mamapodziomka
29.01.09, 14:57
Ostatnio sporo choruje i ogolnie mam lekko filozoficzny nastroj, a watki z
Gaba i Pyziakiem i Wasze osobiste zwierzenia z nich jeszcze mi bardziej to
filozowanie ukierunkowaly.
Nie ukrywam (zreszta wiekszosc z Was wie), ze jestem mama takiego
"porzuconego" dziecka, ktorego tatus po rozstaniu ze mna zdecydowal sie
rozstac takze z dzieckiem. Nie placi, nie widuje sie, odebranie praw przyjal
ze wzruszeniem ramion.
Tyle tytulem wstepu, zeby nie bylo, ze filozofuje a nie wiem o czym pisze.
No i tu wlaczylo mi sie troche myslenie, no bo "dawca" ogolnie rzecz biorac
okreslany jest bardzo negatywnie przez moje otoczenie (ze mna wlacznie, choc
dochodza tu jeszcze inne czynniki, ktorych nie potrafie rozdzielic).
Z drugiej strony facetke - ktora zachodzi w niechciana ciaze, decyduje sie ja
donosic, jakos tam o te ciaze dba, a w szpitalu bez ceregieli podpisuje
zrzeczenie i zdrowe, zadbane 6-tygodniowe niemowle z oddzialu preadopcyjnego
trafia do kochajacych rodzicow - naprawde szczerze podziwiam. Wrecz uwazam, ze
postepuje super, jesli nie decyduje sie ani na usuniecie, ani na sile nie
zatrzymuje dziecka, ktorym z jakimchs wzgledow nie moze lub nie potrafi sie
zajmowac. Zreszta i w Stanach, gdzie presja "nie-porzucania" dziecka jest
nieco slabsza zjawisko to dotyczy kobiet, ktore wcale nie naleza do marginesu
spolecznego, czesto nastolatek, ktore pozniej koncza szkole, zakladaja
rodziny, maja dzieci. Czasem dochodzi do spotkania po latach, ktore nie polega
na obrzucaniu obelgami, i czesto ma bardzo pozytywny odbior przez obie strony.
Podzial rol jest jasny "mama" to jest ta ktora wychowala, ale mama-biologiczna
tez ma jakies tam swoje miejsce na horyzoncie.
No a taki porzucajacy tatus? Jemu juz tak latwo nie daje sie prawa do
wymiksowania z tej calej afery. Choc im dluzej na to patrze, to tym bardziej
Prosiaczka tam nie bylo ;) Moj eks do wychowywania dzieci sie po prostu nie
nadaje. Nie wiem dlaczego jest jaki jest, ale nie jest w stanie tak naprawde
ponosic odpowiedzialnosci za samego siebie, a co dopiero za dziecko. Ma jakies
zrywy, ktorych wystarcza na kilka lat, podczas ktorych zyje w kompletnie
wyimaginowanym swiecie az do spektakularnej katatstrofy. I historia zaczyna
sie na nowo...
I naprawde coraz bardziej dochodze do wniosku, ze jestem mu wdzieczna za to,
ze zniknal, ze pozwolil mi poukladac sobie zycie na nowo. Ze pozwolil mlodej
na zbudowanie relacji z tata z prawdziwego zdarzenia, tata, ktory bez
szemrania w domu zostanie jak dziecko chore, podmucha na skaleczone kolano,
godzine bedzie tlumaczyl rozklad sil na moscie wiszacym i nauczy jezdzic na
rowerze.