IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 21.11.01, 22:06
Ja w sierpniu jeczałem z Olsztyna do Krakowa ( 9 godzin ) oraz z Bielska do
Olsztyna ( 10 godzin ). Jechałem z narzeczoną i przekonałem się, że ludzie są
bardzo mili ( a propos: pozdrawiam Pana z Tarnowa, który podarował nam mapę
Krakowa, woził chleb ).
Najgorsze misto do łapania "stopa" to Grudziądz (to z innych podróży).
Nie zabieraja na stopa włąściciele smochodów Deaowoo ( lata praktyki ).
Najłatwiej złapać "stopa" na drogach wyjazdowych z małych miasteczek.
Warszawiacy szkoda gadać( tzn. pisać) .
Co wy o tym sądzicie?? Macie inne teorie??
Obserwuj wątek
    • oxycort Re: AUTOSTOP 21.11.01, 23:06
      Studentem będąc jeszcze, zwyczajowo wracałem na wekendy do domu rodzinnego.
      Pociągiem. Raz się zdarzyło, że na ostatni pociąg osobowy w pośpiechu wsiadłem,
      nie doczytawszy na rozkładzie, że kończy Ci on bieg jakieś 20km przed moja
      stacją docelową.
      Północ była, kiedy wysiadłem i ów fakt stwierdziłem. Następny pociąg - 6 rano.
      Poczekalnia opanowana przez plemię koczowników, nie zachęcała do pozostania.
      Udałem się na tzw. "okazję".
      NIKT się nie zatrzymał. Szedłem borem, lasem z plecakiem przygniatającym mnie
      do ziemi (wiecie - wypełnionym brudami do wyprania...) i nikt nie zdradzał
      nawet najmniejszej chęci zatrzymania się. Po 20 minutach spaceru lunął deszcz...
      Dopadłem pierwszy lepszy przystanek autobusowy, ale uznałem, że cieplej mi
      będzie iść. Do domu dotarłem koło 5 nad ranem, kiedy pranie z plecaka było juz
      wstępnie namoczone. Wtedy poprzysiągłem sobie, że kiedy będę już
      zmotoryzowany...
      Innym razem jadąc, znając zdradliwość pociągów - wybrałem wcześniejszy, ale cóż
      kiedy zaspałem i przejechałem dwie stacje. Łącznie 17 kilometrów. Stacja na
      której się ocknąłem umiejscowiona była w szczerym polu, bez żadnego budynku
      dworcowego. Jedna czy dwie lampy były gwoli prawdy, ale po odjeździe pociągu
      natychmiast zgasły... Historia się powtórzyła. Znów na piechotkę. Z plecakiem.
      Nie padało wprawdzie, ale mróz był siarczysty, jak to w lutym. Wówczas
      odnowiłem poprzednie uroczyste śluby.
      Potem oglądnąłem jeszcze "Autostopowicza"...
      Od czasu do czasu zdarza mi się złamać przyrzeczenie, (być może w nadzieji że
      spotkam Jennifer Jason Leigh), ale najczęściej na widok potrząsającego dłonią
      delikwenta przy drodze, instynktownie dodaję gazu. Taki odruch bezwarunkowy.
      • Gość: ka. Re: AUTOSTOP IP: *.osiedle.rybnik.net.pl 22.11.01, 08:39
        Znajomemu też zdarzyło się kiedyś przysnąć w pociągu.I podobnie.Ocknął się w
        szczerym polu,dwa przystanki od domu.Postanowił wrócić najkrótszą w tym
        momencie drogą czyli torami.Szedł,szedł,aż nagle za plecami usłyszał stukot
        nadjeżdżającego pociągu.Profilaktycznie usunął się na bok i desperacko machnął
        ręką.I tak złapał stopa do domu
    • Gość: kiciaf Re: AUTOSTOP IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 22.11.01, 08:39
      Autostopem poruszałam sie dosyć dużo w czasach wędrówek turystycznych różnych
      szczególnie w terenie podgórskim. Autobusów tam jest jak na lekarstwo, czasem
      tylko dwa razy dziennie, więc dotarcie do wybranej miejscowości jest mocno
      skomplikowane niekiedy i wymaga wielu kilometrów przebytych szosą. A plecak
      zawsze był ciężki, bo albo niosło się zaprowiantowanie albo były tam rzeczy
      niezbędne na wielotygodniową wędrówkę po kompletnej głuszy.
      Najczęściej na stopa brali miejscowi, którzy poruszali się mało wytwornymi acz
      wielce użytecznymi pojazdami typu żuk i nysa a bardzo często to był traktor z
      jakimś wozem doczepionym z tyłu. Wozy były różne- najlepsze to te z sianem.
      Czasem tylko występował problem z wgramoleniem się na wysoką kupę siana i z
      wrzuceniem tam plecaka. Miło też jechało sie na wielkiej stercie trocin z
      tartaku z tym że później przez kilka dni wydłubywaliśmy trociny ze wszystkiego -
      nawet z zamkniętego w słoiku masła. Do tej pory nerwowo lekko wspominam podróż
      za powozem nazywanym gdzie niegdzie linijka uczepionym do gazika nadleślnictwa.
      Pojazd ów był uproszczoną wersją wozu drabiniastego tylko bez szczebli.
      Jechalismy tym pojazdem w sześć osób siedząć na dosyc wąskiej desce środkowej
      zwisając nogami na obie strony. Po stronie przeciwnej u każdego zwisał ciężki
      plecak a trzymaliśmy się siebie nawzajem jedynie. Utrzymanie równowagi na tym
      pojeżdzie graniczyło z ekwilibrystyką już podczas postoju. Horror zaczął się
      gdy gazik rozwinął zawrotną jak dla nas prędkość swego napędu na cztery koła i
      pomknął w dal, kierowany z ułańską fantazją przez młodego leśnika . Jedyne co
      nas uratowało przed spadnięciem, to że po chwili zaczął się ostry podjazd pod
      górę i gazik trochę zwolnił.
      Bardzo lubie koniostop czli podwózki wozami zaprzężonymi w konie. Zwykle można
      wtedy pogadać z woźnicą, dowiedzieć się wielu pożytecznych informacji. Np w
      jaki dzień tygodnia i w jakich godzinach otwarte są okoliczne sklepy (mówię o
      czasach nieco przeszłych ale nie tak bardzo odległych - w Beskidzie Niskim i
      bieszczadach tak się zdarzało), albo gdzie mieszka sklepowa i kościelny, któy
      ma klucze do cerkwi.
      Najśmieszniejszy przypadek jazdy koniostopem wydarzył się w pewne wakacje w
      górach na które z przyczyn różnych zabrałam swojego psa, a moi znajomi jeszcze
      dwa inne. Wszystkie trzy były to owczarki (dwa niemieckie i jeden polski
      owczarek nizinny). Po paru tygodniach wspólnej wędróki psy były już zgraną
      bandą. Wszystkie były dobrze wytrtesowane ogólnie rzecz biorąc łagodne, ale
      podróżować w cztery osoby z czterema wielkimi plecakami, gitarą i trzema psami
      łatwo nie było. Już sama próba wejścia do pksu powodowała oburzenie tubylców i
      dużą niechęć kierowców. Do tej pory nie mogę zapomnieć widoku naszych trzech
      psów przywiązanych do słupka z rozkładem jazdy pod którym leżały nasze
      plecaki. Po naszym powrocie z baru na dworcu w Gorlicach zastaliśmy wielce
      interesujący widok. Kazdy kto miał chęć zbliżyć się i przeczytać rozkład jazdy
      był uprzejmie acz stanowczo wypraszany przez nasze trzy psy, które dosyć cicho
      ale za to bardzo stanowczo pokazywały swoje białe uzębienie wyraźnie dając do
      zrozumienia, że one tu pilnują bagaży swoich państwa i nie życzą sobie żadnych
      zbliżeń.
      Kiedy już udało nam się razem z całym majdanem dojechać jednak do ostatniego
      przystanku na trasie musieliśmy przejść jeszcze ok 10 km piechotą trochę szosą
      a trochę drogami polnymi ale za to cały czas pod górę. Pojazdy drogą tą
      przemieszczają się niezwykle rzadko. Zaczęliśmy wędrówkę i wtedy stał się cud -
      udało nam się zatrzymać koniostop. Czym predzej zapakowaliśmy siebie i bagaże
      na wóz licząc że psy puszczone wolno pobiegną za nami. Ruszyliśmy. Jednak tak
      się nie stało. Psy również postanowiły nie być gorsze i też chciały się
      przejechać. Zaczęły osaczać konia i zmuszać go do zatrzymania. Nic nie pomagały
      nasze wołania i krzyki zdenerwowanego woźnicy. Na chwilę odchodziły, koń ruszał
      a po chwili znowu go zatrzymywały. Woźnica był tak zdumiony, że nie był w
      stanie wydusić z siebie słowa na naszą prośbę czy psy mogą jechać z nami. Z
      wiejskimi kundlami nie ma takich problemów - biegną sobie za wozem i żadnemu
      nie przyjdzie zatrzymywać konia żeby wskoczyć na wóz. Psy zadowolone wskoczyły
      na wóz i resztę drogi opdbywały patrząc z góry na okoliczne kundle. A nas
      kosztowało to flaszkę, którą nasi panowie musieli rozpić podczas jazdy z naszym
      woźnicą. Okazało się, że pod kozłem ma schowane wszelkie niezbędne utensylia,
      my mieliśmy flaszkę i w miłej atmosferze upłynęły nam kolejne dwie godziny
      wspólnej podróży. W pamieci naszego woźnicy również zdarzenie to utkwiło bardzo
      mocno, gdyż kilka lat później poznał nas i znowu podwiózł, choć wtedy byliśmy
      już bez psów...
    • mreck Re: AUTOSTOP 22.11.01, 14:29
      podróżowało się! Między G. a E. na drugim roku tak zasmakowałem, ze co tydzień
      jadąc do domu po mniamuśnie żarełko odbywałem podróż za jeden usmiech i tylko
      raz spotkała mnie przykrość: kierowca ciężarowki z napisem TransOcean całej
      smierdzacej śledziem i dorszem zarządał opłaty z góry, tyle co za PKS.
      Najdalszą trasę jaką udałomi sie zrobiś "na stopa" to z Elblaga do Tarnowa via
      warszawa (błe!) Radom, Kielce. Ostatni odcinek odbywałem autobusem kolonijnym w
      którym wszycy nie wyłączajac kierowcy byli nawaleni. Kierowca był może poprostu
      zmęczony, a malutkie dzieci spały. Najzabawniejsze przygodę przezyłem jadąc do
      armii i łapiąc okazję z Ciechanowa do Pułtuska. Wyladowałem o 6 rano w Płońsku.
      Jaka to w końcu różnica? Spóźniłem się na apel i mały włos nie dostałem ZOMZu.
      Dzialo się to wszystko w czasach kiedy kierowcy byli życzliwi a autostopowicze
      nie zabierali im samochodów i życia.
    • rigel Re: AUTOSTOP 22.11.01, 14:36
      przekaze te pozdrowienia komu trzeba ;))))

      raz jechalem stopem 20 km, samochodem, w ktorym drzwi sie nie zamykaly i snieg
      hulal bardziej niz na zewnatrz, dalem kierowcy wszystkie drobne jakie mialem,
      na dzisiejsze to bylo jakies 5-6 zlotych, bo wiecej nie mialem, jak to zolnierz
      na przepustce, a on jeszcze narzekal, ze to malo. dodam, ze bilet autobusowy na
      tym odcinku kosztowal wtedy 3 zlote.
      a raz jechalem karawanem, bez standardowego pasazera na szczescie ;)))))
    • piotr_c Re: AUTOSTOP 22.11.01, 15:36
      Ja również troche jeździłem autostopem. I mam bardzo fajne wspomnienia. To była
      runda Warszawa-Poznań-Sczecin-Gdańsk-Toruń-Warszawa z całym dobytkiem ma
      plecach i tabliczka z kierunkiem gdzie chcę jechać. Spotkałem mnóstwo fajnych
      ludzi. A szczególnie miło było z tymi którzy sami kiedys tak wędrowali. Jeden
      kierowca , mimo sprzeciwu rodziny , grubo nadłożył drogi aby wysadzic mnie w
      miejscu dogodnym do następnego łapania stopa, innym razem jachałem na czwartego
      w solidnie załadowanym "maluchu" nic nie widząc przed soba przez plecak za to
      miło rozmawiając. A najlepszy był dzień gdy od rana mijałem się na trasie ze
      Szczecina z trzema dziewczynami ( w końcu zaczęliśmy sobie machać). Wreszcie
      trafiłem na szambiarkę, wysiadłem gdy skręcała do zlewiska. I co widzę , te
      trzy dziewczyny też wysiadaja ze "swojej" szambiarki. Przywitaliśmy sie i mówię
      że jesli chcemy jechać dalej razem to potrzebny jest nam autobus. A tu
      dziewczyny w śmiech bo w tej chwili za moimi plecami zatrzymał sie ... autobus
      PKS-u jadący gdzieś na przegląd czy cos w tym stylu. Zadziałała tabliczka na
      plecaku i przejechaliśmy ponad 100 km własnym autobusem.
      Niestety muszę się zgodzić że najtrudniej zatrzymac samochód z warszawską
      rejestracja.
    • trotula Re: AUTOSTOP 22.11.01, 17:05
      W ogólniaku w ogóle nie do pomyślenia było, żebym jeździła autobusem czy
      pociągiem. Czasem podróżowałam sama, czasem z koleżanką. Zatrzymywali się rożni
      ludzie, najciekawiej wspominam pewnego młodego, nagiego mężczyznę (serio!!!)
      byłyśmy wtedy we dwie, miałyśmy 16 lat i byłyśmy trochę..hm..nieodpowiedzialne,
      więc wsiadlyśmy. Facet, oprócz tego, ze był nagi, był absolutnie sympatyczny i
      nieszkodliwy. Spytałyśmy go czemu tak jeździ, odpowiedział, że lubi widzieć
      miny policjantów a poza tym tak mu wygodnie. Najdłuższa droga przebyta
      autostopem to do Żar k/Żagania na Przystanek Woodstock z Tarnowa. Jechałam z
      kolegą, najczęściej zatrzymywały się tiry, choć zdarzył się i autobus, którym
      podjechaliśmy za darmo. Zdarzyło mi się też jechać karetką na sygnale,
      radiowozem (panowie policjanci byli na tyle mili, że sami nie jadąc tam gdzie
      chciałam, zatrzymali się na wylotówce i złapali mi samochód na radar!). Miałam
      też niestety kilka niemiłych przygód, na szczęście nic mi się nie stało, ale
      teraz jeżdżę autostopem tylko kiedy naprawdę muszę.
      • Gość: roro Re: AUTOSTOP IP: 217.8.191.* 22.11.01, 17:30
        Ja kiedys wzialem na stopa i teraz place alimenty.

        A ostatnio wyjezdzalem z elblaga (bee!) w kierunku Gdanska i na poboczu stal
        jakis gargamelowaty jegomosc w beretce i gumiakach i machal swoimi mackami.
        Nie zabralem go, tylko dodalem gazu, zatrabilem i ochlapalem zastalym blotkiem
        z pobliskiej kaluzy. Fajnie bylo.
        • mreck Re: AUTOSTOP 23.11.01, 07:14
          roro, masz przechlapane, ten gość to była żona leppera. Teraz cie ścigaja, więc
          nie kręć sie na wiejskiej(bleee.)
    • ignatz Re: AUTOSTOP 22.11.01, 19:41
      Kiedys w Bieszczadach zatrzymalismy forda sierre, w ktorym jechalo juz trzy
      osoby. W bagazniku mieli juz szesc kolder, a we krwi na oko trzy promile.
      Kierowca nie mogl trafic kluczykiem do zamka. Ale w koncu pojechalismy, szesc
      osob, szesc kolder, trzy plecaki, dwie gitary, butla gazowa luzem i lacznie
      dziewiec promili. Na szczescie ujecfhalismy wspolnie tylko ze tzry kilometry.
      • Gość: Frene Re: AUTOSTOP IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 25.11.01, 13:31
        Ja też podróżuję autostopem, ale po za granicami naszego kraju,
        jakoś nie ufam rodakom,sama nie wiem skąd te uprzedzenia ?
        Przecież 90 % to katolicy !?
        W tym roku "zaautostopowałam" do Hiszpanii, gdzie zgodnie z opinią większości
        napotkanych autostopowiczów, raczej trzeba liczyć na Francuzów i Niemców,
        a na Hiszpanów, jeżeli jest się wystarczająco głupim, by "jechać" na starym
        przysłowiu,że "głupi ma szczęście" - w tym roku osobiście sprawdziłam -DZIAŁA!!!
        Nawet trafiłam na takiego, co to mówił,ze ma dzień wolny i może nas (byłam z
        koleżanką) zawieźć gdzie chcemy.A swoją drogą czy szczęście jest wprost
        proporcjonalne do głupoty? :))))))))))))))))))
        Miałyśmy też we Francji przyjemność jechać minivanem z jedną taką, jej dziećmi
        i psem owczarkopodobnym, tyle ,że przyjemność szybko zamieniła się w kłopot, bo
        jak wysiadłyśmy, a Ona już odjechała,zza krzaczków wyleciał piesek ...
        tak , tak - owczarkopodobny...
        Postaci dramatu:
        Zestresowany, wystraszony pies, biegający za każdym przejeżdzającym samochodem ,
        koleżanka,która panicznie bała się psów, czego dowiodła już podczas podróży
        rzeczonym minivanem, pomimo,że piesek znajdował się w bezpiecznej
        odległości...za siedzeniami,
        no i ja biegająca wśród przejeżdżających samochodów ,w jednej ręce ze
        sznurówkami , a w drugiej z butelką wody i wołajaca "chodź tutaj, wracaj" we
        wszystkich znanych mi językach.

        Udało się !!!
        Potem już tylko 2 godziny siedzenia przy autostradzie z psem na sznurówkach, w
        oczekiwaniu na powrót właścicielki, która jak się później okazało, po ok.
        godzinie dotarła do lasu, który był celem jej podróży i wtedy...
        No i musielibyście widzieć miny ludzi, którzy się zatrzymywali, bo chcieli nas
        zabrać, ale jak zobaczyli takiego psa, to rozkładali recę , albo pukali się w
        głowę :)))))))))))))))))

        Należało by chyba też wspomnieć pewnego dziadka, który po drodze wjeżdzał do
        każdego miasta i bawił się w przewodnika i zupełnie mu nie przeszkadzało
        nasze "że ne kąpre ani parle franse" :)))))
        Ale dziadek był git, jak nas odstawiał, to zaparkował samochód, nas
        zakwaterował na ławeczce i sam nam postanowił załatwić dalszy transport, co
        przejawiało się podchodzeniem do każdego samochodu, zatrzymujacego się przy
        budce wjazdowej na autostradę i tekstem "Przepraszam bardzo, czy zechcieliby
        Państwo zabrać te dwie studentki do Lyonu?"
        I tak dziadek załatwił nam dalszy transport, a kolejni nasi "kierowcy" brali
        potem przykład z dziadka :))))))))))))))))

        Po za tym jechałam przez 6 h z pewnym Francuzem, który podobnie jak dziadek za
        cholere nie parle w żadnym obcym języku, a koniecznie chciał z Nami gadać, a że
        i ja należę do rozmownych, no to dawaj rozmówki polsko - francuskie, tyle ,że
        zadanie było wysoce utrudnione - nie było podanej wymowy :))))))
        Śmiesznie było bardzo,opowiadał o wyzwolonych francuzkach opalających się nago,
        proponował mi małżeństwo z jakimś garsonem, ja sobie myśle, cholera co za
        garson? Jakaś francuska gwiazda? Czy co?dopiero po jakiejś godzinie jak zaczął
        opowiadać o rodzinie, zorientowałam się,ze garson to....syn:)))))))
        Potem uczył mnie francuskich słówek, co mi się bardzo szybko przydało, bo jak
        wysiadałam, od pewnego chłopaczka, zostawiłam podręczny plecak i wiedziałam
        ,że mam zawołać "la sak" :)))))))))))))))))))))))))))))
        Miałam też okazję poczuć się jak główna bohaterka filmu Davida Lyncha, a także
        miałam przyjemność jechać kradzionym samochodem, o czym przekonałam się dopiero
        na trasie, a właściwie na komisariacie, chociaż już przy wsiadaniu,
        porozumiewawczo dałyśmy sobie z koleżanką znak ,że coś jest chyba nie tak,
        powiem Wam tylko,ze musiałyśmy wchodzić przednimi drzwiami, bo nasz kierowca,
        nijak nie potrafił otworzyć bagażnika, ani tylnych drzwi , czym sam był
        wyraźnie zaskoczony...

        Aha ! Na koniec wspomnę,że mam zasady, nigdy nie podróżuję sama, nigdy nie
        wsiadam do dwóch i więcej facetów, nigdy nie wsiadam do Arabów i
        Arabopodobnych, tzn. raz wsiadłam ,ale bardzo szybko wysiadłam...
        I na początek,za nim nie rozpoznam "gruntu" ,facetom zawsze zaniżam swój wiek,
        stosownie do obowiazującego w danym kraju prawa,chyba wiecie o co chodzi :))

        A tak wogóle , w przyszłym roku jadę do Maroka, jak są jacyś chętni to nie ma
        sprawy,jeździłam już z większą ekipą, całkiem fajnie, tylko trzeba
        sie "sparować" i ustalić miejsca kontrolne, a zresztą w dobie telefonów
        komórkowych nie ma problemu.
        Trzeba mieć tylko 40 $ na prom w dwie strony, dobry humor i duszę włóczęgi !

        Aha zapomniałabym, spotkałam ludzi- Polaków, którym we Francji zatrzymał się
        polski autokar, z polską pielgrzymką.
        Ale mieli szczęście co?
        hahahaha
        Ksiądz chciał skasować od nich, jak za miejscowy autobus :))))))))))))))))))))
      • Gość: Frene Re: AUTOSTOP IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 25.11.01, 13:31
        Ja też podróżuję autostopem, ale po za granicami naszego kraju,
        jakoś nie ufam rodakom,sama nie wiem skąd te uprzedzenia ?
        Przecież 90 % to katolicy !?
        W tym roku "zaautostopowałam" do Hiszpanii, gdzie zgodnie z opinią większości
        napotkanych autostopowiczów, raczej trzeba liczyć na Francuzów i Niemców,
        a na Hiszpanów, jeżeli jest się wystarczająco głupim, by "jechać" na starym
        przysłowiu,że "głupi ma szczęście" - w tym roku osobiście sprawdziłam -DZIAŁA!!!
        Nawet trafiłam na takiego, co to mówił,ze ma dzień wolny i może nas (byłam z
        koleżanką) zawieźć gdzie chcemy.A swoją drogą czy szczęście jest wprost
        proporcjonalne do głupoty? :))))))))))))))))))
        Miałyśmy też we Francji przyjemność jechać minivanem z jedną taką, jej dziećmi
        i psem owczarkopodobnym, tyle ,że przyjemność szybko zamieniła się w kłopot, bo
        jak wysiadłyśmy, a Ona już odjechała,zza krzaczków wyleciał piesek ...
        tak , tak - owczarkopodobny...
        Postaci dramatu:
        Zestresowany, wystraszony pies, biegający za każdym przejeżdzającym samochodem ,
        koleżanka,która panicznie bała się psów, czego dowiodła już podczas podróży
        rzeczonym minivanem, pomimo,że piesek znajdował się w bezpiecznej
        odległości...za siedzeniami,
        no i ja biegająca wśród przejeżdżających samochodów ,w jednej ręce ze
        sznurówkami , a w drugiej z butelką wody i wołajaca "chodź tutaj, wracaj" we
        wszystkich znanych mi językach.

        Udało się !!!
        Potem już tylko 2 godziny siedzenia przy autostradzie z psem na sznurówkach, w
        oczekiwaniu na powrót właścicielki, która jak się później okazało, po ok.
        godzinie dotarła do lasu, który był celem jej podróży i wtedy...
        No i musielibyście widzieć miny ludzi, którzy się zatrzymywali, bo chcieli nas
        zabrać, ale jak zobaczyli takiego psa, to rozkładali recę , albo pukali się w
        głowę :)))))))))))))))))

        Należało by chyba też wspomnieć pewnego dziadka, który po drodze wjeżdzał do
        każdego miasta i bawił się w przewodnika i zupełnie mu nie przeszkadzało
        nasze "że ne kąpre ani parle franse" :)))))
        Ale dziadek był git, jak nas odstawiał, to zaparkował samochód, nas
        zakwaterował na ławeczce i sam nam postanowił załatwić dalszy transport, co
        przejawiało się podchodzeniem do każdego samochodu, zatrzymujacego się przy
        budce wjazdowej na autostradę i tekstem "Przepraszam bardzo, czy zechcieliby
        Państwo zabrać te dwie studentki do Lyonu?"
        I tak dziadek załatwił nam dalszy transport, a kolejni nasi "kierowcy" brali
        potem przykład z dziadka :))))))))))))))))

        Po za tym jechałam przez 6 h z pewnym Francuzem, który podobnie jak dziadek za
        cholere nie parle w żadnym obcym języku, a koniecznie chciał z Nami gadać, a że
        i ja należę do rozmownych, no to dawaj rozmówki polsko - francuskie, tyle ,że
        zadanie było wysoce utrudnione - nie było podanej wymowy :))))))
        Śmiesznie było bardzo,opowiadał o wyzwolonych francuzkach opalających się nago,
        proponował mi małżeństwo z jakimś garsonem, ja sobie myśle, cholera co za
        garson? Jakaś francuska gwiazda? Czy co?dopiero po jakiejś godzinie jak zaczął
        opowiadać o rodzinie, zorientowałam się,ze garson to....syn:)))))))
        Potem uczył mnie francuskich słówek, co mi się bardzo szybko przydało, bo jak
        wysiadałam, od pewnego chłopaczka, zostawiłam podręczny plecak i wiedziałam
        ,że mam zawołać "la sak" :)))))))))))))))))))))))))))))
        Miałam też okazję poczuć się jak główna bohaterka filmu Davida Lyncha, a także
        miałam przyjemność jechać kradzionym samochodem, o czym przekonałam się dopiero
        na trasie, a właściwie na komisariacie, chociaż już przy wsiadaniu,
        porozumiewawczo dałyśmy sobie z koleżanką znak ,że coś jest chyba nie tak,
        powiem Wam tylko,ze musiałyśmy wchodzić przednimi drzwiami, bo nasz kierowca,
        nijak nie potrafił otworzyć bagażnika, ani tylnych drzwi , czym sam był
        wyraźnie zaskoczony...

        Aha ! Na koniec wspomnę,że mam zasady, nigdy nie podróżuję sama, nigdy nie
        wsiadam do dwóch i więcej facetów, nigdy nie wsiadam do Arabów i
        Arabopodobnych, tzn. raz wsiadłam ,ale bardzo szybko wysiadłam...
        I na początek,za nim nie rozpoznam "gruntu" ,facetom zawsze zaniżam swój wiek,
        stosownie do obowiazującego w danym kraju prawa,chyba wiecie o co chodzi :))

        A tak wogóle , w przyszłym roku jadę do Maroka, jak są jacyś chętni to nie ma
        sprawy,jeździłam już z większą ekipą, całkiem fajnie, tylko trzeba
        sie "sparować" i ustalić miejsca kontrolne, a zresztą w dobie telefonów
        komórkowych nie ma problemu.
        Trzeba mieć tylko 40 $ na prom w dwie strony, dobry humor i duszę włóczęgi !

        Aha zapomniałabym, spotkałam ludzi- Polaków, którym we Francji zatrzymał się
        polski autokar, z polską pielgrzymką.
        Ale mieli szczęście co?
        hahahaha
        Ksiądz chciał skasować od nich, jak za miejscowy autobus :))))))))))))))))))))

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka