stefan4
24.06.26, 09:09
Jeśli Nawrockiemu uda się utrzymać na urzędzie do końca kadencji, czyli do 2030, to będziemy mieli za sobą 15 lat wyłącznie negatywnych doświadczeń związanych z istnieniem tego urzędu. W tym czasie dorośnie i zostanie wyborcami wiele osób, którym korzyści z posiadania prezydenta trzeba wyjaśniać czysto teoretycznie, bo ostatnie pozytywne przykłady miały miejsce jeszcze przed ich zauczestniczeniem w życiu publicznym. Dla nich prezydent to ktoś, kto niszczy: albo wspólnie z rządem, albo przeciwko rządowi, ale zawsze wyłącznie negatywnie. To po co im prezydent? I po co prezydent nam wszystkim?
Koszty dla obywatela związane z istnieniem dworu prezydenckiego nie ograniczają się wyłącznie do bezpośrednich wydatków, utrzymywania rezydencji, płacenia wynagrodzeń i finansowania podróży za ocean. Znacznie większym kosztem jest ciągłe przezwyciężanie drągów wkładanych w szprychy funkcjonowania państwa i zażegnywanie wzniecanych przez prezydenta konfliktów, również międzynarodowych (jak to się stało ostatnio z tymi nieszczęsnymi medalami). Ale jeszcze większym kosztem może okazać się prezydencka ambicja rozbudowy ,,prerogatywek'' i sięgania po prawdziwą władzę.
Rosja teoretycznie jest republiką, ale jednoosobowa władza prezydencka Putina jest pełniejsza i głębiej sięgająca niż dawna carska. USA wyrosło z negowania monarchii, ale Trump stał się bardziej bezwzględnym władcą niż jakikolwiek monarcha XVIII-wiecznej Europy. Nas to również może spotkać, jeśli dopuścimy do podporządkowania wszelkich spraw państwowych pojedynczemu człowiekowi, nad którym nie będziemy mieli skutecznej kontroli.
Na co nam prezydent? Może lepiej znowelizować Konstytucję tak, żeby usunąć to zagrożenie w zarodku?
- Stefan