hrabia_dabrowski
13.04.04, 20:53
Adam Michnik ma wiele twarzy i kilka życiorysów. Zależnie od sytuacji (a
często i miejsca), podkreśla te elementy swego pochodzenia czy życiorysu,
które są akurat najbardziej przydatne. Dlatego warto przypomnieć choćby
podstawowe elementy jego biografii. Urodził się w 1946 roku, w
okresie "utrwalania władzy ludowej" w Polsce, w rodzinie żydowskich
komunistów. Jego ojciec, Ozjasz Szechter, był przed wojną jednym z przywódców
tajnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Była to organizacja
zdelegalizowana w II RP, z racji jej całkowitego podporządkowania komunistom
sowieckim. Funkcjonariusze tej partii (zwani po sowiecku "funkami"), byli
opłacani przez NKWD i zajmowali się przede wszystkim zwalczaniem instytucji
państwowych, w tym drogą zbrojnej przemocy.
Ozjasz Szechter odbył przed wojną kilkuletni wyrok więzienia, za działalność
przeciwko suwerenności i niepodległości RP. Podczas tak zwanego "procesu
łuckiego" (nazwa wzięła się od miejscowości Łuck) załamał się i sypał
współtowarzyszy, tłumacząc to rzekomymi torturami w śledztwie. Gdy później
wyszło na jaw, że nic takiego nie miało miejsca, nie zrobił już znaczącej
kariery w Polsce Ludowej. Ale - nie został całkiem odrzucony.
Mieszkanie "dostał" w Alei Przyjaciół (w czasie okupacji była to dzielnica
tylko dla Niemców, po wojnie - dla nowych okupantów, czyli komunistów).
Po latach Adami Michnik napisał o nim kłamliwie: Mój ojciec był bardzo znanym
działaczem komunistycznej partii przed wojną, siedział osiem lat w więzieniu.
Po wojnie nie odgrywał żadnej roli. Nie odgrywał, bo nie chciał jej odgrywać.
Prawda była jednak inna: nie odgrywał, bo towarzysze partyjni wyznaczyli mu
inną, skromniejszą rolę - redaktora partyjnej politgramoty w partyjnym
wydawnictwie. Syn przypisywał mu przemożny wpływ na jego światopogląd,
usiłując go... odkomunizować: miał on poglądy straszliwie antyreżimowe,
antysowieckie, a w związku z tym także antykomunistyczne, choć on tego tak
nie nazywał. (...) I w gruncie rzeczy pierwsze moje rozmowy z ojcem i
pierwsze wtajemniczenia stanowiły niezwykle mocny zastrzyk myślenia
antyreżimowego. Oto cały Adam Michnik - innym razem wyznał bowiem, coś
zupełnie innego: należałem do komunistów w sześćdziesiątych latach. Uważałem,
że komunistyczna Polska to moja Polska. Cały ten zamęt był mu potrzebny, aby
zatrzeć ślady ideowego pochodzenia. A było co zacierać, bo nie tylko Ozjasz
Szechter przeszedł do historii PRL.
Starszy brat Adama, Stefan, został (po krótkich, przyuczających kursach)
sędzią wojskowym. Jako sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie i sędzia
Najwyższego Sądu Wojskowego na przełomie lat 40-tych i 50-tych orzekał w
kilkudziesięciu sprawach politycznych, w których zapadły kary śmierci.
Większość z nich została wykonana. Zwycięscy komuniści usuwali w ten sposób
polskie elity, aby zrobić miejsce dla siebie... Adam tłumaczy jego
postępowanie następująco: kiedy zapadały najgorsze wyroki, Stefan był
dwudziestoparoletnim człowiekiem, który niewiele rozumiał z tego, co się
działo. Jest to tłumaczenie wyjątkowo cyniczne, bowiem człowiek w tym wieku
dobrze wie, co robi i dlaczego. Tym bardziej, że Stefan napisał o sobie
wyraźnie, że jako członek PPR chciał być jednym z tych, którzy będą
realizować dyktaturę proletariatu. I ją realizował. Po 1968 roku znalazł się
w Szwecji (jak wielu byłych oficerów Urzędów Bezpieczeństwa, Informacji
Wojskowej i stalinowskiego aparatu ścigania) a jego ekstradycja, w celu
osądzenia zbrodni sądowych, nie wchodzi w grę.
Ich matka, Helena Michnik, była nauczycielką w sowieckich szkołach średnich a
po wojnie, już w Polsce Ludowej - w Korpusie Kadetów Korpusu Bezpieczeństwa
Wewnętrznego - formacji wojskowej UB, utworzonej na wzór Wojsk Wewnętrznych
NKWD.
Nic dziwnego, że swego czasu Adam Michnik określił swe środowisko wyjątkowo
szczerze: środowiskiem, z którego pochodzę, jest liberalna żydokomuna. Jest
to żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk
żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło wtedy coś
więcej niż przynależność do partii - to oznaczało przynależność do pewnego
języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności. Dziś to wszystko traci
znaczenie - jeśli nie ma lustracji, dekomunizacji i powrotu do normalności,
takie cechy środowiskowe, jakie reprezentuje Adam Michnik, mogą być nawet
zaletą... W 1990 roku przyniosło to odpowiednie efekty: Adam Michnik odebrał
z rąk nowojorskich rabinów tytuł: "Żyd Roku".
Jego szczęściem był fakt, że urodził się na tyle późno, iż nie zdążył zapisać
się i działać w PZPR. Już pod koniec lat 60-tych nastąpił bowiem w partii
komunistycznej wyraźny podział, który doprowadził do wydarzeń marcowych w
1968 roku. Doszło do słynnej "wojny na górze", czyli do konfliktu dwóch
frakcji partyjnych: "Chamów" i "Żydów", z którego ci ostatni wyszli znacznie
osłabieni. On sam zaś otrzymał wyrok więzienia, który w naturalny sposób
uwiarygodnił jego "antykomunizm".
W połowie lat 70-tych Adam Michnik jest już czynny w środowiskach
opozycyjnych wobec PZPR. Po utworzeniu KOR-u jest w nim - obok Jacka Kuronia -
jedną z najważniejszych postaci. To wtedy formułuje on słynną tezę, ze
należy sprzęc trzy główne siły: robotników, intelektualistów i Kościół.
Później się wycofuje, ale tylko z jej głoszenia. Powstanie NSZZ "Solidarność"
dało KOR-owi zupełnie inne możliwości działania - jako doradcy,
działacze "opozycji demokratycznej" o głośnych już nazwiskach, rozpoczęli
firmowanie tego ogromnego ruchu społecznego na zewnątrz. I uzyskali ogromny
wpływ na jego działalność.
W stanie wojennym Michnik był internowany i otrzymał kolejny wyrok więzienia.
W tym czasie pracuje on usilnie nad zbliżeniem z kręgami lewicowych (czasem
wręcz "reżimowych" - z okresu stalinowskiego i gomułkowskiego) katolików.
Obrady "okrągłego stołu" w 1989 roku to triumf wizji KOR-u. Dochodzi do
takich przekształceń w państwie, które nie naruszają substancji
organizacyjnej i materialnej partii komunistycznej, sprawującej nieprzerwanie
władzę w Polsce od 1944 roku, a jednocześnie dysydenci uzyskują dostęp do
elit władzy. Symboliczne spotkania w Magdalence i picie wódki z generałem
Kiszczakiem (który obok gen. Jaruzelskiego był przecież negatywnym symbolem
stanu wojennego) kończyły etap historii Polski w postaci PRL. Wtedy zaczął
się etap "nowy" - neo-PRL: z Kiszczakiem jako wicepremierem i Jaruzelskim
jako prezydentem. Po to były te zmiany?
W sejmie po okrągłym stole" Michnik zostaje posłem - o dziwo, z okręgu
katowickiego, choć nie miał nic wspólnego z problemami Górnego Śląska.
Wówczas jednak zdjęcie z Lechem Wałęsą dawało przepustkę do historii.
Równolegle, od "okrągłego stołu", KOR-owska część opozycji przystępuje do
budowy swojego imperium medialnego. Jego symbolem staje się gazeta, nazwana
prozaicznie: "Gazeta Wyborcza Solidarności", która miała służyć całej
opozycji (kto to dziś pamięta...). Z czasem, po zgubieniu (na żądanie Wałęsy)
ostatniego członu nazwy, została "Gazeta Wyborcza" i już nie całej opozycji.
Jej redaktorem naczelnym od początku jest Adam Michnik.
Broni on konsekwentnie i z pasją Wojciecha Jaruzelskiego (z którym pije
bruderszaft i przechodzi na "ty") a także Czesława Kiszczaka - reprezentanta
resorów siłowych PRL, ostatniego super-ubeka, byłego oficera Informacji
Wojskowej, który osobiście w śledztwach torturował ludzi. Dla komunistów
Michnik zresztą zawsze miał serce. Często bowiem stosuje argument:
najświatlejsze umysły na Zachodzie popierały komunizm (nie do końca zresztą
prawdziwy), jakby to coś zmieniało w ocenie tej zbrodniczej formacji.
Michnik ze swą "Gazetą Wyborczą" od początku niezwykle aktywnie włączył się w
budowanie sił proeuropejskich. Oczywiście, dla naszego dobra: w tym celu
współpracuje aktywnie z Aleksandrem Kwaśniewskim i popiera go, jako
szczególnie aktywn