Dodaj do ulubionych

Szósta klepka - jejku, jakie to okropne...

15.12.08, 15:25
Ponieważ nie pisuję tutaj, tylko pasożytuję, czyli podczytuję :-) bardzo lubię
Wasze forum - zatem na wstępie pozdrawiam cieplutko wszystkich forumowiczów.

Co mnie skłoniło do napisania - otóż, zachęcona Waszymi zachwytami nad
pierwszymi częściami Jeżycjady, sprezentowałam sobie mikołajkowo "Szóstą
klepkę" - którą czytałam dawno temu w dzieciństwie i niewiele pamiętałam
(przez ostatnie lata czytałam na bieżąco nowe tomy Jeżycjady).

I jestem w szoku - jejku, makabra...

Mama Żakowa, która dla Was jest ideałem matki. Nie wierzę!!! Kobieta, która
zupełnie nie interesuje się tym, że jej szesnastoletnia córka, zamiast skupiać
się przede wszystkim na nauce, odwala w domu (z pomocą ciotki) robotę za
wszystkich członków licznej rodziny. A kiedy ta córka buntuje się wreszcie,
mama "zauważa w zadumie", że "nie poznaje tej Cielęcinki".

Menu obiadowe w domu: mrożone pierogi, makaron z przecierem pomidorowym, czyli
absolutnie bezwartościowe świństwo - dwa razu w tygodniu!!! jejku, przecież do
takiego makaronu można szybko zrobić najprostszy sos z jakichś warzyw:
pomidorów, papryki, cukinii, pieczarek... Wersja luksusowa obiadów: bigos,
fasolka po bretońsku, placki ziemniaczane - czyli raczej ciepłe kolacje, a nie
pełnowartościowe obiady.

I nie piszcie proszę, że nic nie można było dostać w sklepach - ja też
wychowywałam w czasach, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami, moja mama
pracowała naukowo, a w domu zawsze był pożywny i zdrowy obiad. I nie piszcie,
że to nieważne, że tak wesoło i po cygańsku jest, jak się je byle co - nie,
nieprawda, dorastające dzieci potrzebują wartościowego jedzenia.

Ta matka to dla Celestyny nie jest żadna matka, nie jest nawet
matką-koleżanką, bo z tą bufoniastą Danusią Cesia jest bliżej niż z własną
matką. To jest takie nie wiadomo-co - zajmujące się swoimi artystycznymi
wizjami i plotkujące jak nastolatka o ciuchach. Jedna poważna rozmowa z Cesią
pod koniec książki bynajmniej na ratuje obrazu tej osoby. Sorki, ale tacy
ludzie nie powinny zakładać rodziny, jeśli nie zauważają problemów swoich
dzieci i nie potrafią o te dzieci zadbać.

Tata Żak, który żartuje w rozmowie z pierwszy raz widzianą na oczy koleżanką
córki, że ta myśli o niebieskich migdałach, bo trzeci ma powiększony. Rety, co
za burak.

I najsmutniejsze - jak Cesia wraca z zakupów z żywymi rybami i zagaduje się z
Danką. "Karpie w siatce jakoś przestały się ruszać. Być może dlatego, że Cesia
położyła je na śniegu". Zrobiło mi się tak potwornie smutno, jak w którymś z
tomów Ani z Zielonego Wzgórza czytałam list Tadzia, który taki zabawny miał
być - jak to pan Harrison postanowił pozbyć się swojego psa i go powiesił, ale
pies się zerwał i schował w stodole, więc pan Harrison powiesił go jeszcze
raz, tym razem skutecznie. W tym momencie przestałam żywić jakiekolwiek
ciepłe uczucia do sagi o Ani - przecież świetnie napisanej. No i Jeżycjada,
choć rzeczywiście naszpikowana humorem pierwszej klasy i pełna dobrych opisów,
po tej bezdusznej wzmiance o żywych, cierpiących stworzeniach - skoro woda
wyciekała, to może sobie powoli zdychały w tej siatce na śniegu? - też dla
mnie nigdy nie będzie pozycją bliską sercu.

Proszę nie zrozumcie mnie źle: wcale nie jest tak, że wpadłam tutaj, żeby Wam
naurągać :-) obrazić Wasze gusta czytelnicze i zrobić awanturę :-) Tylko
naprawdę strasznie niefajna jest ta Szósta klepka. Chciałam się podzielić z
Wami tymi moimi spostrzeżeniami - no bo jak nie z Wami, to z kim? :-)
Obserwuj wątek
    • anutek115 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 15:44
      Pożarło mi całą powitalną wypowiedź, więc powtórzę z grubsza to, co napisałam,
      pokrótce, bo powinno mnie tu już nie być.

      Nie odniosłam wrażenia, że przybyłaś tu nam naubliżać i podważyć nasze opinie
      :-), uważam za to, że takie świeże spojrzenie jest bardzo potrzebne. Cieszę się,
      że się odezwałaś i pisz częściej :-))).

      Z braku czasu (planuję wrócić za godzin kilka, gdy dyskusja, w co nie wątpię,
      bedzie już w rozkwicie) odniosę się tylko do jednej twojej uwagi:

      ciepły i serdeczny świat Jeżycjady nigdy nie był ciepły i serdeczny dla
      zwierząt. Jest o tym sporo w różnych wątkach, najnowszy "Sprężynowy świerk" jest
      zupełnie świeżutki, rzuć na niego okiem. Ja powtórzę tylko to, co i w tamtym
      wątku pisałam - zwierzęta i rośliny są u MM tłem dla ludzi, władców i
      właścicieli świata. Nie ma w tych książkach ani zwierząt domowych, ani
      świadomości ekologicznej. Ja akurat świetnie rozumiem, że to może zniechęcic do
      tych książek. BTW, mnie do serii o Ani zniechęciła scena usypiania (co z tego,
      że nieudanego) kota przez naszą wielkooką, subtelna bohaterkę.

      Teraz już uciekam, mając nadzieję, że tego postu mi nie pożre :-). Raz jeszcze
      witaj i nie chowaj się na przyszłość, tylko śmiało pisz!
      • sir.vimes karpie 15.12.08, 16:48
        przecież kupuje się je po to by unicestwić więc nie pojmuję reakcji. A bo to
        tylko rodzina Żaków na Wigilię spożywa nieżywe karpie?
        • lezbobimbo Re: karpie 15.12.08, 17:02
          15 lat pózniej Grzes wlasnie przez karpie stal sie wegetarianinem. Reszta
          rodziny nie miala takich obiekcji.
          A Gaba z kolei piecze rumieniace sie udzce piesków i kotków, które przygarnia..
        • taria Re: karpie 15.12.08, 18:39
          Trochę Cię pocieszę w kwestii tych karpi. To, że karp pod wpływem
          niskich temperatur przestaje się ruszać jest naturalnym mechanizmem
          obronnym. Ryby są zmiennocieplne, to znaczy, że ich organizm potrafi
          funkcjonować w szerokim zakresie temperatur.
          U ptaków i ssaków obniżenie temperatury wewnętrznej poniżej pewnej
          granicy powoduje gwałtowne zatrzymanie ważnych procesów życiowych i
          w efekcie śmierć. Dlatego przemarznięty ssak zaczyna dygotać, żeby
          dostarczyć organizmowi ciepła.
          Organizm zmiennocieplny w niższej temperaturze wciąż funkcjonuje,
          tylko wszelkie procesy zachodzą wolniej. Na wolności karpie spędzają
          zimę przy dnie zbiornika, prawie nieruchomo, filtrując tylko wodę
          przez skrzela. W ten sposób zużywają mniej energii i tlenu.
          U karpia zamkniętego w worku z wodą włącza się właśnie taki
          mechanizm hibernacji, dzięki której w niskiej temperaturze ryba może
          przetrwać na rozpuszczonym tlenie dwie, trzy godziny bez poważnego
          uszczerbku.
          Gdyby Cesia zagadała się tak w mieszkaniu, pozostawiając ryby w
          cieknącym worku w temperaturze pokojowej, pewnie by się udusiły, bo
          potrzebowałyby więcej tlenu, który w ciepłej wodzie rozpuszcza się
          dużo gorzej niż w zimnej. Paradoksalnie, ten śnieg uratował im życie
          (lub też przedłużył męczarnię, zależy jak na to patrzeć)...
          • mmaupa Re: karpie 15.12.08, 19:34
            O, wlasnie mialam napisac to samo co Taria.

            A tak na marginesie, to Bobcio, jako przyszlosc narodu, dostawal kotlecik z
            marchewka. Z witamina K i M.
        • mankencja Re: karpie 15.12.08, 23:36
          A bo to
          > tylko rodzina Żaków na Wigilię spożywa nieżywe karpie?

          a co, żywe ma spożywać? jeszcze gorzej
          • sir.vimes Re: karpie 16.12.08, 13:20
            no wywnioskowałam z postu otwierającego, że żywe byłoby jednak lepiej ;P Ja jako
            wegetarianka jakoś nie jestem oburzona zachowaniem Cesi i brakiem współczucia
            dla karpi leżących na śniegu - rany, gdyby naprawdę współczuła karpiom nie
            kupowałaby ich przecież wcale! Większość ludzi mięso spożywa takie czy inne...
            Poza tym bez karpi ni byłoby sceny z "karpie mi ciekną" a to byłaby wielka strata.
    • lezbobimbo Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:17
      Witaj Kropelko z deszczem :) Koniecznie pisz z nami :))

      Co do Twoich odczuc na temat mamy Zakowej odpowiem tak:
      1) nie wiem jak inni forumowicze, ale ja 1000% wole leseferska i nieco
      grubianska rodzinke Zaków od toksycznych poczwar Borejków ;P
      Przede wszystkim ze wzgledu na humor i lekki jezyk, jakim jest opisana cala
      ksiazka - zamiast naboznego pisania o prymusach i Dzielnych Swietosciach.
      2) Cielecinka wysluguja sie wszyscy, nie tylko mama Zakowa. Nawet Krystyna z
      Wojtkiem. Nawet maly Bobcio i dziadek. No i Danusia tez, w dodatku z
      poblazaniem. A w kuchni pomaga jej ciocia Wiesia, równiez wykorzystywana.
      Zreszta nikt obu katriatyd do tego nie zmusza, Cesia ponoc sie nawet relaksuje
      sprzatajac ;P

      Zauwaz za to, ze na samym koncu SK jest odmiana: cala wredna rodzinka sie
      przemienia i od tej chwili zmywaja wszyscy po kolei! A kto sie wylamie, ten
      placi 50 zlotych :)

      3) ja mame Zakowa bardzo lubie przez to wlasnie, ze nie jest mamusia Muminka
      wiecznie gotujaca, tylko artystka, zyjaca przede wszystkim dla swej pasji i
      pracy, a z dziecmi dowcipkujaca, a nie pouczajaca ich z ironicznym spojrzeniem.
      4) Nie wszystkie mamy musza w ogóle lubic gotowac, i jeszcze w PRLu zdobywac
      pozywne a wymyslne jedzonko dla wielo-osobowej rodziny. Ale i tak potrafia byc
      dobrymi mamami. A w SK nawet wata juz potrafi byc towarem luksusowym (kryzys sie
      juz zblizal, mimo Juliowych tuszy i perfumów;)
      • dakota77 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:40
        Co do relacji rodzinnych, w pelni moge sie podpisac pod postem Lezbobimbo:-)
        Co do spraw kulinarnych- w sklepach naprawde niewiele mozna bylo kupic, a u
        Zakow bylo sporo osob do wyzywienia, wiec czynnik ekonomiczny musial byc
        decydujacy. Nie dziwie sie, ze jedni rzeczy tanie i malo urozmaicone. Do tego
        nie kazdy musi lubic gotowac, mama Zakowa wolala inne zajecia:-). Tak jak moja
        mama zreszta. Kiedy jeszcze z nia mieszkalam, chodzilysmy do restauracji,
        zamiast gotowac w domu, albo jadlysmy gotowe potrawy;-).

        Sprawa stosunku MM do przyrody jest tu szeroko dyskutowana, jak sama zobaczysz:-)
        I nie, nie uwazamy, ze jakimm prawem krytykujesz Szostka Klepke:). Cieszymy sie,
        ze sie odezwalas i nie czujemy sie urazone;-)
        • jop Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:23
          >Co do spraw kulinarnych- w sklepach naprawde niewiele mozna bylo
          >kupic

          Ja np. nie pamiętam, żeby za PRL-u w ogóle występowała cukinia. Może
          ktoś mający działkę albo mieszkający na wsi używał, nie pamiętam jej
          z normalnego warzywniaka. Pieczarki przed masową eksplozją biznesu
          pieczarkarskiego w latach 80-tych też były raczej towarem
          delikatesowym. Papryka stała się bardziej dostępna pod koniec lat 80-
          tych i tak naprawdę mało kto wiedział, co z tym zrobić - moja ś.p.
          babcia obwąchała, odłożyła z obrzydzeniem i do końca życia nie
          nauczyła się jeść papryki, moja matka dostała od kogoś przepis na
          leczo i bardzo długo konsumowaliśmy paprykę wyłącznie w takiej
          postaci.

          Wiem, że to może brzmieć nieprawdopodobnie dla "dzisiejszej
          młodzieży", która bezrefleksyjnie wrzuca w supermarkecie do koszyka
          mozzarellę, oliwki nadziewane fetą, bakłażana, krewetki, serek
          Philadelphia i liofilizowane liści limonki, żeby zrealizować jakieś
          przepisy wygrzebane w Internecie albo wyczytane w książce
          kucharskiej kupionej na Amazonie, ale za PRL-u możliwości kuchennej
          kreatywności były mocno ograniczone dostępnością składników i
          informacji.
          • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:13
            "Wiem, że to może brzmieć nieprawdopodobnie dla "dzisiejszej
            młodzieży", która bezrefleksyjnie wrzuca w supermarkecie do koszyka
            mozzarellę, oliwki nadziewane fetą, bakłażana, krewetki, serek
            Philadelphia i liofilizowane liści limonki, żeby zrealizować jakieś
            przepisy wygrzebane w Internecie albo wyczytane w książce
            kucharskiej kupionej na Amazonie, ale za PRL-u możliwości kuchennej
            kreatywności były mocno ograniczone dostępnością składników i
            informacji. "

            rozumiem idee przekazu, ale zastanowilem sie nad bezrefleksyjnoscia - mam
            rozmyslac nad zakupami w supermarkecie, a jesli tak, to o czym? :D za to serka
            Philadelphia bym kijem nie tknal, nie dosc, ze bez smaku, to jeszcze produkuje
            go Kraft (nie po to rzucilem szlugi, zeby kupowac serek Philip Morris :PPP)
            • jop Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:46
              "Bezrefleksyjnie" w sensie "przyjmując to coś naturalnego".

              I w sumie dobrze, nikomu nie jest potrzebne pamiętanie o tym, jak to
              w "Wieczorze z dziennikiem" informowali o tym, że z bratniej Kuby
              płynie statek z pomarańczami na święta, niemniej jednak warto czasem
              o takich realiach przypomnieć, choćby w kontekście książek z epoki.

              Odwal się łaskawie od serka Philadelphia, robi się z niego
              fantastyczny sernik limonkowy.
              • meduza7 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 22:36
                Rany! Pamiętam te informacje o statkach! To był zawsze news dnia! A pomarańcze
                były zielone...
                • nessie-jp Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 22:52
                  Zielone i cudownie słodkie! Pamiętam je do dziś. O wiele smaczniejsze niż
                  sztucznie upomarańczowione, niedojrzałe owoce, które się dzisiaj sprzedaje.

                  Zdaje się, że pomarańcze są jak bluszcz i robią się pomarańczowe dopiero po
                  przymrozku
    • soova Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:26
      Hmm... Podobnie jak przedpiśczyni nie uważam, że mając taką niekorzystną opinię o "Szóstej klepce" urągasz komukolwiek i że tzw. świeże spojrzenie jest zawsze czymś pożytecznym.

      Co do tego jedzenia serwowanego u Żaków, to mam jakieś dziwne wrażenie, że trzeba tu trochę wziąć poprawkę na czas akcji powieści (współczesny z czasem jej powstawania). Dzisiaj powszechne jest, że w inteligenckich kręgach, w których toczy sie akcja Jezycjady, na jakość posiłków, kaloryczność i inne elementy, których dzisiaj jesteśmy normalnie świadomi, zwraca się uwagę, ale dawniej przeciez wcale tak nie było! Przywiązywało się do tego znacznie mniejsze znaczenie niż dzisiaj, przede wszystkim z przyczyn aprowizacyjnych. Z rodzinnego domu pamiętam mój ulubiony przysmak - kluski kładzione ze stopioną słoninką i jakąś sałatkę (jesienią i zimą najczęściej kapustę kwaszoną doprawioną olejem czy oliwą). Wtedy dla mnie - dziecka czy nastolatki - przysmak (bo to pyszne jest! ;)), ale jednoczesnie konieczność, bo prawdopodobnie mama nie miała po prostu czego innego podać - dziś u moich rodziców już dawno takich rzeczy się nie jada... MM opisała więc w SzK w latach 70-tych rzeczywistość żywieniową, jaką znała z autopsji. Nie przykładajmy poglądów dzisiejszych do sytuacji sprzed 30 lat.

      A z poglądem na stosunki Celestyny z rodziną zgadzam się. Pamiętam, że mimo tego, że SzK czytałam jako nastolatka, też bardzo mnie zdziwiło, że w opiekę nad niemowlęciem zaangażowana jest - bardziej z konieczności niż z wyboru - licealistka, której właściwie wcale ta sprawa nie dotyczy.
      • dziewczynka_do_bicia Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:36
        "
        I nie piszcie proszę, że nic nie można było dostać w sklepach - ja też
        wychowywałam w czasach, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami, moja mama
        pracowała naukowo, a w domu zawsze był pożywny i zdrowy obiad. I nie piszcie,
        że to nieważne, że tak wesoło i po cygańsku jest, jak się je byle co - nie,
        nieprawda, dorastające dzieci potrzebują wartościowego jedzenia. "

        Dlaczego mam NIE pisac tak skoro właśnie TAK uważam?!
        • dziewczynka_do_bicia Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:37
          ps. dorastajace dzieci potrzebuja wartosciowego jedzenia ale naprawde uwazam ze
          wtedy najzwyczajniej w swiecie tej papryki czy cukini mozna bylo nie dostac.

          ps. co jezt złego w mrozonych pierogach????? (przeciez jedli po rozmrozeniu :))
          • lezbobimbo Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 17:00
            Wlasnie, wlasnie, kto w PRL w roku 75 w ogóle widzial cukinie, niech pierwszy
            rzuci karczochem ;P Przeciez nawet pomidory swieze trudno bylo dostac, zwlaszcza
            w zimie! Sosik mediolanski byl na bazie przecieru, zaloze sie :)
            Pieczarka równiez potrafila byc rarytasem, juz latwiej bylo pojechac do lasu i
            pozbierac samemu grzybków, ususzyc i zamarynowac (inna rzecz, ze smaczniejsze;)
            Dlaczego zreszta fasolka po bretonsku jest niepelnowartosciowa??
            To o wiele smaczniejsze i zdrowsze niz maslo roslinne i zweglony morszczuk;P
            Jedna tylko ciotka Fela potrafila zrobic wtedy gruszki z waniliowym sosem, ale
            to tez bylo z kompotu i z cukrem wanilinowym ;P nic zdrowego.. :)

            W domu z wiezyczka mieszkaly 4 dorosle osoby, 2 nastolatki + dziecko. Potem
            jeszcze doszly 2 doroslych z dzieckiem. Wez tu poluj w zimie na swieze pomidory
            dla tych wszystkich paszczy, jednoczesnie pracujac czy chodzac do szkoly/na
            uczelnie..
            Dzisiaj jednak logistyka i zaopatrzenie to zupelnie inny swiat. Róznica kolosalna.

            Nie obraz sie kropelko-deszczu, ale Twój zarzut o niekarmieniu pelnowartosciowym
            brzmi troche jak ten dowcip o nastolatku dzisiejszym, slyszacym o PRL "jak to, w
            calym Auchan mieli tylko ocet?" ;PPP

            Achh, zebym nie zapomniala: drobie w Twa strone kapusniaczkiem i jelitkiem :)))
            Pisz dalej, dyskutuj z nami :))
            • ananke666 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 18:06
              Chciałabym zobaczyć w dzieciństwie ten warzywniak, w którym w _zimie_ były do nabycia pomidory, cukinia, pieczarki oraz papryka.
              • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 18:13
                ananke666 napisała:

                > Chciałabym zobaczyć w dzieciństwie ten warzywniak, w którym w
                _zimie_ były do n
                > abycia pomidory, cukinia, pieczarki oraz papryka.

                w zimie to byla włoszczna. kapusta i ogórki kiszone.
                były też pieczarki i całe fortuny powstawały na tych pieczarkach.
                ale nie wiem, czy to przypadkiem już nie w latach 80.?
                pamiętam też jako pewne cezury pojawienie się cykorii i kapusty
                pekińskiej, ale nie potrafię tego umiejscowić w czasie.
                • staua Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 19:24
                  Byly tez ziemniaki :-) stad te placki mozliwe do zrobienia (bardzo
                  lubilam, jak moja mama robila placki)
            • yowah76 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 19:17
              Ja widzialam kabaczki,a to jest to samo - pare lat pozniej, kolo 80
              roku, w ogrodzie botanicznym;) To byly takie czasy, ser bialy,
              kopytka, pierogi, kiszona kapusta i raz czy dwa w tygodniu mieso. Ja
              bym juz powiedziala, ze ten makaronik po mediolansku to taki nieco ą
              ę juz byl, bo to bohema i wogle... A pomidory az chyba do poczatku
              lat 90 byly jaki u Starszych Panow, jeno w sezonie, jak sie jednego
              czasem zima kupilo to ho, ho!
            • croyance Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 01:56
              Ty wiesz co, ja to zaczynam sie spodziewac, ze jesli przyjdzie nam
              kiedys spotkac sie live, zarzucisz mi na szyje jakies przydlugie
              jelitko :-) Nie moge pozbyc sie tej wizji, jak sie z nim skradasz :-)

              A co do tematu watku, moze tylko zauwaze, ze kazdy ma jakies tam
              swoje osobiste smutki i problemy, z ktorymi musi uporac sie sam, i
              zadna matka - idealna nawet - nie ma tu nic do rzeczy. Jaki by ten
              kontakt nie byl, zawsze jest pewna przestrzen osobista na
              egzystencjalne leki i nieszczesliwe milosci, z ktorymi nastolatek
              zazwyczaj radzi sobie sam :-)
              • tygrys2112 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 19.12.08, 01:50
                > A co do tematu watku, moze tylko zauwaze, ze kazdy ma jakies tam
                > swoje osobiste smutki i problemy, z ktorymi musi uporac sie sam, i
                > zadna matka - idealna nawet - nie ma tu nic do rzeczy. Jaki by ten
                > kontakt nie byl, zawsze jest pewna przestrzen osobista na
                > egzystencjalne leki i nieszczesliwe milosci, z ktorymi nastolatek
                > zazwyczaj radzi sobie sam :-)
                Zgadzam się co do joty.
            • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:14
              ezbobimbo napisała:

              > Wlasnie, wlasnie, kto w PRL w roku 75 w ogóle widzial cukinie, niech pierwszy
              > rzuci karczochem ;P Przeciez nawet pomidory swieze trudno bylo dostac, zwlaszcz
              > a
              > w zimie! Sosik mediolanski byl na bazie przecieru, zaloze sie :)

              uhmmm... jako ze oboje jestesmy urodzeni po 1975 roku, to moze nie ma sie co za
              bardzo wymadrzac, ale z tego co wiem od rodziny, 1975 to nie byl czas kryzysu
              aprowizacyjnego, chyba, ze porownujesz z dniem dzisiejszym. o ile wiem, w naszej
              strefie klimatycznej (pisze z kraju, gdzie wiele upraw pomidorow jest dobre 2000
              km na poludnie od Poznania i TEZ nie jest niczym normalnym dostac swieze
              pomidory KRAJOWE w zimie :)
              • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:24
                nie dokonczylem zdania :) chcialem rzec, ze nie ma nic normalnego w swiezych
                pomidorach w zimie w srodku Europy :)
              • ananke666 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:38
                A pamiętasz z dzieciństwa pomidory w zimie w polskim warzywniaku? Bo ja wcale. Tęskne oczekiwanie na owe późną wiosną, owszem.
                • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:05
                  no wiec wlasnie o tym mowie - w zimie nie ma pomidorow :)
                  • yowah76 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 19:08
                    A w ogole to podobno pomidory sa zdrowsze jako przecier czy nawet z
                    puszki, generalnie ugotowane, niz surowe. Surowe to tak bardziej dla
                    smaku sie jada, a cala dobroc sie lepiej przyswaja z przetworzonych,
                    taki wyjatek wsrod warzyw.
              • the_dzidka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:34
                > 1975 to nie byl czas kryzysu
                > aprowizacyjnego,

                Ale nie był to czas papryki i cukinii, na sto procent. Dam sobie za
                to rękę odrąbać. Wtedy to były banany :)
                A pomidorów w zimie nie było, pamiętam, jak zaczynałam się zajadać
                kanapkami z pomidorem gdzieś od, ja wiem, maja? czerwca?
                Rany, jakie nudne żywienie wtedy było, ale jacy szczupli byliśmy..
                • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:02
                  ale z ta papryka i cukinia to chyba racej kwestia gustow, niekoniecznie
                  dostepnosci. tzn. nie wiem, jak wyglada sprawa hodowli cukinii czy papryki w
                  polskim klimacie - moze sie da, moze sie nie da. z pewnoscia sa kraje bylego
                  RWPG, w ktorych papryke sie jada i papryka rosnie, patrz Wegry czy Bulgaria,
                  wiec raczej nie byla to kwestia jakiegos embargo :)))
                  dopoki cos nie wejdzie do uzytku kuchennego, nikt tego nie bedzie ani
                  sprowadzal, ani probowal uprawiac. najlepszy przyklad to seler (bulwa): z
                  pewnoscia moglby rosnac we wloskim klimacie, ale nikt go nie uprawia, a kiedy
                  pojawi sie w supermarkecie (sprowadzany pewnie z Holandii :), jestem jednym z
                  naprawde nielicznych kupujacych :)
              • jop Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:54
                > 1975 to nie byl czas kryzysu aprowizacyjnego

                1975 nie był, w takim sensie, że nie była to sytuacja typu na
                półkach wyłącznie ocet i konfitura z dyni. Podstawowe produkty były
                dostępne, ale wybór był naprawdę skromny.

                Natomiast w połowie 1976 zaczął się kryzys, po cukier stało się w
                kolejkach.
                • ciotka_paszczaka Banany.... 16.12.08, 16:22
                  jop napisała:

                  (...)
                  > 1975 nie był, w takim sensie, że nie była to sytuacja
                  > Natomiast w połowie 1976 zaczął się kryzys, po cukier stało się w
                  > kolejkach.
                  I wprowadzono kartki na cukier (tak! w latach siedemdziesiatych!!!) , tudziez sklepy "komercyjne" czy ktos to jeszcze pamieta?

                  A we Wroclawiu, nie bylo znowu tak duzo "pan z miesem" bo to nie jest region rolniczy. I niewiele osob mialo rodzine na wsi. Klopoty z kupieniem czegos na prawde byly. Podpisuje sie dokladnie pod opisami tego, co bylo w warzywniakach, ogorki/pomidory/rzodkiewka tylko w sezonie, a szklarniowe (np. z Siechnic) potwornie drogie.

                  Stolowki szkolne to byl koszmar. Do dzis nie wiem, czym nas tam karmiono, byla to papka przypominajaca ziemniaki, i do tego papka przypominajaca niewiadomo co -szarawe, wodniste i na prawde nie wiem, co to bylo.

                  A banany?
                  Pisaliscie o pomaranczach na swieta, to i ja pamietam, jedna pomarancza, taka duza, pod choinke, ale to byl prezent!
                  Historia z bananami, absolutnie autentyczna, do centrum miasta -duzego w koncu! Wroclaw, pl. Grunwaldzki i...przywieziono banany. Rzecz sie dziala w pazdzierniku 1974 lub 1975. Sprzedawano je ze skrzynek, na jakims takim prowizorycznym stoisku, tuz obok "sedesowcow". Kolejka byla NIEZIEMSKA. I sprzedawano tylko po maksimum 2kg.

                  Skad to tak dobrze pamietam? Bo bylam zaproszona do mojego kolegi na urodziny (stad ta pazdziernikowa data, ale nie pamietam roku, w gre wchodza tylko te dwa). I jako prezent zanioslam mu wystane 2kg. bananow. Dlugo jeszcze ten prezent wszyscy wspominali. Co to byl za wspanialy prezent. Oh!
                  Z kolega rozmawialam po latach, pamieta do dzisiaj!
                  Mozna sie z tego teraz smiac, ale wtedy...to nie bylo smieszne. Takie bylo codzienne zycie!
    • wushum Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 16:49
      Klepka nigdy nie była moją ulubioną częścią, a że mama Żakowa nie jest ideałem
      rodzicielki - wiadomo. Z resztą, kto jest idealny? Żaczka lubię, może burak, ale
      naturalny i lubię jego zachwyt nad bodaj odkryciem kwarków czy coś, gdy
      jednocześnie ma w sobie trochę przyziemności - to sprawia, że jest ludzki, a nie
      kartonowy. Moja koleżanka z podstawówki zawsze musiała w domu robić obiad, byłam
      zawsze pełna podziwu dla niej, ale nie rozumiałam, czemu się nie zbuntuje -
      wszak rodzinę miała liczną. Mnie się podoba ciepło Żakowej rodzinki. Li i przede
      wszystkim - że sparafrazuję. Poza tym, zawsze człowiek znajdzie coś wspólnego z
      bohaterami.
      Mama Żakowa, jest "mamą dzieckiem", a Danusia jest typowym życiowym przykładem
      koleżanek, które się wyciąga z doła, a one potem mają człowieka w nosie, więc to
      Cesia wspiera Danusię.
      Wątek miłosny średni, a potem Cielęcina staje się typową otumanioną owieczką,
      jak potem inne nieszczęśnice.
      No i Bobcio jest tam dużym plusem:)
      Poza tym sentyment do czasów, do pierwszego tuszu do rzęs itp, no i Dmuchawca
      bez aureolki.
    • nighthrill Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 17:40
      Nie chcę tu wszczynać dyskusji o tym co każdy z nas uważa za "pełnowartościowe
      pożywienie", bo jestem wojującą wegetarianką, jak już kilka razy tu na forum
      pisałam :-) W każdym razie nie zarzucałabym fasolce po bretońsku (już nie
      wnikając, czy z mięsem była, czy bez - biała fasola to świetne źródło
      aminokwasów) czy plackom ziemniaczanym "niepełnowartościowści". Oczywiście
      makaron z sosem z koncentratu kilka razy w tygodniu to mało urozmaicony
      jadłospis, ale na pewno jakieś warzywa też jedli, i nie mówię tu o ziemniakach:-)
      Pamiętajcie, że potem Julia zaczęła gotować ( swoją drogą trochę to smutne, że
      żeby zwrócić na siebie uwagę Toleczka musiała zacząć to robić - była przecież
      artystką, nietuzinkową, piękną dziewczyną, czy to nie wystarczyło, żeby się
      zakochał? - a tu autorka nam lansuje powrót starej tezy o drodze do serca przez
      żołądek) - i jedli coq au vin, "murzyna w koszuli", zupę porową vichy i cuda na
      kiju.
      "Szóstą klepkę" mam zamiar zakupić na gwiazdkę 13-letniej siostrze mojego
      partnera, dziewczynce, która generalnie nie czyta. Zobaczymy, czy chwyci.
      • kalina.tatry Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 18:12
        Julia istotnie zgłupiała dla Toleczka, ale to się zdarza w pierwszej
        fazie zakochania, ludzie robią różne rzeczy, a przez radosne
        gotowanie dla faceta sama przechodziłam (ale już przeszłam). Pewnie
        mama Julii też kiedyś starała się dla swego ukochanego, a teraz
        makaronik z pysznym sosikiem gotuje i dobrze jest. Zresztą, nie
        uwłaczając płci męskiej, droga do ich serca przez żołądek została
        przez pokolenia kobiet sprawdzona empirycznie. Ona istnieje.
        Za to uwielbiam w SzK Bobcia, to wspaniała postać. Aż mi szkoda, że
        w Sprężynie zrobił się z niego taki "zadowolony posiadacz".
      • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 18:19
        Pamiętajcie, że potem Julia zaczęła gotować ( swoją drogą trochę to
        smutne, że
        > żeby zwrócić na siebie uwagę Toleczka musiała zacząć to robić -
        była przecież
        > artystką, nietuzinkową, piękną dziewczyną, czy to nie wystarczyło,
        żeby się
        > zakochał? - a tu autorka nam lansuje powrót starej tezy o drodze
        do serca przez
        > żołądek) - i jedli coq au vin, "murzyna w koszuli", zupę porową
        vichy i cuda na
        > kiju.


        ja odniosłam wrażenie, że to raczej dowód na zgłupienie julii w
        obliczu miłości, a nie przykazanie, że kobieta powinna gotować dla
        mężczyzny. moim zdaniem chodziło właśnie o komizm sytuacji, że
        dziewczyna o tylu zaletach, które opisujesz, nagle tak właśnie
        głupieje i chce wbić matkę przy gotowaniu w aksamity (łaskawie
        darując koronki brabanckie).
        • croyance Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 02:00
          Ja to zawsze odbieralam tak, ze Julia - prawdziwa femme fatale
          (jedna z moich ulubionych bohaterek BTW) - gotowala w celach
          manipulacyjnych, swiadomie uciekajac sie do kazdego sposobu, by
          uwiesc upatrzonego samca :-)

          Glowe daje, ze jak juz go otumanila, to gotowac przestala.
          • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:15
            croyance napisała:

            > Ja to zawsze odbieralam tak, ze Julia - prawdziwa femme fatale
            > (jedna z moich ulubionych bohaterek BTW) - gotowala w celach
            > manipulacyjnych, swiadomie uciekajac sie do kazdego sposobu, by
            > uwiesc upatrzonego samca :-)
            >
            > Glowe daje, ze jak juz go otumanila, to gotowac przestala.

            moim zdaniem szybko jej sie znudzil, totez udusila wzdychulca.
            w pomidorach!

            to modliszka jedna, no :)
            • jota-40 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:36
              > A Wy, Wasze matki lub babcie, skąd brałyście wtedy przepisy?

              No, jak to skąd? Z "Kobiety i Życia", wiadomo! ;)) I z ostatniej strony
              "Przekroju", tam serwował J. Kalkowski. I czasem z "Życia Warszawy" - tam z
              kolei pisywała Irena Gumowska. Poza tym miałam od zawsze w domu jakąś
              przedpotopową "Kuchnię polską", z której czerpałam pełnymi garściami - mało
              tego, do tej pory często się nią wspieram.
              Moja mama miała też swój ściśle strzeżony zeszycik, gdzie notowała skrzętnie
              przepisy - od babć, ciotek i znajomych.

              A propos czekolad z lat 70-tych: były wtedy na przykład do kupienia czekolady
              firmy Van Houtten (nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje), między innymi
              przepyszna mleczno-pomarańczowa. Szły na nią wszystkie moje oszczędności ;)).
              • agnieszka_azj Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:03
                jota-40 napisała:
                > A propos czekolad z lat 70-tych: były wtedy na przykład do
                kupienia czekolady
                > firmy Van Houtten (nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje), między
                innymi
                > przepyszna mleczno-pomarańczowa. Szły na nią wszystkie moje
                oszczędności ;)).

                Pamiętam !!! Pamietam !!! Taka z żaglowcem na obwolucie.
                A ten smak pomarańczowy był jedyny w swoim rodzaju - teraz nie mogę
                na taki trafić.
                • jota-40 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:26
                  Z żaglowcem, tak!... Ach, czar wspomnień ;)). Nieco podobne były takie
                  pomarańczowe czekoladki Lindta (małe, okrągłe talarki), ale to nie to...
                  • jota-40 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:28
                    O, to dobra wiadomość, może produkują jeszcze tę pomarańczową? Kupiłabym przez
                    internet ;).
              • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:19
                jota-40 napisała:

                > A propos czekolad z lat 70-tych: były wtedy na przykład do kupienia czekolady
                > firmy Van Houtten (nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje), między innymi
                > przepyszna mleczno-pomarańczowa. Szły na nią wszystkie moje oszczędności ;)).

                jak najbardziej istnieje, mam ich czekolade (w proszku) w szafce, mialem zrobic
                tiramisu juz ze sto razy :)
    • kkokos karpie 15.12.08, 18:07
      wydaje mi się, że generalnie w latach 70. nikt się losem karpi nie
      przejmował. autorka wątku trochę przykłada dzisiejszą świadomość do
      tamtych czasów, a naprawdę bylo to powszechne, że przynosiło się
      żywego karpia, choćby i tydzień przed świętami, jeśli akurat
      rzucili, i przez ten tydzień hodowało się go w wannie. dziś już
      prawie nikt tak nie robi - choć może się mylę, ale ja nie znam
      takich osób. mało tego, mało kto kupuje karpia w całości (choć głowa
      przydaje się do galarety), większość moich znajomych kupuje karpia w
      tuszach.
      moja rodzina zaprzestała wannowego procederu, gdy któregoś roku moja
      matka nie zastała żadnego z sąsiadów, który mógłby karpia ubić, i
      musiała zrobić to sama. pamiętam dobiegający z kuchni wrzask mojej
      matki, kobiety już pod pięćdziesiątkę, "Mamo, on mi się ruszył pod
      nożem!!!", po którym to okrzyku moja matka kurcgalopkiem przybiegła
      do pokoju, gdzie siedziałam z babcią, matką mojej matki, wtedy już
      dobiegającą osiemdziesiątki, schorowaną i kruchą jak kurczaczek.
      wtedy zrozumiałam, że dzieckiem własnej matki jest się do końca
      życia i póki ona żyje, będzie się do niej biegło w potrzebie, choćby
      było to dalece pozbawione sensu :):)

      wracając do tematu: dziś zwracamy uwagę, by karpie nie dusiły się w
      swoich basenach w sklepie, wtedy powolne zdychanie karpi ruszających
      ustami było traktowane jak widok najnormalniejszy w świecie.
      przeciętna kobieta irytowala się, gdy karp jej się miotał w siatce,
      bo obijał się o kozaczki - gdzieby tam współczuła mu tej walki o
      życie.
      przypomnę, że audycje o wegetarianizmie traktowane były jako
      propaganda mająca zamydlić oczy ludziom w sytuacji rynkowych
      niedoborów mięsa :) :)
      • nighthrill Re: karpie 15.12.08, 18:27
        Swoją drogą, to straszny widok jak te karpie tłoczą się w małym baseniku w
        supermarkecie i ledwo zipią...W mojej rodzinie terror wannowy też się skończył (
        wanny brak) i trochę także z mojego powodu, bo moi rodzice zobaczyli, że można
        zrobić smaczne posiłki bez mięsa i ryb. Moja mama chyba kupuje już martwe karpie
        i mrozi, ale głowy nie dam...w ogóle to nie znam się na tym, jestem wegetarianką
        od kilkunastu lat, ale właściwie dlaczego wszystkie ryby kupuje się martwe, a
        karpie żywe?
        • dakota77 Re: karpie 15.12.08, 18:40
          Dla mnie tez widok meczacych sie w baseniku ryb jest okropny. W mojej rodzinie
          na szczescie nie bylo tradycji jedzenia karpia, caly ten proces kupowania u
          ukatrupiania zywej ryby bylz byt okropny, i wbrew tradycji jedlismy zawsze
          filety z mintaja czy morszczuka. O wiele zreszta dla mnie smaczniejsze od
          blotnistego, tlustego i oscistego jak diabli karpia.
          • kkokos Re: karpie 15.12.08, 18:43
            > O wiele zreszta dla mnie smaczniejsze od
            > blotnistego, tlustego i oscistego jak diabli karpia.
            o, to widać, że karpia nie znasz :) wcale nie musi być ościsty,
            wcale nie musi być błotno-mulisty itd. dobrze przyrządzony jest
            fantastyczną rybą, znacznie smaczniejszą od banalnego, bezpłciowego
            mintaja czy morszczuka :)
            • lezbobimbo Re: karpie 15.12.08, 18:50
              A co dopiero zweglony morszczuk o konsystencji skamienialej kaszy na patelni!
              Cium cium pyszulka :)

              (w gastronomii molekularnej zweglone warzywka to jeden z nowych perwersyjnych
              przysmaków ;) n.p. wegiel z pora :)
            • dakota77 Re: karpie 15.12.08, 18:59
              No nie znam i zadna sila mnie nie przekona, zeby poznac:-). Tyle lepszych rub na
              swiecie:-)
              • ananke666 Re: karpie 15.12.08, 20:00
                dakota77 napisała:

                > No nie znam i zadna sila mnie nie przekona, zeby poznac:-). Tyle lepszych rub na
                > swiecie:-)

                Całkiem skapcaniałam umysłowo, siedzę i patrzę w ekran, zastanawiając się, co to jest ruba...
                • dakota77 Re: karpie 15.12.08, 20:08
                  Ryb, ryb:-)
                  • ananke666 Re: karpie 15.12.08, 20:24
                    Zgadłam po chwili, AŻ TAK tępa nie jestem ;)

                    Skojarzyło mi się z "upafuga" u Chmielewskiej, pamiętacie? I przy okazji przypomniałam sobie, jak bezlitośnie natrząsałam się z niej, czytając o czipmanku i grandhoku, którego tyle się naszukała po encyklopediach i atlasach i nie znalazła. Ja jakoś znalazłam w ciągu pół minuty, jedno sprawdziłam, przy drugim tylko się upewniłam. Chipmunk i groundhog, czyli pręgowiec amerykański i takiż świstak. Mogła spytać władającą angielskim część rodziny o hipotetyczną pisownię oraz posłużyć się słownikiem angielsko-polskim... Zaprawdę łatwiutkie...
                    • nessie-jp Re: karpie 15.12.08, 21:09
                      > a. Ja jakoś znalazłam w ciągu pół minuty, jedno sprawdziłam, przy drugim tylko
                      > się upewniłam. Chipmunk i groundhog, czyli pręgowiec amerykański i takiż śwista
                      > k. Mogła spytać władającą angielskim część rodziny o hipotetyczną pisownię oraz
                      > posłużyć się słownikiem angielsko-polskim... Zaprawdę łatwiutkie...

                      Nie znam Chmielewskiej osobiście, a literacko tylko starsze pozycje, ale wydaje
                      mi się, że ona bardziej francuskojęzyczna jest?

                      Z tymi czipmankami i innym skwirelami to jest dziwna sprawa. Posłałam kiedyś do
                      Hameryki zdjęcie zwykłej, rudej wiewiórki i wzbudziłam sensację: co to za
                      gatunek?! A dlaczego on ma takie długie uszy?? A dlaczego on ma takie pędzelki
                      na tych długich uszach? A dlaczego on ma taki wieeeelki ogon?!

                      Aż się boję zapytać, jak te ichnie skwirele wyglądają... biednieńkie (i rency im
                      pewnie odsechszy też).
                      • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 21:40
                        Szare wiewiorki amerykanskie zdominowaly Anglie, wiec mam je jesli
                        nie na co dzien (bo juz wczesnie sie robi ciemno, to nie widuje) to
                        przez wiekszosc roku. Sa jak sama nazwa wskazuje szare, czasem lekko
                        rudawe, wieksze od rudych, z wieksza glowa, marniejszym ogonem -
                        zwlaszcza mlode wygladaja jak szczurki - i bez pedzelkow. Zawlekli
                        je tu sobie podobnie jak pare innych gatunkow (np.aleksandrety
                        obrozne w Hyde parku;) ), wytepily ruda wiewiorke jako ze sa
                        silniejsze a nawet niszcza gniazda rudej i obecnie jest zakaz
                        sprowadzania, hodowania, handlu a wrecz zacheca sie do tego zeby je
                        jesc. Ponoc smaczne... wiosna siedza na drzewach i wydaja dzwieki
                        jakby kot zachrypl po trzech dniach wrzasku, takie miauczace
                        rzezenie.
                        Groundhoga mozna sobie obejrzec w filmie "Dzien Groundhoga", a
                        chipmunki w "Brygadzie RR " ;) Jak ktos lubi male pasiaste gryzonie,
                        to mozna tez nabyc droga kupna burunduki syberyjskie, nie to samo
                        ale zawsze cos...
                        • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 21:47
                          Tu w odpowiednim kontekscie:

                          www.freewebs.com/gunsandsports/
                          Ja nie mowie, ze one takie znowu brzydkie, ale nasze ladniejsze.

                          www.mooseyscountrygarden.com/english-gardens/grey-squirrel-eating.jpg

                          Chipmunk (ale nie zaloze sie, czy nie ten syberyjski;) )
                          www.just-a-webpage.com/rantings/wp-content/uploads/2006/12/chipmunk.jpg


                          Groundhog
                          24houranimalcontrol.com/animal%20pictures/groundhog1.jpg
                          rowniez znany jako woodchuck, land beaver albo WHISTLEPIG (to za
                          wikipedia) i zreszta tez z rodziny wiewiorek.
                        • ananke666 Re: wewior 15.12.08, 22:00
                          > chipmunki w "Brygadzie RR " ;)

                          Eeee chyba nie. Chipmunk ma kawał ogona, Chip i Dale jakieś zalążki.
                          • nessie-jp Re: wewior 15.12.08, 22:21
                            > Chipmunk ma kawał ogona, Chip i Dale jakieś zalążki.

                            Może są rasowe, po ogonektomii...
                            • ananke666 Re: wewior 15.12.08, 22:35
                              Co za szczęście, że ta debilna moda na obcinanie to już przeszłość...
                              • nessie-jp Re: wewior 15.12.08, 22:58
                                Owszem
                                • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 23:21
                                  Ja mam do dzisiaj takich znajomych ktorych gorszy idea kastracji
                                  zwierzatka. Moja osobista rodzina jakos nie miala oporow, zeby
                                  wysterylizowac wszystkie kotki (Kluseczka dala popalic, jak to
                                  mowia;) ) ale na kastracje psa sie nie godzili - idiotyczne
                                  podejscie, biorac pod uwage obciazenie operacja dla zwierzaka. Na
                                  starosc psa i tak taki despekt spotkal bo dostal guza i stracil
                                  klejnoty... A ile razy jak tlumacze panciom w srednim wieku, ze ten
                                  walniety amstaff, co go sobie ich maz kupil w ramach kryzysu bo ani
                                  na Harleya ani na mloda kochanke go nie stac, zachowywal by sie byc
                                  moze lepiej po zabiegu to sie spotykam ze swietym oburzeniem ;)))
                                  Oczywiscie pancie wyprowadzaja amstaffy, bo pancio gnije przed tv.
                                  Druga grupa z amstaffami to blondi, ktorym pieseczka kupil chlopak
                                  typu ABS, pieseczek jak po sterydach, blondi 40 kg... eee, co ja tu
                                  bede w temat wchodzic;)))
                                  • jottka Re: wewior 15.12.08, 23:24
                                    yowah76 napisała:


                                    > A ile razy jak tlumacze panciom w srednim wieku, ze ten walniety amstaff, co
                                    go sobie ich maz kupil w ramach kryzysu bo ani na Harleya ani na mloda kochanke
                                    go nie stac, zachowywal by sie byc moze lepiej po zabiegu


                                    no a nie prościej byłoby w takim wypadku wykastrować męża?:)
                                    • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 23:34
                                      One tak reaguja jakbym im proponowala;)))
                                      • jottka Re: wewior 15.12.08, 23:41
                                        cóż, rozumieć je trzeba, ale dziwić się należy:)
                                        • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 23:51
                                          Chociaz czesc z nich to moze by predzej tego meza niz pieseczka;)))
                                          Albo kiedys mialam taka sasiadke z ratlerkiem; biedakiem szarpala
                                          hormonalna burza przez cala zycie (te wypierdki male dosc czesto tak
                                          maja; co im tam tego hormonu potrzeba, zeby ich zadze
                                          pochlonely;))) ), wlazil na wszystko co przed nim nie zdazylo uciec,
                                          trzasl sie caly, chudzienki byl taki i widac bylo, ze to wszystko z
                                          tego nabuzowania, po prostu mu nie starczalo czasu na myslenie o
                                          czymkolwiek innym z jedzeniem wlacznie - skarzyla sie ciagle, ze
                                          Igus taki umeczony. A jak jej proponowalam rozwiazanie to sie
                                          zalewala swietym oburzeniem. A ogonka to Igus nie mial...moze jakby
                                          mial ogonek, to by mu sie ten testosteron jakos rowniej rozlozyl?
                                    • ready4freddy Re: wewior 16.12.08, 15:07
                                      jottka napisała:

                                      > yowah76 napisała:
                                      >
                                      >
                                      > > A ile razy jak tlumacze panciom w srednim wieku, ze ten walniety amstaff,
                                      > co
                                      > go sobie ich maz kupil w ramach kryzysu bo ani na Harleya ani na mloda kochanke
                                      > go nie stac, zachowywal by sie byc moze lepiej po zabiegu
                                      >
                                      >
                                      > no a nie prościej byłoby w takim wypadku wykastrować męża?:)

                                      wtedy z pewnoscia nie ruszy sie z kanapy :) cytuje z pamieci: "..siedzi kocur
                                      skastrowany na przypiecku, juz o zonie mu nie myslec, ni o dziecku, juz nie
                                      bedzie lowil myszy w gronie innych towarzyszy.." :)))
                                • onion68 Re: wewior 16.12.08, 06:13
                                  > Rozwodzę się nad tym dlatego, że zaczęłyśmy tak oceniać tę "Klepkę" właśnie z
                                  > perspektywy *tamtej* epoki, bo z perspektywy obecnej się po prostu nie da.

                                  Popieram. To trochę jakby się dziwić, że szlachetny pan Nowowiejski nabił
                                  człowieka na pal.
                                  Nie da się w miarę uczciwie oceniać pewnych zjawisk z perspektywy współczesnego
                                  stanu świadomości (to odnośnie psów i kotów w powieściach XIX - pocz. XX w.) i
                                  współczesnych warunków.
                              • yowah76 Re: wewior 15.12.08, 23:13
                                ananke666, to nie byla moda tylko koniecznosc, pies pracujacy w
                                lesie np czesto sobie ogon kaleczyl. Teraz tez sie zdarza, ze
                                doroslemu juz psu trzeba ogon amputowac, bo go sobie uszkadza (moja
                                kolezanka tu czasem zaglada ale sie nie przyznaje i jej pies wlasnie
                                sobie z nadmiaru entuzjazmu ogon uszkadza, moze sie odezwie ;))) .
                                Ciecie uszu u ras bojowych ograniczalo mozliwosc chwytu i mniej
                                uszkodzen, u innych ras czasem mniej infekcji, ktore bywaja czestsze
                                przy uszach klapnietych. Wilcze pazury tez sie usuwalo dla dobra
                                psa, sa rasy, gdzie sie ich wymaga i nieestety to dosc urazowy
                                element jest. poza tym takie korekty poprawialy ogolne wrazenie.
                                Pozniej taki a nie inny typ wpisano do wzorca rasy i tak zostalo. I
                                teraz wychodza rozne smieszne rzeczy jak np. bokser z polstojacymi
                                uszami, ktorych w okresie kiedy sie uszy kopiowalo nikt by nie
                                ogladal. Dla mnie osobiscie z czysto estetycznego punktu widzenia
                                niektore rasy lepiej sie prezentowaly w wersji kopiowanej, ale
                                przyznaje, ze o ile ciecie ogonow nie przeszkadza mi wcale - robilo
                                sie to malym szczeniakom i rana goila sie blyskawicznie - o tyle
                                stawianie kopiowanych uszu, zwlaszcza cietych na tzw. plomien czyli
                                dosc dlugich i waskich - to byl koszmar dla psa, miesiace w
                                plastrach, rany na uszach itp. Krocej ciete i dobrze osadzone
                                stawialy sie latwiej.
                                Na szczescie kotom sie tego nie robi, a psy, ktore mi sie podobaja,
                                albo maja ogony i uszy naturalne, albo wrodzony brak ogona, albo
                                dobrze wygladaja z dlugim ;)
                                • ananke666 Re: wewior 16.12.08, 10:07
                                  Ja to wszystko wiem, niemniej jestem zwolenniczką poglądu, że cięcie powinno następować wyłącznie tam, gdzie stanowi mniejsze zło. Dobermany, dogi niemieckie, boksery, rottweilery itp. co prawda o wiele lepiej wyglądają z ciętymi uszami, co przyznaję bez bicia, ale u licha, przecież to boli!
                                  Rasy bojowe... na szczęście zakaz walk psów ma coraz szerszy zasięg. Poza nimi cięcie uszu nie ma wielkiego sensu.
                                  • yowah76 Re: wewior 16.12.08, 18:58
                                    Rasy bojowe z pochodzenia, mialam na mysli.
                                    Ciecia uszu, jak pisalam, nie popieram.
                                    Ale popatrz na to:
                                    www.westminsterkennelclub.org/breedinformation/herding/images/beauceron.jpg
                                    i na to:
                                    www.riahorter.com/Dog%20Photography_Beauceron%201.jpg
                                    Szkoda, ze to takie przykre dla psow ;)
                                    • ananke666 Re: wewior 16.12.08, 21:59
                                      Co mam patrzeć, też wiem, że kopiowane ładniejsze. Bauceron z kopiowanymi zresztą zawsze z diabłem mi się kojarzył. A dobermany z kopiowanymi? Dogi niemieckie?... Piękne przecież:
                                      www.kateconnick.com/postcards/doberman0607.jpgi
                                      www.mydogbreed.com/images/doberman-pinscher.jpg
                                      ładniejsze niż to:
                                      www.dogs-central.com/dogs-puppies/doberman-pinscher-puppy/images/doberman4.jpg
                                      ale to już niekoniecznie ładne:
                                      www.doginfopedia.com/images/doberman-ears.jpg
                                      Boli i już. Sumienie by mnie gryzło.
                                      • yowah76 Re: wewior i insze bestyje 16.12.08, 23:14
                                        Moi znajomi kupili pierwszego chyba w Lodzi i okolicach beaucerona,
                                        obcieli mu uszy (w miare krotko, wiec szybko stanely; te dobki ze
                                        zdjecia beda sie dlugo meczyc z takimi dlugimi - to juz jest typowo
                                        dekoracyjne ciecie a nie uzytkowe); pies mial tak z 5 miesiecy a
                                        ludzie bali sie na posesje wejsc, chociaz ciapciak z niego byl
                                        totalny - wystarczylo, ze popatrzyl;))) Dla niewtajemniczonych w
                                        rase - wyobrazcie sobie cos z urody miedzy rottweilerem a
                                        dobermanem, ze skosnymi oczami troche jak u bullterriera, stojacymi
                                        malymi uszkami i morda pelna bialych nowiutkich zabkow, no wilkolak
                                        jako zywo ;) A z klapciatym uchem to juz nie to, leb sie jakis
                                        baniasty robi.

                                        Z drugiej strony, te z ich bokserow (bo glownie mieli boksery
                                        wtedy), ktore mialy uszy nie ciete, permanentnie mialy te uszy
                                        pokaleczone, albo po brzegach o cokolwiek, albo ogryzione przez
                                        kogos. No chyba nie ma dobrego wyjscia, moze pies, ktory jest
                                        klasycznie pokojowy i sam w rodzinie sobie tych uszu tak nie obija,
                                        ale na wsi i w grupie krotkie chyba jednak praktyczniejsze byly...
                        • croyance Re: wewior 16.12.08, 02:05
                          Bo podobno wiewiorki to szczury z lepszym PR.
                          • nessie-jp Re: wewior 16.12.08, 02:25
                            croyance napisał:

                            > Bo podobno wiewiorki to szczury z lepszym PR.

                            Nawet po łacinie nazywają się Szczurus, i to w dodatku Wulgarny Szczurus:

                            en.wikipedia.org/wiki/Sciurus_vulgaris
                            Straszne. "Wiewiórka" brzmi jednak o tyleż lepiej.
                      • ananke666 Re: karpie 15.12.08, 21:56
                        > Z tymi czipmankami i innym skwirelami to jest dziwna sprawa. Posłałam kiedyś do
                        > Hameryki zdjęcie zwykłej, rudej wiewiórki i wzbudziłam sensację: co to za
                        > gatunek?! A dlaczego on ma takie długie uszy?? A dlaczego on ma takie pędzelki
                        > na tych długich uszach? A dlaczego on ma taki wieeeelki ogon?!

                        Pytania z gatunku idiotycznych ;) Bo takie urosły, przecież se nie przyczepił na Halloween! To tak, jakby ktoś odkrył wielką sensację, że jak to, słoń afrykański ma większe uszy niż indyjski i dlaczego...

                        Chmielewska owszem, jest francuskojęzyczna, ale do Kanady, gdzie oglądała czipmanka i grandhoka, pojechała do swojej ciotki, syna, synowej i wnuczki, wszystkie te osoby władały angielskim. Wystarczyło spytać, jaka może być pisownia tych słów i wziąć do ręki słownik.
                        • nessie-jp Re: karpie 15.12.08, 22:04
                          > Pytania z gatunku idiotycznych ;) Bo takie urosły, przecież se nie przyczepił n
                          > a Halloween! To tak, jakby ktoś odkrył wielką sensację, że jak to, słoń afrykań
                          > ski ma większe uszy niż indyjski i dlaczego...

                          E, dzieci to były, święcie przekonane, że ja coś mylę i to tajemnicze zwierzę z
                          obcej planety z całą pewnością nie jest skwirelem :) A ja byłam zdumiona
                          zwrotnie, bo naiwnie wierzyłam, że wszystkie wiewiórki (tak jak proletariusze)
                          na całym świecie są takie same.
                          • ananke666 Re: karpie 15.12.08, 22:07
                            A, jak dzieci, to wszystko jasne :)
                        • yowah76 Re: karpie 15.12.08, 22:12
                          Moze one osoby tak angielskim wladaja jak jeden pan tutaj, co chcial
                          mi pokoj wynajac i oznajmil, ze w ogrodku jest szedzik na rowery.
                          • ananke666 Re: karpie 15.12.08, 22:14
                            Raczej nie. Ciotka jak ciotka, ale syn angielskim władał jak własnym, miał obywatelstwo kanadyjskie, a wnuczka lepiej po angielsku mówiła niż po polsku.
                      • the_dzidka Re: karpie 16.12.08, 12:43
                        > Nie znam Chmielewskiej osobiście, a literacko tylko starsze
                        pozycje, ale wydaje
                        > mi się, że ona bardziej francuskojęzyczna jest?

                        Owszem, ale żeby rodzina w Kanadzie też nie wiedziała, jak to się
                        pisze?
                      • ready4freddy Re: karpie 16.12.08, 15:14
                        nessie-jp napisała:


                        > Nie znam Chmielewskiej osobiście, a literacko tylko starsze pozycje, ale wydaje
                        > mi się, że ona bardziej francuskojęzyczna jest?

                        oui, "maquillage" pisze z akcentem z Champs-Elysees :)
            • yowah76 Re: karpie 15.12.08, 19:21
              Wtedy to chodzilo chyba glownie o to, zeby swiezy byl. A karp, zeby
              byl smaczny musi wazyc gora kilo dwadziescia, no, poltora
              ostatecznie. Jak ktos kupuje pieciokilowe smoki, to nic dziwnego, ze
              zalatuja mulem, swoje juz przezyly...
            • the_dzidka Re: karpie 16.12.08, 12:41
              Ostatnio zachwyciłam sie powiedzeniem kumpelki, kiedy przy smażeniu
              kotlecików chrzanowych zanadto skupiła się na czytanej jednocześnie
              książce:
              "Żarełko nam się nieco SKARMELIZOWAŁO!"
              :-)
      • niq_miejski Re: karpie 15.12.08, 18:44
        kkokos napisała:

        > wydaje mi się, że generalnie w latach 70. nikt się losem karpi nie
        > przejmował. autorka wątku trochę przykłada dzisiejszą świadomość do
        > tamtych czasów, a naprawdę bylo to powszechne, że przynosiło się
        > żywego karpia, choćby i tydzień przed świętami, jeśli akurat
        > rzucili, i przez ten tydzień hodowało się go w wannie.

        Czy ja wiem? Żyłam w latach 70tych i jak najbardziej się przejmowałam. Już za
        pierwszym odczytem SzK (A.D. 1978) ten akurat fragment zmartwił mnie podobnie
        jak kropelkę.
        I już wtedy przeszkadzało mi wysługiwanie się Cielęciną. Natomiast cała resztę
        książki bardzo - ale to bardzo - lubiłam, czytałam ją na okrągło, z różnych
        powodów nie byłam bardzo szczęśliwą osobą i ta książka mnie ogrzewała przez
        wiele lat. Do tej pory ją lubię, choć dawno jej nie czytałam.
        Rodzina Żaków ma swoje felery, ale w porównaniu z Borejkami to miód malinowy.
        Leseferyzm to wada którą lubię bodajże najbardziej ze wszystkich wad :-)
        • onion68 Re: karpie 15.12.08, 19:24
          Witam autorkę wątku :)

          Nie da się ukryć, że smętny los Cielęciny był w części jej zasługą -
          wykorzystywano ją, bo na to pozwalała. Umiała Julia tłuc szklanki? Rozumiem, że
          zakompleksiona, pozbawiona w swojej opinii zalet Cesia starała się pilnością
          zasłużyć na miłość, ale raczej nie mam wątpliwości, że gdyby powiedziała
          rodzicom, że klasówka, to czy tamto, wykazaliby zrozumienie. W końcu w innych
          sytuacjach wykazywali.
          A na mamę Żak egoistycznie nie dam powiedzieć złego słowa, ja, mistrzyni
          pysznego makaroniku ;)
    • nessie-jp Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 19:17
      A ja właśnie bardzo lubię Sixth Sense za te wszystkie wady jej bohaterów: za to,
      że mama Zakowa jest wyrodną matką (bo to zła kobieta była...), za to, że
      Juleczka jest leniwa, a Zaczek nie radzi sobie wychowawczo, za to, że Cielęcina
      się umartwia na własne życzenie (bo naprawdę ona sama się do tych prac domowych
      rzucała w ramach samobiczowania i wyrabiania charakteru). Za to, że Bobcio
      kładzie półżywe myszy na stole, Zaczek im robi masaż serca, a ciocia Wiesia
      chlipie. I za to, że Cielęcina zwiększa swój prestiż w stadzie, umiejętnie
      przejmując opiekę nad cudzym niemowlęciem i diagnozując Bobcia. I za to, że
      dziadek jest domowym tyranem i na stare lata doszedł już do literki "D" w
      bibliotece.

      Bo właśnie dlatego, że każdy z tych bohaterów był taki niedoskonały, taki z
      wadami, nie pretendując do miana Swiętej Matki-Polki, ideału
      • dakota77 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 19:19
        No wiec wlasnie, Zakowie nie mieli byc i nie byli idealni. Byli zwykla, dajaca
        sie lubic rodzina,. Nie to, co z zalozenia idealni Borejkowie, u ktorych
        dopatrzylismy sie tu juz niejednej patologii:-)
        • jottka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 20:12
          no więc podpisując się pod koleżeństwem (mama żakowa jest postacią - nie matką -
          idealną, gdyż do ideału jej daleko, czyli zen na co dzień:), chciałam tylko
          dodać, że jako dziecko peerelu znałam paprykę w kilku smakach, cukinię,
          skorzonerę alias salsefię vel czarne korzonki i parę innych antysocjalistycznych
          osobliwości wyłącznie dlatego, że mam matkę tkniętą ostrą manią ogrodniczą, a
          ona, moja matka, ma paru przyjaciół dotkniętych tą samą chorobą.

          ale to sytuacja nietypowa była i mama żakowa z makaronem czy fasolką spokojnie
          mieści się w normie wychowawczej. moja mam też zresztą nie dostarczała mi w
          nadmiarze pożywnego białka wołowego czy wieprzowego, bo za nim trzeba by się
          naonczas specjalnie uganiać, a na to nie miała czasu ni ochoty, biały ser i
          kiszona kapusta też są ale pyszne:)

          • onion68 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 20:19
            > naonczas specjalnie uganiać, a na to nie miała czasu ni ochoty, biały ser i
            > kiszona kapusta też są ale pyszne:)

            A pewnie!
            • jottka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 20:25
              jednakowoż, by zachować sprawiedliwość, gdy zdarzało mi sie odwiedzać moją
              ciotkę, starszą siostrę mej abnegackiej matki, to zachowywałam sie gorzej niż
              borejkówny u ciotki feli:) ale do dziś zostało mi przekonanie, że mięso jest
              elementem niezbędnym w żywieniu psa czy kota, ale nie człowieka.
              • niq_miejski Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 20:49
                Bardzo wiele rodzicielskich wad jest w gruncie rzeczy ok, bez konsekwencji dla
                otoczenia, patrz - dla dzieci... jesteśmy tylko ludźmi i każda/każdy z nas ma
                wady, nie jest bynajmniej tak, że lubimy ludzi za ich zalety - lubimy ich za
                całokształt, rodziców też... Problem zaczyna się często dopiero wtedy, gdy
                rodzice są ideałami. Własnie dlatego, że nikt z ans ideałem nie jest - bycie
                ideałem ksoztuje, na ogół płacą za to dzieci, które obarczane są wszelkimi
                ciemnymi stronami rodziców i muszą je dźwigać, często także po śmierci rodziców.
          • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:37
            jottka napisała:

            chciałam tylko
            > dodać, że jako dziecko peerelu znałam paprykę w kilku smakach, cukinię,
            > skorzonerę alias salsefię vel czarne korzonki i parę innych antysocjalistycznyc
            > h
            > osobliwości

            nie mam pojecia, skad wam sie wziela ta "antysocjalistycznosc" papryki czy
            cukinii. o ile wiem, te warzywa jadane sa od wiekow przez bratnie narody Slowian
            poludniowych, Bulgarow i Wegrow :) nawet i baklazan nie jest imperialistycznym
            wynalazkiem podzegaczy wojennych z Capitolu, a podstawa jadanej w Bulgarii musaki :)
            • jottka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 17:55
              ready4freddy napisał:

              > nie mam pojecia, skad wam sie wziela ta "antysocjalistycznosc" papryki


              stąd, że pierwsze bułgarskie skrzynki z papryką pojawiły się w sklepach bodaj w
              późnych latach 60. i stanowiły sensację:) co zresztą potwierdzają posty
              koleżanek, jak to jedna czy druga babunia obrzydlistwa do ust wziąć nie chciała.
              popularyzacja i uswojszczenie warzywa nastąpiło dużo później.

              mnie nie idzie o to, że demoludy papryki czy cukinii nie znały, tylko o to, że w
              peerelu z rozmaitych powodów skutecznie zanikła znajomość warzyw, które u nas
              wymagają szklarni do bardziej masowej hodowli (typu bakłażan czy nieszczęsna
              papryka, jedną sobie na oknie wyhodujesz, ale na sprzedaż potrzebujesz
              oranżeryjnych warunków). za to sprawna wymiana handlowa z dowolnymi państwami,
              nawet bratnimi, to nie była akurat jedna z najmocniejszych stron słusznie
              minionego reżimu:)
        • jota-40 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 20:55
          Bardzo mi się spodobała opowieść Kkokosa o karpiu, mamie i babci ;)).

          A ja karpia lubię. Nie, nie budzi we mnie zadowolenia widok biednych ryb,
          stłoczonych w basenikach etc. Ale wychowywałam się w domach artystek kulinarnych
          (mam na myśli babcie ;)) i w efekcie do dziś próbujemy osiągnąć ten mistrzowski,
          słodkawy smak faszerowanego karpia po żydowsku babci. Fantastyczna potrawa -
          pozbawiona choćby śladu ości... Ech, niech żałuje, kto tego nigdy nie jadł. W
          każdym razie dobrze przyrządzony karp (a smażony na masełku?... pychotka) to
          danie mistrzowskie w porównaniu z inszymi morszczukami.

          Nie chcę się powtarzać, ale jednak autorka wątku nie może dobrze pamiętać lat
          70-tych - bo już choćby takie 80-te pod względem warzyw były dużo lepsze
          (pojawiły się kabaczki i cukinie, co z tego, że wielkości traktora). W czasach
          gierkowskich cymesem była papryka (czasem widoczna na straganach w sezonie) i
          pieczarki. Sałata, rzodkiewki, ogórki - owszem, bywały może szklarniowe, ale
          poza sezonem letnim - potwornie drogie; kupowało się je czasem jako luksus na
          święta.
          Mamę Żakową lubię, mimo wszystkich jej wad. Mało tego - mam wrażenie, że Cesia
          na ogół czuje się kochana - zarówno przez matkę, jak i przez ojca, który BTW
          wcale mi się nie wydaje być burakiem!... Tak naprawdę nie chodzi o miłość
          deklaratywną, ale o to ciepło wszechogarniające. Czuje się je doskonale. I
          pewien luz psychiczny - który jest co najmniej tak samo ważny, jak witaminy w
          marchewce ;)).
          • verdana Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 21:18
            O ile pamietam, ogórków na swieta nawet nie było. Zwracam uwage na
            pieść "Adio pomidory", ktora dobrze oddaje problem.
            Owszem, byly domy, w ktorych byla i cielecinka i inne pysznosci.
            Można je było zdobyć mając zaprzyjaźniona tzw "babe z cielecina",
            niektore luksusy kupowano w Pewexach, niektore moje kolezanki
            wystawały w wielogodzinnych kolejkach.
            Ja karmilam trzylatki kaszanką, woląc miec dzieci karmione
            zgrzebnie, z ktorymi mogę zpedzić czas, niz marnować ten czas na
            wystawanie godzinami "za szynką".
            A już zdanie, ze zadaniem 16-klatki jest przede wszystkim się uczyć,
            mnie dobiło. Prowadzenie gospodarstwa to tez nauka, nie całe życie
            trzeba poswiecić jedynie przyszłej pracy zawodowej.
            Drastycznie - pamiętam, jak uczeń pytał mnie, ile razy w miesiacu w
            Oswięcimiu zmieniali posciel... To wprawdzie nie tej klasy brak
            wyobraxni, ale jednak brak.
            • ananke666 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 22:33
              Zgadzam się. Ogórków ani pomidorów poza sezonem po prostu nie było. W sezonie, o tak, ogórków, pomidorów, rzodkiewek, sałaty, szczypiorku itp. było dużo i były one tanie, ale pierwsze pojawiały się chyba dopiero w maju, a i to pod koniec. Pamiętam, że najpierw w domu była orgia ogórków, a później przesiadaliśmy się częściowo na pomidory. Nota bene pyszne, pachnące...
              Zimowa panorama warzywniaka Gargamela (pan ów dostał przydomek później, kiedy weszły na ekrany Smurfy, pan do Gargamela jest szalenie podobny) poza ziemniakami i włoszczyzną obejmowała głównie kapusty: kiszoną, białą i czerwoną, kiszone ogórki, kilka odmian jabłek... gruszki bywały rzadziej i drogie... skrótowo - owoce i warzywa trwałe. Pieczarki były rzadko i kosztowne, kupowało się do luksusowych obiadów. Cytrusy dostępne pojawiły się pod koniec lat 80., wcześniej był to rarytas, np. pomarańcze kojarzą mi się właśnie ze świętami.

              > A już zdanie, ze zadaniem 16-klatki jest przede wszystkim się uczyć,
              > mnie dobiło. Prowadzenie gospodarstwa to tez nauka, nie całe życie
              > trzeba poswiecić jedynie przyszłej pracy zawodowej.

              Popieram. Potem się okazuje, że osoba przed dwudziestką nie potrafi w ogóle gotować ani zrobić niewielkiego prania, bo ani tego nie robiła, ani nawet przy tym nie pomagała, zwalając wszystko na mamusię. Nie twierdzę, że każdy musi bezwzględnie umieć, niemniej się przydaje. Nie zawsze mamusia będzie obsługiwać. Znałam typa, dwudziestoparoletniego byka, który po powrocie z dwutygodniowego rejsu po Mazurach kolejne dwa tygodnie oglądał swoje brudne i zatęchłe ciuchy, wywalone na kupę w pokoju. Mamusia była akurat na wczasach, a synio nie umiał obsłużyć pralki.
              • agnieszka_azj Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 22:54
                ananke666 napisała:

                > Zgadzam się. Ogórków ani pomidorów poza sezonem po prostu nie
                było. W sezonie,
                > o tak, ogórków, pomidorów, rzodkiewek, sałaty, szczypiorku itp.
                było dużo i był
                > y one tanie, ale pierwsze pojawiały się chyba dopiero w maju, a i
                to pod koniec
                > . Pamiętam, że najpierw w domu była orgia ogórków, a później
                przesiadaliśmy się
                > częściowo na pomidory. Nota bene pyszne, pachnące...

                Pyszne, pachnące i z czasem robiły się miękkie. Ostatnio ze
                zdziwieniem skonstatowałam, ze zniknęło z naszego życia coś, co
                nazywało się "pomidory na zupę" - czyli (gryps z epoki dla młodego
                pokolenia ;-) już za miękkie na sałatkę, ale znakomite do duszenia.
                Natomiast te, co teraz mozna nabyć nawetw grudniu, jako żywo
                przypominaja kule bilardowe - twarde, pomarańczowe i bez zapachu
                (że o smaku nie wspomnę)


                > Zimowa panorama warzywniaka Gargamela (pan ów dostał przydomek
                później, kiedy weszły na ekrany Smurfy, pan do Gargamela jest
                szalenie podobny) poza ziemniakam
                > i i włoszczyzną obejmowała głównie kapusty: kiszoną, białą i
                czerwoną, kiszone
                > ogórki, kilka odmian jabłek... gruszki bywały rzadziej i
                drogie... skrótowo - o
                > woce i warzywa trwałe. Pieczarki były rzadko i kosztowne,
                kupowało się do luksusowych obiadów. Cytrusy dostępne pojawiły się
                pod koniec lat 80., wcześniej był
                > to rarytas, np. pomarańcze kojarzą mi się właśnie ze świętami.

                Były jeszcze buraki i groszek w puszkach. Dość częstą zimową
                jarzynką w moim domu była marchewka z groszkiem.
                Pieczarki w latach siedemdziesiątych były dość drogie i raczej na
                codzień ich nie jadano. Bardziej masowo pojawiły się w latach
                osiemdziesiatych - wtedy rozkwitły prywatne pieczarkarnie.

                A pamietacie z lat osiemdziesiatych zapiekanki z pieczarkami
                sprzedawane z przyczep kempingowych na ulicy ? Taka kryzysowa
                następczyni hot - doga ;-)

                Jabłek za to było wiele odmian i były pyszne. Jabłka stanowiły w
                zimie dla mnie głowne źródło witamin.

                Pomarańcze przed świetami - zawsze w telewizji informowali o
                przybyciu statkow z cytrusami, a pootem relacjonowali postepy w
                rozladunku.
                No i pomarańcze kubańskie - jedyne w swoim rodzaju ;-)
                • yowah76 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 23:14
                  Ale te bulki z pieczarka to byly prawdziwe buli a nie te waciane co
                  teraz daja, i podpiekali to w piecykach a nie w mikrofali, mmm,
                  prawdziwe...
                  • nikusz Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 17:57
                    i moja kuzynka, jak przyjeżdżała ze zgniłego Zachodu, to się nimi zajadała, bo
                    takie inne, no i te budki kempingowe. zachowywała się całkiem, jak ja pierwszy
                    raz w McDonaldzie w połowie lat 80-tych :D
                • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 09:24
                  agnieszka_azj napisała:

                  > Ostatnio ze
                  > zdziwieniem skonstatowałam, ze zniknęło z naszego życia coś, co
                  > nazywało się "pomidory na zupę" - czyli (gryps z epoki dla młodego
                  > pokolenia ;-) już za miękkie na sałatkę, ale znakomite do duszenia.

                  a nieprawda :) na bazarku koło mnie dalej są, co roku!
                • ready4freddy Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:31
                  agnieszka_azj napisała:

                  > Ostatnio ze
                  > zdziwieniem skonstatowałam, ze zniknęło z naszego życia coś, co
                  > nazywało się "pomidory na zupę" - czyli (gryps z epoki dla młodego
                  > pokolenia ;-) już za miękkie na sałatkę, ale znakomite do duszenia.
                  > Natomiast te, co teraz mozna nabyć nawetw grudniu, jako żywo
                  > przypominaja kule bilardowe - twarde, pomarańczowe i bez zapachu
                  > (że o smaku nie wspomnę)

                  jakis straszny chlam wam wciskaja :) rozumiem, w czym problem: pomidory na zupe
                  to te, ktore u mnie funkcjonuja jako "pomidory do sosu" (nie tylko wloskie,
                  rowniez hiszpanskie czy holenderskie, takie okragle i mocno czerwone). natomiast
                  twarde, jasnopomaranczowe i raczej pol-kuliste niz kuliste to pomidory
                  salatkowe. i pewnie o tych ostatnich mowa (swoja droga sa bardzo dobre, odkrylem
                  je calkiem niedawno - poprzednio uznawalem tylko te "sosowe", w dodatku
                  brutalnie pozbawialem je skory przy pomocy wymyslnych tortur we wrzatku, a to
                  sprawia, ze staja sie miekkie i do salatek nie nadaja.

                  za to ogorkow zazdraszczam, bo w tym dzikim kraju ludnosc nie kocha ogorkow,
                  wiec nie przywiazuje do nich wagi, w efekcie to, co jest nie nadaje sie do
                  konkursu "ogorek stulecia" :) za to na poludniu opanowali uprawe malych,
                  niedojrzalych i kudlatych melonow, przypominajacych ksztaltem i smakiem
                  delikatne ogorki, wiec nie jest zle.
                  tyle w moim ulubionym temacie warzywnym, ogorkowo-pomidorowym :)
              • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 09:20
                ananke666 napisała:

                > Zgadzam się. Ogórków ani pomidorów poza sezonem po prostu nie
                było. W sezonie,
                > o tak, ogórków, pomidorów, rzodkiewek, sałaty, szczypiorku itp.
                było dużo i był
                > y one tanie, ale pierwsze pojawiały się chyba dopiero w maju, a i
                to pod koniec
                > .

                pamiętam, że u mnie w domu pierwszego ogórka kupowało się na
                wielkanoc, własnie tak świątecznie, drogi był okropnie, zapewne
                szklarniowy, ale był jeden (moja matka nie uznawała i nie uznaje
                ogórków z pestkami, tylko długie wężowe), więc można było zaszaleć.
                i przez lata ogórek kojarzył mi się z wielkanocą bardziej niż biała
                kiełbasa, do której nikt u nas w domu nabożeństwa nie miał :) gdy
                kilka lat temu, kiedy już jedliśmy ogórki okrągły rok, znalazly się
                one na stole w boże narodzenie, poczułam po prostu zgrzyt :)

                > Cytrusy dostępne pojawiły się pod koniec lat 80., wcześniej był
                > to rarytas, np. pomarańcze kojarzą mi się właśnie ze świętami.

                inaczej - cytrusy były w latach 70., te słynne statki z
                pomarańczami, co to przed świętami ich dobicie do polskich portów
                oznajmiano w dziennku telewizyjnym, a w drugiej połowie lat 70. -
                "wieczorze z dziennikiem". zniknęły w 80. oczywiście, a w moim
                pobliskim warzywnym przez dłuuuugie lata wisiała kolorowa wywieszka
                z napisem "owoce cytrusowe myj gorącą wodą" (wtedy przecież prawie
                nie było reklam, a w sklepach wisiały różne plakaty propagandowe lub
                edukacyjne, bywało coś o alkoholu i zaletach drobiu lub serów). tyle
                lat klienci nabijali się z tej wywieszki, a ajent (pamiętacie sklepy
                ajencyjne?) twardo ją trzymał. poległa dopiero w okolicach '89, gdy
                sklep został sprzedany i urządzono tu zwykły spożywczy
                samoobsługowy.


          • dakota77 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 15.12.08, 22:28
            Poniewaz ja wspomnailam o morszczukach, dla porzadku rzeczy dodam co nastepuje-
            nie, nie uwazam, zeby to byla ryba o super smaku. To nie losos ani mahi-mahi.
            Ale moja rodzina twardo jadla te banalne filety, nie chcac mordowac karpi, a nie
            majac wowoczas na rynku wielkiego wyboru, jak o inne gatunki chodzilo. I owszem,
            rzecz gustu, ale dla mnie karp, chocby nie wiem jak dobrze przyrzadzony, nie
            jest ryba smaczna, delikatnie mowiac. Co kto lubi, OK? Jesli o ryby i tradycje
            rodzinne chodzi;-)
            • wushum zwierzyna 15.12.08, 23:24
              Witam
              Ja jeszcze, co do karpika - już w bodaj wątku Sprężynowym wywiązała się
              dyskusja, na temat niefrasobliwego traktowania "żywizny" wszelakiej przez MM. W
              domu rodziców /bo Święta rodzinnie spędzamy/ jest może dziwny zwyczaj, ale się
              przyjął - są kupowane oddzielnie filety - bądź karpie martwe, bez łepetyny itp,
              dodatkowo zaś - jeśli są bony /z pracy/ na żywe karpie w jakimś markecie, a jak
              nie, to kupujemy minimum 1 żywego i mój tata wybiera się z wiaderkiem nad rzekę
              lub staw, gdzie takowego wypuszcza. Czasem więcej, wtedy jest wycieczka w kilka
              osób. Oczywiście, niektórzy twierdzą, że robimy źle, bo na pewno woda nie jest
              dostatecznie zdrowa dla karpia itp, ale myślę, że nie jest tak źle:)
              Pozdrawiam
              • mmaupa Re: zwierzyna 15.12.08, 23:36
                Idea szlachetna, ale kupujac zywego karpia napedzasz na nie popyt.
                • wushum Re: zwierzyna 15.12.08, 23:55
                  Ale wszystkie żywe karpie zostają zabite, wiem jak to działa, bo kiedyś
                  chodziłam po takich sklepach i wszędzie mówili, że jak Wigilia blisko, wszystkie
                  idą pod nóż. I w końcu ktoś to kupi, a jak nie, wyrzucą. Nie mam wpływu na
                  odławianie, kiedyś myślałam, że takie działania "nie kupuję to coś zmienię" coś
                  dają, a tak na prawdę nie mają sensu, bo to stado ludzi powinno robić, a nie
                  jednostki. Karpie i tak idą pod nóż, cierpiąc do końca, dusząc się i miażdżąc,
                  widząc /wg mnie/ co dzieje się z ich "karpimi braćmi i siostrami", wolę jednak
                  kilka wypuścić żywych, niż dać sadystom tłuc je drewnianymi pałami po głowach /i
                  to ze śmiechem/, a wcześniej długo męczyć. Może chociaż kilka się uratuje, może
                  będą miały małe karpiki :)
                  Pozdrawiam
                  • mmaupa Re: zwierzyna 16.12.08, 00:15
                    No tak, ale popatrz chocby na wypowiedzi na forum, wiekszosc kupuje oprawione
                    karpie albo inne ryby. W mojej rodzinie tez sie zreszta tak robi, zywego karpia
                    w wannie widzialam chyba tylko we wczesnym dziecinstwie. Czyli zbiera sie powoli
                    grupka "sprawiedliwych" :)
                    Co do usmiercania ryb - tluczenie (sprawnym, szybkim, mocnym pojedynczym
                    uderzeniem) drewniana pala po glowie jest niestety najbardziej humanitarna
                    metoda. Inna sprawa jest przymusowy pobyt w zatloczonym baseniku, to
                    rzeczywiscie niepotrzebne meczenie zywych stworzen.

                    Poza tym niestety nie masz gwarancji, ze po drugiej stronie stawu nie siedzi
                    wedkarz :/. Moze w grudniu mu za zimno.
                    • wushum Re: zwierzyna 16.12.08, 00:52
                      Wolę coś zrobić niż mówić, że może tam siedzi wędkarz. Ja widzę bardzo wiele
                      pojemników z krwistą wodą, gdzie cisną się karpie, widziałam też jak tłuką
                      karpia i wcale nie było to umiejętne, ani humanitarne, było koszmarne, a ludzie,
                      którzy tłukli zaśmiewali się przy tym - miałam ochotę kupić wszystkie żywe
                      karpie...a pałką tłuc ludzi...brrrr...na samo wspomnienie...
                      Ja wolę czyn, niż zastanawianie się, czy i o ile karpiowi będzie lepiej na
                      wolności. Osobiście uważam, że lepiej zdechnąć jako wolna istota, niż w gęstym
                      bajorze krwi z wodą, w ścisku, czy być nieumiejętnie bitym pałą po całym ciele i
                      konać w męce.
                      Każdy ma swoje zdanie, pozwól i mi też mieć swoje:)
                      Pozdrawiam
                      • mmaupa Re: zwierzyna 16.12.08, 02:20
                        Alez pozwalam, oczywiscie! Ja nie potepiam, po prostu watpie, czy takie
                        dzialanie ma sens na dluzsza mete (bo dla jednego karpia w roku ma, rzecz jasna).

                        Skonczylam niedawno pisac raport na temat handlu egzotycznymi zwierzetami, gdzie
                        mechanizm byl podobny - turysci litowali sie nad ptaszkiem/wiewiorka/malpka na
                        tajskim czy indonezyjskim rynku, kupowali w najlepszej wierze, a handlarz zbijal
                        na tym niezla kase, po czym szedl do dzungli po kolejny towar. Prosta sprawa -
                        jest popyt, jest podaz. Ciezko patrzec na cierpienie i nie moc zrobic NIC dla
                        tego konkretnego stworzenia patrzacego blagalnym wzrokiem. Ale za tym
                        stworzeniem stoi nastepne, za nim kolejne itd. Bledne kolo.

                        Po prostu mamy inne wizje dzialania, dobro jednostki vs zmiana systemu.
                        Najlepiej byloby to jakos pogodzic, ale jak?
                        • meg_mag Re: zwierzyna 16.12.08, 04:27
                          i tu Cie mmaupo popieram, rynek jest rynek...

                          gdyby w Polsce nie bylo popytu na "nowa rase" powstala z bezmyslnego kojarzenia
                          maine coonow z persami "bo maja ladne futerko i pedzelki w uszach" to by takie
                          dzikie hodowle nie powstawaly

                          i nie sprzedawano by potem tych kotow na allegro na 200 zl, rozmnazajac je na potege
                          • wushum Re: zwierzyna 16.12.08, 16:44
                            Po pierwsze z tymi turystami, to niezupełnie podobne, ale nie ważne - ideę
                            rozumiem i popierałabym, gdyby zdanie jednostki się liczyło i coś mogło zmienić,
                            ja coraz częściej widzę, że nie może.
                            Pozdrawiam
      • paulina.galli Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 17.12.08, 19:19
        nessie-jp :> A ja właśnie bardzo lubię Sixth Sense za te wszystkie wady jej
        bohaterów (...)Bo właśnie dlatego, że każdy z tych bohaterów był taki
        niedoskonały, taki z
        > wadami, nie pretendując do miana Swiętej Matki-Polki, ideału
    • anhes Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 03:44
      czy śmierć morszczuka mniej znaczy od śmierci karpia?
    • mmaupa Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 10:41
      Acha, a propos "okropnej Szotej klepki" - jestem wlasnie w trakcie odswiezania i
      bardziej niz mama Zakowa (ktora jest, moim zdaniem, raczej w porzadku) zaskoczyl
      mnie Zaczek. Zaczek-szowinista, ktory mowi:

      Naprawdę nie mam nic przeciwko emancypacji kobiet. Twórz, kochana Irenko,
      pracuj,ale niech się to nie odbywa kosztem mojego żołądka.

      A przedtem, przy akcji wychowawczej o kryptonimie "Julia":
      To ty miałaś wczoraj umyć naczynia. Czyż matka, pochłonięta sztuką, czyż wiekowy
      starzec, czyż uczące się dziewczę mają wykonywać twą pracę tylko dlatego, że
      jesteś niechlujem?

      Prosze zauwazyc, ze nigdzie nie wspomina o pracujacym ojcu :)

      Ale jak na tamte czasy byl pewnie i tak bardzo pro-feministyczny, zreszta w
      koncu dolaczyl do wspolnego zmywania naczyn (pod kara grzywny).
    • deszczu_kropelka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 10:43
      Odpowiem na dwa kontrargumenty:

      z tą cukinią faktycznie pojechałam :-) W takim razie skoryguję swoją wypowiedź -
      wystarczyło do tego przecieru pomidorowego dodać utarte i podduszone marchewkę i
      seler, posypać sos natką pietruszki i startym żółtym serem - chwila pracy, i już
      otrzymujemy coś całkiem zjadliwego w miejsce owego dania, które królowało na
      Żakowym stole.

      A poza tym, jakoś Julia - która nie miała żadnego doświadczenia w robieniu
      zakupów! - zdobywała produkty na te swoje wszystkie pyszności - a? :-)

      Nie pisałam, że dzieci nie powinny brać udziału w pracach domowych, uważam wręcz
      przeciwnie. Natomiast pierwszym obowiązkiem nastolatka jest nauka. A sytuacja,
      gdzie szesnastolatka regularnie zarywa noce, opiekując się niemowlęciem obcych
      ludzi, a jej matka - a jej rodzice! - patrzą na to bez mrugnięcia okiem, jest
      dla mnie, szczerze powiedziawszy, patologiczna.

      Ech, dla mnie to żadna ciepła atmosfera w domu Żaków, robią na mnie wrażenie
      bandy błaznów-wesołków. I nie ma co popadać w skrajności, że tacy są lepsi niż
      Borejkowie-chodzące ideały, bo można i żyć fajnie i wesoło, i być odpowiedzialnym.

      Uuuch, ale po tych Żakach nieszczęsnych pojechałam - nie jestem taka zawzięta na
      co dzień, uwierzcie :-)
      • ananke666 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:14
        A przepisy na pyszności można przeczytać i ujrzeć, że do coq au vin jedynym luksusowym towarem były pieczarki, a do Murzyna - czekolada, nie wiem jak z nią było w latach 70. Marchewka Vichy wymagała marchewki, masła i zielonej pietruszki. Rzeczy typu sól i pieprz nie liczę. Pory pod beszamelem - pory, masło, mleko, mąka, musztarda, ciut sera. Wszystko do dostania w sklepie. A i sos mediolański z samego przecieru się nie składał.
        • deszczu_kropelka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:41
          ananke666 napisała:

          > A przepisy na pyszności można przeczytać i ujrzeć, że do coq au vin jedynym luk
          > susowym towarem były pieczarki, a do Murzyna - czekolada, nie wiem jak z nią by
          > ło w latach 70. Marchewka Vichy wymagała marchewki, masła i zielonej pietruszki
          > . Rzeczy typu sól i pieprz nie liczę. Pory pod beszamelem - pory, masło, mleko,
          > mąka, musztarda, ciut sera. Wszystko do dostania w sklepie.

          A no właśnie, a no właśnie - czyli dało się robić tanie, smaczne i pożywne
          posiłki? :-) Do coq au vin to chyba jeszcze - przede wszystkim - kurczak.

          A sos mediolański to był przecier pomidorowy z dodatkiem oliwy i ostrych
          przypraw, przede wszystkim curry i pieprzu. Swoją drogą, ciekawe, jakiej oliwy,
          przecież chyba nie z oliwek?

          Chyba pozostanę w Waszej świadomości już na zawsze jako "ta od przecieru
          pomidorowego" :-))
          • mmaupa Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:54
            > Chyba pozostanę w Waszej świadomości już na zawsze jako "ta od przecieru
            > pomidorowego" :-))

            Koncentratu_kropelka...

            :)
          • jota-40 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:01
            Podejrzewam, że oliwę w sosiku Irenki Żak zastąpił olej roślinny. A kurczaki to
            akurat był produkt dosyć łatwo dostępny (poza kilkoma latami ostrego kryzysu,
            kiedy to - raz w życiu - zjadłam koninę, nieświadomie zresztą ;(().
            W kwestii pomidorów, to z radością obserwuję wysyp najrozmaitszych odmian, tych
            tradycyjnych i tych do tej pory w Polsce raczej mało stosowanych: bawole serca,
            malinowe, ale i żółte, czerwone podłużne, zielone... Tego lata na moim bazarku
            pojawiły się nawet jakieś dziwne, fioletowe.
            • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 13:54
              jota-40 napisała:

              > Podejrzewam, że oliwę w sosiku Irenki Żak zastąpił olej roślinny.

              nawet na pewno. oliwa z oliwek to było coś, o czym być może ktoś
              słyszał, ale na pewno nie widział. oleje dzieliły się na rzepakowy
              (moja matka mówiła, że śmierdzi, a dzis używa kujawskiego, czyli
              własnie rzepakowego; byc może technologia inna i tamten rzeczywiście
              śmierdział?), sojowy (lepszy) i słonecznikowy - uważany za prawie
              wykwintny (innych nie pamiętam, choć może tylko nie pamiętam, a
              były - mowimy o latach 70.)
              było masło i margaryna palma, używana do pieczenia, a w biednych
              rodzinach także na chleb. potem pojawiło się masło roślinne w
              kubeczkach plastikowych prawie takich samych jak dziś (z zpt -
              zakładów przemysłu tłuszczowego - gdzieś na warszawskiej pradze).
              bardzo propagowane w mediach, ale uważane za dowód nadciągającego
              kryzysu i mydlenie ludziom oczu w obliczu niedoborów masła (a w
              stanie wojennym pojawiło się masło solone w blokach).

              kurczaki w końcu 70. rzeczywiście były łatwo dostępne i u mnie jadło
              się je na okrągło. ale pamiętam też, że w pewnym momencie tak łatwo
              dostępny wcześniej żółty ser się skończył - a akurat wtedy czytałam,
              że bodaj kuzynka joanna zrobiła imprezę z fondue, "a czego jak
              czego, ale żółtego sera jest w sklepach pod dostatkiem". no właśnie
              w pewnej chwili już nie było :))
              • agnieszka_azj Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:06
                > jota-40 napisała:
                pamiętam też, że w pewnym momencie tak łatwo
                > dostępny wcześniej żółty ser się skończył - a akurat wtedy
                czytałam,
                > że bodaj kuzynka joanna zrobiła imprezę z fondue, "a czego jak
                > czego, ale żółtego sera jest w sklepach pod dostatkiem". no
                właśnie
                > w pewnej chwili już nie było :))

                Tez to pamiętam !!!
                Sytuacja na rynku " w temacie żółtego sera" zmieniła sie w czasie
                pomiędzy napisaniem książki a jej wydaniem - co w PRL mogło trwać
                nawet parę lat.
              • verdana Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 17:41
                Tak, olej rzepakowy robi sie teraz z innej odmiany rzepaku -
                bezarukowej bodajrze, ale moglam cos pomylić. Ówczesny olej
                rzepakowy smierdział niewyobrazalnie, obecnie jest bezzapachowy i co
                wiecej - zdrowy.
                Ja też pamietam klęske braku żółtego sera, ale to już czasy
                Solidarnosci. Przedtem i potem był.
                • nessie-jp Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 17:45
                  Ja pamiętam i urodzaj na ser i klęskę braku... No i pamiętam, jaka byłam
                  zdumiona, gdy jakaś ciotka zamorska (no, z RFN) kiedyś przyjechała i rzuciła
                  takie zdanie, że u nich żółty ser kosztuje tyle samo, co szynka. Niewiarygodna
                  sensacja! Taki drogi ser, i kto by to kupił :)

                  A teraz? Dobry ser żółty kosztuje nawet i 2x drożej niż 'zwykła' szynka. A
                  dobrej szynki prawie nie ma, chyba że ktoś sobie sam zrobi...
                • yowah76 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 19:50
                  Bezerukowej albo niskoerukowej. Prawie trafilas;))) A ja calkiem
                  zapomnialam tej nazwy i sie naprowadzilam.
          • aramea kuchnia w latach 70-tych 16.12.08, 12:10
            Witam, ja rocznik 1969 czyli czasy zamierzchle;-)

            W latach 70-tych (tak w srodku mniej wiecej) zle nie bylo, pamietam
            nawet paczkowany baleron i szynke konserwowa:-)
            Tudziez czekolade raczej dostepna (wszelkie Wedle i tym podobne,
            mmm).
            Cukinia i baklazan byly rzaaadkiem bardzo warzywkiem, moja ciotka te
            cuda w ogrodzie hodowala. O bazylii swiezej nikt nie slyszal.
            Warzywny asortyment to byla zielona salata, ogorki swieze i kiszone,
            kapusta biala i czerwona, marchew, cebula, pory, selery, buraki,
            ziemniaki, sezonowo rzodkiewka i pomidory, rozne fasole, groszek
            Papryka rzadko byla, pamietam, ze z Wegier glownie.
            rarytasem byla kukurydza w puszce i to do roku 1989!

            Moja mama wieksza czesc dnia spedzala na polowaniu na artykuly
            spozywcze, ale dobrze sie jadlo u nas, nawet robilo sie eksperymenty
            z kuchnia chinska, jak ktos z zachodu przywiozl przyprawe 5 smakow.

            W latach 80-tych bylo duzo gorzej i mniejszy wybor, na pewno. Na
            zawsze zapadla mi w pamiec obrzydliwa ryba KERGULENA - cos
            paskudnego!

            A co do Szostej Klepki - ja akurat bardzo lubie te czesc!
            ten domek i ten lekki chaos i w ogole fakt, ze rzecz w zimie sie
            dzieje ( a ja zime bardzo lubie). I tez wole Zakow od Borejkow i
            ubolewam, ze o nich tak malo w dalszych czesciach jest.

            • noida Re: kuchnia w latach 70-tych 16.12.08, 12:36
              A nie kargulena? Taka mała, chuda rybka?
            • noida Re: kuchnia w latach 70-tych 16.12.08, 12:38
              Zwracam honor - encyklopedia podaje, że kergulena albo kargulena. Teraz też
              można ją dostać i, szczerze mówiąc, jestem zdania, że to wyjątkowo smaczna ryba!
              I mało ości ma...
          • ananke666 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:10
            Kurczaki wtedy były, i to sądząc z dialogów, łatwo dostępne. Mięso na kartki było dopiero w latach 80.
            W sosie był jeszcze czosnek, cebulka, boczek, przyprawy.
            Żeby robić takie wynalazki, należało jeszcze sterczeć w kuchni. Dlaczego każdy ma chcieć i lubić? "Mama" oznacza nie tylko wieloczynnościowy kombajn, ale także kobietę... nawiasem mówiąc, mnie proponowany zestaw z selerem i marchewką przyprawia o dreszcze, bynajmniej nie pożądliwe ;)
            • deszczu_kropelka Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:57
              > W sosie był jeszcze czosnek, cebulka, boczek, przyprawy.

              "Na obiad był makaron w sosie mediolańskim, potrawa, która w domu Żaków
              pojawiała się rytmicznie, mniej wiecej dwa razy na tydzień. Podstawową zaletą
              tego bezmięsnego dania było to, że nie wymagało ono zbędnego wkładu pracy.
              Należało po prostu ugotować makaron i zalać go gorącym przecierem pomidorowym z
              dodatkiem oliwy i mnóstwa wściekle gryzących w gardło przypraw, wśród których
              prym wiodły curry i pieprz".

              I ja nie mówię, że kobieta jest kombajnem, który ma sterczeć przy garach
              non-stop. Mam znajomą, która nie cierpi gotować, ale dla swojej rodziny dzień w
              dzień wozi obiady z naprawdę dobrej stołówki akademickiej, gdzie mają wypasione,
              domowe żarło (wiem, bo sama się tam stołowałam przez jakiś czas). Można umówić
              się z jakąś panią emerytką, która za opłatą będzie dwa, trzy razy w tygodniu
              gotować porządny obiad. Można, jeśli już ta Cesia lubi gotować, pozostawić jej
              ten obowiązek, ale odciążyć ją od wszelkich innych prac domowych, czyli zakupy,
              sprzątanie, zmywanie odwalają inne osoby.

              Tymczasem mama Żakowa nic z tym nie robi, ma głęboko w nosie, że jej dzieci
              żywią się czymś takim jak opisane powyżej. Tak jak pisałam, jak sie komuś tak
              totalnie, totalnie nie chce, to nie powinien mieć dzieci.

              I jest różnica między mamą "idealną", a mamą odpowiedzialną. Ta pierwsza
              codziennie trzaska trzydaniowy obiad, choćby leciała na pysk ze zmęczenia. Ta
              druga niekoniecznie robi obiady trzydaniowe, czasami, jak jest zmęczona albo ma
              gorszy dzień albo napad lenia, to zamawia pizzę, i do knajpy chodzi z rodziną
              też od czasu do czasu - ale generalnie pilnuje, żeby jej dzieci odżywiały się
              zdrowo.

              Wyżywam się tak na tej mamie Żakowej dlatego, że wymieniałyście ją tutaj jako
              ideał mamy, co, po przeczytaniu książki, ekhm zdziwiło mnie :-)
              • dakota77 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:59
                O, moja mama tez dlugo organizowala obiady w taki sposob- przywozac je se
                stolowki studenckiej, fajne jedzonko mieli:)
              • ananke666 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 13:09
                Ok, ja się posłużyłam przepisem z "Łasucha".

                > Tymczasem mama Żakowa nic z tym nie robi, ma głęboko w nosie, że jej dzieci
                > żywią się czymś takim jak opisane powyżej. Tak jak pisałam, jak sie komuś tak
                > totalnie, totalnie nie chce, to nie powinien mieć dzieci.

                A przepraszam, czy ktoś w tym domu był nieszczęśliwy, chorujący z braku witamin i miotający wiktem na widok pożywienia? A ona popatrz, miała dwoje, żywe, zdrowe i w dodatku ładne. Oraz, o zgrozo, kochające matkę i mające z nią dobry kontakt! Mało tego, kochającego męża też miała...

                A matki idealnej z Twojego opisu nie chciałabym za nic!
              • nessie-jp Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 14:56
                > druga niekoniecznie robi obiady trzydaniowe, czasami, jak jest zmęczona albo ma
                > gorszy dzień albo napad lenia, to zamawia pizzę, i do knajpy chodzi z rodziną
                > też od czasu do czasu

                Kropelko! Ale "zamawiać pizzę" można w Polsce od ilu lat? A SK kiedy była
                napisana? Ano właśnie...

                Podobnie z chodzeniem do knajpy czy zatrudnianiem emerytek. Kiedyś emerytki
                naprawdę nie dorabiały sobie tak masowo do emerytury, pracując po cudzych
                domach. A knajpy
                • cahir4 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:28
                  Hi, hi... nie ja jedna dostawałam przynoszone do domu stołówkowe
                  żarcie... Ale po prawdzie to większość zakładów zbiorowego żywienia,
                  to była tragedia - poczynając od mojej szkolnej stołówki. O
                  obyczajach tam panujących i poziomie higieny nie wspomnię. Jedno z
                  popularniejszych dań w mojej szkolnej stołówce - makaron kolanka z
                  białym serem i skwarami (lubię skwarki, ale nie cierpiałam tego
                  czegoś, co było wielkie i miękkie)- ohyda.

                  A za mamą Żakową, owszem nie przepadam, nie tyle z powodu makaronu z
                  przecierem, co z powodu ogólnego zaniedbania młodszej córki.
                  Beztroskiego wepchnięcia jej w rolę Kopciuszka, nie z premedytacją,
                  broń Boże, ot, z artystycznego roztargnienia. Cielęcina uważa, że
                  jako osoba artystycznie nieuzdolniona, nadaje się właśnie - do
                  garów. Rodzinka, świadomie lub nie, robi właściwie wszystko, by
                  umocnić ją w tym przekonaniu, bo tak jest im w sumie wygodnie.
                  Celestyna musi dopiero zrobić scenę, żeby zwrócić uwagę, że coś tu
                  nie jest w porządku. Najszybciej zresztą reaguje Julia, bo rodzice
                  to z pewnym poślizgiem.

                  Zakończenie jest niby szczęśliwe. Ale myślę, że te (i Ci) z Was,
                  które/którzy mają do Cielęciny pretensję o, hipotetyczne zresztą,
                  utknięcie w roli wielodzietnej kury domowej, powinni się zastanowić,
                  czy na taki wybór nie miało wpływu to, jaką rolę odgrywała we
                  własnym domu rodzinnym. Z pełnym błogosławieństwem, uroczej skąd
                  inąd, samorealizującej się matki.

                  A nawiasem mówiąc, to moim zdaniem rola wielodzietnej kury domowej
                  daje tyleż samo możliwości samorealizacji, co każda inna. Pod
                  warunkiem, i dotyczy to w równym stopniu każdej możliwych z ról, że
                  wybieramy ją świadomie i dobrowolnie.
                  • cahir4 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:34
                    Uuups... "Te" też miały być wielką literą... Seksizm jakiś paskudny
                    mi wyszedł. Sorry (jak rzekłby Józinek, ku oburzeniu dziadka).
              • croyance Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 17.12.08, 14:27
                Ja bede jednak bronila mamy Zakowej :-) stwierdzeniem, ze kiedys nie
                bylo takiej swiadomosci jak teraz; kto tam sie znal na zdrowym
                odzywianiu, kaloriach, wartosci odzywczej produktow? IMHO makaronik
                mogl byc uwazany za pelnowartosciowe danie, ktorym mozna sie najesc -
                i jedyne, co mu mozna bylo w tamtych czasach zarzucic, to jego
                bezmiesnosc.
            • yowah76 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 19:11
              O to,to, zgadzam sie w kwestii dreszczy. Seler - w zyciu, marchewka
              moze byc osobno. Juz bym ten przecier z przyprawami raczej zjadla.
        • cahir4 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 12:09
          Połowa lat siedemdziesiątych to wciąż słodkie czasy propagandy
          sukcesu. Najgorsze miało dopiero przyjść. Czekolady piętrzą się na
          sklepowych półkach (ten obraz z dzieciństwa wspominałam
          nostalgicznie przez kilka następnych lat; czekolady wróciły, ale
          nikt już ich tak pięknie, jak w moim samie, nie układa). Są już
          zapewne jakieś kłopoty z mięsem i cukrem, ale to pikuś w porównaniu
          z tym, co nadejdzie. Jeszcze nie jest tak źle. Ale prywatna
          inicjatywa też dopiero przed nami, jako i warzywa szklarniowe. I z
          roślinnością w zimie jest dokładnie tak, jak żeście pisały.
          Pomarańcze zaraz zawiną do portu i pewnie zdążą trafić do
          świątecznych paczek w przedszkolach i zakładach pracy rodziców -
          stanowiły ich obowiązkowy element.

          Apropos czasów, późniejszych nawet trochę, i warzyw. Znajomy
          zagraniczny wegetarianin zapytał mnie, czemu przy kłopotach z
          zaopatrzeniem w mięso nie decydowaliśmy się powszechnie na przejście
          na roślinki (plus lacto i owo ewentualnie). Nie bardzo się na tym
          znam, ale wegetarianie mieli chyba jeszcze bardzie przechlapane:
          soja - nieznana, oliwki, oliwa z oliwek itd., czosnek pieruńsko
          drogi (były takie czasy). Potem, jak nawet były warzywa poza
          sezonem, to ceny... To na całą zimę właściwie groch. I kapusta.

          A z dostępnością warzyw to były też spore różnice regionalne.
          Papryki nie znałam, dopóki jej 1984 nie spotkałam na Pomorzu w
          geesie. Na początku tylko jeden kuzyn jadał to dziwactwo - na
          surowo, pokrojone w kawałki z cebulą. Potem jego mama wychodowała
          toto z pestek i spopularyzowała wśród rodziny.

          I jak sobie to przypominam, to sądzę że z urozmaicaniem kuchni był
          jeszcze jeden problem. Nie tylko produkty były trudno dostępne, ale
          także... książki. Internetu - nie było. Tysiąca programów
          kulinarnych z przepisami ze wszystkich stron świata - nie było.
          Powszechnych podróży zagranicznych takoż. Upolować "Kuchnię Polską"
          w księgarni - niebywały sukces, akurat idealny prezent na ślub.
          Więc, może się mylę, ale wydaje mi się, że i tu jedno ze źródeł
          kulinarnego kopnserwatyzmu mogło tkwić. Nie każdy innowacyjny
          kulinarnie jest, żeby samemu skombinować, co z taką papryką można
          zrobić. A Wy, Wasze matki lub babcie, skąd brałyście wtedy przepisy?
          • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 13:41
            > A z dostępnością warzyw to były też spore różnice regionalne.
            > Papryki nie znałam, dopóki jej 1984 nie spotkałam na Pomorzu w
            > geesie. Na początku tylko jeden kuzyn jadał to dziwactwo - na
            > surowo, pokrojone w kawałki z cebulą. Potem jego mama wychodowała
            > toto z pestek i spopularyzowała wśród rodziny.


            a u mnie istniała legenda rodzinna,jak to moja babcia, żona
            urzędnika gminnego na zamojszczyźnie przed 1939 hodowała w ogórdku
            jakąs papryke i miejscowi sie dziwowali, co to i na co to :)
            więc papryka u nas w domu (w warszawie) była, jeśli tylko była w
            sklepach, ale cukinia to jakieś bardzo późne odkrycie

            >>>A Wy, Wasze matki lub babcie, skąd brałyście wtedy przepisy?
            z gazet. w latach 70. wychodził miesięcznik konsumencki "opinia",
            który bezkompromisowo tępił buble (np. plastikowe tarki lub
            krajalnice do jajek,które łamały sie przy próbie użycia), odważnie
            wskazywał nieprawidłowości w gastronomii uspołecznionej, śmiało
            piętnował itd., ale tez ukazywał nowe trendy np. wnętrzarskie czy
            modowe. a przy okazji było tam mnóstwo przepisów
            kulinarnych. "opinię" zamknęli gdzieś pod koniec lat 70., nie wiem,
            czy nie zmarła śmiercią naturalną w obliczu kryzysu rynkowego.
            ale były też przepisy w gazetach codziennych i tygodnikach kobiecych
            • cahir4 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 14:22
              Były, tyle, to nawet ja wiem. Ale się zastanawiam, bo pamiętać
              jednak nie mogę, na ile one były, no... nowe, oryginalne, nie powiem
              egzotyczne, ale z pomysłami na nowe smaki, na wykorzystanie rzadkich
              produktów. Takiej papryki na przykład. Bo w "Kuchni Polskiej" to w
              kolejnych przedrukach zmieniali wstęp i, ewentualnie, ilustracje.

              PS.
              Do moich ulubionych fragmentów jednego z wydań "KP" należy
              instrukcja, że zmywac należy z ręką ugiętą w łokciu pod kątem 90%.
              • kkokos Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:05
                > PS.
                > Do moich ulubionych fragmentów jednego z wydań "KP" należy
                > instrukcja, że zmywac należy z ręką ugiętą w łokciu pod kątem 90%.

                a widzisz, a to mi przypomniało drogą skojarzeń, że w latach 70. i
                80. czytało się stare, np. przedwojenne książki kucharkie jak pełną
                egzotykę i teksty z gatunku czarnego humoru. pamiętam na przykład
                przepis na jakieś ciasto zaczynający się od słów "weź dziewkę, niech
                ci kopę jak ukręci..." i co w tym było śmiesznego? nie, wcale
                nie "weź dziewkę", choć pan domu w prl może i miała gosposię, ale na
                pewno nie dziewkę czy posługaczkę. zabawna była owa kopa jaj, gdyż
                jajka były drogie, znacznie droższe niż dziś i kiedyś, i kopa jaj -
                nwet jeśli ją można było dostać, co pewnie też nie było
                najłatwiejsze - więc kopa jaj była czymś potwornie drogim...
                • cahir4 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 15:32
                  To nadal fajna egzotyka jest. Np. takie przepisy "na żółwia",
                  zaczynające się od informacji, że żółwie żywe nabyć u nas można, bo
                  są przywożone koleją, w skrzyniach z trawą pakowane, czy jakoś tak...
    • cahir4 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:38
      A ja, wielbicielka "Szóstej klepki", się w wielu punktach z Deszczu
      Kropelką zgadzam. Tez mnie częśto dziwiło, że do Dmuchawca miano
      pretensje miano na forum, że sie nie zainteresował, czemu Celestyna
      choroby wielu dziecięcego studiuje, a do rodziców tejże Celestyny
      obiekcji nie zgłaszano żadnych. Nie uszło mojej uwadze, że wśród
      potencjalnych "zmywaczy" jakoś dziwnie siebie Żaczek pominął. I nie,
      nie bierze mnie absolutnie argument, że taka artystka jak mama
      Żakowa, ma być zwolniona od wszelkiej odpowiedzialności, a my mamy
      się zachwycać, że "się realizuje". Nie zachwycam się jak "się
      realizuje" i zwala wszystko na Cielęcinę, podobnie jak nie zachwacam
      się, jak ojciec Borejko "się realizuje" i zwala wszystko na Gabrysię.

      Dlaczego zatem lubię "Szóstą klepkę"? Sytuacja, jaką w niej opisano
      nie jest w porządku i JEST OPISANA JAKO SYTUACJA NIE W PORZĄDKU. I
      tę świadomość zyskują z biegiem narracji także bohaterowie.
      Uciśniona mniejszość podnosi bunt, "nieporządni" uznają swoją winę,
      dochodzi do rewolucji, po której, jak się zdaje, sprawiedliwość
      społeczna nastąpi. I wszyscy będą mogli żyć długo i szczęśliwie :).

      Co innego Borejki zakonserwowane w samozachwycie. Zwłaszcza stare
      Borejki.
    • tin_tian Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 16.12.08, 11:53
      A ja się przestraszyłam, jak zobaczyłam tytuł wątku, bo w minioną sobotę
      sprezentowałam koleżance właśnie "Szóstą klepkę" (swoją drogą, jak mówiłam o tym
      rodzicom, to niestety nie usłyszeli cudzysłowu i mnie wyśmiali ;]). Jako że
      własnie przeprowadziła się do Poznania i nigdy nie słyszała o MM, uznałam, że to
      konieczność.

      No ale (choć nawet nick założycielki jest nieco w stylu mojej koleżanki), to ona
      jednak nie przesiaduje pod okolicznymi krzaczkami i nie jest skażona forumowym
      odbiorem, więc mam nadzieję, że będzie jej się podobać ;>
      • jottka no więc 16.12.08, 13:36
        ja myślę, że w tekście wyjściowym są co najmniej dwa nieporozumienia, częściowo
        zresztą już wypunktowane, i trzeba to wyjaśnić, bo inaczej koleżanka
        wątkodawczyni nie zrozumie, o co nam idzie:)


        1. my nie cenimy mamy żakowej jako matki idealnej, czym by ten twór nie był. my
        cenimy mamę żakową jako uroczą postać literacką, gdyż spośród wielu matek
        nakreślonych przez panią mm, ta jedna zachowuje się jak normalny człowiek, a nie
        robot z nielimitowanej serii matkapolka. to znaczy - kocha swoją rodzinę i ma z
        nią dobry kontakt, kocha swoją pracę i ma z nią dobry kontakt, tak w ogóle lubi
        życie i przychodzi jej to naturalnie, a nie w ramach poświęcania się bądź
        wyższych ideologii:) ma rozmaite wady, ale nie są one na tyle duże, by innym nie
        było z nią dobrze, a ponadto zmienia się w ciągu powieści i pewne swe mniej
        chwalebne zachowania ogranicza.


        2. wysuwając makaronik po mediolańsku jako dowód skrajnej nieodpowiedzialności
        mamy żakowej popełniasz anachronizm, co zresztą zostało już tu poruszone. ale
        nie chodzi tylko o to, że ta cukinia w latach 70. jeszcze nie istniała w
        świadomości narodu, ale przede wszystkim o to, że ten makaronik mieści się
        znakomicie w mainstreamie kulinarnym ówczesnych lat.

        mączne danie z pewnym dodatkiem tłuszczu i nutą warzywną dla smaku (ówże
        koncentrat:) spełniało znakomicie kryteria potrawy szybkiej, zdrowej i pożywnej,
        a te właśnie interesowały mamę żakową. to dzisiaj, kierując się tymi samymi
        kryteriami, wybralibyśmy makaron z cukinią i pokruszonym serem pleśniowym, no
        ale przymierzanie tego ostatniego do mamy żakowej to jest właśnie anachronizm.

        pamiętam sprzed roku czy dwóch wywiad prasowy z jakąś wieloletnią kierowniczką
        baru mlecznego, która wspominała, jak to w głębokim peerelu smaczna i tania
        potrawa oznaczała np. górę klusek z jeszcze większą ilością skwarków, a zmiana
        nastąpiła gdzieś tak w latach 80., kiedy klientela zaczęła się domagać surówek i
        sałatek oraz zdecydowanie bojkotować skwarki.

        no więc chodzi mi o to, że nie można mamie żakowej zarzucać, że jest matką
        wyrodną, gdyż pozwala, by jej dzieci jadły śmieciowe żarcie. ona kieruje się
        zasadą szybko, tanio i smacznie, tyle że dostosowaną do ówczesnych poglądów i
        realiów.
        • kkokos Re: no więc 16.12.08, 13:46
          > 2. wysuwając makaronik po mediolańsku jako dowód skrajnej
          nieodpowiedzialności
          > mamy żakowej popełniasz anachronizm

          sorry jottka, nie anarchronizm, tylko myślenie ahistoryczne :)
          ale co do meritum zgadzam się w 100 proc.
          zwłaszcza tu:

          ona kieruje się
          > zasadą szybko, tanio i smacznie, tyle że dostosowaną do ówczesnych
          poglądów i
          > realiów.

          z naciskiem na słowo "poglądów".
          • jottka Re: no więc 16.12.08, 13:53
            kkokos napisała:

            > sorry jottka, nie anarchronizm, tylko myślenie ahistoryczne :)


            jedno nie przeszkadza drugiemu:) anachronizm wg słownika języka polskiego pwn to
            'błąd chronologiczny, łączenie zjawisk lub faktów, które nie mogły się zdarzyć
            jednocześnie' - cukinia i pyszny makaronik jak znalazł!


            > z naciskiem na słowo "poglądów".

            a prawdę mówiąc, to ja nie mam bladego pojęcia jak wyglądała kwestia
            zaopatrzenia alternatywnego w poznaniu w połowie lat 70.:) wiem na przykład, że
            kryzys zaopatrzeniowy późnych lat 70. i 80. niemal nie dotknął lubelskich
            krewnych i znajomych, no ale tam zaplecze chłopobabocielęce, że tak powiem,
            kwitło bujne i szerokie. a już na przykład spegeeryzowane pomorze łkało
            boleśnie, po szczecinie jakoś nikt nie ganiał masowo z cielęciną we worze.

            ale za to, pozwalając sobie na delikatne przyrównanie, mnie sie dziś też nie
            bardzo chce ganiać po dawnej stolicy polaków w poszukiwaniu najwartościowszych
            dóbr, jedyne, dla czego się łamię, to porządnie upieczony chleb, po który sie
            ruszam poza macierzyste osiedle:)
            • kkokos Re: no więc 16.12.08, 13:58
              > z naciskiem na słowo "poglądów".
              >
              > a prawdę mówiąc, to ja nie mam bladego pojęcia jak wyglądała
              kwestia
              > zaopatrzenia alternatywnego w poznaniu w połowie lat 70.:) wiem na
              przykład, że
              > kryzys zaopatrzeniowy późnych lat 70. i 80. niemal nie dotknął
              lubelskich
              > krewnych i znajomych, no ale tam zaplecze chłopobabocielęce, że
              tak powiem,
              > kwitło bujne i szerokie. a już na przykład spegeeryzowane pomorze
              łkało
              > boleśnie, po szczecinie jakoś nikt nie ganiał masowo z cielęciną
              we worze.


              no tak, a dziś byś się brzydziła i/lub bała kupic cielęcine
              przynoszoną przez babę w nienajczystszej torbie, zawiniętą w gazetę
              czy szary pakowy papier - a miliony (no, setki tysięcy) polskich
              gospodyń domowych robiło to kilka razy w miesiącu :)
              • jottka Re: no więc 16.12.08, 14:05
                ja nic nie wiem o brudnych torbach - lubelska rodzina osobiście sie udawała do
                zaprzyjaźnionej wioski i robiła zakupy niczym nie różniące się od dzisiejszych
                farm bio:) no ale to luksus był niemożebny, oni się tam wszyscy znali, to trochę
                co innego niż domokrążca z najświeższą partią (nie)legalnego uboju.

                za to, jak zauważyłam w waszych wypowiedziach, wy chyba jesteście z tzw. głębi
                kraju?:) oliwa i inne takie dobra występowały przed '89 w miastach portowych pod
                postacią towarów sprzedawanych przez marynarzy, no ale to jeszcze osobny temat i
                raczej nie w zasięgu mamy żakowej.
                • ananke666 Re: no więc 16.12.08, 14:17
                  Moja rodzina udawała się do wiejskiej części rodziny. Czasem z wizytą, czasem z okazji świniobicia, a czasem z pomocą przy żniwach tudzież wykopkach. Mięso, w tym drób, oraz jajka, ziemniaki na worki itp się kupowało, a sezonowe warzywa i nabiał były chyba gratis. Nie zawsze się dało z tym mięsem, więc Mama czasem wstawała np. o czwartej rano, by robić jako kolejkowa madonna.
                  • cahir4 Re: no więc 16.12.08, 14:39
                    No u nas to nie funkcjonowało jako stałe źródło zaopatrzenia, bo
                    jednak rodzinka ubijała coś co jakiś czas tylko. Więc nie były to
                    dostawy regularne. Ale były. Ino się sprawa skomplikowała po 13
                    grudnia, bo choć kilometrów niewiele, to było inne województwo. Bez
                    przepustki (podanie z uzasadnieniem) ani rusz. Przepustki co prawda
                    zniesiono dość szybko, ale szlaban ustawiony na wjazdowej drodze do
                    miasta stał znacznie dłużej. I myślę, że raczej za tym nielegalnym
                    mięsem grzebali po bagażnikach niż za ulotkami Solidarności. Dopiero
                    potem to był luzik. Cielęcinka z dostawą do biura. Plus jeszcze
                    skóry cielęce, znacznie bardziej nielegalne niż mięso. Tylko trzeba
                    było mieć kogoś, kto je nielegalnie wyprawi. Potem uszycie np.
                    kurtki to już było proste.

                    No i jeszcze jeden aspekt zagadnienia: wędlinki domowej roboty. Jak
                    widzę te produkty szynkopodobne w sklepach, to tak myślę, że trzeba
                    by się zmobilizować i tę wędzarenkę, co to ją ojciec z wujem
                    ulepili, spróbować odbudować.
                • kkokos Re: no więc 16.12.08, 16:07
                  jottka napisała:

                  > ja nic nie wiem o brudnych torbach - lubelska rodzina osobiście
                  sie udawała do
                  > zaprzyjaźnionej wioski i robiła zakupy niczym nie różniące się od
                  dzisiejszych
                  > farm bio:)

                  eh, no właśnie rodziny na wsi sporo bylo, ale myśmy do nich nie
                  jeździli, za to oni, jak mieli sprawę w warszawie, to nocowali u nas
                  i wtedy cos przywozili :)
                  o klasycznej babie z cielęciną moja matka wyrażała się ze zgrozą
                  własnie higieniczną, ale np. sąsiadkę z dołu takowa baba, a
                  właściwie chłop, odwiedzał regularnie. pamiętam też sensację, gdy
                  oważ sąsiadka kupiła sobie zamrażarkę, taką wielkości lady
                  sklepowej, i tam skłądowała pół świni czy pół cielaka. dla mnie,
                  dziecka, ta zamrażarka była w pewien sposób fascynująca :))
              • agnieszka_azj Re: no więc 16.12.08, 15:10
                kkokos napisała:
                > no tak, a dziś byś się brzydziła i/lub bała kupic cielęcine
                > przynoszoną przez babę w nienajczystszej torbie, zawiniętą w
                gazetę
                > czy szary pakowy papier - a miliony (no, setki tysięcy) polskich
                > gospodyń domowych robiło to kilka razy w miesiącu :)

                W "Mojej kuchni pachącej bazylią" Tessa Capponi Borawska opisuje
                fajną sceną, jak odwiedzające ją w Polsce w latach osiemdziesiatych
                Mama i Ciocia ze zgrozą komentowały jej pertraktacje z "babą z
                cielęciną" ;-) Ale eskalopki, które z tej cielęciny przygotowała,
                zjadły ze smakiem.
            • kkokos Re: no więc 16.12.08, 14:00
              jottka napisała:

              > kkokos napisała:
              >
              > > sorry jottka, nie anarchronizm, tylko myślenie ahistoryczne :)
              >
              >
              > jedno nie przeszkadza drugiemu:) anachronizm wg słownika języka
              polskiego pwn t
              > o
              > 'błąd chronologiczny, łączenie zjawisk lub faktów, które nie mogły
              się zdarzyć
              > jednocześnie' - cukinia i pyszny makaronik jak znalazł!
              >


              a masz rację, przepraszam, choć dla mnie najoczywistszym i
              nasuwającym się naturalnie znaczeniem teog słowa jest:
              1. to, co jest niezgodne z duchem czasu; przestarzała rzecz,
              przeżytek :))
        • verdana Re: no więc 16.12.08, 13:49
          Czyli kazdy, kto nie gotuje doroslym juz dzieckom zdrowych obiadkow
          jest nieodpowiedzialny i nie powinien miec dzieci? Obawiam się, ze
          przy takim kryterium absolutnie nikt sie na matke nie nadaje.
          Zdrowe jedzenie zdrowym jedzeniem, ale nie jest to najwazniejsza
          rzecz w zyciu niemal doroslych ludzi. Obawiam sie, że jako kryterium
          kwalifikujące na matkę gotowanie pozywnych obiadów rodzinie do konca
          zycia zdyskwalifikuje bardzo, bardzo wiele osób. Sa rzeczy bez
          porownania wazniejsze.
          ja, gotujaca niexle, przy pelnych półkach tez sie nie nadam - jako
          osoba pracująca co najmniej dwa razy w tygodniu daje kupne pierogi,
          albo kasę (pewnie na hamburgera). zatem nie jestem godna, aby dzieci
          mieć, bo zamiast pracowac powinnam zająć jedynie mi przynalezne
          miejsce w kuchni.
          Przeciez to jakis absurd...
          • deszczu_kropelka Re: no więc 16.12.08, 16:05
            Verdana, niczego takiego nie napisałam.
            • verdana Napisałaś 16.12.08, 16:39
              "Tymczasem mama Żakowa nic z tym nie robi, ma głęboko w nosie, że
              jej dzieci żywią się czymś takim jak opisane powyżej. Tak jak
              pisałam, jak sie komuś tak totalnie, totalnie nie chce, to nie
              powinien mieć dzieci."
              Czyli, jeśli ktoś nie przepada za gotowaniem, albo obiadkow z dwóch
              dań nie uznaje za istotne, to nawet jesli w domu sa sami dorośli,
              jest dyskwalifikowany jako matka...
              Przeciw temu goraco protestuję.
        • deszczu_kropelka Re: no więc 16.12.08, 16:22
          Ad.1 - No więc, Wy ją widzicie tak, ja inaczej. No i dobrze, świat różnorodny to
          świat ciekawy :-)

          Ad.2 - I tu się zgodzić nie mogę, moje własne doświadczenia mi na to nie
          pozwalają. Jestem rocznik '74 i tak jak pisałam, u mnie w domu rodzinnym prawie
          każdego dnia był porządny, zdrowy obiad. Zupy na mięsie i warzywach: jarzynowa,
          barszcz, pomidorowa, pieczarkowa itp. z mnóstwem warzywek, drugie to mięso albo
          warzywa przyrządzane na różne (niezbyt skomplikowane) sposoby bądź dania na
          bazie jajek, do tego kasze/ ziemniaki/ makaron, i surówki. Czegoś takiego jak
          ten nieszczęsny makaron z przecierem nigdy by nam mama nie podała. Obydwoje
          rodzice pracowali zawodowo, nie byli specjalnie zaradni ani przebojowi. Trzeba
          jednak dodać, że i ojciec, i ja i brat braliśmy aktywny udział w pracach domowych.

          Wiecie co, zamówiłam sobie mikołajkowo jeszcze "Kłamczuchę", czeka na swoją
          kolej... ale nie wiem, czy odważę podzielić się wrażeniami :-) Pozdrawiam i
          dziękuję za miłe powitanie tym, którzy mnie mile powitali :-)
          • dakota77 Re: no więc 16.12.08, 16:27
            A co jest zdrowego w zupie na miesie?:-). Tak z ciekawosci pytam, brzmi to
            tlusto, a u mnie nie gotowalo sie zup na miesie, bo wlasnie wydawalay sie nam
            zbyt kaloryczne.
            • ready4freddy Re: no więc 16.12.08, 16:43
              a na czym gotowaliscie zupe, ze z ciekawosci spytam? :)
              kalorycznosc pewnie zalezy od miesa :) jak na takim ociekajacym tluszczem, to
              raczej bedzie kaloryczna, i owszem :)
              • avvg Re: no więc 16.12.08, 17:03
                Ja nie Dakota, co prawda, i nie jej dom:), ale na temat gotowania zup
                nie-na-mięsie się wypowiem, bo odkąd zabrałam się sama za gotowanie,
                nie zdarzyło mi się popełnić bulionu mięsnego:) Porządny, aromatyczny
                wywar można zrobić z samych warzyw, o ile będzie ich odpowiednio dużo,
                oczywiście. Plus lubczyk:)
                • dakota77 Re: no więc 16.12.08, 17:15
                  Otoz to:-)
              • dakota77 Re: no więc 16.12.08, 17:15
                Na wodzie;-). Mnie takie zupki na jarzynach i kostce bulionowej w zupelnosci
                wystarcza do szczescia, wkladki miesnej w zupie nie lubie.
                • nessie-jp Re: no więc 16.12.08, 17:19
                  No, ale przecież kostka bulionowa to JEST wkładka mięsna, tylko że nikczemnej
                  jakości
                  • dakota77 Re: no więc 16.12.08, 17:20
                    No ale ja wole ten loj zmiszany z sola niz wystajace z garnka zwierzece
                    szczatki. Dla mnie to juz lepiej wyglada, i co mi zrobisz?;-).
                    • nessie-jp Re: no więc 16.12.08, 17:27
                      Nic ci nie zrobię, to przecież twoja zupka :) Tylko że narobiłaś mi nadziei na
                      ciekawe pomysły na taką bezmięsną zupę, a potem pomachałaś kostką. Bulionową. :P
                      Jestem zawiedziona :)
                      • dakota77 Re: no więc 16.12.08, 17:28
                        Ale ie kazda zupka jest na bulionie:-). Moje tak, jesli juz gotuje zupe, co sie
                        rzadko zdarza. Ale te mojej mamy, o ile pamietam, byly na jarzynkach i tyle.
                        • nessie-jp Re: no więc 16.12.08, 17:36
                          Moja babcia w czasach kartkowych robiła zupy na jajku. Jakoś
                          • k_linka Re: no więc 16.12.08, 20:55
                            nessie-jp napisała:

                            > Moja babcia w czasach kartkowych robiła zupy na jajku. Jakoś
                  • avvg Re: no więc 16.12.08, 17:51
                    > soczewicowe podawane bezmięsnie z braku czasu/surowca... Jednak
                    tłuszcz
                  • onion68 Re: no więc 16.12.08, 19:04
                    > No, ale przecież kostka bulionowa to JEST wkładka mięsna, tylko że nikczemnej
                    > jakości
                    • dakota77 Re: no więc 16.12.08, 19:09
                      No wlasnie, wiedzialam, ze cos jeszcze o tych bulionach mialam napisac, ale mi
                      umknelo:-)
                    • nessie-jp Re: no więc 16.12.08, 19:14
                      > Wcale niekoniecznie, są w sprzedaży buliony tzw. warzywne, na tłuszczu
                      > roślinnym, pełno tego i w zwykłych sklepach i w tych ze zdrową żywnością.

                      Faktycznie są, ale ja ich w sumie nie używam, gdy gotuję 'prawdziwą' zupę (z
                      włoszczyzną itepe), bo właściwie chyba nie ma potrzeby. Przecież smak jarzynowy
                      już jest z jarzyn, a jeśli chodzi o tłuszcz, to lepiej doprawić zupę świeżym
                      olejem niż margaryną o smaku warzywnym w złotym papierku.

                      Nie wiem doprawdy, skąd u mnie taki żywiołowy wstręt do kostek rosołowych, fobia
                      jakaś, no. :) Mam wrażenie, że stanowią kwintesencję niezdrowej żywności i są
                      gorsze od hamburgerów z Makdonalda. ;) Rośnie ze mnie druga Idusia...
                    • yowah76 Re: no więc 16.12.08, 19:18
                      Kostka bulionowa to jest hydrolizat bialkowy czyli bialko zwierzece
                      (nie wnikajmy w szczegoly) rozpuszczone kwasem solnym i jakos tam
                      scalone w kostke. Z dodatkiem tluszczu, bo to tluszcz jest nosnikiem
                      zapachu in smaku. Plus przyprawy, suszone warzywa itp.
          • kkokos Re: no więc 16.12.08, 16:29
            >>>>ale nie wiem, czy odważę podzielić się wrażeniami :-)

            ejże, czy nie podchodzisz do sprawy zbyt osobiście? popatrz, jaki
            fajny wątek stworzylaś, ile oftopików nam tu urosło (doszliśmy wszak
            aż do przedwojennych książek kucharskich:)), a ty uważasz, że to
            przeciwko tobie? :)
            • verdana Re: no więc 16.12.08, 16:42
              Oczywiscie, sa domy, gdzie punktem honoru sa zdrowe obiady, inne
              gdzie najwazniejsza rzecza jest porzadek, jeszcze inne - gdzie pani
              domu nigdy nie pozwoli dziecku wyjść do szkoly w nieuprasowanych
              spodniach. Tyle, ze to sa osobiste wybory i nie sa ani lepsze ani
              gorsze od podawania makaroniku, łagodnego niechlujstwa czy olewania,
              w co dziecię jest odziane. I w żaden sposb nie da się ocenić, że
              posiadajac jakakolwiek z tych cech matka - czy wręcz dom- jest
              lepszy czy gorszy od tego drugiego.
          • jottka Re: no więc 16.12.08, 17:44
            deszczu_kropelka napisała:

            > Ad.2 - I tu się zgodzić nie mogę, moje własne doświadczenia mi na to nie
            pozwalają. Jestem rocznik '74 i tak jak pisałam, u mnie w domu rodzinnym prawie
            każdego dnia był porządny, zdrowy obiad.


            łomatko, i co z tego?:) to ja też znałam jako dziecko przedziwne warzywa, które
            stały się nam znane dopiero w latach ostatnich i nie dowodzę na tej podstawie,
            że naród nasz cukinię ze skorzonerą w kolendrze od dziesięcioleci wtrajał.
            przykład to nie dowód. mama żet sytuuje się w mainstreamie, ani wyżej, ani
            niżej, ty natomiast potraktowałaś opis jej zachowań jako dowód jej skrajnej
            bezmyślności i przeciwko temu protestuję, bo wyrwałaś kobietę z epoki.


            abstrahując już od pojęcia zdrowych obiadów:) dla wielu osób tradycyjny polski
            obiadek to trucizna, panie! białko z węglowodanem coś tam coś tam to prosta
            droga do otłuszczenia wątroby!

            jakby co, to ja siem nie znam na dietach, ja tylko cytuję, co mi czasem w oko
            wpadnie:) a zupę bezmięsną robi się np. na wywarze z rozmaitych warzyw z
            przewagą selera (dużo warzyw, mało wody, sporo przypraw), podsmaża na oliwie
            albo maśle cienko pokrojone warzywa do zupy, podsmaża cebulę albo czosnek z
            różnymi przyprawami i na tym dopiero robi się zupę - metod różnicowania
            'bezmięsnego' smaku sporo jest.
          • sir.vimes no więc u mnie mama nie "podawała" 16.12.08, 19:03
            i ja też nie "podaję". Jeśli robimy posiłek w domu - robimy go i podajemy wspólnie.

            Czegoś takiego jak
            > ten nieszczęsny makaron z przecierem nigdy by nam mama nie podała.

            Zupy na mięsie i warzywach: jarzynowa,
            > barszcz, pomidorowa, pieczarkowa itp. z mnóstwem warzywek, drugie to mięso
            A zupy na mięsie to dla mnie trochę takie stołówkowe jedzenie (i owszem moje
            dziecko chętnie je na stołówce zjada). Z dzieciństwa pamiętam jedynie rosołek -
            pokarm niedzielny - z zup mięsnych. Z domowym makaronem, który robiła babcia dla
            WŁASNEJ przyjemności.

            Makaron z przecierem, serem i dodatkami , zwany bluźnierczo spagetti poznałam u
            koleżanek i pełna byłam zachwytu dla tego wyrafinowanego dania - u mnie bowiem
            jadano makaronik z białym serkiem i cynamonem. I surówkę z jabłuszek do których
            dodawano rodzynek. Albo placki z jabłkami. Albo zupę z fasolą na bazie barszczu
            (taką do dziś gotuję - wzbogacając o cieciorkę). Unikamy natomiast w ogóle mięsa
            - a szczególnie w nadmiarze ( w dwóch daniach? codziennie?) i szczególnie dzieciom.
          • anutek115 Re: no więc 16.12.08, 20:17
            deszczu_kropelka napisała:

            > Wiecie co, zamówiłam sobie mikołajkowo jeszcze "Kłamczuchę", czeka na swoją
            > kolej... ale nie wiem, czy odważę podzielić się wrażeniami :-)

            Ależ podziel sie koniecznie! Kto wie, może dopatrzysz się czegoś zupełnie innego
            niż większość z nas.

            >Pozdrawiam i
            > dziękuję za miłe powitanie tym, którzy mnie mile powitali :-)

            Kropelko, mnie się wydaje, że wszyscy cię miło powitali, chociaż nie wszyscy się
            z tobą zgodzili (bo niektórzy się zgodzili, zauważyłaś? I nikogo za to nie
            zlinczowano!). A nie zgodzili się, bo większość z nas bardzo lubi mamę Żakową.
            Łącznie z niżej podpisaną.

            Która wszakże nie uznaje dwudaniowych obiadów składających się z zupy na mięsie
            i miesa na drugie za zdrowe. A wyrażenie "mama by nam nie podała" burzy jej
            feministyczną duszę.

            Ale przecież takie drobne różnice nie mogą zniechęcic cię do pisania!
            A przynajmniej nie powinny.
            • sir.vimes podpisuję się 16.12.08, 20:46
              > Ale przecież takie drobne różnice nie mogą zniechęcić cię do pisania!
              > A przynajmniej nie powinny.

              Te różnice cenne są zresztą - chyba po raz pierwszy ktoś tak ostro zrugał
              rodzinę Żaków! Ciekawa jestem bardzo Twojej opinii o Kłamczusze. Różnice zdań
              mogą okazać się bardzo interesujące - a to w końcu jest forum dyskusyjne a nie
              potakujące.
            • nighthrill Re: no więc 16.12.08, 21:48
              Mnie w ogóle idea zupy "na mięsie" nie kręci. Moja teściowa in spe robi wszystko
              - pomidorową, ogórkową itp. - na rosole, jak nie przymierzając Robrojek w
              "Sprężynie". Po co? Ciężkie to i z nieznośnym zapachem bulionu wołowego.
              Jako wegetarianka od wielu lat nadmieniam, że to żaden problem zrobić zupę na
              warzywach/suszonej włoszczyźnie/kostce warzywnej ze sklepu eko. Ja nawet rosół z
              makaronem robię:) Skład to marchew, suszone grzybki ( dla koloru i zapachu),
              pietruszka, cebulka, a w ramach tworzenia ok (oczu??) na rosole wlewam łyżkę
              oleju słonecznikowego. Do tego cienki makaronik i jest rosół jak u babci sto lat
              temu.
              Bez mięsa da się ugotować każdą zupę. No, może tylko rybną nie:)
              • onion68 Re: no więc 16.12.08, 22:01
                Ja też robię rosół bezmięsny, nawet żurek bezmięsny.
                • yowah76 Re: no więc 16.12.08, 23:02
                  A ja widzialam, jak wegetarianie zrobili bezmiesny smalczyk do
                  chleba;)))
                  • nighthrill Re: no więc 16.12.08, 23:08
                    Się wie:)
                    Pół kostki margaryny, szklanka oleju, majeranek, podsmażona cebulka, sól,
                    rozpuszcza się całość na patelni, studzi i wstawia do lodówki na jakiś czas. Pycha.
                    Prawdziwego smalcu zawsze się brzydziłam, nawet kiedy jadłam mięso.
                    • nessie-jp Re: no więc 16.12.08, 23:16
                      Ja się staram nie jadać margaryny (nie mam dostępu do dobrej jakości margaryn
                      bez tłuszczów trans), więc kupuję tłuszcz kokosowy w słoiczku i dalej robię już
                      tak jak nighthrill.
                    • yowah76 Re: no więc 16.12.08, 23:20
                      A oni uzyli takiego bialego tluszczu roslinnego w kostce, nie
                      pamietam nazwy; nawet wygladalo tak samo jak smalec (nie jadam,
                      chociaz w dziecinstwie, kurcze, jadalam, bo pamietam smak...dziwne)
                      • yowah76 Re: no więc 16.12.08, 23:22
                        Smalcu nie, ale czasem mnie ciagnie taki tlustszy boczek. Tyle, ze
                        on chyba pomija uklad trawienny i tak bezposrednio osiada na
                        zebrach...
                        • nighthrill Re: no więc 16.12.08, 23:35
                          Ten wegetariański tłuszcz, który wygląda ja smalec to Planta, wegańska margaryna.
                          Z takich do smarowania w Niemczech za 1 euro można kupić Soyolę, i to całe 500
                          g. Smakuje tak sobie, jak zwykła margaryna, ale uratowała mi życie podczas
                          autostopowej wyprawy do Holandii w maju.
                          • lezbobimbo Re: no więc 16.12.08, 23:56
                            Soylent Green is made of people! ;P

                            a ten bialy tajemniczy tluszcz w kostce to nie palmina przypadkiem?
                          • yowah76 Re: no więc 17.12.08, 00:57

              • nessie-jp Re: no więc 16.12.08, 22:09
                > Bez mięsa da się ugotować każdą zupę. No, może tylko rybną nie:)

                Dowcip jest przedni! :)

                Ja jakoś nie mogę przełknąć takiej cienkiej zupki na samych-samiutkich
                warzywach. Lubię zupy wegetariańskie, ale takie z dodatkiem hydrolizatu
                drożdżowego, czy jak to się tam nazywa
                • nighthrill Re: no więc 16.12.08, 22:14
                  O właśnie, przypomniałaś mi o pysznej grochówce, zupach z soczewicy z czosnkiem
                  i pomidorami, indyjskiej pomidorówce z curry i wege krupniku z pieczarkami.
                  Pewnie, że gęste zupy są dobre, pisząc o zupie bezmięsnej nie mam na myśli
                  smętnej marchewki w garnku z wodą:)
                  Teraz na wigilię robię czystą grzybową z łazankami i zupę migdałową.
                • yowah76 Re: zupka 16.12.08, 23:00
                  Takie betoniki, wlasnie krupnik i grochowke to ja gotuje, a rodzina
                  narzeka. Nie wiem czemu, prxzeciez to sie geste wyjada i wody
                  dolewa, i wyjada, i dolewa;))) ekonomiczne takie.
                  A z czysto warzywnych to ja polecam przecierana z ziemniakow i
                  brokolow albo z ziemniakow i szpinaku. Albo z soczewicy i marchwi, i
                  moze byc z brukwi jak ktos dopadnie brukiew. Albo pomidorowke z
                  ciecierzyca i brokulami. Wszystkie takiej dosyc tradycyjnej urody;)
                  • nighthrill Re: zupka 16.12.08, 23:11
                    Brokułów do pomidorowej jeszcze nie próbowałam włożyć, dziki za cynk:)
                    Natomiast pomidory plus cieciorka = marzenie.
                • avvg Re: no więc 16.12.08, 23:21
                  > Ja jakoś nie mogę przełknąć takiej cienkiej zupki na samych-
                  samiutkich
                  > warzywach

                  No bo jak się wrzuca po dwie marchewki i pietruszki, do tego pół
                  selera i kawałek pora na dwa litry wody, i do tego kilka ziaren
                  pieprzu - to nie siły, cinka bedzie.
                  Też bardzo lubię gęste zupy, ale takie bardziej w kierunku kremów. A
                  ogólnej niechęci do krupniku jakoś nie mogę pojąć, w dodatku jest to
                  jedyna forma kaszy, jaką toleruję:)
            • mmoni Re: no więc 16.12.08, 23:52
              Chciałam zauważyć a propos wzburzonych feministycznych dusz, które tu się
              znęcają nad niefeministyczną wizją roli kobiety - defaultowej żywicielki, ze
              takie wyobrażenia żywi do tej pory spora część społeczeństwa, choć nie podejmę
              się bez badań statystycznych powiedzieć, jak spora. Jechałam niedawno pociągiem
              w towarzystwie dwóch pań, matki i córki, które żywo i z upodobaniem zajmowały
              się obrabianiem tyłków jakiemuś młodemu małżeństwu, zdaje się, ze
              spokrewnionemu. Ogólnym tematem rozmowy było potępienie trybu życia tegoż
              małżeństwa, które nie ma dzieci, za to ma rozpieszczonego psa, a na obiadki
              ciągle wprasza się do różnych krewnych (jak nie przymierzając Borejkowie do
              Feli). A przecież, jak zauważyła mamusia, "normalna kobieta jak wróci z pracy,
              to się bierze za obiad i sprzątanie".

              Innym przykładem może być wyjaśnienie mojej ciotki, kiedy przy niej wydziwiałam
              nad pogańskimi godzinami pracy większości urzędów od 7 do 15. I ciocia mi
              wyjaśniła, że dzięki temu kobiety, które stanowią większość personelu w takich
              miejscach mają jeszcze czas na zrobienie czegoś w domu po powrocie z pracy.

              Żeby była jasność - nie uważam, ze karmienie i obrządzanie rodziny jest
              wyłącznym obowiązkiem kobiety (zwłaszcza takiej, która musi chodzić do pracy na
              siódmą), natomiast mam wrażenie, że jesteśmy jednak ciągle raczej w mniejszości.
              • jordanpeter Re: no więc 17.12.08, 07:39
                Cytat:
                Żeby była jasność - nie uważam, ze karmienie i obrządzanie rodziny
                jest
                wyłącznym obowiązkiem kobiety (zwłaszcza takiej, która musi chodzić
                do pracy na
                siódmą), natomiast mam wrażenie, że jesteśmy jednak ciągle raczej w
                mniejszości.
                -------------
                Niby nie jest. Ale jednak wśród większości kobiet jest obowiązkiem,
                z różnych przyczyn. Samo życie. I praca do 15-tej im się przydaje...

                Z tym, że godziny pracy urzędów są lekko głupawe, toż urlopy trzeba
                nieraz brać, żeby coś w takim zalatwić.
              • kkokos Re: no więc 17.12.08, 19:35
                > Innym przykładem może być wyjaśnienie mojej ciotki, kiedy przy
                niej wydziwiałam
                > nad pogańskimi godzinami pracy większości urzędów od 7 do 15. I
                ciocia mi
                > wyjaśniła, że dzięki temu kobiety, które stanowią większość
                personelu w takich
                > miejscach mają jeszcze czas na zrobienie czegoś w domu po powrocie
                z pracy

                pracowałam w niby nowoczesnej firmie, z zagranicznym kapitałem i
                chlubiącej się przywleczonym stamtąd sposobem zarządzania; firmie
                ogólnopolskiej i wielotysięcznej - w wigilię kobiety oficjalnie
                pracowały do 12, by mogły przygotować wieczerzę, a faceci do 16. był
                rok 1999, czyli mniej niż 10 lat temu. i najlepsze było, że mnóstwo
                babeczek naprawdę uważało, że to wyjście o 12 to przywilej!
    • tygrys2112 Re: Szósta klepka - jejku, jakie to okropne... 19.12.08, 01:40
      jejku, przecież do
      > takiego makaronu można szybko zrobić najprostszy sos z jakichś
      warzyw:
      > pomidorów, papryki, cukinii, pieczarek...
      Nie wiem czy wszystkie z tych rzeczy wtedy były.

      Wersja luksusowa obiadów: bigos,
      > fasolka po bretońsku, placki ziemniaczane - czyli raczej ciepłe
      kolacje, a nie
      > pełnowartościowe obiady.
      Fasolka po bretońsku i bigos to jak dla mnie potrawy odświętne, bo
      wymagają trochę zachodu. Natomiast co do placków zgadzam się w
      zupełności. Tak samo jak naleśniki, rozmaite kluski itp.

      > Ta matka to dla Celestyny nie jest żadna matka, nie jest nawet
      > matką-koleżanką, bo z tą bufoniastą Danusią Cesia jest bliżej niż
      z własną
      > matką. To jest takie nie wiadomo-co - zajmujące się swoimi
      artystycznymi
      > wizjami i plotkujące jak nastolatka o ciuchach. Jedna poważna
      rozmowa z Cesią
      > pod koniec książki bynajmniej na ratuje obrazu tej osoby. Sorki,
      ale tacy
      > ludzie nie powinny zakładać rodziny, jeśli nie zauważają problemów
      swoich
      > dzieci i nie potrafią o te dzieci zadbać.
      Wybacz ale dla mnie jest lepszą matką niż Gizela np. I dla mnie tego
      typu ludzie nie powinni zakładać rodzin. Po drugie rodziców
      idealnych nie ma.
      Brak kontaktu Cesi z własną matką wynika również z jej zamknięcia w
      sobie. Zwróć uwagę, że Tata Żaczek, który jest wspaniałym,
      serdecznym ojcem, który stara się ją zrozumieć i poznać jej
      problemy, też otrzymuje w zamian odpowiedzi o Marii Callas itp.

      > Tata Żak, który żartuje w rozmowie z pierwszy raz widzianą na oczy
      koleżanką
      > córki, że ta myśli o niebieskich migdałach, bo trzeci ma
      powiększony. Rety, co
      > za burak.
      >
      Zwróć uwagę na inne cechy tego pana, choćby te, o których pisałam
      wcześniej. Jako ojciec spisuje się jak żaden inny w Jeżycjadzie.

      > I najsmutniejsze - jak Cesia wraca z zakupów z żywymi rybami i
      zagaduje się z
      > Danką. "Karpie w siatce jakoś przestały się ruszać. Być może
      dlatego, że Cesia
      > położyła je na śniegu". Zrobiło mi się tak potwornie smutno, jak w
      którymś z
      > tomów Ani z Zielonego Wzgórza czytałam list Tadzia, który taki
      zabawny miał
      > być - jak to pan Harrison postanowił pozbyć się swojego psa i go
      powiesił, ale
      > pies się zerwał i schował w stodole, więc pan Harrison powiesił go
      jeszcze
      > raz, tym razem skutecznie. W tym momencie przestałam żywić
      jakiekolwiek
      > ciepłe uczucia do sagi o Ani - przecież świetnie napisanej. No i
      Jeżycjada,
      > choć rzeczywiście naszpikowana humorem pierwszej klasy i pełna
      dobrych opisów,
      > po tej bezdusznej wzmiance o żywych, cierpiących stworzeniach -
      skoro woda
      > wyciekała, to może sobie powoli zdychały w tej siatce na śniegu? -
      też dla
      > mnie nigdy nie będzie pozycją bliską sercu.
      Moim zdaniem autorka chciała w ten sposób rozwiązać problem
      zabijania karpii. Wolałabyś opis, jak pływają sobie w wannie,
      powolnie zdychają, a następnie pan domu je oprawia (zaoszczędzę
      drastycznych szczegółów)?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka