e-strega
16.06.10, 23:43
Na początek chciałam napisać, że bardzo Wam współczuję tej ciężkiej choroby.
Kiedy czytam o tym, co z Wami wyczynia, brzmi to, jak coś wręcz nierealnego. Więc nie ma się co dziwić, że większość kołtunów (wśród lekarzy) odbiera nas jak hipochondryków czy symulantów.
"Wzbogacona" zostałam świadomością na temat tej choroby dopiero niedawno.
A żyję z boreliozą może od wielu lat, a na pewno od ponad dwóch tygodni.
Kleszcze pogryzły mnie pod koniec maja i przynajmniej jeden z nich był nosicielem.
Z rumieniem poszłam do lekarza pierwszego kontaktu, dostałam Doxycykline 2x100mg na trzy tygodnie - wiem, standard.
Objawy, to: niska temperatura, skacząca dosłownie, za kazdym razem, jak mierzę wielokrotnie w ciągu dnia, jest inna. Prawie nieustający ból głowy od ponad tygodnia i nienaturalna senność, i zmęczenie. Miałam też wczoraj dziwny atak w nocy i (prawie) wymioty. A w ciągu dnia urywał mi się film za kółkiem.
Antybiotyk biorę od tygodnia, więc, po pierwsze - czy utrzymujące się objawy mogą świadczyć, że lek nie działa? Czy może to być coś na kształt "herxa" przy założeniu, że boreliozę mam od lat, a nie od dwoch tygodni (bo w tym drugim wypadku rozumiem, że na herx za wcześnie - wybacznie, mimo zapoznania się z FAQ, wciąż jestem laik w temacie.
Dziwne jest dla mnie to wszytsko i nowe.
Wiem, że moje objawy mają się nijak do objawów wielu z Was.
Co do wieloletniej utajonej boreliozy, olśniło mnie dopiero niedawno, kiedy to musiałam się zapoznać z jej objawami. I - szok.
Wcześniej nie miałam pojęcia na jej temat.
Ale dokładnie pamiętałam rumień po ukąszeniu przez kleszcza przed wielu, może nawet nastu laty.
Typowy książkowy, powiększajacy się rumień. Wtedy nie było internetu. Rumieniem byłam zaniepokojona, ale skoro po jakimś czasie zaczął sam schodzić, a zadnych objawóch fizycznych przy tym nie ma, to znaczy, ze nie mam żadnej boreliozy.
Owszem, zostałam wtedy zarażona boreliozą - teraz jestem tego pewna. Pytanie jednak, czy mój organizm poradził z tym sobie sam (przecież się zdarza), czy za moimi zaburzeniami nerwicowo-depresyjnymi, na które cierpię od lat, może stać borelioza.
Nie jest łatwo na to pytanie odpowiedzieć, gdyż do zaburzeń nerwicowych jak najbardziej podstawy miałam (traumatyczne dzieciństwo).
Dlaczego jednak nie umiem wyzdrowieć? Dlaczego farmakologia (antydepresanty) zupełnie nie działają, żadne, poza skutkami ubocznymi. Dlaczego psychoterapie nie pozostawiają po sobie zauważalnych efektów? Dlaczego inni idą do przodu, a ja wciąz zostaję gdzieś w tyle.
Od dawna podejrzewam, że COŚ TU NIE TAK. Bo mimo wszelkich prób i starań, wciąż pozostaję wyłączona z życia. Właściwie od jakiegos już czasu czuję się jakbym była niepełnosprawna, choć żadnego stopnia nie mam i nikt by mi go nie przyznał. Bo wyglądam dobrze i lekarze mi mówią wprost, że nic mi nie dolega. Zresztą, żeby tylko lekarze... Bardziej przykry jest brak jakiegokolwiek zrozumienia ze strony bliskich.
Oczywiście mam wiele objawów takich, o których Wy piszecie, ale u mnie każdy z nich można jakoś uzasadnić, więc nie są jednoznaczne.
Nigdy jednak nie chorowałam na żadną grypę, ani nie miałam problemów ze stawami (poza bólami reumatycznymi raz na czas), albo drętwieniem rąk (poza objawem Raynauda).
Ale. Byłam kiedyś hospitalizowana i lekarze rozkładali ręce, albo twierdzili, że symuluję, kiedy wykręcało i ściskało mi twarz, szyję, usta, "uciekały" oczy, aż do bólu. Nie panowałam nad swoim ciałem i czułam wtedy już na jakiś czas wczesniej, jakbym traciła kontakt ze światem, ale w specyficzny sposób fizyczny. Nie mogłam pracować, nie byłam w stanie wykonywać czynnosci manualnych. Wyszłam wtedy po dwóch tygodniach ze szpitala bez diagnozy, nie wiedziano, co mi jest, a wyniki były dobre.
Zdarzały mi sie w przeszłości takie rzeczy, jak gubienie się w znanych miejscach, zapominanie po co i dokąd idę. Film mi się urywał. Tak, po alkoholu było znacznie gorzej, więc w ogóle bałam się pić. Ale nie musi to przecież wcale świadczyć o boreliozie.
Od kilku lat mam niedobór białych krwinek - przyczyna nieznana.
Mam mnóstwo objawów, jak ktoś tu np. pisał, że pod wpływem emocji, cały się trzęsie - ja tak mam, kiedy z kimś rozmawiam. Pisząc ten post też musiałam przerwę zrobić, bo mną telepało.
Od dawna też drżę fizycznie z innych niepoznanych dla mnie powodów, mam jakby takie ataki drgawek, ale jest to bardziej odczuwalne niz zauważalne. Słabnę wtedy.
Miałam kiedyś refluks, który mógł być spowodowany zaburzeniami odżywiania.
Tyłam i chudłam - zaburzenia odżywiania.
Naprzemienne biegunki i zaparcia - rozregulowanie jelit przez zaburzenia odżywiania mające miejsce dawniej.
Ból na dotyk - pewnie niedobór witamin, kłócia (jakby ktoś igłę w ciało wbijał) - pewnie każdy zdrowy tak ma. Wiecznie zawroty głowy i osłabienie. Niewydajność. Zapominalstwo. Problemy z koncentarcją. Przecież w nerwicy to normlane. Czterotygodniowa cykliczność symptomów - w końcu jestem kobietą (bałam sie, że mam powazne zaburzenia hormonalne).
Ostatnio problemy z pęcherzem, czasem bóle nie do wytrzymania, zwykle silne, ale krótkotrwałe ataki. Boli też mnie ostatnio łopatka, zdarzało się, że nie mogłam z łóżka się podnieść - ot starzeję się. Nie trzeba mieć boreliozy, żeby mieć takie dolegliwosci.
Jest tego wiele, naprawdę wiele, niektóre problemy pojawiają się, inne znikają, wracają po długim czasie. Mogłoby to wynikać z boreliozy, a nie musi, ale nigdy nie miałam grypy ani takich bóli i drętwienia kończyn, o jakich piszecie. Ciągle coś mi dolega, ale nie na taką skalę, przynajmniej pod względem fizycznym.
Wiem, że Wy mi diagnozy nie postawicie. Może jednak ktoś rozwieje te podejrzenia o przewlekłą boreliozę. Bo czy możliwe, bo przez tyle lat objawiała się ona w taki sposób? ja odróżnić nie umiem.
Zależy mi na odpowiedzi o tyle, że zmieniłabym kierunek leczenia - może antybiotykoterapia zamiast kolejnej psychoterapii? To wiele by w moim życiu zmieniło.
Odpowiedzi, której prawdopodobnie nigdy nie uzyskam...