basia.basia
04.08.04, 16:05
Słyszałam w radiu o wynikach kontroli NIK.
Na portalu GW i Onet nic jeszcze nia ma
ale pisze o tym ŻW:
"Na leczenie po znajomości
Szokujące ustalenia Najwyższej Izby Kontroli o skierowani ach na kuracje za
granicą
Wysocy urzędnicy Ministerstwa Zdrowia wydawali skierowania na leczenie za
granicą często po kumotersku. Z zagranicznych kuracji korzystali np. lekarze.
Odmawiano tego zwykłym pacjentom. Wśród winnych NIK wskazała m.in. Aleksandra
Naumana.
Takiej zgody nie mogła otrzymać Lucyna Biedrzycka na leczenie córki, mimo że
polscy lekarze bezradnie rozkładali ręce. Marta zachorowała w wieku czterech
lat. Początkowo lekarze podejrzewali porażenie nerwu twarzowego. Później
okazało się, że jest to rak pnia mózgu. W Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi
podjęto się operacji, jednak po otwarciu czaszki lekarze stwierdzili: - Guz
jest nieoperacyjny. I zalecili naświetlania.
Marta jednak nie zdrowiała, jej stan się pogarszał, dziewczynka traciła
przytomność. W tym czasie matka znalazła klinikę w Nowym Jorku i lekarza,
który odważył się operować. Za 130 tysięcy dolarów. Biedrzycka rozpoczęła
starania o skierowanie córki na leczenie.
Już na samym początku pojawiły się schody. - Żaden z polskich profesorów nie
chciał mi wystawić wniosku na leczenie Marty za granicą - opowiada Lucyna
Biedrzycka. A bez takiego dokumentu dalsze działania są bez szans na
powodzenie. Zorganizowano zbiórkę w rodzinie, wśród znajomych, w szkołach,
charytatywne koncerty.
Nie wiadomo, skąd o wszystkim dowiedziała się niemiecka telewizja, która
zrobiła o dziecku reportaż. Wkrótce znaleźli się hojni Niemcy, którzy
zapłacili całą sumę za operację. Udało się w ostatniej chwili. Przy okazji
szczęście się uśmiechnęło także do innej małej dziewczynki z nowotworem
mózgu. Jej ojciec także próbował wysłać córkę na leczenie za granicę. Bez
powodzenia. - Skoro za operację córki zapłacili Niemcy, postanowiłam oddać
wszystkie pieniądze ze zbiórki w Polsce Agatce - wspomina Lucyna Biedrzycka.
Lekarze z kliniki w Nowym Jorku uratowali jej życie.
Mniej więcej w tym samym czasie na pięciomiesięczne leczenie do Stanów
Zjednoczonych poleciała kobieta z rakiem piersi. Na kurację, której koszt
określono na 100 tys. dolarów, zgodził się ówczesny sekretarz stanu w
Ministerstwie Zdrowia Maciej Piróg. Zgodził się, mimo że specjalista krajowy
w ogóle nie widział konieczności leczenia. Innego pacjenta (notabene lekarza)
wysłano do Szwajcarii na miesiąc. Za leczenie "ostrego nawracającego
zapalenia trzustki" ministerstwo zapłaciło 121 tys. franków szwajcarskich.
Takich przykładów kontrolerzy NIK odkryli wiele, badając, jak od roku 1999
kierowano pacjentów na leczenie za granicą. Stwierdzono dowolność przy
wydawaniu decyzji i brak jakichkolwiek reguł, które by tym rządziły.
Urzędnicy ministerstwa - m.in. Anna Knysok, Maciej Piróg, Aleksander Nauman,
Ewa Kralkowska - niejednokrotnie podejmowali decyzję sami w swoich
gabinetach, nie licząc się z opinią konsultantów krajowych. A według prawa,
taka opinia powinna być wiążąca. Zdarzało się też, że zastępcy ministra
podejmowali inne decyzje niż sam minister. Choć dotyczyły podobnych
przypadków.
77-letnia pacjentka pojechała więc do kliniki w Szwajcarii z
powodu "degeneracji starczej plamki, niedowidzenia i zaćmy początkującej".
Innego pacjenta urzędnicy wysłali na półtoramiesięczne leczenie do Niemiec ze
względu na "długie oczekiwanie na leczenie radiochirurgiczne w kraju". W
żadnym z tych przypadków nie zbadano pacjentów po ich powrocie do kraju. Nie
wiadomo więc, czy kosztowna kuracja okazała się skuteczna.
W latach 1999-2003 skierowano na leczenie za granicę 165 pacjentów. Ich
leczenie kosztowało ponad 16 mln zł.
04.08.2004