Zacznę o podziękowania Wam wszystkim za to, że stworzyliście to Forum.
Dzięki niemu dostałam swoją szansę i wykorzystuję ją już w 100%.
Jeszcze trzy dni temu byłam załamana, bo borella jakby przeczuwając odwet zaatakowała ze zwielokrotnioną siłą. Obawiałam się, że mój stan umysłowy uniemożliwi mi założenie swojego wątku. Ujmę to w dwóch słowach... traciłam rozum. Dosłownie!!!
Dziś jest już zupełnie inaczej! Dzięki Pani Doktor Z Krakowa i Wam. Bo mnie ku niej powiedliście. Dziękuję też Stowarzyszeniu, a szczególnie punktowi konsultacyjnemu w Strzelcach Opolskich. Uzyskałam tam bezcenne porady i wskazówki.
Droga przede mną trudna i długa. Jak przed każdym z nas. Dla siebie innej nie widzę.
Moja historia pokrótce wygląda tak:
Pierwsze zakażenie nastąpiło dwa lata temu po grzybobraniu. W tylnej części lewej łydki zauważyłam klasyczny rumień (ok 7-8 cm)z przypiętym w środku kleszczem. Słyszałam o boreliozie i zanim się za kleszcze zabrałam zajrzałam do internetu. Mieszkam na wsi otoczonej z każdej strony przepięknymi lasami. Był piątek, godziny późnopopołudniowe. Lekarza w Ośrodku zdrowia już nie było. Postanowiłam z paskudą uporać się sama. Niewygodne położenie utrudniło skutecznie prawidłowe wyjęcie. Najgroźniejsza część została. Teraz wiem, że nie miało to już i tak żadnego znaczenia. BYŁ RUMIEŃ! Sama skaplelem wycięłam sobie pozostałość i zdezynfekowałam. Wróciłam do internetu. Posiedziałam w nim jednak zbyt krótko. Zawsze byłam przeciwnikiem stosowania antybiotyków przy byle okazji. Ktoś zupełnie nie znający tematu nieświadomie uspokoił mnie, że rumień zawsze po ugryzieniu pojawia się. A ja chciałam coś takiego usłyszeć, bo był początek roku szkolnego i miałam na głowie „ważniejsze” sprawy związane z rozpoczęciem roku szkolnego. Wahałam się, czy nie zaliczyć w poniedziałek gabinetu, ale postanowiłam jednak zaczekać na objawy grypopochodne. Przez ostatnie lata zwykle zjawiałam się tam po jakiś papierek. Zmyliło mnie też pojęcie - rumień WĘDRUJĄCY. Czekałam na to, że się będzie przemieszczał

Teraz wiem, że chodzi o to, iż przede wszystkim zwiększa on swoją średnicę. I zwiększył - do 12 cm. Był identyczny jak ten z ulotki Stowarzyszenia.
O objawach, zauważonych w ciągu tych dwóch lat były klasyczne. Zauważył je mój mąż po artykule w Angorze i to on pierwszy mnie zdiagnozował. Chwała mu za to!
Zaczął wyganiać mnie do lekarza. Ale był koniec loku. Znowu „ważniejsze” sprawy. No i moja niechęć do nawet myśli o jakimkolwiek leczeniu.
Drugie zakażenie było kropką nad "i". Nastąpiło w pierwszych dniach wakacji.
Na tyłach ogrodu, daleko od domu obrodziły maliny. Sarnom też smakowały (ogryzły końcówki) i chyba to one zostawiły mi nasze "ulubione" stworzonko.
Na drugi dzień, pod pachą znalazłam GO. Był przypięty i udało mi się go wyjąć prawidłowo. Przyznam szczerze, że ucieszył mnie rumień, który pojawił się po pięciu dniach. Gdy przybrał STANDARDOWE rozmiary udałam się do lekarza. Nie zlekceważył mnie. Przepisał AzitroLEK 250 - 6 tabletek na 5 dni.
Dla mnie ważny był WPIS w dokumentacji. Wiedziałam, że diagnoza w naszym SYSTEMIE jest trudna, ale dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak BARDZO.
To już dwa szczęścia w nieszczęściu – rumień i wpis w kartotekę !
Spędziłam na pewno ponad setkę godzin nad lekturą tematu. Poznałam metody leczenia u nas i na świecie. Poznałam z grubsza BIOLOGIĘ tej bakterii – jej budowę i zachowanie oraz historię zjawiska choroby z Lyme. A nawet zainteresował mnie sam klesz i jego styl życia. Cwana bestia!
Zwróciłam się o pomoc do Stowarzyszenia. I dopiero po wielu przemyśleniach, dalszej lekturze forum i innych wielu innych stron opisujących temat podjęłam DECYZJĘ.
Miałam kolejne szczęście!!! Leczę się w Krakowie

))
Zawsze powtarzałam, że jest to jedyne miasto na świecie, które kocham! I to prawdziwy CUD, że Nasza Pani Doktor znalazła dla mnie wolny termin.
Na podjęcie konkretnych działań był czas ostateczny.
Drugie zakażenie znacznie przyspieszyło nasilenie dolegliwości. Od tamtego czasu moja temperatura
codziennie sięga 37,5 – 38 stopni. Zwykle nie siadałam na d… cały dzień. Doszło do tego, że w weekend poza toaletą nie wstałam z łóżka. Po powrocie z pracy rzucałam się na nie jak rozbitek na tratwę ratunkową. Aż w końcu osłabłam tak, że mąż musiał mnie do niej wlec na swoich plecach. Nie było tak cały czas, ale encefalopatie tak się nasiliły, że zaczęłam obawiać się swojej pracy. Nigdy nie miałam potrzeby pisać notek.. Zawsze wszystko zapamiętywałam. Nawet nie miałam takiego nawyku. A tu nagle mam problem z posortowaniem dokumentacji, pojawiła się i bardzo nasiliła dysleksja. Uczniowie zaczęli zwracać mi uwagę na braki literek w wyrazach, a nawet sylab. Gubiłam na lekcji wątek i zapominałam danych z zadania, które przed chwilą dyktowałam. Musiałam brać zeszyt od ucznia, by je sobie przypomnieć. Czy fizyk gubiący wątek może cokolwiek wyjaśnić uczniom?!
Albo informatyk, który chce nauczyć robienia prezentacji jednocześnie 20 osób.?!
A uczę w gimnazjum obu przedmiotów! Uczyłam – jestem na zwolnieniu…
Różnica między czerwcem a obecnym stanem dawała mi wyobrażenie czekającej mnie KATASTROFY. Przede wszystkim umysłowej!! ! Mogłam stracić wszystko, ale nie głowę!!!
Mając świadomość odpowiedzialności w swojej pracy z ogromnym trudem i wysiłkiem dotrwałam do terminu wyznaczonej mi wizyty. W domu nie byłam w stanie bez problemu zrobić sobie herbaty mimo, że wcześniej potrafiłam w ciągu jednego dnia upiec i 10 skomplikowanych ciast! W końcu spaliłam czajnik. Rodzina z bezsilnością przyglądała się moim zmianom.
Zaczął siadać mi wzrok, pojawiły się plamy i mrużyłam oczy. Osiem lat temu usunęłam laserem w Katowicach krótkowzroczność. Po zbiegu wzrok miałam lepszy niż przewiduję normy! A bakteria uwielbia blizny. Tam czuje się bezpiecznie.Kolejny powód do strachu.
Jeszcze tylko wyznaczone przez Panią Doktor badania…
Zorganizowanie ich sobie sprawiło nietypowe dla mnie problemy. Źle wklepywałam nawet numery telefonów (typowa dysgrafia)i nie potrafiłam się dodzwonić we właściwe miejsce!!! I to kilkakrotnie!!!
Pojawiły się problemy z wysławianiem, brak właściwych wyrazów, nagłe gubienie wątku. W ostatnich dniach mówiłam często na zasadzie „Kali mówić… ale nawet nie wiedzieć ,co chciałem powiedzieć”. Bo zapomniała… Mimo ogromnej próby koncentracji. Bezsilność umysłowa doprowadzała mnie do łez. Bez wahania zamieniłabym się z Stephenem Howkingiem, mimo jego tragicznego stanu fizycznego.
Bardzo wiele nerwów kosztowało mnie znalezienie możliwości podawania kroplówek. To chyba było NAJTRUDNIEJSZE. Nasz SYSTEM skutecznie stawia przeszkody. Mimo, że chciałam za tą usługę zapłacić!
Nie spodziewałam się tego, bo mam sporo koleżanek, które są pielęgniarkami. Nie chciałam ich jednak narażać ze względu na odpowiedzialność bez uzyskania odpowiednich pozwoleń.
Moja kuracja zaczęła się zgodnie ze wskazówkami dr J. Burrascano.
Od razu „borelle” dostały „z grubej rury”.
I tu dygresja…
Mieszkając w górach obserwowałam kiedyś akcję gaszenia palącego się, drewnianego domu. Obok był sąsiedni dom. Też drewniany. Ochotnicza straż pożarna próbowała go ugasić. Szybko ogień przeniósł się na dach sąsiedniego budynku. Po chwili cały stanął w ogniu. Dopiero, gdy przyjechała straż zawodowa z Nowego Targu z odpowiednim sprzętem i przyłożyła w ogień z „grubej rury”

armatki wodne!), ogień zniknął niemal w oczach! Jak płomień ze zdmuchniętej zapałki!
Coś się potem jeszcze tliło ale powoli wygasło.
OSP nie miałaby szansy! Gdyby to się działo w bezcennym skansenie w Chochołowie cała wieś szybko stanęłaby w ogniu!