Dodaj do ulubionych

A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci

29.01.09, 14:57
Ostatnio sporo choruje i ogolnie mam lekko filozoficzny nastroj, a watki z
Gaba i Pyziakiem i Wasze osobiste zwierzenia z nich jeszcze mi bardziej to
filozowanie ukierunkowaly.

Nie ukrywam (zreszta wiekszosc z Was wie), ze jestem mama takiego
"porzuconego" dziecka, ktorego tatus po rozstaniu ze mna zdecydowal sie
rozstac takze z dzieckiem. Nie placi, nie widuje sie, odebranie praw przyjal
ze wzruszeniem ramion.

Tyle tytulem wstepu, zeby nie bylo, ze filozofuje a nie wiem o czym pisze.

No i tu wlaczylo mi sie troche myslenie, no bo "dawca" ogolnie rzecz biorac
okreslany jest bardzo negatywnie przez moje otoczenie (ze mna wlacznie, choc
dochodza tu jeszcze inne czynniki, ktorych nie potrafie rozdzielic).

Z drugiej strony facetke - ktora zachodzi w niechciana ciaze, decyduje sie ja
donosic, jakos tam o te ciaze dba, a w szpitalu bez ceregieli podpisuje
zrzeczenie i zdrowe, zadbane 6-tygodniowe niemowle z oddzialu preadopcyjnego
trafia do kochajacych rodzicow - naprawde szczerze podziwiam. Wrecz uwazam, ze
postepuje super, jesli nie decyduje sie ani na usuniecie, ani na sile nie
zatrzymuje dziecka, ktorym z jakimchs wzgledow nie moze lub nie potrafi sie
zajmowac. Zreszta i w Stanach, gdzie presja "nie-porzucania" dziecka jest
nieco slabsza zjawisko to dotyczy kobiet, ktore wcale nie naleza do marginesu
spolecznego, czesto nastolatek, ktore pozniej koncza szkole, zakladaja
rodziny, maja dzieci. Czasem dochodzi do spotkania po latach, ktore nie polega
na obrzucaniu obelgami, i czesto ma bardzo pozytywny odbior przez obie strony.
Podzial rol jest jasny "mama" to jest ta ktora wychowala, ale mama-biologiczna
tez ma jakies tam swoje miejsce na horyzoncie.

No a taki porzucajacy tatus? Jemu juz tak latwo nie daje sie prawa do
wymiksowania z tej calej afery. Choc im dluzej na to patrze, to tym bardziej
Prosiaczka tam nie bylo ;) Moj eks do wychowywania dzieci sie po prostu nie
nadaje. Nie wiem dlaczego jest jaki jest, ale nie jest w stanie tak naprawde
ponosic odpowiedzialnosci za samego siebie, a co dopiero za dziecko. Ma jakies
zrywy, ktorych wystarcza na kilka lat, podczas ktorych zyje w kompletnie
wyimaginowanym swiecie az do spektakularnej katatstrofy. I historia zaczyna
sie na nowo...

I naprawde coraz bardziej dochodze do wniosku, ze jestem mu wdzieczna za to,
ze zniknal, ze pozwolil mi poukladac sobie zycie na nowo. Ze pozwolil mlodej
na zbudowanie relacji z tata z prawdziwego zdarzenia, tata, ktory bez
szemrania w domu zostanie jak dziecko chore, podmucha na skaleczone kolano,
godzine bedzie tlumaczyl rozklad sil na moscie wiszacym i nauczy jezdzic na
rowerze.
Obserwuj wątek
    • mama_kotula Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 15:15
      Ja sobie jeszcze bardziej pofilozofuję.

      A propos tego "porzucenia", bo mnie to męczyło okropnie.

      Zrobiłam małą sondę wśród znajomych z gatunku "porzuconych", sondę z pytaniem "czy kiedykolwiek odczułeś, że jesteś przez ojca porzucony?".

      Przeważnie odpowiedzią były taaakie oczy i śmiech niedowierzania "że jak??".
      Ponad połowa z tych osób - dorosłych teraz - stwierdziła, że w ogóle nie myślała nawet o tym, czy w życiu zostało im coś odebrane. Oni po prostu przyjęli taki model życia - z tym "porzucającym" nieobecnym ojcem - jako coś naturalnego. Większość z nich za swojego ojca uznało nowego partnera matki, i również przebiegło to naturalnie.

      Żadna z osób nie przyznała się do tęsknoty za ojcem bio. Niemal wszystkie osoby na hasło "wyidealizowany obraz ojca w głowie" stukało się w czoło. Na pytanie o to, czy kochały ojca, odpowiedź przeważnie była "nie, jak mogę kochać kogoś, kogo nie znam".

      Cztery osoby stwierdziły, że owszem, czuły się porzucone. Co charakterystyczne - 3 z nich z rodzin tzw. dysfunkcyjnych i patologicznych.

      Wnioski proszę wyciągnąć sobie samemu.
      Aha, badanie ;-) przeprowadzone na grupie 24 osób.

      Tyle z mojej amatorskiej sondy mailowej :P
      Oczywiście, ja sobie zdaję sprawę, że te wyniki są pobieżne i zapewne wpływ na takie postrzeganie ma wiele innych czynników, mogło też być tak, że akurat przypadkiem wybrałam do testu kiepską próbę - proszę nie traktować tego tak aż bardzo bardzo poważnie.


      A poza tym mam bardzo podobnie jak MamaPodziomka. Jestem wdzięczna temu panu, że nie chciał utrzymywać kontaktu z dziećmi i że w ogóle go nie interesują, bo dzięki temu dzieci moje mają szanse mieć normalnego ojca, który jest tatą, a nie tylko ojcem.
      • tygrys2112 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 15:25
        Możliwe, że Twoje badania odzwierciedlają rzeczywistość, ale ilość
        ankietowanych osób nie była za duża, poza tym wszyscy nawet w
        ankietach anonimowych sami siebie "cenzurujemy" - więc nie wiadomo,
        czy Twoi "respondenci" odpowiedzieli zgodnie z prawdą, czy bali się
        ją zdradzić (Tak jak z ankietą Dmuchawca, pisaniem lewą ręką, w
        innym rodzaju itp.)
        • mama_kotula Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 15:28
          Tygrysku, ja wiem przecież :):)
          Tak tylko mnie to męczyło, to zapytałam paru osób :).
          I napisałam że traktować to z przymrużeniem oka :D.
          • tygrys2112 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 15:46
            Wiem, wiem :) Niemniej ciekawy pomysł :)
    • jottka Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 15:17
      ja tak trochę oftopicznie:) na forum, zresztą chyba nie tylko tym,
      nadspodziewanie wiele osób ma doświadczenia albo rozejścia rodziców, albo wręcz
      nieobecności ojca w życiu, albo też bycia porzuconą z dzieckiem czy dziećmi
      przez życiowego partnera. i, sądząc po zachowaniach forumowych, nie są to osoby
      szczególnie zgorzkniałe, naznaczone straszliwym piętnem czy coś. a ich
      doświadczenie nie jest przy tym ani szalenie wyjątkowe, ani też - przy całym
      bólu sytuacji - nie do przejścia.

      mętnie mi coś idzie:( otóż idzie mi o to, że to musi budzić opór w zestawieniu z
      lansowanym modelem gaba.zero.jeden i - mimo że zahacza to o tematy niebezpieczne
      - przychylałabym się do zdania nie pamiętam kogo (nessie? nula?), że ten model
      ma korzenie w katolicyzmie przefiltrowanym przez rodzimą obyczajowość. przy czym
      nie chodzi mi o łatwe natrząsanie się, tylko o obowiązujący do pewnego czasu
      model cierpiętniczy, z jednej strony motywowany religią patriotyzmu, a z drugiej
      religią sensu stricto, wymieszanymi dość osobliwie.

      no, paradygmat sie zmienia, chciałam powiedzieć:) i dlatego gaba budzi opór, ona
      już nie jest z tej epoki.
      • nessie-jp Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 15:57
        To nula była chyba, ja nie wpadłam na nic tak mądrego.

        Ale się dopiszę.

        Cytatnie chodzi mi o łatwe natrząsanie się, tylko o obowiązujący do pewnego
        czasu model cierpiętniczy, z jednej strony motywowany religią patriotyzmu, a z
        drugiej religią sensu stricto, wymieszanymi dość osobliwie.


        Ten obraz Matki-Polki w czerni, noszącej żałobę po Powstaniu i
        zmarłym/wyemigrowanym mężu-powstańcu, piastującej dziecko
        • jottka Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 16:14
          nessie-jp napisała:

          > Zmieniły się nie tylko warunki polityczne, ale i pozycja kobiety --
          > kobiety chcą i mogą pracować, chcą zostawiać dzieci pod opieką niań i babć,
          zarabiają na tyle dobrze, że nie muszą decydować się na małżeństwo z wpadki (bo
          inaczej nie utrzymałyby siebie i dziecka).


          tu bym jednakowoż zapolemizowała, że pozycja materialna kobiet zmieniła się już
          za słusznie minionej epoki - fakt, że w warunkach socrealu, ale uległa zmianie.
          samodzielna praca kobiet była w modzie, żłobki i przedszkola istniały i jak
          zaświadczają moje liczne wykształcone ciotki były nieocenioną pomocą w chowaniu
          potomstwa i owocnej pracy zawodowej jednocześnie.

          model obyczajowy też się zmieniał, choć powoli i nie po linii prostej, tzn. nie
          sam przełom '89 nagłą zmianę obyczajową wyzwolił. no i jednakowoż matek
          opozycjonistek zbyt wiele w latach 70. nie było, nie przesadzajmy, bohaterowie i
          bohaterki to rzecz rzadka w każdej epoce.

          no ale tak, jakiś przedziwny postpozytywizm w porównaniu:)
          • nessie-jp Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 16:41
            > tu bym jednakowoż zapolemizowała, że pozycja materialna kobiet zmieniła się już
            > za słusznie minionej epoki

            To fakt, ale ciągle jeszcze był wielki stygmat "samotnej matki" (w sensie --
            niezamężnej). No i ciągle jeszcze kobiety zarabiały mniej za tę samą pracę, niż
            mężczyźni.

            Nam się już w głowie nie mieści, dlaczego Kreska siedzi w domu z dzieckiem,
            skoro jest lepszym architektem niż Maciuś
            • jottka Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 16:48
              nessie-jp napisała:


              > To fakt, ale ciągle jeszcze był wielki stygmat "samotnej matki" (w sensie -->
              niezamężnej).

              to dotyczy lat - góra - sześćdziesiątych, a i to zależy, czy mówimy o małej
              miejscowości pod rzeszowem, czy dajmy na to warszawie czy szczecinie. stygmat
              samotnej matki to czasy przedwojenne, wojna zmieniła (a czasem 'umożliwiła')
              wiele sytuacji wcześniej nie-do-pomyślenia


              > No i ciągle jeszcze kobiety zarabiały mniej za tę samą pracę, niż mężczyźni.

              siem coś zmieniło w ostatnich latach?:)



              > Nam się już w głowie nie mieści, dlaczego Kreska siedzi w domu z dzieckiem,
              skoro jest lepszym architektem niż Maciuś
              • nessie-jp Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 17:00
                > to dotyczy lat - góra - sześćdziesiątych, a i to zależy, czy mówimy o małej
                > miejscowości pod rzeszowem, czy dajmy na to warszawie

                Ja mówię o Warszawie! Pamiętam złośliwości i autentyczną wredność, z jakimi
                spotykała się córka sąsiadki, jak się zaciążyła, a tatuś nie rzucił się
                *natychmiast* do ołtarza (nie porzucił jej broń Boże). Własne siostry
                wrzeszczały za tą biedną dziewczyną "ździra" :/ Obrzydliwa rodzina, ale jednak
                na pewno nie jedna jedyna taka.

                Takich sytuacji, że młodzi ludzie decydowali się mieszkać razem i mieć dzieci
                bez ślubu po prostu nie bywału (zresztą
              • ananke666 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:17
                > to dotyczy lat - góra - sześćdziesiątych, a i to zależy, czy mówimy o małej
                > miejscowości pod rzeszowem, czy dajmy na to warszawie czy szczecinie. stygmat
                > samotnej matki to czasy przedwojenne, wojna zmieniła (a czasem 'umożliwiła')
                > wiele sytuacji wcześniej nie-do-pomyślenia


                Oj nie, nie. Jeszcze jakieś dwadzieścia lat temu był żywy... Lublin. Naprawdę i
                bez jaj.
              • the_dzidka Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 30.01.09, 09:33
                > to dotyczy lat - góra - sześćdziesiątych, a i to zależy, czy
                mówimy o małej
                > miejscowości pod rzeszowem, czy dajmy na to warszawie czy
                szczecinie

                A skąd! To niestety pokutuje do dzis, w mniejszym stopniu, w
                mniejszym natężeniu, ale jednak...
                Ma to odbicie chociażby w "będzie dziecko, to bierzemy ślub", wciąż
                jeszcze bardzo popularna postawa. Ślub oczywiście kościelny ;-)
        • tygrys2112 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 15:49
          Mi się tu nasuwa jeszcze inna refleksja. Jest to chyba nie tylko
          problem Matki-Polki, ale generalnie silnie zakorzenionego
          konserwatyzmu.
          Przekonaniu, że wartości są wartościami bezwzględnymi i
          niepodważalnymi i ktokolwiek je zaneguje, jest człowiekiem podłym,
          niezależnie, jakie były jego motywy. Np. W polskiej świadomości
          przewija się nadal niekiedy przekonanie, że wartością jest ślub,
          małżeństwo, związek i rodzina same w sobie, nieważne jakie są,
          byleby były.
          Toteż jeśli pojawia się dziecko jak u Gabrieli czy Róży, należy się
          _natychmiast_ pobrać (filozofia Ignacego i Mili, w efekcie nieudane
          małżeństwo Pyziaka i Gabrieli), w małżeństwie i związku
          wypada trwać, nawet jeśli jest złe, (to na szczęście obala kolejny
          związek Gabrieli, ale już trwanie w ślepej wierze Róży potwierdza tę
          postawę, to, że kolejny tom dopisał szczęśliwe zakończenie to już
          inna sprawa), rodzinę trzeba uważać za ideał (Borejkowie), nawet
          jeśli bywa toksyczna.
          Nie chodzi mi oczywiście o to, że pochwalam każde łamanie zasad -
          np. porzucanie rodziny jak to zrobił Pyziak. Nie jestem tylko
          zwolenniczką sztywnego trzymania się zasad i zakładania, że jeśli
          zawsze postąpi się według tych samych zasad w podobnej sytuacji, to
          będzie miało to dobre efekty.
          • ding_yun Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 16:12
            tygrys2112 napisała:

            > Mi się tu nasuwa jeszcze inna refleksja. Jest to chyba nie tylko
            > problem Matki-Polki, ale generalnie silnie zakorzenionego
            > konserwatyzmu.
            > Przekonaniu, że wartości są wartościami bezwzględnymi i
            > niepodważalnymi i ktokolwiek je zaneguje, jest człowiekiem podłym,
            > niezależnie, jakie były jego motywy. Np. W polskiej świadomości
            > przewija się nadal niekiedy przekonanie, że wartością jest ślub,
            > małżeństwo, związek i rodzina same w sobie, nieważne jakie są,
            > byleby były.

            Dokładnie, zgadzam się z Tobą w zupełności Tygrysie.
            Z tą różnicą, że przekonanie owo nie przewiją się "niekiedy" a
            prawie zawsze i to nawet w rodzinach, które w kwestaich ogólnych są
            dość liberalne. To znaczy funkcjonują na zasadzie "my rozumiemy, że
            niektórzy ludzie mogą sobie żyć bez ślubu i bez dzieci, może mają
            jakieś swoje powody, ale U NAS w rodzinie takich rzeczy nie było i
            nie będzie". Rodzina bez dzieci to nie jest rodzina, a ślub cywilny
            to żaden ślub. Obie te kwestie wypowiedziały dwie bardzo bliskie mi
            osoby, wykształcone kobiety, pracujące całe życie zawodowo
            (lekarki), które zetknęły się z niejedną ludzką tragedią, osoby
            wierzące, ale nie dewotki - jednym słowem takie, po których można
            się spodziewać pewnej elastyczności poglądów. Te słowa o dzieciach i
            małżeństwie nie były skierowane do mnie, ale bardzo mnie zabolały bo
            uświadomiłam sobie w jak trudnej sytuacji znalazłabym się, gdybym
            była obecnie parę lat starsza - nie mogłabym np myslec o ślubie
            kościelnym bo mój chłopak jest innego wyznania i dla mnie naturalnym
            kompromisem jest w takiej sytuacji ślub cywilny. A ty wygląda na to,
            że gdyby mi przyszło do głowy zalegalizować związek miałabym problem
            nie tylko z jego ale i ze swoją rodziną.
            • tygrys2112 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 16:41
              Kiedyś słyszałam hipotezę, że jest to częstsze w przypadku kobiet.
              Kobiety robią podobno bardziej liberalne wrażenie, ale są to
              niekiedy pozory, co wychodzi na jaw, kiedy przyjdzie do ich własnej
              rodziny. Np "Ja nie jestem rasistką, ale spróbuj się ożenić z
              Japończykiem"
              • ginny22 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 21:18
                > Np "Ja nie jestem rasistką, ale spróbuj się ożenić z Japończykiem"

                Nie spotkałam się z teorią, że to zalezy od płci. Pamietam za to, że
                tolerancję wobec "innych" mierzy się na skali - pytanie, "Czy zgodził
                (a)byś się, by Twój syn/Twoja córka związał(a) się z...", jest tam
                jako ostatnie - tzn. oznacza najwyższy poziom tolerancji.
            • jottka Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 16:50
              ding_yun napisała:

              > osoby wierzące, ale nie dewotki - jednym słowem takie, po których można się
              spodziewać pewnej elastyczności poglądów.


              ding_yun, ale ty mylisz trochę pojęcia - jeśli ktoś wyznaje religię iks, to
              trudno się po nim spodziewać, że zaakceptuje złamanie jej istotnych zasad w
              odniesieniu do siebie lub swoich bliskich. dla wyznawcy dowolnej religii
              chrześcijańskiej prawdziwy ślub to ten zawarty w kościele, natomiast to, że
              dopuszczają, że inni żyją według innych zasad, nie ma z tym nic wspólnego. to
              nie jest ani liberalizm, ani dewocja, bo co niby mogliby zrobić? pozabijać
              innowierców?:)

              a w odniesieniu do różnych wyznań to istnieją w wielu wypadkach śluby
              międzywyznaniowe, więc może sprawdź swoje szanse, skoro ci zależy:)
              • ding_yun Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 17:35
                jottka napisała:

                > ding_yun, ale ty mylisz trochę pojęcia - jeśli ktoś wyznaje
                religię iks, to
                > trudno się po nim spodziewać, że zaakceptuje złamanie jej
                istotnych zasad w
                > odniesieniu do siebie lub swoich bliskich. dla wyznawcy dowolnej
                religii
                > chrześcijańskiej prawdziwy ślub to ten zawarty w kościele,
                natomiast to, że
                > dopuszczają, że inni żyją według innych zasad, nie ma z tym nic
                wspólnego. to
                > nie jest ani liberalizm, ani dewocja, bo co niby mogliby zrobić?
                pozabijać
                > innowierców?:)

                Nie do końca. Chodzi mi o to, że w religii nie da się zawsze
                przestrzegać wszystkich zasad. Jeśli spotykają się i kochają dwie
                osoby różnych wyznań, każda z nich jest wierząca, to na ogół nie ma
                siły, aby każda z nich wypełniła dokładnie swoje przykazania. Dwóch
                ślubów nie da się wziąć, wzięcie ślubu tylko w jednym obrządku
                spowoduje, że jedna ze stron złamie swoje zasady, a ślub cywilny to
                znowuż nagięcie zasad obu religii - ale w moim odczuciu taki
                kompromis jest najbardziej naturalny. Dla mnie nie byłby to grzech i
                nie byłoby to złamanie zasad, a jedynie dostosowanie ich do pewnej
                konkretnej życiowej sytuacji. I taką elastyczność w myśleniu
                powinni, moim zdaniem, reprezentować zdroworozsądkowi wierzący
                ludzie.


                > a w odniesieniu do różnych wyznań to istnieją w wielu wypadkach
                śluby
                > międzywyznaniowe, więc może sprawdź swoje szanse, skoro ci zależy:)

                Póki co to temat ślubu wydaje mi się niesłychanie odległy, trudno
                nawet przewidzieć czy kiedykolwiek go wezmę i z kim koniec końców.
                Problem jest więc nieco wydumany, ale taka refleksja mnie naszła i
                chciałam się nią podzielić :)
              • lezbobimbo Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 17:56
                jottka napisała:
                >dla wyznawcy dowolnej religii
                > chrześcijańskiej prawdziwy ślub to ten zawarty w kościele,

                Heh heh.. i pomyslec, ze dopiero od 13 wieku, po któryms soborze ;P Przedtem
                slub wcale nie byl zadnym sakramentem, tylko cywilnym kontraktem
                miedzyrodzinnym, a krzescijanski kosciól sie wrecz od tego odzegnywal, bo takie
                to swieckie i nieprzystojne bylo ;P
    • szprota Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 15:27
      Po mojemu: jeśli ktoś stwierdza, że nie jest w stanie podołać rodzicielstwu, chyba lepiej, by odszedł, dał pola tym, którzy są w stanie dziecku zapewnić miłość.
      Dlatego i mnie nie bulwersują historie kobiet, które zrzekają się praw do dziecka po urodzeniu (albo i przed - nie wiem, na ile jest to realne, ale widywałam w amerykańskich filmach historie, że przyszła matka zastępcza zaprzyjaźnia się z biologiczną, gdy ta jeszcze jest w ciąży). Jestem przekonana, że to nigdy nie jest łatwa decyzja.
      • dakota77 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 15:32
        U nas tez ponoc jest legalna, choc malo popularna i spotykajaca sie z roznymi
        reakcjami i przeszkodami adopcja ze wskazaniem. Matka mzoe przekazac przd sadem
        prawa do dziecka komus konkretnemu, np. przyjaciolce. Dziecko nie trafia wtedy
        do domu dziecka. Moim zdaniem super. Przeciwnicy tej metody jednak wida w niej
        pole do handlu dziecmi.
        • szprota Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 15:50
          Przy tak rozwiniętych i przebogatych procedurach adopcyjnych jak w naszym kraju o handel dziećmi bym się akurat nie martwiła. Skoro przybrani rodzice muszą czasem czekać rok na dziecko z domu dziecka...
      • croyance Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 20:10
        Ciekawym faktycznie aspektem tej sprawy jest rola i prawa ojca,
        takze do oddania dziecka i nieuczestniczenia w jego zyciu.
    • taria Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 17:00
      Wśród koleżanek mojej młodszej siostry jest taka sytuacja.
      Gimnazjalistka zaszła w ciążę, gdy dziecko się urodzi, matka akurat
      skończy 15 lat. Chłopak, osiemnastolatek, ma już wyrok w zawieszeniu
      za kradzież, ogólnie nie budzi zaufania. W mojej ocenie nie zwiał na
      wieść o ciąży tylko dlatego, że rodzina dziewczyny obiecała, że nie
      poda go do sądu za współżycie z nieletnią. Dziewczynka nie chodzi do
      szkoły, bo "koleżanki się z niej śmieją", może od nowego semestru
      dostanie nauczanie indywidualne. Po urodzeniu dziecka też pewnie nie
      wróci, bo kto zaopiekuje się niemowlakiem, skoro samotna babcia jest
      jedyną pracującą osobą w rodzinie. Ogólnie otoczenie bardzo naciska
      na dziewczynkę, żeby jak tylko skończy 16 lat wydać ją za ojca
      dziecka, bo przecież maluch powinien mieć ojca.

      Gdy w jakiejś międzysąsiedzkiej dyskusji zaproponowałam, że
      najrozsądniejszym rozwiązaniem dla dziewczyny byłoby zrzeczenie się
      zaraz po porodzie praw rodzicielskich (prawo do opieki nad dzieckiem
      pewnie z urzędu przypadłoby babci) i oddanie maleństwa do adopcji,
      żostałam zakrzyczana i nazwana wyrodną matką. Tlumaczenie, że mam na
      uwadze również dobro dziewczynki, która wciąż jest dzieckiem, ma
      prawo do skończenia edukacji, świadomego wyboru partnera życiowego
      (nie mówcie mi, że 14latka wie, z kim chce przeżyć całe dorosłe
      życie) zostało skwitowane - "skoro umiała d... dać, to niech teraz
      dzieciaka chowa".

      A wy jak sądzicie? Dziewczynka jest całkiem inteligentna i zaradna,
      na tyle, na ile to w tym wieku możliwe, stateczna i odpowiedzialna.
      Po tym, jak opiekuje się młodszą siostrą widać, że poradziłaby sobie
      z pielęgnacją niemowlaka, jednak obawiam się, że obarczenie jej w
      tym wieku odpowiedzialnością za wychowanie dziecka nie wpłynie
      pozytywnie ani na jej przyszłość, ani synka.
      • dakota77 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 17:08
        Wiesz, szczerze mowiac nie jestem przekonana do koniecznosci zrzeczenia sie
        przez dziewczyne praw rodzicielskich. Teraz jest bardzo mloda, na pewno
        potrzebuje wsparcia doroslych. Ale przeciez kiedys dorosnie i moze okazac sie
        dobra matka. Znam 16-letnie dziewczyny, ktore urodzily dziecko i jakos sobie
        daly rade ze skonczeniem szkoly i wychowaniem dziecka. Nie ma co odbierac
        dziewczynie na to szansy.
        Ale zdecydowanie jestem za umozliwieniem skonczenia jej szkoly, chocby z
        opoznieniem. No i jestem zdecydowana przeciwniczka slubu ze wzgledu na dziecko.
        Niech tatus placi, co ma placic, niech pomaga matce w opiece nad dzieckiem, ale
        po co ich zmuszac do malzenstwa? Moze on sie sie nadaje na ojca i meza? Moze ona
        za pare lat spotka faceta, ktory dla dziecka bedzie lepszym ojcem, a dla niej
        partnerem?
        • taria Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 17:31
          Wiesz, ja bym nie sugerowała w ogóle takiego rozwiązania, gdybym nie
          miała poczucia, że ta koleżanka siostry nie ma ze strony
          najbliższych (mamy, ciotek) prawdziwego wsparcia, za to ogromną
          chęć, żeby ją szybciutko wydać za mąż, i właśnie to ostatnie mnie
          przeraża. Wcale nie uważam, że byłaby złą matką (to bardzo
          sympatyczna, wcale nie "zdemoralizowana" dziewczyna), tylko boję
          się, że będzie w swoich zmaganiach zupełnie sama.
          • nessie-jp Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 17:36
            Abstrahując od wszystkiego innego, szczytem świństwa jest niepowiadomienie
            prokuratury o ustawowym gwałcie na nieletniej... Przecież ten facet chyba był
            już pełnoletni w momencie, kiedy szedł do łóżka z 14-latką? Jak można komuś
            takiemu zaufać i jeszcze zachęcać do ślubu?
            • taria Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 17:45
              Tak, był pełnoletni. I z tego, co się orientuję to jest przestępstwo
              ścigane z urzędu. Jednak co rodzinie przyjdzie z wpychania chłopaka
              do więzienia (a pójdzie na pewno, bo ma już wyrok w "zawiasach"),
              teraz przynajmniej jakoś materialnie ją wspiera, deklaruje chęć
              ożenku itp.
              • nessie-jp Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 17:50
                > Jednak co rodzinie przyjdzie z wpychania chłopaka
                > do więzienia (a pójdzie na pewno, bo ma już wyrok w "zawiasach"),
                > teraz przynajmniej jakoś materialnie ją wspiera,

                Ale z czego ją wspiera? Pracuje? Jeśli trafi do więzienia, to ona będzie
                dostawała stałe alimenty "z urzędu". Czy w ogóle orzeczono wobec niego ojcostwo?
                Bo jeśli nie, to za 5 minut on ją może przestać wspierać i tyle.

                W ogóle najlepszym rozwiązaniem byłaby adopcja wnuczki przez babcię jako
                kolejnej córki i rozpoczęcie życia gdzieś na nowo, z daleka od jakże życzliwych
                sąsiadów
        • tygrys2112 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 15:57
          Popieram w pełni Twoje zdanie, Dakoto
      • sir.vimes Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 17:26
        Ja sądzę, że niepotrzebnie zmuszono ja do urodzenia tego dziecka. Chyba, że ona
        chce mieć dziecko? Jeżeli chce - no to ciężko oczekiwać, że je odda. Nielogiczne
        to by było.
        Ale nie rozumiem czemu - jeżeli tylko babcia pracuje - ktoś nie może zajmować
        się dzieckiem by dziewczynka mogła normalnie uczęszczać do szkoły.
        Co do ojca dziecka- nie pojmuję jak można własne dziecko wpychać w ramiona kogoś
        takiego. Wpadka? No, stało się, ale czemu ma być ukarana związkiem z
        niezachęcającym , ze tak powiem, typem?

        Miałam znajomą w podobnej sytuacji - rok starszą , dziecko z facetem 30 letnim.
        Rodzina właściwie z zachwytem zmusiła ją do przeprowadzki do niego a gdy, jako
        ofiara przemocy, chciała wrócić do matki, dowiedziała się, że jej pokój będzie
        wynajęty, więc nie ma dokąd wracać! na koniec jednak się opamiętali (facet był
        agresywny także w stosunku do maleństwa) i przyjęli ją do domu. Po drodze jednak
        wiele się działo, łącznie z epizodem zarabiania w wiadomy sposób.

        Nie masz więc będzie ci odebrane - ot, tak mogę to skwitować.

        Znam też dziewczynę z bardzo wykształconej i zamożnej rodziny, która urodziła w
        wieku lat 15 - opuściła jeden rok w szkole, skończyła studia, ojciec dziecka
        zniknął i nikt się nim nie interesował. Nie było tam postawy "umiała dać to
        niech za karę wychowuje" tylko pełne wsparcie i w efekcie możliwość
        samodzielności i niezależności.


      • kkokos Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 17:27
        >>>>"skoro umiała d... dać, to niech teraz
        dzieciaka chowa".

        to strasznie mściwe jest stwierdzenie. córka nas zawiodła i
        wystawiła na pośmiewisko przed sąsiadami, którzy teraz gadają; jak
        ja, matka, mam się teraz pokazać w warzywniaku, którego właścicielka
        i moje sąsiadki się ze mnie, matki, natrząsają, że nie upilnowałam,
        a z mojej córki, że latawica i czy to na pewno dziecko tego
        chłopaka, a bo to wiadomo, dała jemu, to innym też pewnie dawała. no
        to skoro gówniara taki wstyd na rodzinę sprowadziła, to niech teraz
        ma. i niech zobaczy. żeby sobie nie myślała.

        • taria Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 17:37
          To akurat nie jest stwierdzenie przyszłej babci, tylko właśnie
          sąsiadek, które mają córki w podobnym wieku i liczą na to, że los
          dziewczyny stanie się przestrogą dla ich pociech, żeby się "bardziej
          szanowały". Taki podświadomy strach: Boże, a jeśli i naszą rodzinę
          to spotka!
          • sir.vimes Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 18:16
            A to jest straszne - ten brak współczucia dla dziecka. Bo to jest dziecko ,
            przede wszystkim.

            zresztą, ja nie rozumiem czemu wpadka jest taką hańbą, do dziś - natomiast
            idiotyczny ślub z recydywistą i schrzanienie córce życia przez brak dostępu do
            szkoły hańbą nie jest. Czemu?
      • jadwiga1350 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 21:25
        Dziewczynka jest całkiem inteligentna i zaradna,
        > na tyle, na ile to w tym wieku możliwe, stateczna i odpowiedzialna

        To trochę dziwne, że taka inteligentna, odpowiedzialna dziewczynka
        nie wiedziała że skutkiem uprawiania seksu może być ciąża. No i to
        że zdecydowała się na seks z kimś tak nieodpowiedzialnym, mającym
        kłopoty z prawem? Trochę to może dziwić. Bo zakładam,przeczytawszy
        post, że to nie był żaden gwałt, tylko wszystko było za obopólną
        zgodą. Może się narażę innym forumowiczkom,ale napiszę szczerze, że
        według mnie ktoś kto czuje się dorosły do uprawiania seksu, powinien
        się też czuć dorosły do ponoszenia wszelkich związanych z tych
        konsekwencji. Łącznie z odpowiedzialnością za potomstwo. To nie może
        być tak,że uprawia seks, no bo już dorosła, ma prawo, ale jak się
        pojawia dziecko, to biedna mała dziewczynka, na którą trzeba dmuchać
        i chuchać. No i nie pozwolić żeby dziecko , Broń Boże, zmarnowało
        jej życie!
        Z tymi adopcjami to nie zawsze bywa tak różowo, jak na amerykańskich
        filmach. Wiele takich dzieci dorasta po prostu w domach dziecka,
        bezskutecznie oczekując aż ktoś je przygarnie.
        Najlepiej by było żeby ta dziewczynka wychowywała dziecku przy
        pomocy rodziny. To się przecież teraz często zdarza. I trochę mnie
        dziwi,ze rodzina tak pcha ją do małżeństwa z ojcem dziecka. Naprawdę
        chcą mieć za zięcia smarkacza z kryminalną przeszłością? Dziwni
        ludzie.
        • sir.vimes A czemu pozwolić by zmarnowano jej zycie? 29.01.09, 21:45
          I czemu uważasz, że tylko nieinteligentnym ludziom zdarzają się wpadki?

          > To trochę dziwne, że taka inteligentna, odpowiedzialna dziewczynka
          > nie wiedziała że skutkiem uprawiania seksu może być ciąża. No i to
          > że zdecydowała się na seks z kimś tak nieodpowiedzialnym, mającym
          > kłopoty z prawem? Trochę to może dziwić.
          • croyance Re: A czemu pozwolić by zmarnowano jej zycie? 29.01.09, 22:02
            Ja jestem, jak sadze, istota inteligentna, ale mam niska samoocene,
            ktora to wiele razy w przeszlosci pchala mnie do zdumiewajaco
            nieodpowiedzialnych i ponizajacych wrecz dla mnie zachowan na lini
            damsko-meskiej. W takich relacjach to i doktorat nie pomoze, a co
            dopiero, jak ma sie 15 lat.
            • croyance Re: A czemu pozwolić by zmarnowano jej zycie? 29.01.09, 22:02
              Czlowiek moze wiedziec, ze robi glupio, ale tak potrzebuje milosci,
              ze placi kazda cene.
              • szprota Re: A czemu pozwolić by zmarnowano jej zycie? 29.01.09, 22:37
                Może nie tyle nawet miłości sensu stricto, co poczucia bycia zaakceptowanym bezwarunkowo.
                • croyance Re: A czemu pozwolić by zmarnowano jej zycie? 29.01.09, 22:38
                  Albo w ogole, uzyskac troche ciepla, nawet takiego tombakowego. I
                  czlowiek wie, ze glupio robi, ze zle, ze nic dobrego z tego nie moze
                  wyniknac, ale jest tak spragniony, ze wypije nawet slona wode.
                  • szprota Re: A czemu pozwolić by zmarnowano jej zycie? 29.01.09, 22:42
                    No - klasyka przy niskiej samoocenie. Człowiek wątpi w siebie, dlatego buduje swoją wartość zabiegając o to ciepło czy namiastkę uczucia. I, co gorsza, nadal wątpi. Ech.
                    • croyance Re: A czemu pozwolić by zmarnowano jej zycie? 29.01.09, 22:52
                      No, kicha. A najciekawsze, ze kiedy to sie dzieje, czlowiekowi wcale
                      sie nie wydaje, ze robi to z desperacji, ma wrecz poczucie wladzy i
                      mocy.

                      Mnie juz lepiej, teraz to czasami mi sie odbija czkawka jak mam zly
                      dzien (nie mowie, ze mam samoocene wysoka, ale jak wszystkie sie
                      dobrze toczy, to jest stabilnie) - ale jak sobie przypomne, co
                      wyrabialam jako osoba juz dorosla, to mi wlosy deba staja na glowie.
                      • szprota Re: A czemu pozwolić by zmarnowano jej zycie? 29.01.09, 23:01
                        Ja sobie to jakoś buduję. W najgorszym razie siadywam na tyłku i spisuję na kartce swoje zady i walety. Zalet ostatnio jednakowoż jakby więcej.
                        Z tym poczuciem mocy to święta prawda i skądinąd szalenie ciekawy wątek.
                        • croyance Re: A czemu pozwolić by zmarnowano jej zycie? 29.01.09, 23:26
                          Ja odkrylam, ze jak sie ma jakies mierzalne osiagniecia, to trudniej
                          jest wmawiac sobie, ze jest sie do niczego: wyjmuje wtedy czlowiek
                          swoje, na przyklad, publikacje, albo zdjecia slubne - i mysli sobie:
                          wszystko prawda, czuje sie fatalnie, ale JEDNAK nie jestem taka
                          zupelnie do kitu, bo sa fizyczne dowody na to, ze jest przeciwnie.
                          • yowah76 Re: A czemu pozwolić by zmarnowano jej zycie? 30.01.09, 00:03
                            Mnie moja niska samoocena jakos nie pchala w niczyje watpliwe
                            ramiona, raczej nie uwierzykabym.
        • sir.vimes I jeszcze pytanie 29.01.09, 21:48
          uważasz, ze nastolatka w ciąży z kryminalistą to nie jest biedne dziecko?
          • mama_kotula Re: I jeszcze pytanie 29.01.09, 21:53
            Ja napiszę krótko i zwięźle, rzecz generalnie niepopularną - zmuszanie nastolatki do urodzenia i wychowania dziecka za wszelką cenę, bo "jak umiała dać, to teraz niech ponosi konsekwencje" to wg mnie czysty sadyzm i czysta bezmyślność.

            Macierzyństwo jako kara? Sorry, może mam prosty sposób myślenia, ale w głowie mi się nie mieści.
            • sir.vimes Ja właśnie kompletnie nie rozumiem 29.01.09, 22:20
              czemu to jest myśl niepopularna.

              rzecz generalnie niepopularną - zmuszanie nastolat
              > ki do urodzenia i wychowania dziecka za wszelką cenę, bo "jak umiała dać, to te
              > raz niech ponosi konsekwencje" to wg mnie czysty sadyzm
              • mamapodziomka Re: Ja właśnie kompletnie nie rozumiem 29.01.09, 22:26
                No dobrze, to chcesz ukarac nastolatke za niemorlanie prowadzenie.

                A za co chcesz ukarac to dziecko??
                • sir.vimes Re: Ja właśnie kompletnie nie rozumiem 29.01.09, 22:38
                  Ja chcę?
              • mama_kotula Re: Ja właśnie kompletnie nie rozumiem 29.01.09, 22:50
                Cytat
                czemu to jest myśl niepopularna.


                No co ty, na ematce nie bywasz? :P

                Tak takie różne panie dziobami kłapały w jednym wątku o nastolatce, nawet pamiętam, która najbardziej - że odpowiedzialność, panie tego, jak się dupy daje na prawo i na lewo, to trzeba ponieść konsekwencje itp., jak się nie zabezpieczyło i myślało się narządem to trzeba też konsekwencje, generalnie odpowiedzialność, konsekwencje, odpowiedzialność, konsekwencje, odpowiedzialność i tak sobie można kłapać dalej.

                I bardzo wiele osób niestety znam, które tak uważają. Że jak młodociana rozłożyła uda, to trzeba teraz ją udupić dożywotnio, ją ukarać macierzyństwem (i jak ona ma uważać macierzyństwo za coś pozytywnego, skoro dla niej jest to KARA z definicji?), a dziecko matką, która traktuje macierzyństwo jako karę.

                No sielanka po prostu. Ale za to konsekwentnie odpowiedzialna.
                • sir.vimes Re: Ja właśnie kompletnie nie rozumiem 29.01.09, 22:56
                  pamiętam kilka takich wątków - a wszystkie równie przerażające.

                  I wizja macierzyństwa jako kary przeraża. Nawet jeśli się ładnie karę nazywa
                  "konsekwencją".
        • nessie-jp Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 21:55
          > To trochę dziwne, że taka inteligentna, odpowiedzialna dziewczynka
          > nie wiedziała że skutkiem uprawiania seksu może być ciąża. No i to
          > że zdecydowała się na seks z kimś tak nieodpowiedzialnym,

          Dlatego właśnie prawo traktuje nakłanianie dziecka do seksu jako gwałt. Dorosły
          potrafi przekonać nawet mądre i zrównoważone dziecko do najróżniejszych
          zachowań, które nie są ani mądre, ani poważne. Dramat zaczyna się wtedy, gdy to
          dziecko musi ponieść konsekwencje okrucieństwa i bezmyślności dorosłego.
        • mamapodziomka Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 21:56
          W domach dziecka sa dzieci tylko i wylacznie z nieuregulowana sytuacja prawna.
          Jesli dziewczyna zrzeknie sie praw od razu po porodzie dziecko nigdy nie trafi
          do domu dziecka. Dziecko ze zrzeczeniem, nawet dosc ciezko chore trafi do
          adopcji zagranicznej.

          Czas oczekiwania na niemowle w Polsce juz znacznie przekroczyl 2 lata i
          wiekszosci miast jest nawet ok. 3 lat. Co i tak jest niczym w porownaniu ze
          "zgnilym" zachodem, gdzie na jedno dziecko przypada ok. 25 par rodzicow
          adopcyjnych. Nie wiem, ale dla mnie to chyba by jednak byla jakas ulga wiedziec,
          ze dziecko zostanie adoptowane od razu i ze ogromna wiekszosc rodzicow
          adopcyjnych to naprawde swietni, kochajacy rodzice.

          Karanie dziecka byciem wychowywanym przez nieudolna matke, ktora nie ma wcale na
          to ochoty, tylko dlatego, ze skoro byla dosc dorosla, zeby uprawiac seks to
          teraz niech nianczy byloby dla mnie nie do przyjecia. Pominawszy fakt, ze jesli
          faktycznie mala miala 14 lat, to ustawowo nie miala prawa do decydowania o
          podjeciu wspolzycia i wine ponosi pelnoletni facet. Mozna sie z tym nie zgadzac,
          ale takie jest prawo.

          Inna sprawa, ze z pewnoscia nie nalezy jej namawiac do oddania dziecka do
          adopcji. Ta decyzja nalezy do niej i nikt nie pwoinien wywierac nacisku, bo
          takie zrzezczenie wbrew woli moze chyba wyrzadzic jeszcze wiecej szkody, niz
          problemy z wychowywaniem malucha.
        • morja13 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 22:03
          > Może się narażę innym forumowiczkom,ale napiszę szczerze, że
          według mnie ktoś kto czuje się dorosły do uprawiania seksu, powinien
          się też czuć dorosły do ponoszenia wszelkich związanych z tych
          konsekwencji. Łącznie z odpowiedzialnością za potomstwo. To nie może
          być tak,że uprawia seks, no bo już dorosła, ma prawo, ale jak się
          pojawia dziecko, to biedna mała dziewczynka, na którą trzeba dmuchać
          i chuchać. No i nie pozwolić żeby dziecko , Broń Boże, zmarnowało
          jej życie!

          No ja jakoś właśnie nie kumam tej postawy "Jak zrobiłaś coś tam, to
          teraz płać za to i cierp" (łagodniejsza wersja "Jak umiała dać dupy,
          to niech sobie radzi"), rzecz ciekawa, że to podejście najczęściej w
          odniesieniu do seksu się stosuje, tak jakby ciąża i wychowanie
          dziecka miały być jakąś karą za jego uprawianie. Uważam, ze to
          okrutne i mściwe, zwłaszcza w zastosowaniu do 15-letniej
          dziewczynki. Zresztą co byś proponowała? Zeby jej to dziecko życie
          zmarnowało, czy jak?
          • croyance Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 22:07
            A najciekawsze, ze jak dorosla osoba 'wpadnie' - co sie moze
            zdarzyc, nagle zmienia jej sie perspektywa i uzala sie nad soba i
            losem. Ale corka - umiala zajsc, to niech rodzi!
          • jadwiga1350 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 22:32
            Nie wiem jak można uważać, że niewinne dziecko komukolwiek życie
            zmarnuje. Czy ktoś z nas chciałby kiedykolwiek usłyszeć, że
            zmarnował swojej matce życie przez sam fakt tego że się po prostu
            pojawił na tym świecie? To straszne! Przecież dzieci same się nie
            proszą na ten świat. Nie można dziecka traktować jak jakiegoś
            potwora który spada jak piorun z jasnego nieba żeby swojej biednej,
            niewinnej matce zmarnować życie.
            Nie wiem jak można uważać, że dziecko jest karą za coś. Nowy
            człowiek pojawiający się na tym świecie jest karą za coś tam???
            Dziecko nie jest żadną karą tylko normalną konsekwencją uprawiania
            seksu. Uprawiałam seks więc zaszłam w ciążę, to chyba normalne. A
            jeśli dla kogoś dziecko to tylko intruz, który marnuje życie matce,
            to zawsze można zastosować antykoncepcję, albo seksu po prostu nie
            uprawiać.
            Nie rozumiem jak można mówić że ktoś jest zmuszony do urodzenia
            dziecka. To jak to , ktoś na siłę wepchnął dziewczynie do macicy
            ludzki płód, a ona biedna, niewinna, musi teraz to dziecko urodzić??
            To dziecko to przecież konsekwencja takiego a nie innego czynu
            matki, a nie pasożyt, nie wirus który zaatakował organizm i teraz
            biedaczka "musi" rodzić.
            Jeśli ta czternastoletnia dziewczynka ma zmarnowane życie, to jest
            to jej wina. A nie wina jej nienarodzonego dziecka. To dziecko
            naprawdę niczemu nie jest winne.
            Rozumiem,że ta dziewczynka jest teraz w trudnej sytuacji, ale jakoś
            trudno mi traktować ją jako biedną, niewinną ofiarę.
            Czternastoletnie dziewczynki powinny zajmować się nauką, a nie
            uprawianiem seksu. A jeśli która sięga po coś co jest zarezerwowane
            dla dorosłych kobiet to niech też ponosi konsekwencje jak dorosła
            kobieta. Uprawiała seks więc jest w ciąży, to jest fakt, a nie jakaś
            tam kara, nieszczęście, czy zmarnowane życie!
            • croyance Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 22:37
              Zgadzam sie, ze dziecko nie jest tu winne: ale nie rozumiem, czemu
              obciazasz dziewczynke. Moze byc ofiara, i sytuacja moze jej
              pokrzyzowac zycie - co nie znaczy, ze winne jest dziecko.
            • mamapodziomka Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 22:38
              No dobrze, ale abstrahujac od tematu aborcji, to dlaczego to dziecko
              pietnastolatki ma wychowywac sie u niej (jesli ona tego zueplnie, totalnie nie
              chce) a nie u rodzicow adopcyjnych, ktorzy nie marza o niczym innym jak o tym
              dziecku??

              Dla kogo byloby to z pozytkiem?
              Dla dziecka?
              Dla tej nastolatki?
              Dla rodzicow adopcyjnych??

              Ja po prostu nie widze tutaj ani jednej osoby, ktora na tym korzysta.
              • szprota Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 22:39
                Sąsiadki skorzystają. Będą się pławić w przekonaniu, że "dostała nauczkę".
            • sir.vimes Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 22:40
              Czy ktoś z nas chciałby kiedykolwiek usłyszeć, że
              zmarnował swojej matce życie przez sam fakt tego że się po prostu
              pojawił na tym świecie?

              No właśnie nie. Każde dziecko am prawo przyjść na świat i być wychowywane z
              miłością. Dlatego zmuszanie kogoś kto nie chce do rodzenia dziecka jest podłe.
              • jadwiga1350 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:06
                Dlatego zmuszanie kogoś kto nie chce do rodzenia dziecka jest podłe.
                >
                >

                Jestem bardzo ciekawa na czym ta podłość i to zmuszanie polega.
                Wkłada się komuś siłą zarodek do macicy i zmusza do rodzenia??
                • sir.vimes Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:10
                  Dobrze wiesz na czym polega. Nie chce mi się ab ovo pewnych tematów wałkować.
                  • szprota Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:14
                    A ja myślę, że Jadwiga nie wie. Dla niej dziecko to cud życia i bezwzględna radość, którą musi odczuwać także dziecko, które udało się wmanewrować w rolę matki.
                    Ok, uprawiała seks. Ok, następstwem seksu mogą być dzieci. Ale do licha, nie muszą. I jeśli kobieta (a czternastolatka jest kobietą wyłącznie fizycznie) nie chce być matką, powinna mieć do tego pełne prawo. Nie za cenę życia dziecka. Ale także nie za cenę swojego.

                    Poza tym, rzeczywiście: cóż Ci, droga Jadwigo, dziecko winne? Naprawdę chcesz, by wzrastało niechciane, czy może jednak przyznasz, że chyba byłoby lepiej, gdyby trafiło do rodziców, którzy je pokochają?
                    • sir.vimes Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:19
                      Naprawdę chcesz,
                      > by wzrastało niechciane, czy może jednak przyznasz, że chyba byłoby lepiej, gdy
                      > by trafiło do rodziców, którzy je pokochają?

                      Albo by młodociana matka w spokoju skończyła szkołę i dorosła w otoczeniu
                      dającym jej miłość i oparcie?
                    • jadwiga1350 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:30
                      > A ja myślę, że Jadwiga nie wie.

                      Masz rację. Nic nie wiem o "zmuszaniu".

                      Dla niej dziecko to cud życia i bezwzględna rad
                      > ość,

                      nie zawsze radość, ale zawsze mały niewinny człowieczek za którego
                      trzeba być odpowiedzialnym.

                      które udało się wmanewrować w rolę matk
                      > i.
                      Nikt nikogo nie wmanewrował.

                      > Poza tym, rzeczywiście: cóż Ci, droga Jadwigo, dziecko winne?
                      Naprawdę chcesz,
                      > by wzrastało niechciane, czy może jednak przyznasz, że chyba
                      byłoby lepiej, gdy
                      > by trafiło do rodziców, którzy je pokochają?

                      Ale z postu Tiary wcale nie wynika że ta czternastolatka chce
                      dziecko oddać do adopcji. Ja w każdym bądź razie niczego takiego nie
                      wyczytałam
                      • taria Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 30.01.09, 13:21
                        Jako autorka podwątku odpowiadam i staram się wyjaśnić wątpliwości.
                        Nie pisałam, że dziewczynka chce oddać dziecko do adopcji, bo nie
                        chce, a w każdym razie nikt z nią na poważnie o tym nie porozmawiał.
                        Namawia się ją za to bardzo usilnie do zamieszkania z rodziną ojca
                        dziecka (a JA o tej rodzinie zbyt dobrej opinii nie mam) i ślubu w
                        najszybszym możliwym terminie. Jak dla mnie takie rozwiązanie jest
                        najgorsze z możliwych - zdecydowanie lepiej byłoby dla niej, gdyby
                        mogła zostać z matką i młodszą siostrą, jednak przy tym rozwiązaniu
                        zdecydowanie trudniej będzie jej skończyć gimnazjum, a o dalszej
                        nauce i zdobyciu zawodu będzie można myśleć dopiero w odległej
                        przyszłości.
                        Mój post był generalnie o tym, że są sytuacje, w
                        których "porzucenie" dziecka jest opcją, która może przynieść więcej
                        pożytku zarówno maleństwu, jak i jego obojgu, niezbyt do
                        wychowywania dziecka przygotowanym w tej chwili rodzicom.
                        Z tego, co wiem, jeśli matka jeszcze przed porodem rozważa chęć
                        pozostawienia dziecka w szpitalu, zazwyczaj zaraz po urodzeniu
                        trafia ono do rodziny zastępczej, a po upływie ustawowego czasu
                        na "rozmyślenie się matki" znajduje dom, w którym jest oczekiwane i
                        kochane. Dużo trudniej jest dziecku, którego matka po kilku
                        miesiącach czy latach orientuje się, że nie jest w stanie go
                        wychowywać i oddaje do Domu Dziecka.

                        Jeśli chodzi o to, że "dziecko zmarnuje życie matki", to jest to
                        oczywista nieprawda, choć bardzo często jest tak, że kobieta winę za
                        własne błędy życiowe przerzuca na dziecko. Wciąż pokutuje
                        przekonanie, że opieka nad dzieckiem to "poświęcenie" i po latach
                        zdarza się, że matka wyrzuca dziecku : "przez Ciebie nie skończyłam
                        studiów, straciłam okazję dobrej pracy, nie zwiedziłam świata itp."
                        Tymczasem taka sytuacja wynika nie z jednego zdarzenia typu "poszłam
                        do łóżka bez zabezpieczenia", tylko wielu codziennych decyzji typu:
                        poprosić nielubianą sąsiadkę o przypilnowanie malucha, gdy idę na
                        rozmowę kwalifikacyjną, czy nie; oddać dziecko na wychowanie babci
                        by wrócić na studia, czy zostać z nim dopóki nie pójdzie do
                        przedszkola; wyjść za mąż za ojca dziecka, czy nie fundować rodzinie
                        pijaka i kryminalisty itp. itd. Na te pytania nie ma jednej
                        obowiązującej odpowiedzi. Dlatego uważam, że sensowną rzeczą jest
                        również zadać sobie wcześniej pytanie: czy czuję się na siłach, by
                        dobrze wychować dziecko, którego nie planowałam, czy lepiej oddać je
                        w ręce osób, które (najprawdopodobniej) pragną go najbardziej na
                        świecie i spełniają psychologiczne i materialne warunki do jego
                        wychowania. Czy za dziesięć lat nie okaże się, że przerzucam na
                        dziecko frustracje w związku z niespełnieniem życiowych marzeń? A
                        może będzie tak, że przez całe życie będą mnie dręczyć wyrzuty
                        sumienia, że porzuciłam syna/córkę, który będzie mieć poczucie, że
                        własna matka się go wyrzekła. Dla mnie takie wątpliwości to też
                        dowód odpowiedzialności.

                        Na ogólny temat aborcji się nie wypowiadam. W tym konkretnym
                        przypadku mam uzasadnioną nadzieję, że urodzenie dziecka nie wpłynie
                        destrukcyjnie na zdrowie dziewczyny. Natomiast trauma związana z
                        zabiciem własnego dziecka (dziewczyna jest wierząca i zdecydowanie
                        tak to odbiera) byłaby chyba większa niż ostracyzm ze strony
                        sąsiadów z powodu chodzenia z brzuchem.
                • mama_kotula Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:12
                  Wiesz, Jadwigo - twoje argumenty są bardzo logiczne i bardzo racjonalne.
                  Człowiek popełnił błąd, człowiek musi ponieść konsekwencje. I tu w pełni działa
                  logika, zgadzam się.

                  Tylko, że życie i macierzyństwo czasem nijak nie podlega czystej logice.
                  • truscaveczka Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 30.01.09, 08:40
                    mama_kotula napisała:


                    > Człowiek popełnił błąd, człowiek musi ponieść konsekwencje. I tu w pełni działa
                    > logika, zgadzam się.
                    A to, ze dziewczyna odda dziecko i będzie musiała sie z tym jakoś pogodzić to
                    nie jest konsekwencja? Moze w głowie 14-latki to będzie ulga - ale założę się,
                    ze zawsze będzie pamiętała o oddanym dziecku. I to ją (miejmy nadzieję) nakłoni
                    do większej odpowiedzialnosci. Dla mnie zrzeczenie się praw rodzicielskich w
                    trudnej sytuacji osobistej, umożliwiające szybką adopcję malucha to HEROIZM i
                    szczyt odpowiedzialności za to dziecko. O wiele bardziej jest to odpowiedzialne
                    niż trzymanie dziecka w niewiadomojakich warunkach emocjonalnych i ogólnych.
                    Pamiętacie "magdę.doc" i "paulinę.doc" Marty Fox? Tam w ciążę zaszła młoda
                    dziewucha, która szukała w facecie tego, czego nie miała w swoim otoczeniu
                    rodzinnym - miłości, czułości, opiekuńczości, dobrego traktowania. Myślicie, że
                    14-latka stabilna emocjonalnie i mająca szczere kontakty z rodzicami sypia z
                    chłopakami i zachodzi w ciążę? Pokażcie mi 14-letnią mamę, która pochodzi z
                    takiego czułego i szczerego środowiska. Bo jakoś nie dowierzam w istnienie takowych.
                    • mama_kotula Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 30.01.09, 12:09
                      Cytat
                      Myślicie, że 14-latka stabilna emocjonalnie i mająca szczere kontakty z rodzicami sypia z chłopakami i zachodzi w ciążę? Pokażcie mi 14-letnią mamę, która pochodzi z takiego czułego i szczerego środowiska


                      Zgadzam się, choć nie generalizowałabym aż tak - natomiast jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że zdecydowana większość wczesnonastoletnich ciąż jest w rodzinach z zaburzonymi relacjami, brakiem kontaktu oraz w tzw. patologicznych czy dysfunkcyjnych.

                      Trus, pokaż ty mi lepiej stabilną emocjonalnie 14-latkę. :>
                • kaliope3 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:16
                  Twierdzenie że czternastolatka z racji szybszego dorastania dziewcząt jest jak
                  równa z równym z osiemnastolatkiem (do tego jak wiemy o nieciekawej już
                  przeszłości) to jakieś przerażające nieporozumienie albo myślenie zimne,mściwe i
                  rodem z jakiegoś koła dewocyjnego. Jak można tak uogólniać? Czternastolatka może
                  być wyjątkowo rozwiniętą intelektualnie dziewczyną i jednocześnie kompletnie
                  zagubionym emocjonalnie dzieckiem. Osiemnastolatek może mieć już bardzo bogate
                  doświadczenie ogólnożyciowe, w tym z kobietami. Na litość boską,trochę empatii a
                  nie zawziętości bo dziewczyna nie dochowała czystości przedmałżeńskiej.
                  • jadwiga1350 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:22
                    Przeczytaj dokładnie moje wypowiedzi a potem dopiero komentuj!
                    Jakie koło dewocyjne?
                    Jaka czystość przedmałżeńska?
                    Jak mściwość?
                    Chyba coś Ci się pomieszało i poplątalo!
                    • kaliope3 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:33
                      "Nie rozumiem jak można mówić że ktoś jest zmuszony do urodzenia
                      dziecka. To jak to , ktoś na siłę wepchnął dziewczynie do macicy
                      ludzki płód, a ona biedna, niewinna, musi teraz to dziecko urodzić??
                      To dziecko to przecież konsekwencja takiego a nie innego czynu
                      matki, a nie pasożyt, nie wirus który zaatakował organizm i teraz
                      biedaczka "musi" rodzić.
                      Jeśli ta czternastoletnia dziewczynka ma zmarnowane życie, to jest
                      to jej wina. A nie wina jej nienarodzonego dziecka. To dziecko
                      naprawdę niczemu nie jest winne.
                      Rozumiem,że ta dziewczynka jest teraz w trudnej sytuacji, ale jakoś
                      trudno mi traktować ją jako biedną, niewinną ofiarę.
                      Czternastoletnie dziewczynki powinny zajmować się nauką, a nie
                      uprawianiem seksu. A jeśli która sięga po coś co jest zarezerwowane
                      dla dorosłych kobiet to niech też ponosi konsekwencje jak dorosła
                      kobieta. Uprawiała seks więc jest w ciąży, to jest fakt, a nie jakaś
                      tam kara, nieszczęście, czy zmarnowane życie!"

                      Wybacz,ale dla mnie ten tekst o rzekomej niewinności i sięganiu sobie po rzeczy
                      zarezerwowane dla dorosłych kobiet podczas gdy powinno się wyłącznie o nauce
                      myśleć jest nacechowany takim właśnie surowym,"dewocyjnym" (jak sobie pozwoliłam
                      napisać) sposobem myślenia.
                      Nie ma zmiłuj się boś seks uprawiała,tak byłaś do tego dorosła to teraz bierz na
                      siebie odpowiedzialność za własną rozpustę.
                      Swego czasu na lekcjach religii w podstawówce wtłaczano nam do głów 2 razy w
                      tygodniu czym się może skończyć takie nieczyste postępowanie i jaką hańbą jest
                      przedślubna ciąża. W tej, jak wielu podobnych sprawach zresztą cały ciężar
                      odpowiedzialności spada na te "dojrzałe" czternastolatki.
            • nessie-jp Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 22:42
              > Nie wiem jak można uważać, że dziecko jest karą za coś.

              No więc właśnie nikt w tym wątku nie wie. Wszystkie przecież piszemy, że w
              głowie się nie mieści, żeby macierzyństwo traktować jako karę za seks.

              > Czternastoletnie dziewczynki powinny zajmować się nauką, a nie
              > uprawianiem seksu.

              Ba. Na tej samej zasadzie można obwiniać każdą ofiarę. Ze nie powinna chodzić po
              mieście (toby nie wpadła pod samochód), że nie powinna jadać w McDonaldzie (toby
              nie zachorowała na salmonellę), że nie powinna biegać w klubie sportowym (toby
              sobie nogi nie złamała).

              Rzecz w tym, że dorosły mężczyzna nakłonił dziecko do seksu. Nie widzisz w tym
              nic złego? Przypomnij sobie siebie w tym wieku.
              • jadwiga1350 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 22:59
                nessie-jp napisała:

                > > Nie wiem jak można uważać, że dziecko jest karą za coś.
                >
                > No więc właśnie nikt w tym wątku nie wie. Wszystkie przecież
                piszemy, że w
                > głowie się nie mieści, żeby macierzyństwo traktować jako karę za
                seks.


                No jak to nikt?? A skąd te wypowiedzi typu: czy można pozwolić by
                zmarnowano jej życie, zmuszanie do rodzenia jest podłe itp.

                > Rzecz w tym, że dorosły mężczyzna nakłonił dziecko do seksu. Nie
                widzisz w tym
                > nic złego? Przypomnij sobie siebie w tym wieku.


                Jeśli dobrze przeczytałam post to ten dorosły mężczyzna ma 18 lat, a
                dziecko 14 lat. To jest tylko 4 lata różnicy. Ponieważ dziewczynki
                dojrzewają wcześniej, to czternastolatka i osiemnastolatek są mniej
                więcej na równym poziomie. Nie ma tu przepaści typu dziecko a
                dorosły.

                • szprota Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:05
                  O masz. Czternastolatka jest dzieckiem, również w świetle prawa. Niezależnie od tego, czy ją zestawisz z osiemnastolatkiem, czy z rówieśnikiem.
                • sir.vimes Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:05
                  Przepraszam bardzo, ale to są kompletne bzdury. I szczególnie dziwią na forum
                  poświęconym książkom głównie o dorastających dziewczynkach, niedojrzałych i
                  niedorosłych mimo szacownych ukończonych lat 14, 15 czy 16.

                  > Jeśli dobrze przeczytałam post to ten dorosły mężczyzna ma 18 lat, a
                  > dziecko 14 lat. To jest tylko 4 lata różnicy. Ponieważ dziewczynki
                  > dojrzewają wcześniej, to czternastolatka i osiemnastolatek są mniej
                  > więcej na równym poziomie. Nie ma tu przepaści typu dziecko a
                  > dorosły.
                  • jadwiga1350 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:15
                    Dlaczego kompletne bzdury? Wiem oczywiście że 18-latek w świetle
                    prawa jest dorosły, a 14-latka to dziecko, ale pod względem
                    emocjonalnym nie ma miedzy nimi różnicy typu dziecko a dorosły. Co
                    innego jakby to był 30-latek, ale osiemnastoletni chłopak? Czy jak
                    wy miałyście 14 lat to naprawdę 18-letni chłopak był dla was kimś
                    bardzo dorosłym? Bo dla mnie nie.
                    • szprota Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:20
                      Dla mnie był. A sama byłam emocjonalnie dzieckiem. Obok mnie mieszka dziewczyna w mniej więcej tym wieku. I też jest dzieckiem.
                    • croyance Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:34
                      He he, jak ja mialam czternascie lat, to marzylam o pierwszym
                      pocalunku ... ale zbyt sie balam, zeby sprobowac ... a 19-letnie
                      sasiadki wydawaly mi sie starymi babami i wyrazalam zdumienie, ze 'w
                      tym wieku jeszcze chce im sie chodzic do fryzjera'.
                      • mama_kotula Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:45
                        Jak ja miałam 14 lat to chłopcy w moim wieku wydawali mi się strasznie ale to
                        strasznie dziecinni. Za to koledzy z klasy mojej DOROSŁEJ (starszej o 5 lat)
                        siostry... to już inna para kaloszy.

                        Nota bene ja też uważałam, że jestem już prawie dorosła. To jest taki idiotyczny
                        wiek, kiedy w ciele kobiety (taak, z biustem, miesiączką i włosami na wzgórku
                        łonowym oraz pierwszymi oznakami popędu seksualnego) siedzi tak naprawdę dziecię
                        o dość małym rozumku, któremu się tylko wydaje, że jest megadojrzałe i megadorosłe.
                      • nessie-jp Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 30.01.09, 00:03
                        > a 19-letnie
                        > sasiadki wydawaly mi sie starymi babami i wyrazalam zdumienie, ze 'w
                        > tym wieku jeszcze chce im sie chodzic do fryzjera'.

                        No dokładnie! 18-19 lat to dla 14-latki już wiek średni :)
                    • ananke666 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:51
                      > Czy jak
                      > wy miałyście 14 lat to naprawdę 18-letni chłopak był dla was kimś
                      > bardzo dorosłym? Bo dla mnie nie.

                      A dla mnie tak. Kończyłam podstawówkę. Inny świat.
                • tygrys2112 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 16:25
                  Tak czy owak: oni oboje powinni ponieść jakąś odpowiedzialność, nie
                  tylko ona
            • morja13 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 22:43
              > Nie wiem jak można uważać, że niewinne dziecko komukolwiek życie
              > zmarnuje. Czy ktoś z nas chciałby kiedykolwiek usłyszeć, że
              > zmarnował swojej matce życie przez sam fakt tego że się po prostu
              > pojawił na tym świecie?

              Ja bym nie chciała tego usłyszeć, dlatego gdybym miała mojej matce
              zmarnować życie, to wolałabym się nigdy nie urodzić. Mam nadzieję,
              ze urodziłam się, bo moja matka mnie chciała a nie dlatego, że
              aborcja jest grzechem.

              > Nie wiem jak można uważać, że dziecko jest karą za coś. Nowy
              > człowiek pojawiający się na tym świecie jest karą za coś tam???

              Ja właśnie twojego posta tak odebrałam - dziewczynka zostaje
              UKARANA, ma ponieść konsekwencje, to dziecko jest KARĄ dla niej za
              uprawianie seksu.

              > Czternastoletnie dziewczynki powinny zajmować się nauką, a nie
              > uprawianiem seksu. A jeśli która sięga po coś co jest
              zarezerwowane
              > dla dorosłych kobiet to niech też ponosi konsekwencje jak dorosła
              > kobieta. Uprawiała seks więc jest w ciąży, to jest fakt, a nie
              jakaś
              > tam kara, nieszczęście, czy zmarnowane życie!

              No niestety - czy tego chcesz, czy nie, ciąza nie zawsze jest
              szcześciem i radością, bywa, że może i nawet komuś zmarnować a
              przynajmniej ostro pokomplikować życie. Winą dziecka to oczywiście
              nie jest, tylko co z tego? Mówimy teraz o matce, którą jest... 15-
              letnie dziecko.
              • sowca Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:12
                Wiecie co, powiem Wam jedną głowną rzecz, która przychodzi mi do
                głowy, gdy czytam o takich rzeczach.
                Gdyby w szkołach była porządna edukacja seksualna, gdyby rodzice tej
                dziewczyny potrafili rozmawiać z nią o seksie, o jego konsekwencjach
                i zabezpieczeniu przed niechcianą ciążą, gdyby wreszcie przestało
                pokutować przekonanie, że antykoncepcja jest mordowaniem
                nienarodzonych - to nie byłoby ani tej, ani setek podobnych
                sytuacji.
                • mama_kotula Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:18
                  Sowco, z jednej strony masz rację, a z drugiej strony nie masz.

                  Nastolatki często mają w paluszku wszelkie metody antykoncepcji, natomiast z
                  uporem maniaka stosują metodę "ostatnio się udało, więc teraz pewnie też się uda".
                  Powiem więcej, sama taką metodę stosowałam, ja, córka pediatry, która to
                  pediatra mnie uświadomiła nt. wszelkich metod antykoncepcji w wieku lat 13, do
                  ginekologa zaprowadziła, seks nie był w domu tematem tabu i w każdej chwili
                  mogłam poprosić mamę o tabletki.
                  No i w końcu poprosiłam. O Postinor. Na nic edukacja seksualna, na nic zaufanie,
                  na nic nauka "odpowiedzialności".
                  • croyance Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:39
                    Syn meza - fakt, ze z Aspergerem - wyrazil jako 14- latek zdumienie
                    na widok podpasek. Maz prawie umarl ze wstydu w sklepie, bo mlody
                    pojecia nie mial, do czego sluza.

                    A w domu mowi sie o wszystkim, ojciec profesor, matka tez nieglupia
                    w sumie, ja b. madra ;-P, maz uswiadomil go cholernie wczesnie,
                    zawsze o wszystkim sie mowilo, zaprezentowano mu, jak sie naklada
                    prezerwatywe jak mial chyba z 6 lat etc. etc. etc.
                    • croyance Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:42
                      Ironia polega jeszcze na tym, ze akurat jak mlody wyskoczyl z czyms
                      takim, maz pracowal nad filmem uswiadamiajacym mlodziez jednego z
                      krajow bylego Zw.Radzieckiego. I gadalo sie o tym caly czas, mlody
                      widzial film etc. etc. etc. i jakby grochem o sciane.
                      • croyance Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:45
                        Oczywiscie popieram edukacje seksualna, bo jezeli jej nie ma, to
                        jest dol, ale jezeli jest, tez moze nic nie dac :-/ Indywidualna
                        sprawa. Inna rzecz, ze - jak juz pisalyscie - psychologicznie rzecz
                        biorac postawy nie przekladaja sie na zachowanie, czyli mozna miec
                        wiedze i informacje, a w praktyce i tak robic co innego.
                        • nessie-jp Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 30.01.09, 00:01
                          croyance napisała:

                          > Oczywiscie popieram edukacje seksualna, bo jezeli jej nie ma, to
                          > jest dol, ale jezeli jest, tez moze nic nie dac :-/

                          Ale bo ta edukacja nie powinna się sprowadzać do nauki stosowania zabezpieczeń.
                          Równie ważne, jeśli nie ważniejsze, powinno być uczenie dziecka, jak sobie można
                          z ciążą poradzić. I że to nie żadna zbrodnia nie kochać tego dziecka, które w
                          brzuchu rośnie. I że jest wiele opcji innych niż "urodzę i zmarnuję sobie życie
                          / zrobię sobie skrobankę". Ze jest adopcja, że są "okna życia", że wreszcie
                          można z tym dzieckiem żyć.
                          • lacitadelle nie powinnam tego pisać... 30.01.09, 12:19
                            bo tylko się zdenerwuję bardziej, ale smutno mi się robi, jak czytam ten wątek...

                            piszecie o edukacji seksualnej, która najwyraźniej powinna się sprowadzać do
                            nauczenia stosowania zabezpieczeń oraz ew. sposobów na radzenie sobie z
                            niechcianą ciążą. Waszym zdaniem to, że dzieci uprawiają seks jest ok, pod
                            warunkiem, że nie są do niego zmuszane przez dorosłych? A co z nauczeniem
                            odpowiedzialnego podejścia do seksu? Tego, że powinien on być sposobem na
                            wyrażenie miłości? I że wiąże się zawsze z odpowiedzialnością i ryzykiem ciąży,
                            nawet jak się stosuje najlepsze zabezpieczenia. Odpowiedzialność to coś, czego
                            powinno się uczyć i wymagać w każdym wieku. A czytając Was mam wrażenie, że
                            słowo odpowiedzialność to już przeżytek, że przecież na tyle sposobów można ją
                            od siebie odsunąć. A o konsekwencjach to się będzie myśleć po fakcie, jak już
                            mleko się rozleje albo i wcale, bo zmuszanie do tego to tylko niezasłużona kara.

                            Jako świeżo upieczona matka, zastanawiam się tylko, jak do cholery udało się
                            moim rodzicom wychować mnie tak, że rozpoczęłam współżycie seksualne dopiero, kiedy:
                            - czułam się na to wewnętrznie gotowa (zdarzało mi się zostać porzuconą przez
                            faceta, bo nie chciałam z nim uprawiać seksu);
                            - zarabiałam na siebie i przekalkulowałam, że jeżeli zajdę w ciążę pomimo
                            stosowania zabezpieczeń, będę w stanie sama utrzymać siebie i dziecko;
                            - co wynika z powyższego: podjęłam decyzję po przemyśleniu, nie pod wpływem chwili.

                            Może jeszcze dodam, że miałam wtedy 22 lata, potrzeby seksualne generalnie na
                            wysokim poziomie (są do inne sposoby na ich zaspokajanie, które też moim zdaniem
                            świetnie przygotowują do pełnego współżycia), wcześniej mnóstwo okazji (od
                            liceum mieszkałam poza domem rodzinnym).

                            Dzięki temu zarówno pierwszy, jak i wszystkie kolejne razy były wspaniałymi
                            przeżyciami, a nie czymś, co po latach wspominam jako błędy młodości.
                            • nessie-jp Re: nie powinnam tego pisać... 30.01.09, 13:22
                              > piszecie o edukacji seksualnej, która najwyraźniej powinna się sprowadzać do
                              > nauczenia stosowania zabezpieczeń oraz ew. sposobów na radzenie sobie z
                              > niechcianą ciążą. Waszym zdaniem to, że dzieci uprawiają seks jest ok,

                              Wydaje mi się, że wyciągnęłaś zupełnie fałszywe wnioski.

                              W tym wątku rozmawiamy o edukacji seksualnej w kontekście ciąży która już jest
                              • lacitadelle Re: nie powinnam tego pisać... 30.01.09, 13:41
                                >Nie wiem, dlaczego uważasz, że OK jest seks między dziećmi i że >edukacja
                                >seksualna miałaby zachęcać dzieci do seksu. Przecież nie na tym polega
                                >edukowanie, żeby zachęcać.

                                za pozwoleniem, nigdzie w swojej wypowiedzi nie użyłam ani słowa zachęcać, ani
                                żadnego bliskoznacznego. I nic takiego na myśli nie miałam.

                                >Nie wiem, dlaczego uważasz, że OK jest seks między dziećmi

                                ja tak nie uważam, tylko odniosłam wrażenie, że spora część tu piszących tak
                                uważa (rozumiem, że Ty nie). Jeżeli inni też zaprotestują, to postaram się
                                poszukać cytatów na wyjaśnienie, skąd takie wrażenia z mojej strony.
                                • lacitadelle Re: nie powinnam tego pisać... 30.01.09, 13:45
                                  jeszcze na wszelki wypadek cytat z mojej wypowiedzi:

                                  "Waszym zdaniem to, że dzieci uprawiają seks jest ok, pod
                                  warunkiem, że nie są do niego zmuszane przez dorosłych?"

                                  proszę zauważyć, że zakończony pytajnikiem.
                                  • taria Re: nie powinnam tego pisać... 30.01.09, 14:00
                                    lacitadelle napisała:

                                    > jeszcze na wszelki wypadek cytat z mojej wypowiedzi:
                                    >
                                    > "Waszym zdaniem to, że dzieci uprawiają seks jest ok, pod
                                    > warunkiem, że nie są do niego zmuszane przez dorosłych?"
                                    >
                                    > proszę zauważyć, że zakończony pytajnikiem.

                                    To ja tak w kwestii językoznawczej, nie merytorycznej:

                                    Jeśli zdanie pisze się, rozpoczynając od "Czy waszym zdaniem...."
                                    jest ono od początku przez mózg rozpoznawane jako pytanie,
                                    uruchamiając proces ustosunkowywania się odbiorcy do reszty.
                                    Jeśli natomiast piszesz zdanie w formie swej oznajmujące, kończąc je
                                    tylko pytajnikiem, jest ono odbierane jako stwierdzenie Twojej
                                    opinii, zakończone pytaniem o potwierdzenie (jak w angielskim "isn't
                                    it?")
                                    Dlatego zapewne też tak zostało przez koleżanki zrozumiane.
                                    • lacitadelle Re: nie powinnam tego pisać... 30.01.09, 14:09
                                      > Jeśli zdanie pisze się, rozpoczynając od "Czy waszym zdaniem...."
                                      > jest ono od początku przez mózg rozpoznawane jako pytanie,
                                      > uruchamiając proces ustosunkowywania się odbiorcy do reszty.
                                      > Jeśli natomiast piszesz zdanie w formie swej oznajmujące, kończąc je
                                      > tylko pytajnikiem, jest ono odbierane jako stwierdzenie Twojej
                                      > opinii, zakończone pytaniem o potwierdzenie (jak w angielskim "isn't
                                      > it?")
                                      > Dlatego zapewne też tak zostało przez koleżanki zrozumiane.

                                      Masz rację, to było pytanie intonacyjne, użycie go w formie pisemnej było
                                      faktycznie mylące, za co przepraszam (chyba w hiszpańskim takich pytań używa się
                                      też w formie pisemnej).
                                      • taria Re: nie powinnam tego pisać... 30.01.09, 14:20
                                        Masz rację, to było pytanie intonacyjne, użycie go w formie
                                        pisemnej było
                                        > faktycznie mylące, za co przepraszam (chyba w hiszpańskim takich
                                        pytań używa si
                                        > ę
                                        > też w formie pisemnej).

                                        Hiszpanie mają o tyle fajnie, że znak zapytania umieszczają również
                                        na początku zdania, więc wyczucie intonacji jest łatwiejsze :)
                                    • dakota77 Re: nie powinnam tego pisać... 30.01.09, 14:09
                                      Dokladnie tak ten mechanizm zadzialal. W zamysle pytanie zadzialalo jak
                                      stwierdzenie, i to zawierajace zarzut. Czytalam cala dyskusje i nie zauwazylam,
                                      by ktokolwiek tu uwazal, zeby 14-taki powinny uprawiac seks.
                                • nessie-jp Re: nie powinnam tego pisać... 30.01.09, 15:12
                                  > za pozwoleniem, nigdzie w swojej wypowiedzi nie użyłam ani słowa zachęcać, ani
                                  > żadnego bliskoznacznego. I nic takiego na myśli nie miałam.

                                  No, bo ja sformułowałam wypowiedź tak pokrętnie, że już gorzej się nie dało,
                                  przepraszam.

                                  Chodziło mi o to, dlaczego wysnuwasz wniosek, że mówiąc o edukacji seksualnej
                                  sugerujemy, że byłaby to/powinna to być taka edukacja, która ograniczy się do
                                  zapobiegania ciążom, a poza tym
                            • sowca Re: nie powinnam tego pisać... 01.02.09, 00:46
                              Ależ moim zdaniem edukacja seksualna (w domu i w szkole) własnie
                              tego powinna uczyć! Odpowiedzialnego podejścia do seksu!
                • szprota Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:18
                  A tu tymczasem nie dość, ze tego nie ma (ja miałam całe jedno zajęcie w czteroletnim liceum związane z przysposobieniem do życia w rodzinie; dowiedziałam się, że gumki są zawodne, od pigułek dostaje się raka, co robi spirala dziecku, pisać nie będę, bo niektóre z Was wrażliwe :P i że generalnie najlepiej szklanka wody zamiast i do nauki, no ostatecznie może być watykańska ruletka), to jeszcze wbudowuje się w ludziach poczucie, że seksualność jest czymś wstydliwym, brzydkim i czymś, co jak już trzeba, to wyłącznie w celu mienia dziatek.
                  • mama_kotula Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 29.01.09, 23:26
                    Jak to co spirala robi dziecku. Jak nie zabije od razu to wbija się w główkę i
                    powoduje autyzm oraz zespół Downa (tekst autentyczny, szkoła podstawowa, klasa
                    8, lekcja religii).

                    Niemniej jednak z tego co pamiętam, to na temat antykoncepcji się czytało.
                    Wiedziało się sporo, durnowate gazetki typu Bravo Girl czy Dziewczyna wprawdzie
                    roztaczały przed taką nastoletnią siksą wielorakie uroki seksu, ale jak dziś
                    pamiętam naprawdę sporo artykułów o antykoncepcji, które się czytało, o których
                    się rozmawiało w gronie koleżanek. Tylko sprawa taka - od teorii do praktyki
                    przeważnie bywało daleko.
                    • kkokos edukacja seksualna 30.01.09, 11:12
                      mój syn - pierwsza klasa gimnazjum - za kilka dni zaczyna szkolną
                      edukację seksualną, w nowym semestrze. będzie trwała ta edukacja
                      cały jeden semestr własnie.
                      na początek, zapewne na zachętę, szkoła wyznaczyła najlepszy z
                      możliwych terminów na te zajęcia: poniedziałek, godz. 7:45.
                      wszelkie inne lekcje w pozostałe dni tygodnia zaczynały i zaczynać
                      się będą o godz. 8:00. może te zajęcia muszą mieć godiznę zegarową,
                      nie wiem, zobaczymy.
                      • moleslaw Re: edukacja seksualna 30.01.09, 11:39
                        Tak sobie czytam watek i myślę że uważacie ( być może się mylę)adopcję za
                        najlepsze i najcudowniejsze rozwiązanie.
                        Oczywiście rozumiem że dziecko nie powinno być w żaden sposób karą dla matki i
                        dla ojca,być może takie podejście jest się w stanie odbić na relacjach rodzice -
                        dziecko,ja uważam tak jak ktoś już napisał że dziecko na świat się nie
                        prosiło,jeśli już jest to trzeba cos zrobić.Jeśli rodzina uważa że da radę pomóc
                        nieletniej matce,to powinni to zrobić,wiadomo ze taka dziewczynka musi skończyć
                        szkołę i że potrzebuje pomocy w opiece nad dzieckiem ( tego potrzebują też
                        kobiety dorosłe.Jeśli jednak rodzina jest patologiczna,dysfunkcyjna nie tylko w
                        ścisłym znaczeniu definicji to może lepiej zastanowić się nad aborcją ?
                        • moleslaw Re: edukacja seksualna 30.01.09, 11:42
                          Jestem zdecydowanie przeciwko adopcji,to chyba najgorsze rozwiązanie jakie znam.
                          Procedury adopcyjne nadają się tylko do kosza ewentualnie do tego by je o
                          kant czterech liter potłuc.
                          • jhbsk Re: edukacja seksualna 30.01.09, 15:04
                            Nie rozumiem, dlaczego adopcja jest najgorszym rozwiązaniem?
                          • dakota77 Re: edukacja seksualna 30.01.09, 15:19
                            Naprawde? SA matki ktore zabijaja dziecko. Albo porzucaja je gdzies na
                            smietniku, czy pod szpitalem- wszystko jedno gdzie, grunt, ze nie maja odwagi
                            zalatwic sprawy tak, by pomoc dziecku. A takim sposobem jest zrzeczenie sie praw
                            rodzicielskich, by dziecko moglo trafic do nowej rodziny. To naprawde jest zle
                            rozwiazanie? Nie kazdy potrafi podolac rodzicielstwu, nie kazdy ma warunki, by
                            dziecko utrzymac i wyksztalcic. Co zlego jest w pozwoleniu, by ktos inny dal
                            dziecku milosc i szanse na przyszlosc?
                            A to, ze u nas procedury adopcyjne sa jakie sa, to juz inna rzecz.
                          • limotini Re: edukacja seksualna 30.01.09, 18:15
                            1. Uważam, że zrzeczenie się dziecka od razu po urodzeniu (przy świadomości, że
                            nie jest się w stanie nim zająć) za ogromne bohaterstwo.
                            2. Uważam adopcję za najwłaściwsze rozwiazanie w przypadku gdy para nie może
                            mieć własnych dzieci (a nawet gdyby mogła, bo nie jestem pewna, czy jest sens
                            powoływać nowego człowieka do życia, ale dawać rodzinne szczęście człowiekowi,
                            który jest już na świecie - na pewno jest sens).

                            Prawda jest taka, że w polskich Domach Dziecka nie ma sierot. Pomyślcie sami,
                            normalne dziecko nagle traci rodziców. Naprawdę myślicie, że nie ma żadnych
                            ciotek/babć/przyjaciółek rodziców, które się zdecydują podjąć opiekę? W
                            większości przypadków są. A jeśli nie, dziecko błyskawicznie trafia do rodziny
                            adopcyjnej. Największy strach małżeństwa czekającego na adopcję, to że dostaną
                            propozycję adopcji kilkuletniego dziecka z patologicznej rodziny - które jest
                            zazwyczaj bardzo trudne do wychowania. I strach, czy sobie z tym poradzą.

                            Domy dziecka są pełne dzieci, których rodzice nie są ani wystarczająco dojrzali
                            by się nim zaopiekować, ani wystarczająco odważni lub mądrzy (bo często po
                            prostu znikają w siną dal), by się zrzec do niego praw.
                          • szprota Re: edukacja seksualna 31.01.09, 12:38
                            moleslaw napisała:

                            Jestem zdecydowanie przeciwko adopcji,to chyba najgorsze rozwiązanie jakie znam. Procedury adopcyjne nadają się tylko do kosza ewentualnie do tego by je o kant czterech liter potłuc.


                            Procedury adopcyjne są owszem, przedłużające się, ale generalnie chodzi o dobro dziecka i pewność, że trafi do odpowiedzialnych rodziców. Według mnie pomimo swoich wad jest najlepszym rozwiązaniem przy niechcianym rodzicielstwie.
                      • taria edukacja seksualna i seks nieletnich 30.01.09, 16:39
                        Uprawianie seksu można w wielu aspektach przyrównać do prowadzenia
                        samochodu.
                        Istnieje powszechne społeczne przekonanie, że aby prowadzić
                        samochód, trzeba być osobą dorosłą (kontakty seksualne prowadzić
                        tylko osoby dojrzałe) i istnieją prawne ograniczenia wiekowe.

                        Jazda samochodem dostarczyć może wiele przyjemności, jest pewnego
                        rodzaju przywilejem dorosłości, z tego też powodu stanowi dla
                        nastolatków bardzo pożądany "zakazany owoc", którego często próbują.
                        Seks takoż.

                        Ograniczenie wiekowe ma nie tyle żródła fizyczne (dobrze wyrośnięty
                        piętnastolatek jest w stanie poradzić sobie z prowadzeniem pojazdu
                        mechanicznego), co wynika z tego, że uczestnictwo w ruchu drogowym
                        pociąga za sobą odpowiedzialność za siebie i inne osoby. Kierowca
                        samochodu musi zdawać sobie sprawę z możliwości spowodowania szkód
                        materialnych jak i fizycznych u siebie i innych. W przypadku seksu
                        takimi szkodami wobec innych są nie tylko powołanie do życia istoty,
                        którą nie chce się, lub nie może zaopiekować, ale przeniesienie
                        choroby wenerycznej lub uszkodzenie ciała (to te baaardzo ryzykowne
                        formy).
                        W celu ograniczenia potencjalnego zagrożenia ze strony przyszłych
                        użytkowników ulic prowadzi się od wczesnego wieku szkolnego zajęcia
                        z tzw. wychowania komunikacyjnego (przygotowania do życia w
                        rodzinie), w późniejszym wieku pogłębiane przez wiedzę o bardziej
                        technicznych (biologicznych) aspektach pracy samochodu ( życia
                        seksualnego). Podstawową rolę odgrywa jednak przykład brany z
                        kultury komunikacyjnej rodziców i opowiadania kolegów typu "mój
                        wujek dał mi przejechać się swoją Hondą, mówię wam, zaj...cie było".

                        Trochę inaczej odnosimy się do sytuacji, gdy małolat zwędzi matce
                        klucze do samochodu, żeby sobie pojeździć ze znajomymi, a inaczej,
                        jeśli schlany w trupa ojciec czy dorosły brat daje nastolatkowi
                        kluczyki do samochodu, żeby odwiózł go do domu. Obie sytuacje
                        spotkają się z dezaprobatą, jednak w pierwszym przypadku obwiniać
                        będziemy głównie dziecko, a w drugim surowo potępimy rodzica.
                        Tak samo widzę różnicę między seksem nastolatków a stosunkami s.
                        między dorosłym a nieletnim, niezależnie czy dobrowolnym, czy
                        wymuszonym.

                        Analogicznie, jeśli nasze niepełnoletnie dziecko wjedzie samochodem
                        w przystanek, łamiąc kręgosłup stojącemu na nim staruszkowi, to my
                        staniemy przed sądem i będziemy płacić odszkodowanie za utratę
                        zdrowia. Jeśli nasz szesnastolatek zostaje ojcem, to od nas będzie
                        się wymagać płacenia alimentów dziewczynie, wsparcia jej w opiece
                        nad maleństwem czy innej pomocy.

                        Gdy odbywałam kursy prawa jazdy, przekonałam się, że większość
                        współkursantów płci męskiej i połowa żenskiej praktykę w prowadzeniu
                        samochodu nabywała poza "jazdami", korzystając z pomocy rodziny i
                        znajomych. Tak samo, na tzw. kursach przedmałżeńskich odbywanych z
                        obecnym mężem w Warszawie, większość par mieszkała już od dawna ze
                        sobą, część spodziewała się już potomka. Obie te sytuacje nie są
                        może witane ze szczególnym entuzjazmem, jednak patrzy się na nie
                        przez palce, jak długo dotyczą dorosłych ludzi, a wzbudzają
                        niepokój, gdy dotyczą dzieci.

                        Istnieją dostępne dla nieletnich sposoby rozładowania "żadzy
                        prędkości", jak jazda na deskorolce, rowerze, tory gokartowe czy
                        oglądanie w telewizji relacji z rajdów Formuły1. Pozwalają one nabyć
                        doświadczenia w prowadzeniu mechanicznego pojazdu, poradzić sobie z
                        szaleństwami błędnika itp. będąc zarazem stosunkowo bezpieczne.
                        Są jednak głosy, że sposoby te powodują w efekcie eskalację chęci do
                        coraz szybszej jazdy i z tego powodu dostęp do nich dla dzieci
                        powinien zostać również ograniczony. Analogię niech każdy dopisze
                        sobie sam.

                        • taria Re: edukacja seksualna i seks nieletnich 30.01.09, 17:05
                          Miało być jeszcze podsumowanie, ale mi wcięło, tak więc w paru
                          słowach:

                          Seks jak jazda samochodem jest dla ludzi. Dorosłych ludzi.
                          Ograniczanie dostępu dla dzieci i młodzieży jest sensowne, jednak
                          realizacja tego poprzez rezygnację ze szkolnej nauki poruszania się
                          po ulicy, brak domowego przykładu, że nie należy przekraczać
                          ograniczeń prędkości i zakazów wjazdu nie doprowadzi do spadku
                          wypadków drogowych wśród nieletnich.
                          Zrzekanie się natomiast odpowiedzialności rodziców za nastolatka
                          złapanego na jeździe samochodem przez policję, poprzez użycie
                          stwierdzenia "skoro dosięga do pedału gazu i hamulca i miał na tyle
                          rozumu, żeby wiedzieć, jak włożyć kluczyk do stacyjki, to jest
                          dorosły" i zapewnianie, że należy go traktować jak dorosłego jest
                          chowaniem głowy w piasek. Równa się przyzwoleniu na takie działanie.
                          Jeśli dorosły nie potrafi zakazać dziecku korzystania z kluczyków do
                          auta, to niech przynajmniej zainstaluje w samochodzie poduszkę
                          powietrzną i nauczy zapinania pasów.
                          • limotini Re: edukacja seksualna i seks nieletnich 30.01.09, 18:22
                            Bardzo mi się podoba Twoje porównanie!
                            • moleslaw limotini 30.01.09, 19:04
                              Niestety nie ma opcji cytowania,chce tylko odpowiedzieć na Twoją wypowiedz
                              dotycząca adopcji.
                              Wystarczy mi to co napisałaś o tym że pary czekające na adopcję najbardziej
                              boją się że dostana dziecko kilkuletnie z rodziny patologicznej; dla mnie to
                              wystarczający argument za tym iż adopcja to kiepskie rozwiązanie.
                              Powiedz mi proszę w czym gorsze jest dziecko kilkuletnie od miesięcznego? W
                              czym gorsze jest DZIECKO z rodziny patologicznej od dziecka z rodziny idealnej(
                              kpina ) ? Czemu wartościujesz dzieci,które nie mają żadnego wpływu na to jakie
                              są i skąd pochodzą? Problemem jest to że u nas adopcję traktuje się jak koncert
                              życzeń; i to jest to z czym się nie zgadzam. Poza tym nie jest powiedziane że
                              dziecko trafi do dobrej i odpowiedzialnej rodziny.
                              • dakota77 Re: limotini 30.01.09, 19:12
                                moleslaw napisała:

                                Problemem jest to że u nas adopcję traktuje się jak koncert
                                > życzeń; i to jest to z czym się nie zgadzam. Poza tym nie jest powiedziane że
                                dziecko trafi do dobrej i odpowiedzialnej rodziny.

                                Gwarancji nie ma, ale wladze robia co moga, by sprawdzic kandydatow na rodzicow.
                                A co do koncertun zyczen, zapytam z ciekawosci, czy wiadomo ci o jakims
                                panstwie, w ktorym adopcja wyglada tak, ze para dostaje pierwsze dziecko na
                                liscie? O ile mi wiadomo, rodzice zawsze wybieraja dziecko, ktore chca
                                adoptowac. I rozumiem ludzi, ktorzy chca niemowle. Moga je sami wychowac, takie
                                dziecko to czysta karta. Kilkuletnie dziecko oczywiscie taks amo, a tak naprawde
                                bardziej potrzebuje milosci, ale fakt faktem, ze takie dziecko, ktore bylo np.
                                bbite, molestowane, to jedna chodzaca trauma. Nie kazdy potencjalny rodzic jest
                                sie w stanie zmierzyc z opieka nad takim dzieckiem.
                                • limotini Re: limotini 30.01.09, 20:09
                                  > A co do koncertun zyczen, zapytam z ciekawosci, czy wiadomo ci o jakims
                                  > panstwie, w ktorym adopcja wyglada tak, ze para dostaje pierwsze dziecko na
                                  > liscie?
                                  Z tego co wiem, większość polskich ośrodków adopcyjnych "odrzuca" (tj. każe
                                  jeszcze przemyśleć decyzję) wszystkich rodziców, którzy mówią: "chcę
                                  dziewczynkę", "chcę, żeby było niebieskookie".

                                  Bardzo uważnie jest też przestrzegana zasada "właściwego wieku". Przykładowo,
                                  rodzice czterdziestoparoletni mają małe szanse na adopcję niemowlęcia i raczej
                                  mogą liczyć na możliwość zajęcia się dzieckiem klikuletnim.
                                  • dakota77 Re: limotini 30.01.09, 20:13
                                    No totez wlasnie zdziwilam sie tym "koncertem zyczen". Ale przeciez rodzicom nie
                                    wciska sie pierwszego z brzegu dziecka, moga wybrac wiek itp.
                                    • limotini Re: limotini 30.01.09, 20:31
                                      Bardziej odpowiadałam na oryginalny post, niż Twoją odpowiedź, Dakoto :)
                                      Pewnie masz rację, kiedyś o tym bardzo dużo czytałam, teraz już nie pamiętam
                                      szczegółów.
                                  • taria Re: limotini 30.01.09, 20:28
                                    Kłopoty z adopcją mają też często dzieci, które do ośrodka
                                    opiekuńczego trafiają z rodzeństwem - nie każdy potencjalny rodzic
                                    jest przygotowany na przyjęcie od razu dwójki czy trójki dzieci. W
                                    końcu w biologicznej rodzinie dzieci zwykle pojawiają się
                                    pojedynczo, dając możliwość przystosowania się do zmieniającej się
                                    sytuacji rodzinnej. Nie do przecenienia są też tzw. warunki socjalno-
                                    bytowe, czyli np. jeśli ludzie chcą adoptować dwie siostry,
                                    wystarczy, gdy dysponują jednym pokojem dziecięcym dla nich, jeśli
                                    brata i siostrę, sugerowane byłoby (choć nie zawsze przestrzegane),
                                    gdyby mogli im zapewnić oddzielne pokoje.
                              • nessie-jp Re: limotini 30.01.09, 19:38
                                > Wystarczy mi to co napisałaś o tym że pary czekające na adopcję najbardziej
                                > boją się że dostana dziecko kilkuletnie z rodziny patologicznej; dla mnie to
                                > wystarczający argument za tym iż adopcja to kiepskie rozwiązanie.

                                Ale czekaj, bo ja nie rozumiem.

                                To w końcu adopcja jest kiepskim rozwiązaniem, bo rodzice chcą adoptować dzieci,
                                czy dlatego jest kiepskim rozwiązaniem, że nie chcą adoptować dzieci? Ma być ta
                                adopcja, czy ma jej nie być?

                                Przecież adopcja nie ma polegać na wpychaniu 'cywilom' dzieci trudnych,
                                wymagających terapii, chorych psychicznie.

                                Chyba lepiej szybko oddać do adopcji zwykłym, nieheroicznym rodzinom wszystkie
                                dostępne w domu dziecka niemowlęta, żeby uchronić je przed traumą opieki
                                instytucjonalnej
                              • limotini Re: limotini 30.01.09, 20:04
                                > Powiedz mi proszę w czym gorsze jest dziecko kilkuletnie od miesięcznego? W
                                > czym gorsze jest DZIECKO z rodziny patologicznej od dziecka z rodziny idealnej(
                                > kpina ) ?

                                Najpierw pytanie. Czy uważasz, że rodzenie dzieci jest złe, bo większość
                                rodziców (wszyscy?) panicznie boi się na myśl, że mogłoby urodzić dziecko
                                upośledzone czy chore psychicznie? Czy to w jakiś sposób przekreśla dzieci
                                chore/upośledzone/trudne? Nie.

                                Decyzja na adopcję, to jedno. Decyzja na adopcję dziecka, które ma ogromne
                                szanse na zaburzenia psychiczne (a tym są zagrożone dzieci, które spędziły
                                dłuższy czas w rodzinie patologicznej albo anonimowej jednostce opiekuńczej) to
                                drugie. Dziecko kilkuletnie nie jest GORSZE od kilkumiesięcznego. Dziecko z
                                kilkuletnią trudną przeszłością jest po prostu dużo trudniejsze do wychowania.
                                Nie wszyscy mają na to siły. Tak jak mówiłam, nie ma problemu ze znalezieniem
                                rodziny adopcyjnej dla dziecka, którego normalni rodzice zgnęli w wypadku
                                samochodowym, a które nie ma żadnych innych bliskich. Takie dzieci są
                                przyjmowane z otwartymi ramionami.

                                Przejrzyj sobie fora adopcyje: tam nie ma kocertu życzeń. W sytuacji, kiedy jest
                                dużo więcej rodzin czekających na dziecko, niż dzieci na rodziców, kaprysy
                                ograniczają się do "żeby dziecko nie było upośledzone". Przy czym dzieci
                                upośledzone też są adoptowane, przez ludzi (często z zagranicy), którzy mają
                                poczucie, że są gotowi sprostać temu zadaniu - i to jest chyba najlepsze
                                rozwiązanie.
                              • mamarcela moleslaw! 30.01.09, 20:18
                                Adopcja jest w większości wypadków najlepszym z możliwych rozwiązań, a wiem, co
                                piszę, bo zdarzyło mi się pracować w domu dziecka.

                                Żadne dziecko nie jest od innego gorsze, ale nie błagam demonizujmy rodziców.
                                Człowiek z chwila zostania rodzicem, a jeszcze bardziej w momencie rozpoczęcia
                                starań o adopcje nie staje się super bohaterskim świętym niejako z automatu.
                                Skoro niemal każda para, czy kobieta, spodziewająca się dziecka, że ta powiem
                                normalną drogą, nastawia się raczej na śliczne, zdrowe i mądre dziecko, to
                                dlaczego pary adopcyjne nie maja prawa o takich dzieciach marzyć. Tym bardziej,
                                że nie istnieje naturalne więź, która zwykle powstaje pomiędzy mata a dzieckiem,
                                a zdarza się, że i ojcem i dzieckiem, podczas ciąży. Procedura adopcyjna to nie
                                jest targ prosiąt, ci podli adoptujący nie chodzą pośród łóżeczek z dziećmi
                                wyciągającymi błagalnie rączki i nie przebierają jak w ulęgałkach. Pewnie, że
                                zdarzają się dramaty polegające na tym, że adoptujący zaniechają adopcji już po
                                zrobieniu dziecku nadziei, ale wierzcie mi jest ich znacznie, znacznie mniej niż
                                krzywd wyrządzonych dzieciom przez rodziców biologicznych.
                                Zresztą do upojenia powtarzać będę słowa Szymborskiej "tyle wiemy o sobie, ile
                                nas sprawdzono" i wydawanie kategorycznych sądów o ludziach, którzy nie podołali
                                jakiemuś - oddali dziecko do adopcji, zrzekli się opieki nad "bezkontaktowym"
                                dzieckiem, nie zaadoptowali dziecka obarczonego wadą - i mówienie "ja bym tak na
                                pewno nie zrobił/ła jest po prostu moim zdaniem dość bezsensowne i krzywdzące,
                                bo po prostu nie wiemy, jak zachowalibyśmy się w takiej sytuacji. Ponadto
                                większość "heroicznych" rodziców, zmagających się z chorobami dzieci,
                                adoptujących dzieci z wadami genetycznymi, nie jest wcale skłonnych do wydawania
                                sądów kategorycznych.

                                A jeśli chodzi o adopcję w warunkach polskich to najważniejszą jej wada jest
                                nadmierna biurokracja i przeciągający sie często w lata proces adopcji. Bardzo
                                trudno jest odebrać prawa rodzicielskie rodzicom, nawet tym, którzy nigdy się
                                własnym dzieckiem nie opiekowali, trudne są również adopcje zagraniczne, a one
                                często są jedyna szansą dla dzieci chorych, kalekich i "dużych" rodzeństw.
                                • moleslaw Re: moleslaw! 30.01.09, 20:39
                                  Nigdzie nie napisałam że ja nigdy bym żadnego dziecka nie skrzywdziła.Zdaję
                                  sobie sprawę że nie wiemy jak sami byśmy postąpili,w takiej czy innej
                                  sytuacji,zresztą słowa Wisławy Szymborskiej,ktore przytoczyłaś są moim mottem
                                  życiowym.
                                  Nikogo nie oceniam,oceniam tylko sytuację,co z tego że procedury sa zawiłe i
                                  długo trwają skoro nie spełniają stawianego im wymogu?
                                  Najlepsze nawet przygotowanie przed adopcja nie powinno zwalniać z obowiązku
                                  kontroli rodziny adopcyjnej przez instytucję,która na adopcję pozwoliła.Niestety
                                  po tym niby fachowym sprawdzeniu rodziny i oddaniu dziecka "instytucja" umywa ręce.
                                  • mamarcela Re: moleslaw! 30.01.09, 20:50
                                    Wiesz co, wydaje mi się, że dobrze, iź po wnikliwym zbadaniu instytucja umywa
                                    ręce, bo adopcja jest zawiązaniem rodziny. Normalnej rodziny. Oczywiście nade
                                    mną jako matka istnieje obowiązek zapewnienia moim rodzonym dzieciom opieki,
                                    jedzenia, wykształcenia itd. i państwo jako instytucja może się wtrącić, jeśli
                                    rażąco zaniedbuję swoje obowiązki, ale nie powinno w upodobanie mojego syna do
                                    makaronu z maggi chociaż z punktu widzenia racjonalnego żywienia itd. Rodzina
                                    adopcyjna ma w założeniu mieć identyczne prawa i obowiązki jak rodzina
                                    "naturalna". Mimo najlepszych chęci instytucji nie wyobrażam sobie, że ktoś
                                    mógłby nadzorować mnie w najdrobniejszych decyzjach, dlaczego więc miałby tak
                                    nadzorować rodzinę, która zdecydowała się kochać jak własne urodzone przez kogos
                                    innego dziecko?
                                    • limotini Re: moleslaw! 30.01.09, 20:57
                                      Ha! Napisałyśmyto samo :)
                                  • limotini Re: moleslaw! 30.01.09, 20:54
                                    Molesław, przesadzasz! Po adopcji rodzina powinna być traktowana w dokładnie ten
                                    sam sposób, jak rodzina biologiczna. Czyli ingerencja państwa powinna mieć
                                    miejsce dopiero w systuacji poważnego zagrożenia dobra dziecka.
                                    Ja bym raczej szła w drugą stronę: rodzice przed zajściem w ciążę powinni mieć
                                    wywiady środowiskowe, przejść roczne szkolenie pedagogiczno-psychologiczne i
                                    mieć zaświadczenie, że są w stanie sprostać materialnie potrzebom dziecka. Ale
                                    nawet wtedy wolałabym, żeby państwo, które mimo wszystko na urodzenie dziecka
                                    zezwoliło, umywało ręce :)

                                    Przedmówczyni już o tym pisała: probelmem w Polsce NIE jest kwestia rodziców
                                    adopcyjnych. Problemem są biologiczni rodzice porzucjący dzieci, a nie
                                    zrzekający się do nich praw.
                                    • verdana Re: moleslaw! 30.01.09, 21:04
                                      Ciekawe, jak by to wygladalo? Jesli zajedzie się w ciąże bez
                                      zezwolenia, to co wtedy? Albo jesli panstwo uzna, ze zona moze miec
                                      dzieci, ale pan X na ojca się nie nadaje? To horror, jeden z
                                      najgorszych.
                                      Nie da się ukryć - adopcja to nie jest to samo co urodzenie dziecka,
                                      chocby dlatego, ze nie dzialaja hormony, obecne po porodzie. Rodzice
                                      adopcyjni musza wiedziec tez pewne rzeczy -np. jak radzic sobie z
                                      dzieckiem po przejsciach, z choroba sieroca, z bardzo częstymi
                                      wadami, spowodowanymi chocby czestym FAS. I do rozwiazania adopcji
                                      dochodzi częściej, niz do oddania biologicznego parolatka czy
                                      nastolatka do DD, niestety.
                                      Oddajac po urodzeniu dziecko nie wiemy komu się trafi. Ale jedno
                                      wiadomo na pewno - te dzieci cale życie , mimo posiadania dobrych
                                      rodzicow, czuja się w pewnym sensie oddtracane i niechciane. Czują,
                                      ze nie byly dostatecznie dobre dla wlasnej matki.
                                      Przyjmujecie też, ze 15-latka moze oddac wlasne dziecko i spokojnie
                                      zyc dalej. Czy Wy mialybyscie szczęśliwe zycie oddajac wlasne
                                      dziecko i nie wiedzac już nigdy, co się z nim dzieje? Jakoś wątpię.
                                      Namawianie kogokolwiek do oddania dziecka jest bardzo ryzykownym
                                      posunieciem - dwoje ludzi będzie mialo choć w części zmarnowane
                                      zycie. Tylko matka, naqwet bardzo mloda, moze o tym zdecydować i to
                                      samodzielnie, nie biorac pod uwagę "zdrowego rozsadku", tylko
                                      uczucia.
                                      No i jeszcze jedno. Ciąża 14-latki pochodzi z przestepstwa i nawet
                                      restrykcyjne polskie prawo zezwala na usuniecie takiej ciąży.
                                      • mamarcela Re: moleslaw! 30.01.09, 21:20
                                        A tu odnosząc się do mojego postu się troszkę mylisz, co do moich intencji, bo
                                        ja mówiłam o adopcji jako takiej (w przypadku dziecka już przeznaczonego do
                                        adopcji), a nie o namawianiu kogokolwiek do niej. Chociaż z drugiej strony każda
                                        kobieta, która z takich, czy innych powodów nie chce, czy nie może mieć dziecka
                                        powinna mieć świadomość, ze takie rozwiązanie również istnieje i wybranie go
                                        nie oznacza, że jest ona potworem.
                                        I jeszcze jedno nie wiem, czy ktokolwiek może żyć spokojnie oddając własne
                                        dziecko ponieważ NIGDY nie byłam w sytuacji, w której nawet mi taka myśl
                                        przeszła przez głowę. Być może można jeśli jest to świadoma decyzja.

                                        Co do rozwiązywania adopcji absolutnie się nie zgadzam. Nie wiem skąd masz
                                        przekonanie, że rozwiązania adopcji są częstsze niż oddawanie dzieci do DD, ale
                                        jest ono mylne. W domu dziecka, z którym mam kontakt na ponad sto dzieci w
                                        wieku od 3 do 20 lat jedno "pochodzi" z rozwiązanej rodziny zastępczej (nie
                                        adopcji), a dwoje jest naturalnymi sierotami, pozostałe mają co najmniej jedno z
                                        biologicznych rodziców, którzy nie wypełniają swoich rodzicielskich obowiązków.
                                        W przypadku rozwiązania rodziny zastępczej mamy zresztą do czynienia z
                                        chłopakiem kilkunastoletnim, który trafił do tej rodziny pod wieloma
                                        zastrzeżeniami i który naruszył drastycznie prawo. Rodzina zastepcza rozwiązana
                                        została niejako z urzędu.
                                      • limotini Re: moleslaw! 31.01.09, 00:55
                                        Verdano,
                                        zgadza się, z tą kontrolą rodzin naturalnych, to nie było do końca poważnie.
                                        Raczej chciałam pokazać kontrast wymagań stawianych biologicznym rodzicom i
                                        rodzicom adopcyjnym. I nie sprzeciwiałam się tym zasadom, a jedynie wymaganiu,
                                        by rodzinę adopcyjną kontrolować całe życie.

                                        (Swoją drogą, nie wiem, czy wiesz, ale takie eksperymenty o jakich piszesz, to
                                        miały miejsce - i do pewnego stopnia nadal mają. W Chinach, gdzie Mao Tse Tung i
                                        partia decydowały o tym, kto może mieć dzieci, ile, itd. I tak, bywały sytuacje,
                                        że żona dostawała pozwolenie z partii, a mąż nie. Albo że dostawała polecenie
                                        usunięcia/podtrzymania ciąży, niezależenie od tego, czego sama chciała. I uważam
                                        to, co się tam działo, za potworne. Straszne. Im więcej czytałam pamiętników z
                                        Chin, z lat 60 i 70, tym bardziej przerażała mnie ludzka natura).

                                        A druga rzecz, to oczywiście nie porównujemy tutaj adopcji z możliwością
                                        wychowywania się dziecka z biologicznymi rodzicami, choćby i samotnymi, którzy
                                        są w stania psychicznie i fizycznie sprostać wychowaniu dziecka (Zresztą
                                        przecież oni by się nigdy nad tym nie zastanawiali). Mówimy o oddaniu do adopcji
                                        w sytucaji, gdy rodzic kompletnie nie czuje się na siłach zająć się dzieckiem (z
                                        jakichkolwiek względów, bo "jest mi bardzo ciężko" jest siłą rzeczy bardzo
                                        obiektywne).

                                        Znam kilka rodzin dysfunkcyjnych, np. gdzie rodzice siedzą 10 miesięcy w roku w
                                        za granicą zarabiając na kolejny komputer, a dzieci w wieku przedszkolnym i
                                        wczsnoszkolnym tułają sie po sąsiadkach. I wierz mi, te dzieci też czują się
                                        bardzo odtrącone przez rodziców. Może nawet bardziej. I z takimi sytuacjami(albo
                                        gorszymi, typo ojciec bije/wykorzystuje już starsze rodzeństwo) porównujemy
                                        oddanie dziecka do adopcji.
                                        • lezbobimbo Re: moleslaw! 31.01.09, 02:15
                                          Bo w ogóle to te testy rodzicielskie na odpowiedzialnosc to powinny chyba byc
                                          obowiazkowe, na grubo przed urodzeniem potomstwa, jeszcze przed podjeciem
                                          decyzji o dzieciach i w ogóle o seksie chyba tez (jak widac po nieszczesliwych
                                          przykladach).
                                          Aby przejsc z klasy do klasy trzeba sie minimalnie postarac i to juz w
                                          podstawówce, aby dostac sie na studia trzeba zdac egzaminy, aby kupic dom trzeba
                                          fure papierków, aby prowadzic przedsiebiorstwo trzeba papierków jeszcze wiecej,
                                          aby roznosic listy trzeba testów na poczcie, aby prowadzic ten przykladowy
                                          samochód trzeba zdac egzaminy i zdobyc papierek, aby prowadzic motor trzeba
                                          innego papiera, aby wyjechac za sztuczna granice trzeba papierka, jednym slowem
                                          wszedzie pelno papierów, dowodów, testów - a robic dzieci moze sobie kazdy, bez
                                          wysilku; nawet psychopata czy kompletny wrak czlowieczy czy wrecz byle
                                          gwalciciel.. dzieci, które potem maja rosnac na ludzi, przyszlosc naszego swiata
                                          i spoleczenstwa itd.
                                          Marzy mi sie po prostu, zeby ci, co kiedys zechca miec dzieci, jakos sie do tego
                                          przygotowywali, i juz za wczesnego zdawali pare testów i wywiadów itd, takie
                                          jakby "prawo jazdy" dla przyszlych rodziców i dziadków. A ci, co by tych testów
                                          nie zdali, albo ci co po prostu nie chca miec dzieci albo nie sa w stanie
                                          opiekowac sie dziecmi, niechby dostawali pelno gratis antykoncepcji i wszelakie
                                          edukacje starannie uczace, jak NIE zajsc. A to se kurde, pomarzylam..
                                          • moleslaw Re: moleslaw! 31.01.09, 08:42
                                            Pomarzyłaś :-)
                                            Tylko antykoncepcja też zawodzi:-),wcale nie chcę być złośliwa,po prostu mam
                                            koleżankę która ma dwójkę dzieci właśnie przez zawodność tych środków (jedno
                                            dziecko poczęło się w trakcie brania tabletek a drugie przy stosowaniu
                                            prezerwatywy).

                                            Mam przykład w rodzinie,małżeństwo oboje po rozwodach,jego syn wychowuje się z
                                            mamą biologiczną,jej córka jest z nimi.Kobieta ma wykształcenie średnie,jej mąż
                                            podstawowe.Od lat nie zhańbił się pracą,zajmował się przekrętami ona nie
                                            pracuje.Ominę inne równie nieciekawe szczegóły,jakim cudem tworzą rodzinę
                                            zastępczą ????
                                            • moleslaw Re: moleslaw! 31.01.09, 08:43
                                              Nie wnikam może temu dziecku jest dobrze,może ma raj na ziemi chodzi mi tylko o
                                              wymagania ,które niby stawia się rodzinom zastępczym.
                                              • mamarcela Re: moleslaw! 31.01.09, 10:21
                                                moleslaw napisała:

                                                > Nie wnikam może temu dziecku jest dobrze,może ma raj na ziemi chodzi mi tylko
                                                > o
                                                > wymagania ,które niby stawia się rodzinom zastępczym.

                                                Się zapytam, czy oni są rodziną zastępczą dla kompletnie obcego (biologicznie)
                                                dziecka? Bo jeśli tak to jest to po prostu jawne nadużycie wynikające nie z
                                                tego, że system jest niedoskonały ( a jest), ale przede wszystkim z tego, ze
                                                ludzie są nieuczciwi.
                                                Natomiast jeśli stanowią rodzinę zastępcza dla dziecka z rodziny to jest insza
                                                inszość, bo to jest wybór mniejszego zła - taka rodzina bywa często sponsorowana
                                                przez państwo, kontrolowana przez instytucje formą opieki rodzinnej np. babcia
                                                nie może wziąć wnuków, ale jeśli dostanie pomoc finansową to weźmie. To wygląda
                                                strasznie na papierze, ale w praktyce niekoniecznie, bo nawet najbardziej
                                                kochająca babcia niespecjalnie może zapewnić dwójce, czy trójce wnuków byt z
                                                jednej emerytury, a z drugiej strony najmniej wykształcona i nieco niewydolna
                                                wychowawczo babcia jest często (mimo zastrzeżeń patrzących na taka rodzinę)jako
                                                rodzina zastępcza lepszym rozwiązaniem niż instytucja, mimo, że w DD warunki są
                                                bez porównania lepsze, ale dzieci domu dziecka nie kochają, a babcię tak.
                                                • moleslaw Re: moleslaw! 31.01.09, 15:42
                                                  mamarcela napisała:

                                                  > moleslaw napisała:
                                                  >
                                                  > > Nie wnikam może temu dziecku jest dobrze,może ma raj na ziemi chodzi mi
                                                  > tylko
                                                  > > o
                                                  > > wymagania ,które niby stawia się rodzinom zastępczym.
                                                  >
                                                  > Się zapytam, czy oni są rodziną zastępczą dla kompletnie obcego (biologicznie)
                                                  > dziecka?
                                                  Tak ,jest to kompletnie obce ( biologicznie) dziecko,nawet nie było
                                                  wcześniejszej znajomości z tą rodziną.

                                                  Wierz mi że nie jest to jedyny przypadek w moim otoczeniu będący dowodem na
                                                  nieudolność naszego prawa rodzinnego. Znam też dwie rodziny skrajnie
                                                  patologiczne,w których wychowywały się dzieci adoptowane,jakim cudem pozwolono
                                                  na te adopcje nie mam pojęcia.
                                                  Naprawdę moja opinia o adopcji nie jest opinią osoby nieznającej problemu.
                                                  • dakota77 Re: moleslaw! 01.02.09, 07:51
                                                    Ale jest roznica miedzy stwierdzeniem, ze prawo adopcyjnie jest zle czy zle
                                                    egzekwowane, a stwierdzeniem, ze adopcja jako zjawisko jest zla.
                                        • mama_kotula Re: moleslaw! 31.01.09, 10:06
                                          Cytat
                                          chciałam pokazać kontrast wymagań stawianych biologicznym rodzicom i
                                          rodzicom adopcyjnym.


                                          Jest w tej chwili na emamie wątek "dlaczego nie wolno mi myśleć 'jakoś to będzie'" - gdzie jedna z mam żali się, iż ktoś jej wytyka podejście do życia wg tej właśnie zasady.
                                          100 osób przyklaskuje, że tak, świetnie, że wszystkiego w życiu się nie da zaplanować, że właśnie jakoś to będzie (ja osobiście po akcjach z eksem mam ciężką alergię na to stwierdzenie).
                                          I w pewnym momencie padł ten post:

                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=567&w=90552318&a=90554340
                                          Jakoś bez echa przeszedł.

                                          To wg mnie bardzo dobrze pokazuje ten kontrast.
            • tygrys2112 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 16:17
              > Jeśli ta czternastoletnia dziewczynka ma zmarnowane życie, to jest
              > to jej wina.

              Jeśli już to wina zarówno jej, jak i jej ojca. :>
              Nie jedynie jej.

              Jest taka jedna piosenka, pewnie część z Was ją zna.
              www.wrzuta.pl/audio/lhpERu0zx8/ballada_o_nienarodzonym_dziecku_dzis_mialabym_16_lat
              Nie powiem, tekst mnie przejmuje, ale uderza mnie jedna rzecz.
              Dziecko czyli podmiot liryczny obarcza winą za aborcję wyłącznie
              matkę, a przecież jest także ojciec, prawda? Gdzie jego wina?
              Przecież też ma swój współudział, czyż nie?
          • tygrys2112 Re: A propos Pyziaka... "porzucanie" dzieci 03.02.09, 16:10
            Myślę, że muszą być jakieś konsekwencje, ale jeśli jest to osoba
            nieletnia, to rodzina powinna ją wspierać. Znam przypadek nastolatki
            która urodziła dziecko, oboje z ojcem (wówczas również nieletnim)
            zajmowali się dzieckiem na zmianę, nie pobrali się i z tego co wiem
            nie są razem, ale ich rodziny się ich nie wyrzekły i
            oboje "współpracowali" Nie znam ich dalszych losów, chyba w tej
            chwili oboje pracują, ale myślę, że tak rozegrana sytuacja jest
            lepsza niż a) natychmiastowy ślub Pyziaka i Gabrieli, b)
            pozostawienie dziewczyny samej sobie i inne tego typu rozwiązania.
            Dziecko ma w ten sposób oboje rodziców i oni oboje (a nie tylko ona)
            odpowiadają za zaistniałą sytuację.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka