      w każdej klasie rozmowę z młodzieżą. Bardzo dużo mi to spotkanie dało, choć to
      było tylko 45 minut z życia, ale do dziś pamiętam tę pełną zrozumienia i
      życzliwości perspektywę patrzenia na starszych ludzi, którą ta pani
      przedstawiła. Na pewno nikt nie posądziłby ją o to, że jest uprzedzona.

      Dodam na koniec, że dla mnie osobiście temat starszych ludzi jest bardzo bliski
      i poruszający i nie wspominałam na forum o moich najważniejszych doświadczeniach
      z nimi, bo są zbyt osobiste. Miała rację Szprota, że nie wiemy o sobie nawzajem
      tyle, żeby można było pochopnie coś komuś mówić. I ja się staram tego nie robić
      i zawsze podkreślam, że nie chcę kogoś urazić, ale że moje zdanie jest takie a
      takie, a nierzadko przepraszam z góry (jak to miało miejsce w temacie aborcji, o
      którym pisałam czy zdrad itp.) I uważam to za słuszne podejście do rozmowy w tak
      specyficznym miejscu, jakim jest forum. Tak też podkreślało wiele osób wobec
      mnie, gdy pisałam o swoich osobistych przeżyciach i uważam to za coś właściwego
      i dobrego, że się wzajemnie szanujemy.

      Rozumiem wizję, że warto starszych ludzi zachęcać do aktywności, do czucia się
      młodymi, do wciągania w swój świat i tu jest pełna zgoda. Nie promuję absolutnie
      użalania się nad nimi i okazywania im tego, że są już starzy itp. To jest
      postawa zupełnie mi obca!
      Chodziło mi tylko o zrozumienie ich i życzliwość.

      Jeszcze powiem, że chociaż ta rozmowa była przykra i trochę musiałam po niej
      ochłonąć, to z perspektywy tygodnia widzę też pewien pozytyw w tym, że nie do
      końca zostałam zrozumiana. Otóż wychodzi z tego, że widać nie pisałam "za
      mądrze" i nie wyglądałam "za dobrze" i to dla mnie wielka pociecha - a mówię to
      w nawiązaniu do pięknego wiersza Kiplinga, który za chwilę wkleję (po angielsku,
      bo w takiej postaci mi on towarzyszy od lat). Właśnie on jest takim moim trochę
      drogowskazem i pocieszeniem, żeby wiele rzeczy umieć (lub uczyć się) przyjmować,
      na przykład to, że ktoś może mnie opacznie zrozumieć albo nie zgadzać się ze
      mną. Cały czas się tego życia uczę i oczywiście popełniam błędy, jak każdy.

      W tej dyskusji nie chciałam nikogo przekonywać do mojego zdania, tylko raczej
      naświetlałam to, co było zrozumiane przeciwnie do moich intencji. A więc na tym
      poprzestaję, bo wszystko chyba już wyjaśniłam.
      Oto link do wiersza, gdyby ktoś chciał (bardzo możliwe, że wiele osób ten wiersz
      zna):
      www.swarthmore.edu/~apreset1/docs/if.htmlPozdrawiam
      • ginestra Link do wiersza raz jeszcze - zle sie wkleil 05.10.08, 10:47
        Raz jeszcze link do wiersza:

        www.swarthmore.edu/~apreset1/docs/if.html
        Mam nadzieję, że zadziała tym razem.
        Pozdrawiam
      • limotini Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 06.10.08, 18:25
        Ginestra,
        jest mi bardzo smutno, że było Ci przykro po tych wypowiedziach, tym bardziej że
        ja jestem "po tej drugiej" stronie, tzn. rozumiem dużo lepiej postawę dakoty i
        verdany niż Twoją. Nie sądzę, mam taką mocną nadzieję, że ktokolwiek chciał Cię
        osobiście urazić.

        Musisz jednak zrozumieć, że Ty piszesz o tym, że Twoim zdaniem szacunek z racji
        wieku, ilości przeżytych lat, należy się wszystkim ludziom. Wiele osób tak nie
        sądzi (w tym ja). I tyle. Nie twierdzę, że nie można o tym dyskutować, ale widać
        że dla Ciebie jest to temat osobisty, ważny, wiążący się z wieloma
        wspomnieniami. W takim wypadku będzie jednak lepiej zakończyć tę dyskusję. Po
        prostu.

        Piękny wiersz, choć trudny (i to bynajmniej nie przez barierę językową).
        Naprawdę Cię podziwiam za to dążenie do bycia coraz lepszą - to często widać w
        Twoich wypowiedziach i często dają mi dużo do myślenia, nawet jak nie odpowiadam
        na nie na forum.

        Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie
        • anutek115 Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 06.10.08, 18:41
          To samo chciałam napisać, ale Limotini ujęła to lepiej.

          I, Ginestro, mam nadzieję, że nie bywasz tu ostatnio nie dlatego, że aż tak ci
          było smutno, że po prostu jesteś ostatnio zajęta, i że odezwiesz się wkrótce.
          • filifionka-listopadowa Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 06.10.08, 22:24
            Ginestro, nawet sobie nie zdajesz sprawy jak dużo do myślenia dają mi Twoje
            wątki. Szczególnie w sprawach gdzie nie mam jeszcze ukształtowanej opinii, bądź
            byłam skłonna nie zgodzić się z Tobą. Zmuszasz mnie do uważnego przemyślenia
            Twoich wypowiedzi otwierasz mi oczy na nowe aspekty. Również i w sprawie osób
            starszych.
            Piszę o tym bo mam nadzieję ,ze to sprawi ,że będzie Tobie trochę mniej przykro
            i ,że odezwiesz się wkrótce.
            • ginestra Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 08.10.08, 11:54
              Dziewczyny!
              Dziękuję Wam bardzo za pokrzepienie i delikatność i przyjazność i te dobre słowa. :*
              Dopiero dzisiaj znalazłam Wasze wpisy pod moim ostatnim wpisem i linkiem,
              przepraszam, że dopiero odpisuję, ale dziękuję Wam bardzo.

              Rozumiem, tak jak Limotini, że zdania wielu osób na jakiś temat mogą się różnić
              (bo każdy jest inny), i że każdy może pozostać przy swoim zdaniu i jak
              najbardziej to popieram (kiedyś pisałam nawet na forum, że bardzo mi się
              spodobało zasłyszane zdanie: "świat jest tak duży, że wszystkie opinie się na
              nim zmieszczą"). Ja w tym wątku starałam się wyjaśniać coraz bardziej "o co mi
              chodziło", a nie tyle przekonywać kogoś i mam nadzieję, że cały czas tego się
              trzymałam - z własnego "terytorium". A temat - faktycznie, dla mnie osobisty.

              Cieszę się, jeśli to, co napisałam skłania do przemyślenia jakiegoś tematu (ja
              mam też tak samo z Waszymi wpisami - także napisałam o tym w wątku "szczęśliwa
              kobieta", że to bardzo duża zaleta naszych dyskusji na forum, że wychodząc od
              jakichś jeżycjadowych kontekstów możemy nad wieloma takimi naprawdę ważnymi,
              życiowymi rzeczami pomyśleć i zastanowić się, tak dla samych siebie i to jest,
              jak myślę, bezcenna korzyść).

              Wiersz "If" bardzo mi się podoba i też myślę, że jest trudny. Ale na swój sposób
              krzepiący. Mnie osobiście daje on dużo jakiegoś spokoju. Nawet, pamiętam,
              pracowałam kiedyś w takim miejscu, gdzie się niezbyt dobrze czułam i nie za
              dobrze mi się układało z ludźmi, chociaż się starałam (oni pewnie też, ale nie
              pasowałam tam), ale trzymałam się tej pracy, bo zależało mi na utrzymaniu się
              itp. I ja właśnie ten wiersz wydrukowałam i sobie na niego spoglądałam w tej
              pracy (dyskretnie), w trudnych chwilach, w domu też i trochę mi było lepiej na
              duchu. Ten wiersz, myślę, pokazuje, że nie musi być wcale łatwo w życiu i nie
              zawsze jest jakoś sprawiedliwie, ale że można pokonywać trudności, nie dawać się
              i może z czasem wypracować w sobie taką dobrą postawę życiową, gdzie człowieka
              różne rzeczy nie zdołają zranić ("ani wrogowie, ani bliscy przyjaciele", na
              przykład).
              I różne inne takie myśli z wiersza podobają mi się.

              Pozdrawiam Was serdecznie!
              • szprota Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 08.10.08, 22:44
                A tak swoją drogą to ten wiersz pojawia się w drugiej części Bridget Jones.
                Kiplingowi nie odebrało, Bridget przydało, choć ja akurat drugą część i tak
                lubię, bo Bridget tam jest aktywna i dzielna.
                Tu jest tłumaczenie:
                www.poema.art.pl/site/itm_46611.html
                Ginestro, zwróć uwagę, że zaciekłych oponentek na tym wątku miałaś jedną, może
                dwie czy trzy, a reszta, nawet nie zgadzając się z Tobą, starała się do Twojej
                opinii odnieść ze zrozumieniem. Ja osobiście jestem zdania, że nawet jak mam
                inne zdanie, to to jeszcze nie powód do sączenia zjadliwości, zwłaszcza wobec
                osoby, która przejawia takie pokłady serdeczności jak Ty :)
                • dakota77 Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 08.10.08, 22:45
                  Jako zaciekla oponentka pragne zauwazyc, ze ja rowniez do opinii Ginestry
                  staralam sie odniesc ze zrozumieniem. Tylko o pewnych rzeczach mysle inaczej i
                  tak pozostanie.
                  • szprota Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 08.10.08, 23:03
                    Jako nieco mniej zaciekła oponentka pragnę zauważyć, że za zjadliwość opitoliłam
                    jedną konkretną osobę, a Tobie oberwało się wyłącznie z powodu mojej
                    nieprzewidywalnej sklerozy.
                    • dakota77 Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 08.10.08, 23:12
                      Ja tego posta odebralam jako skierowanego do wszystkich oponentek w tym watku:-)
                      • szprota Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 08.10.08, 23:35
                        A, to ja przepraszam, nie tak to miało być.
      • sowca Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 08.10.08, 22:08
        Brawo Ginestro! Wspaniały, mądry tekst. Podziwiam Cię i w 100%
        zgadzam się z Twoimi poglądami na temat starszych ludzi.
        • ginestra Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 09.10.08, 09:45
          Dziękuję dziewczyny, raz jeszcze. :*

          Jeszcze słówko o wierszu.
          Tłumaczenie wklejone przez Szprotę jest bardzo poetyckie, żarliwe i w ogóle
          widać, że autor bardzo starał się o petycką formę, i że jest pod wrażeniem
          wiersza. To jest oczywiście na plus.

          Tylko że, nie wiem jak Wy, ale ja mam wrażenie, że lepiej by temu wierszowi
          posłużyło tłumaczenie go może bez rymów i różnych środków stylistycznych, tylko
          takie "własnymi słowami". Wydaje mi się, że Kipling w tym wierszu mówi bardzo
          spokojnie i unika jakichś inwektyw i nadmiernych emocji, a także mówi bardzo
          jasno i czytelnie, w każdym zdaniu widać jego sens, widać, że każde jest
          przemyślane.
          A w tłumaczeniu jest tak (moim zdaniem), jakby ktoś mówił bardzo emocjonalnie,
          momentami z goryczą, trochę nawet pomstując, trochę przedstawiając proste rzeczy
          w sposób skomplikowany, przez co sens niektórych myśli jak gdyby ginie.

          Nie wiem czy tylko moje wrażenie, czy też i Wy skłaniacie się do takiego
          odbioru. Dla mnie ten wiersz w oryginale jest taki, jakby ktoś żywy, taki
          doświadczony życiem, ale życzliwy i nie wynoszący się nade mnie, po prostu mówił
          do mnie własnymi, prostymi słowami, spokojnie, życzliwie, rozumiejąc, że to, o
          czym mówi nie jest łatwe, ale będąc przekonanym, że warto to przemyśleć. Jakby
          mi dawał prezent od siebie i chciał dla mnie dobrze. O tym przekładzie, że nie
          do końca oddaje przekaz wiersza, to chciałam powiedzieć tylko na wypadek, gdyby
          ktoś przeczytał go tylko po polsku i uznał, że jakiś zagmatwany albo nie do
          końca czytelny. A to tylko przekład, nie Kipling. (Może warto nawet samemu
          trochę wiersz rozczytać, ze słowniczkiem czy coś, jeśli się zna w jakimś stopniu
          angielski?)

          Cieszę się, że jest ten wiersz w Bridget Jones. :) Ja nie czytałam tej książki,
          oglądałam tylko film (I część). Myślę, że tym sposobem słowa Kiplinga trafią do
          wielu osób i coś im dobrego mogą dać. I, jak mówisz Szproto, Kiplingowi nic to
          nie ujmuje :)

          Co do tłumaczenia, to nie wiem czy jest taka potrzeba, żeby wiersz na jakiś
          prosty język przetłumaczyć tu na forum. Mogłybyśmy spróbować, jeśli chcecie (na
          taki zwyczajny język, nie poetycki może - chyba, że ktoś potrafi jasno i
          poetycko ;-) ). Ale dla mnie największą jednak on ma jednak siłę w oryginale.
          Zetknęłam się w nim już dawno (w liceum) i pamiętam jak przepisywałam go ręcznie
          do zeszytu będąc pod wielkim wrażeniem. Dlatego może tak bardzo jestem
          przywiązana do oryginału i te słowa mają dla mnie wielką moc takie, jakie są, po
          angielsku. :)

          Pozdrawiam!
          • limotini Re: Moja odpowiedź rozmówcom z I poł. wątku 09.10.08, 10:16
            Ginestra,
            masz rację, klasyczne polskie tłumaczenie jest takie raczej patetyczne. Mi się
            podoba to wg M. Mazura (www.alkoholizm.akcjasos.pl/d25.php), nie jest
            może doskonałe, ale oddaje tę prostotę otyginału. I podoba mi się (tak
            subiektywnie):

            Jeśli potrafisz wtedy zimną krew zachować,
            gdy inni winią cię, że sami ją stracili
            i małoduszność tę bez gniewu im darować
            i wierzyć sam, gdy inni w ciebie już zwątpili.
            Jeśli potrafisz czekać, choć się nic nie ziści, gdy kłamią ci - samemu kłamstwem
            się nie splamić,
            gdy nienawidzą cię - nie żywić nienawiści,
            jałowych rad nie dawać, nie truć się skargami.

            Jeżeli marząc wiesz, gdzie marzeń są granice,
            jeśli rozumiesz czym się różni myśl od czynu,
            jeśli jednako umiesz klęskę znieść i sukces,
            bo dobrze wiesz, że to oszustów dwóch mój synu.
            Jeżeli w walce umiesz mięśnie sprząść i nerwy,
            chociaż się już zużyły, służąc ci wytrwale,
            a ty w napięciu trzymasz je bez przerwy,
            choć w tobie nie ma nic prócz woli, by trwać dalej.
            Jeśli potrafisz widzieć prawdę twą zmienioną
            w pułapkę, którą łotr na głupców przygotował,
            lub znaleĽć pracę twą wyśmianą i zniszczoną
            i nie załamać się i podjąć ją na nowo.

            Jeśli potrafisz rządzić, ceniąc tych u dołu,
            z królami żyć, a innych tym nie onieśmielać,
            nie dać się zachwiać wrogom, ani przyjaciołom.
            Jeśli potrafisz zebrać wszystko coś zgromadził,
            na jednej naraz to położyć szali
            i stracić wszystko, zacząć od początku
            i ani słowem się nikomu nie pożalić.
            Jeśli potrafisz swój wysiłek ciągle wzmagać,
            w minucie każdej coraz mocniej i potężniej -
            Twoja jest Ziemia razem z tym co z niej uczynisz
            i wtedy, synu mój prawdziwym jesteś Człowiekiem!
          • ginestra Jeszcze słówko o przekładzie... 09.10.08, 10:19
            Gdy teraz zaczęłam znów czytać przekład, to widzę, że są nawet pewne nadużycia i
            odczułam potrzebę uwrażliwienia na to osób, które być może nie znają
            angielskiego i tylko polegają na przekładzie.

            Na przykład pierwsze zdanie (bo nie chciałabym tak zdanie po zdaniu analizować
            czy krytykować, a więc taki mały przykład, pierwsze zdanie tylko, dla ilustracji).

            Kipling:
            "If you can keep your head when all about you
            are losing theirs and blaming it on you,"

            Przekład:
            "Jeżeli spokój zachowasz, choćby go stracili
            Ubodzy duchem, ciebie oskarżając, "

            Otóż u Kiplinga nie ma nic o "ubogich duchem"! On tu nie rzuca na nikogo
            epitetów! On mówi tylko coś takiego (nie poetycko, raczej dosłownie przełożę):

            "Jeśli będziesz umiał nie stracić głowy, kiedy wszyscy wokół tracą głowę i
            mówią, że to co się stało, to przez Ciebie, "

            (blaming it on you = całą sytuację ("it") składają na to, że to Twoja wina)

            (czyli: "wszyscy wokół", a nie "ubodzy duchem"! Nawiasem mówiąc, "ubodzy duchem"
            to komplement, a nie zarzut, z Ewangelii, z Kazania na Górze. Tu brzmi
            pejoratywnie. Nie wiem zupełnie czemu tłumacz tu tego zwrotu użył?? W oryginale
            go nie ma!).

            ... no nie mogę się oprzeć, jeszcze drugie zdanie:

            Kipling:
            "If you can trust yourself, when all men doubt you,
            but make allowance for their doubting too, "

            Przekład:
            "Jeżeli wierzysz w siebie, gdy inni zwątpili,
            Na ich niepewność jednak pozwalając,"

            Tymczasem (moim zdaniem) Kipling mówi tutaj:

            "Jeśli będziesz potrafił ufać sobie, nawet gdy wszyscy inni w Ciebie zwątpią,
            ale będziesz umiał także wziąć poprawkę na to, że ich zwątpienie nie wzięło się
            znikąd,"

            No, coś w tym sensie: jeśli oni wątpią (i tu trzeba dodać: w Ciebie wątpią
            [czego nie ma w przekładzie! oni tam wątpią być może ogólnie], to to też jest
            jakaś prawda i nie trzeba zamykać na nią oczu. Można pomyśleć co to spowodowało
            i wyciągnąć wnioski a nie tak, jak w przekładzie [tak to odczytałam ja]: "na ich
            niepewność jednak pozwalając" czyli myśląc: "dobra, niech sobie będą niepewni,
            pozwalam im, ja przynajmniej nie wątpię, wierzę w siebie").
            A więc to nie ten sens chyba, o którym mówi Kipling!

            Ja wiem, że moje propozycje tłumaczenia tych pierwszych zdań są też dość długawe
            i w ogóle (wiem, że w przekładzie poezji najważniejsza jest zwięzłość i trafność
            - taki dobór słów, żeby te słowa same z siebie wyrażały jak najlepiej myśl
            poety), ale starałam się pokazać sens tych zdań (mam nadzieję, że wiernie).

            Dlatego może te dwa zdania niech będą zachętą do nie poprzestawania na samym
            przekładzie, ale starania się, aby przemówił Kipling, jakby co. :)
            Pozdrawiam!
            • ginestra Re: Pisałyśmy razem - ja pisałam o pierwszym 09.10.08, 10:31
              Limotini,

              Pisałyśmy równocześnie, ja pisałam o przekładzie wklejonym przez Szprotę.

              Twój wklejony przekład podoba mi się bardziej, jest bardziej przejrzysty i
              pewnie bardziej wierny, tylko są pewne rzeczy też jakby zniekształcone.

              Wiecie co? Tłumacze literaccy w swoim żargonie mówią, że jak mają tekst (np.
              wiersz), to pierwsze tłumaczenie, takie dosłowne, nie poetyckie, jak najbardziej
              wierne to jest tłumaczenie "na rybkę". Nie wiem czy spotkałyście się z tym
              określeniem? (Oni potem tę "rybkę" obudowują w poetycką formę).

              Ja w przypadku wiersza Kiplinga, dla naszych celów poznawczych, (jeśli to w
              ogóle dobry pomysł) proponowałabym, żebyśmy stworzyli taką "rybkę". I wtedy
              byłoby jasne, w których momentach autorzy przekładu nie oddali myśli Kiplinga.

              Pan Mazur zrobił to lepiej, ale w kilku miejscach dał (według mnie) własną
              interpretację odbiegającą od oryginału.

              Jeśli chcecie, to mogę spróbować też i ja taką "rybkę" zaproponować, ale pewnie
              będzie dość rozbudowana. Pisałam już, że nie jest moją zaletą zwięzłość myśli.
              ;) (ach, "brevity is the soul of wit"...).

              A więc, jeśli chcecie, to za jakiś czas coś takiego napiszę i wkleję.
              Tylko niech to absolutnie nie zniechęca innych chętnych, bo już nie raz na forum
              się okazało, że jesteście super uzdolnieni literacko i poetycko, a ja wtedy
              siedziałam cicho, bo takich talentów za bardzo nie mam, wyznam (wyjątkiem był
              ten wierszyk z Harrego Pottera - walentynka od Ginny do Harrego, którego
              tłumaczenie zaproponowałam, jeśli pamiętacie, a i ja pamiętam, że propozycje
              innych osób były super).

              A więc, jeśli jest taka potrzeba, to możemy, myślę spróbować.
              Pozdrawiam Was!

              • limotini Re: Pisałyśmy razem - ja pisałam o pierwszym 09.10.08, 10:44
                Ginestra,
                możesz próbować, ale w internecie jest dostępnych wiele tłumaczeń tego wiersza,
                również te najbardziej dosłowne.

                A tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak "dosłowne tłumaczenie", bo nawet
                jakbyśmy wzięły wiersz Mickiewicza, to pewnie każda z nas tu na forum inaczej by
                go zrozumiała (czy Poświatowskiej, czy Bursy, żeby nie bawić się ze staroświckim
                językiem).

                Np. "make allowance" ma wiele znaczeń i bardzo ciężko jest jednoznacznie
                powiedzieć, czy to jest "wziąć pod uwagę", "przewiedzieć" czy może "pozwolić"
                (www.ldoceonline.com/dictionary/allowance) - ja na przykład czytając
                wiersz Kiplinga po angielsku zrozumiałam właśnie: "ale dając innym prawo do
                wątpienia w ciebie". I tak bym to zrozumiała też w potocznej rozmowie.

                I dlatego widać wyraźnie, że tłumaczenie poezji jest potwornie trudne.

                A druga zwrotka w tłumaczeniu Mazura mnie urzekła, naprawdę :)
                • dakota77 Re: Pisałyśmy razem - ja pisałam o pierwszym 09.10.08, 12:03
                  Ja bym tu zdecydowanie rozpatrywala "brac pod uwage". Twoja wersja tego
                  sformulwoania moim zdaniem trafia w sedno:-)

                  www.thefreedictionary.com/make+allowance+for
                • ginestra Re: Pisałyśmy razem - ja pisałam o pierwszym 09.10.08, 12:18
                  Limotini, masz rację!

                  Ja też tak myślę, że sens może być też taki: "dając innym prawo do wątpienia w
                  Ciebie". Czyli nie koniecznie, żeby przyjąć, że w tym co mówią potencjalnie może
                  być jakaś prawda i dla mnie, ale też, że "no cóż, mają prawo wątpić we mnie,
                  każdy może mieć swoje zdanie". Racja.

                  Tak, to prawda, że tłumaczenie poezji jest ogromnie trudne!
                  Poezja chyba ma to do siebie, że jest (i ma być) trochę niedopowiedziana, że
                  konkretyzuje się tak naprawdę w sercu tego, kto czyta, i że są różne możliwości
                  odbioru.

                  Dlatego ja od początku jakby wskazywałam na to, że najlepiej gdyby czytać
                  oryginał, żeby "przemówił Kipling", i żeby się nie sugerować przekładami, tylko
                  samemu to po swojemu odczuć.

                  Tłumaczenie Mazura naprawdę jest ładne - w czytaniu i pod względem jasności. :)

                  Ja zawsze się boję o tę wierność przekładu i w tych przykładach z poprzednich
                  postów chciałam sprostować, co mi się wydawało, że odbiega od oryginału - z
                  takiej jakby potrzeby uczynienia zadość przesłaniu wiersza.

                  Z drugiej strony jestem bardzo zawsze niechętna czepianiu się tłumaczy i
                  pokazywaniu ich błędów. Usilnie staram się tego nie robić.

                  Na studiach miałam przez jakiś czas zajęcia z przekładu i wiem, że wiele osób
                  ten sam tekst czy wiersz może przełożyć zupełnie inaczej. Dlatego tu
                  postulowałam tylko "rybkę", żeby wiadomo było jaki jest ogólny sens wiersza.
                  Poza tym przekład poezji to naprawdę wyższa szkoła jazdy i nie ośmieliłabym się! :)

                  Pozdrawiam raz jeszcze!
                  • ginestra Re: Pisałyśmy razem - ja pisałam o pierwszym 09.10.08, 12:20
                    Wklejałam post pod Limotini.

                    Wersja Dakoty ("brać pod uwagę") też mi się podoba.

                    Pozdrawiam!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka