homosovieticus
26.04.04, 16:05
Późne wnuki Róży Luksemburg 2004-04-26 (01:47) Nasza Polska
Trudno powiedzieć, czy to przypadek, że utworzona na potajemnym, nocnym
spotkaniu w Sejmie nowa partia - Socjaldemokracja Polska - swoją nazwą i jej
skrótem (SDPL) wywołuje skojarzenia z istniejącą sto lat temu SDKPiL, która w
dziejach polskiej lewicy zapisała się jak najgorzej: jako siła wroga
niepodległości Polski, uzależniona od obcych wpływów i kierowana przez
żydowskich kosmopolitów w rodzaju Róży Luksemburg.
Założyciele SDPL bez wątpienia znają tę tradycję, a tworząc ugrupowanie o
bliźniaczo podobnej nazwie, świadomie lub nieświadomie do niej nawiązują.
Zresztą nie nazwa jest tu najważniejsza, ale ludzie, którzy nową
socjaldemokrację postanowili założyć.
Wydarzenia rozegrały się bardzo szybko: 6 marca na Krajowej Konwencji SLD
ujawniła się grupa dziesięciorga posłów, która zgłosiła projekt uchwały Dość
złudzeń, poddający druzgocącej krytyce politykę Sojuszu. Ta sama grupa
poparła Andrzeja Celińskiego w wyborach na przewodniczącego partii, lecz tu
poniosła klęskę - Celiński otrzymał zaledwie 62 spośród 507 głosów. Nie
minęły trzy tygodnie - i 26 marca, kilka godzin po owej nocnej naradzie,
większość "grupy dziesięciu" ogłosiła powołanie nowej partii. Tego samego
dnia premier Leszek Miller zapowiedział swoją dymisję, nieoczekiwanie
spełniając postulat SDPL ogłoszony na pierwszej konferencji prasowej jej
założycieli.
Borowski: główny rozgrywający
W ten sposób głównym rozgrywającym na scenie politycznej (a przynajmniej po
jej lewej stronie) stał się Marek Borowski. To on odegrał rolę spiritus
movens tego rozłamu, chociaż niektórzy obserwatorzy (np. na łamach "Trybuny")
widzą w tym przede wszystkim rękę Aleksandra Kwaśniewskiego. Zapewne
prezydent miał swój udział w rozbiciu partii Millera - o czym świadczył jego
apel, aby nie podejmować żadnych ruchów do czasu jego powrotu z podróży
zagranicznej - jednak bezpośredni wpływ na grupę kilkudziesięciu posłów i
senatorów gotowych do opuszczenia SLD mógł mieć tylko urzędujący przy ul.
Wiejskiej marszałek.
Jemu też najbardziej zależało na czasie, ponieważ od dawna tajemnicą
poliszynela są jego ambicje prezydenckie, zaś wynik Konwencji ostatecznie
pozbawił go złudzeń co do możliwości poparcia jego kandydatury przez cały
Sojusz. Borowski wolał więc znaleźć sobie całkowicie pewne zaplecze
polityczne i wypróbować je w kolejnych wyborach (europejskich i
przyspieszonych parlamentarnych), a przy okazji zdruzgotać wszelką
konkurencję na lewicy. Postawił więc na wypróbowany trzy lata temu wariant
Platformy Obywatelskiej, tyle że nie po wyborach prezydenckich (jak Andrzej
Olechowski), ale przed nimi.
Oczywiście tak samo, jak założyciele PO, Marek Borowski żadną "nową jakością"
polskiej polityki nie jest, chociaż próbuje tak się przedstawiać. Tę
skłonność do przybierania kolejnych masek być może odziedziczył po ojcu,
przedwojennym działaczu KPP (następczyni SDKPiL!), który wraz z nadejściem
nowego ustroju w 1944 r. zmienił nazwisko z Arona Bermana na Wiktora
Borowskiego, by stanąć na czele redakcji "Życia Warszawy", a później "Trybuny
Ludu". Sam Marek jeszcze na studiach poszedł w ślady ojca i wstąpił do
partii, ale już po roku został z niej usunięty za udział w protestach
studenckich w marcu 1968 r. Jednak w przeciwieństwie do swoich kolegów z
podwórka, np. Adama Michnika, Jana Lityńskiego czy Heleny Łuczywo, nie
zaangażował się w KOR-owską opozycję, lecz w połowie rządów Gierka powrócił
do PZPR, a w stanie wojennym rozpoczął pracę w Ministerstwie Handlu
Wewnętrznego. W 1989 r. premier Mazowiecki awansował go na wiceministra w tym
resorcie, zaś dwa lata później Borowski z ramienia SLD został posłem.
Po zwycięstwie postkomunistów w 1993 r. objął funkcję wicepremiera i ministra
finansów, lecz po kilku miesiącach złożył dymisję, biorąc w obronę swego
zastępcę Stefana Kawalca (dawnego KOR-owca), odwołanego przez premiera
Pawlaka z powodu afery wokół prywatyzacji Banku Śląskiego. Borowski powrócił
do rządu w 1995 r. jako szef URM w gabinecie Oleksego, a w latach 1996-2001
zajmował fotel wicemarszałka Sejmu. Od ostatnich wyborów jest już
marszałkiem, czyli formalnie drugą osobą w państwie i (mimo zgłoszonej
rezygnacji) trudno powiedzieć, kiedy straci to stanowisko, gdyż następcy na
razie nie widać.
całość:
www.wirtualnapolonia.com/teksty.asp?TekstID=7000