Witam wszystkich Forumowiczów,
Trafiłam tu około 2 msc. temu szukając w inernecie informacji nt. boreliozy.
Zachorowałam jesienią 2006 r. Nie jestem pewna czy zaraził mnie kleszcz,
którego nigdy nie znalazłam na ciele, czy komary. Po powrocie z Karkonoszy we
wrześniu ubiegłego roku dostałam b. wysokiej gorączki - ponad 40 stopni,
mocnych bólów mięśni i stawów, koszmarnego osłabienia. Trwało to wszystko 3
dni. Myślalam, że to coś w rodzaju grypy. Przeszło i zapomniałam o tym. Pod
koniec września dotkliwie pokąsałały mnie komary. Bąble w msc. ugryzienia nie
znikły tak jak to zazwyczaj bywa, tylko rozlały się w ogromne czerwone
placki. Lekarz rodzinny przepisał mi jakiś spray na uczulenie, który tylko
podrażnił skórę, w związku z tym na kolejnej wizycie dostałam doksycyklinę w
dawce 100mg/dzień na 3 tygodnie i skierowanie do zakaźnika. Na wizytę czeka
się długo. Zaklepałam sobie msc i w szpitalu na Koszarowej i w przychodni
HIH. Termin - grudzień. Cały czas czułam się doskonale. Na wizycie pani dr
(ostrzegam wszystkich wrocławian przed p. dr M. z przychodni HIH!),
stwierdziła, że to na pewno była borelioza, ale leczyć nie trzeba, bo skoro
czuję się świetnie, tzn., że mój układ odpornościowy jest tak silny, że sam
zwalczył chorobę, a w ogóle to borelioza jest przereklamowana w mediach a
jeśli coś będę się u siebie doszukiwać tzn ,że mam syndrom studenta III roku
medycyny. Dała mi jednak skierowanie na Elisę . Test wypadł dodatnio b.
wysoko : IgM 171,88 RU/ml. Nadal czułam się świetnie. W Święta
Bożonarodzeniowe zaczęły mnie delikatnie pobolewać w nocy stawy rąk i stóp.
Początkowo nie zwróciłam na to uwagi. Ale bóle nasilały się i były coraz
częstsze. Na początku stycznia ponownie udałam się do przychodni. Dostałam
Zinnat 500 mg 2xdz na 4 tyg. i zapewnienie, żeby nie przejmować się wynikiem
testu. Po 3 dniach leku gwałtownie spadła mi temp. poniżej 36 st. Było mi
koszmarnie zimno. Nic nie wiedziałam wtedy o żadnych herxach. Trwało to dwa
dni i wróciło wszystko do normy, no prawie, bo stawy dalej mnie pobolewały,
ale mniej. Po skończeniu leczenia, po około 4 dniach znowu poczułam się
gorzej. Tym razem udałam się do szpitala na Koszarową sądząć, że tam są spece
najwyższej klasy, bo to przecież zakaźny szpital. Dostałam doxy 2x100g. Po
tygodniu brania myślałam, że umrę, ledwo wstawałam rano z łóżka, trzęsłam
się, było mi non stop zimno, w domu po schodach chodziłam na czworakach,
potem objawy zelżały.Na kolejnych wizytach dopraszałam się o następne dawki
antybiotyków, aczkolwiek lekarze twierdzili, że borelioza jest przy takim
intensywnym (!)leczeniu raczej wątpliwa. Zrobiłam różne testy: w kierunku
tarczycy (bo to na pewno zimno od tego), w kierunku chorób stawowych,
wszystko było w normie. W początkach kwietnia już nie chciano mi nic
przepisać. "Jak się pani naprawdę źle poczuje to proszę się zgłosić do
szpitala. A w ogóle to wszyscy się teraz pchają do szpitala. Proszę chodzić
na rehabilitację i zażywać leki p/bólowe". W międzyczasie próbowałam też
homeopatii - równolegle z antybiotykoterapią. Łykałam jakieś robione na
zamówienie kuleczki, nic to nie dało. Zmartwiona zaczęłam szukać w internecie
czegoś na temat boreliozy, chcąc przekonać się, że wszystko będzie dobrze i
pewno bóle same ustąpią po jakimś czasie. No i trafiłam na Forum. Włosy
zjeżyły mi się na głowie, bo zdałam sobie sprawę, że zmarnowałam kilka
miesięcy. Jeszcze w którymś z wątków wyczytałam, że źle leczona borelioza
może być bardziej niebezpieczna od nie leczonej wcale. Próbowałam przekonać
lekarza rodzinnego do proponowanego tu leczenia, nic z tego. "Nie będę nic
czytać, wolę wysłać do zakaźników i mieć problem z głowy. Poza tym jako
lekarz mam dostęp do najnowszych publikacji a borelioza jest bardzo rzadkim
problemem w Polsce". Cóż, pojechałam do Krakowa. Leczę się dopiero drugi
miesiąc. Wpierw Tetracykliną, teraz Klabaxem, Zamurem i Tini w pulsach. Bóle
nasiliły się, stały się ostrzejsze, takie dźgające, utrzymują się praktycznie
bez przerw, ale można wytrzymać. Całe szczęście, że mam poparcie rodziny, bo
psychicznie czuję się podle. Mam nadzieję, że mój przewód pokarmowy, wątroba
(i kieszeń

)wytrzymają tę drakońską kurację. Poznałam też, zupełnie przez
przypadek, pana, który u dr Beaty leczy się od stycznia i już jest na
finiszu. To optymistyczna wiadomość, bo przecież wszyscy mimo chwil
zwątpienia wierzymy w wyleczenie.
Pozdrawiam serdecznie
Dorota