czort
16.02.02, 10:31
to jezd pikne!!!!
Krótka historia pewnej kariery
Duchem był mój ojciec, dziadek i pradziadek, duchem zostałem i ja. Widać to u
nas rodzinne.
Po odbyciu przeszkolenia, skierowano mnie na praktykę do pewnej wsi, gdzie baby
żegnajš się, jak tylko ocieli się kobyła, albo o�rebi krowa. Straszyłem tam
czas jaki� pod czujnym okiem Stanisława Topielca, ducha już niemłodego, ale
jeszcze w pełni sił, aż wreszcie, po dwustu latach, poszedłem na swoje. W
ramach eksperymentu trafiłem do jednego z tych wysokich budynków, gdzie ludzie
żyjš tak gęsto, jakby miejsca na Ziemi brakowało, a znajš się tak słabo, jakby
dzieliło ich od siebie siedem gór i siedem rzek.
Zamieszkałem sobie w ubikacji, gdzie moim ulubionym zajęciem stało się
puszczanie bšków. Ledwie kto� tam wszedł, a ja wydawałem z siebie takie
odgłosy, że reszta domowników... za�miewała się do łez. Był to pewien problem,
bo miałem straszyć, a nie roz�mieszać. Liczyłem jednak na to, że moi
współlokatorzy zrozumiejš w końcu, że odgłosy, które słyszš, nie sš z tego
�wiata (tłumaczyli je sobie akustykš budynku) i zacznš wreszcie robić w portki
na samš my�l o pój�ciu do ubikacji. Ponieważ tak się nie stało, przeniosłem się
do łazienki. Tam zapamiętale grałem w rurach, co skończyło się wezwaniem
hydraulika. W tym momencie zaczšłem wštpić w sens mojej pracy, ale jeszcze nie
zrezygnowałem. Zaczšłem dmuchać we wszystkich pokojach - nie za mocno
oczywi�cie, ale i nie za słabo - czynišc w ten sposób wietrzyk tyleż zagadkowy
co i przera�liwy. Co zrobili moi gospodarze? Uszczelnili okna. Zawzišłem się
wtedy i przyrzekłem sobie, że albo oni, albo ja.
Której� nocy przygotowałem im niespodziankę w postaci wypróbowanych d�więków.
Ledwie jednak rozległy się w mieszkaniu odgłosy dzwonišcych łańcuchów i
piszczšcych przera�liwie drzwi, a gospodarz domu wrzasnšł:
- Przeklęte bachory! Wyłšczcie wreszcie ten telewizor!
Głupio mi się zrobiło, bo dzieci już spały i mogły się przecież obudzić, ale
nie miałem przecież innego wyj�cia, jak dalej dzwonić i piszczeć. Efekt był
taki, że mężczyzna włożył sobie watę do uszu, a jego żona nawet się nie
obudziła. Wlazłem do szafy i pogršżyłem się w smutku. Wspominałem wła�nie
dawne, dobre czasy i płakałem nad nowš, bezlitosnš w swej racjonalno�ci
rzeczywisto�ciš, kiedy nagle kto� otworzył drzwi i powiedział: - O rany, jaki�
ty chudy... Jeste� złodziejem?
- Jestem duchem - odpowiedziałem, a dla dodania całej sytuacji powagi, zawyłem
dziko i niebanalnie: - Uuuaaaauuu!
- Ale ty jeste� �mieszny - powiedział najmłodszy syn gospodarzy, bo on to był
wła�nie. - Możesz tak zrobić jeszcze raz? Tylko nie za gło�no, bo się stary
obudzi i cię zleje. On nie lubi jak mu się przeszkadza w spaniu.
- Nie boisz się mnie? - zapytałem zdziwiony.
- Ja się boję tylko Wšsacza z ósmej "d" - odpowiedział malec.
- Gdzie straszy? - zapytałem rzeczowo.
- Wszędzie, ale głównie w ubikacji.
- Też tam straszyłem, ale mi nie wychodziło.
- A próbowałe� przed szkołš? Zresztš - machnšł rękš - ty jeste� za chudy, nikt
nie będzie się bał takiego wymoczka. A blady jeste� jak mój stary po Sylwestrze.
- To, co radzisz? - zapytałem zrezygnowany, a chłopiec za�wiecił figlarnie
oczami i �miejšc się zaproponował: - Powie� się.
Jego propozycja wydawała się rozsšdna; miała tylko jednš wadę: zrobiłem to już
pięćset lat temu.
Cóż było robić? Złożyłem pro�bę o przeniesienie. Rozpatrzono jš pozytywnie i
teraz pracuję w Warszawie, przy ulicy Wiejskiej. Wreszcie wiem, że żyję. Czuję
się tu, jak przysłowiowa ryba w wodzie. Mam wielu wypróbowanych przyjaciół;
znajš mnie tu i szanujš. Co tu dużo mówić: po prostu robię karierę.