szlachcic
29.12.17, 16:06
Za Newsweekiem
"Słowo „aborcja” nie pada. Lekarz pisze na karteczce adres i numer telefonu ginekologa, który wykonuje zabiegi. Kobieta przepisuje te dane, lekarz karteczkę niszczy, aby nie było dowodu, że pomagał. Oficjalnie w Polsce właściwie nie przerywa się ciąży. Za to turystyka aborcyjna kwitnie.
Są wystraszone – mówi dr Janusz Rudziński, ginekolog, który wykonuje Polkom aborcje w niemieckiej klinice w Prenzlau, 50 km od Szczecina. Przyjeżdżają na ogół samochodami, pociągiem to raczej tylko studentki. Na początku widać przede wszystkim strach. Dopiero jak są przygotowywane do znieczulenia, wychodzi złość. Złorzeczą na Kościół, na władze w Polsce, na dzikość swego kraju.
– Dziki to najłagodniejsze z określeń – zaznacza dr Rudziński. – Padają naprawdę mocne słowa. Kobiety są wściekłe, że muszą jeździć po szpitalach w Europie.
Aborcja w Prenzlau kosztuje 450 euro. To szpital komunalny, liczy po kosztach własnych. W prywatnych stawki są z reguły o 100 euro wyższe. Dr Rudziński nie słyszał, by gdzieś Polkom odmówiono. Mogą, tak jak Niemki, mieć aborcję na życzenie do 12. tygodnia ciąży. – Gdy przyjmowano Polskę do Unii, była tu dyskusja: odmawiać Polkom czy nie? Uznano, że odsyłanie ich z kwitkiem byłoby niehumanitarne – wspomina dr Rudziński.
Kilka lat temu przyjmował po 350 Polek rocznie, teraz tysiąc. A chciałoby przyjeżdżać jeszcze więcej. Naprawdę już musi odmawiać, tłumaczyć, że to nie klinika aborcyjna. Operuje przypadki onkologiczne, ciężkie, nie może wyłącznie skupiać się na przerywaniu ciąż. Ale z drugiej strony żal tych kobiet, jadą z daleka: z Warszawy, Częstochowy, Wadowic. Te z Wadowic zawsze najbardziej skrępowane, że są z miasta Polaka papieża, taki grzech.
Przyjeżdża sporo młodziutkich, nawet 14-letnich. Matki je przywożą. Ale też dużo jest starszych, ustawionych: jakaś ma ważną funkcję w banku, inna własną firmę, są aktorki, dziennikarki. Na zabieg przyjeżdżają z rana, na czczo. Dostają pełne znieczulenie. Dwie, trzy minuty i już po. – Szybko, bezpiecznie. Oczywiście, gdyby był ktoś niewykwalifikowany, mogłoby się zdarzyć przebicie macicy, ale mnie się nigdy nie zdarzyło – mówi dr Rudziński.
Ostatnio rozmawiał z pacjentką, standardowa wymiana zdań: skąd przyjechała, skąd wiedziała, że w Prenzlau można przerwać ciążę. A ona, że jej ginekolog napisał na kartce. Nie padło słowo „aborcja”. W ogóle nikt nic nie mówił, tylko sobie pisali. Najpierw on na swojej kartce: adres, numer telefonu. Podsunął jej, ale nie dał do ręki. Miała spisać, po czym on swoją kartkę zniszczył, żeby nie było dowodu na pomocnictwo, bo za to grozi w Polsce do 3 lat więzienia.
– Sprytnie – pomyślał dr Rudziński. W Polsce czujność ponad wszystko. I nieufność. Skarżą mu się pacjentki, że strach szczerze porozmawiać z lekarzem, bo nie wiadomo, jakie on ma poglądy. I tak jak kobiety nie ufają ginekologom, tak ginekolodzy nie ufają kobietom, bo nie wiadomo, czy któraś nie doniesie.
Kobiety z Polski potrafią donosić nawet jedna na drugą. Dr Rudziński był wzywany do sądu w Szczecinie w charakterze świadka w takiej sprawie: kobieta miała aborcję w Prenzlau, koleżanka ją podwiozła, a później były kłótnie, szantaże – albo mi zapłacisz za milczenie, albo doniosę do prokuratury. Ta, która miała aborcję, doniosła na tą, która jej towarzyszyła. I prokuratura się zajęła, bo za wszelką pomoc w aborcji grozi do 3 lata więzienia. – Byłem odpytywany, czy je rozpoznaję – wspomina dr Rudziński. Nie rozpoznał.
Szacuje się, że Polki przerywają 150 tys. ciąż rocznie. Jeżdżą do szpitali nie tylko w Niemczech. Ale i do Austrii, na Słowację (aborcja jest tam na życzenie kobiety, bez podawania powodu). Albo do Holandii (jeśli kobieta jest w „nieznośnej” sytuacji, ciążę można usunąć nawet do 22. tygodnia). Wiele klinik specjalnie dla Polek zatrudnia konsultantów mówiących po polsku. – Nie obawiaj się zadzwonić, konsultantka jest miła – zapewnia słowacka klinika położona 15 km od Bańskiej Bystrzycy. Ma ładne sale operacyjne i komfortowe pokoje, w których można dojść do siebie po zabiegu. Do tego łatwy dojazd, w klinice można zamówić transport – odbierają z Bielska-Białej czy Żywca. Aborcja razem z dowiezieniem kosztuje 399 euro. W Austrii trzeba zapłacić 490 lub 530 euro (jeśli jest już po 10. tygodniu ciąży).
W ubiegłym roku CBOS badało, jakie są doświadczenia aborcyjne polskich kobiet, i okazało się, że przerwanie ciąży może mieć za sobą przynajmniej co czwarta. Rzadziej kobiety ze wsi, częściej miastowe. Zarówno biedne, jak i zamożne. Jeśli chodzi o religijność, to większość jest bardzo wierząca. Niemal co trzecia z tych, które przerwały, chodzi do kościoła nawet kilka razy w tygodniu. W sumie, jak wyliczyli badacze CBOS, przerwanie ciąży może mieć za sobą nawet 5,8 mln Polek. Oficjalnie mamy w Polsce 500-600 legalnych aborcji rocznie.
– Doszło do tego, że prawo sobie, a życie sobie. Tak to jest, gdy tworzy się przepisy, które wykraczają poza ramy państwa świeckiego. Wtedy te przepisy wiszą w obłokach – mówi Marek Balicki, były minister zdrowia w lewicowych rządach. Od dawna nie wierzy w oficjalne statystyki."
www.newsweek.pl/polska/aborcja-za-granica-dlaczego-polki-przerywaja-ciaze-za-granica-,artykuly,278162,1.html