Gość: Oszolom
IP: *.poznan.sdi.tpnet.pl
11.05.02, 12:30
W "Rzeczpospolitej" z 9 maja ukazał się tekst Macieja Łukasiewicza i Adama
Michnika pt. "Prawo do Europy". Główne jego przesłanie brzmi mniej więcej tak:
za czasów PRL Polacy w kolejnych wybuchach społecznych dobijali się o swoje
prawo do Europy, dlatego dziś ludzie "Solidarności" i ówczesnej demokratycznej
opozycji mają prawo, a nawet obowiązek określić miejsce Polski w Europie. Dalej
już to samo, co zwykle. Dla panów redaktorów Europa to Unia Europejska.
Wstąpienie do niej przyniesie Polsce wymierne korzyści, zamykające się w
słowach: bezpieczeństwo, rozwój i demokracja.
Aż dziw bierze, że trzeba było aż dwóch redaktorów naczelnych, aby napisać ten
tekst. Jest on płytki, banalny, a na dodatek ignoruje rzeczywistość. Służę
przykładami.
Wszyscy pamiętamy, jak mówiono, że wstąpienie do NATO zwiększy bezpieczeństwo
Polski. Tymczasem niemal na drugi dzień wybuchła wojna w Jugosławii, potem w
Afganistanie, rozgorzał otwarty konflikt na Bliskim Wschodzie, a w dalszej
perspektywie mówi się o ataku na Irak. A w każdy konflikt wplątana jest Polska,
z racji swego udziału w pakcie. Jeśli, jak twierdzą autorzy, wstąpienie do Unii
ma nam jeszcze bardziej zwiększyć owo "bezpieczeństwo", to zaprawdę, jest nad
czym myśleć. Tymczasem prezentowane przez panów redaktorów pojęcie
bezpieczeństwa po 11 września wydaje się anachroniczne. Choćby cały świat
wpisał się do jednej organizacji, to nie poradzi sobie z zagrożeniem dnia
dzisiejszego - terroryzmem. Mało tego - polityka globalnych potęg, tak USA, jak
i UE, stanowi zarzewie terroryzmu poprzez ignorowanie niesprawiedliwości,
nędzy, uczuć narodowych.
A rozwój naszego kraju w ramach Unii? Twierdzenie, jakoby czekały w Unii na
Polskę miliardy euro, brzmi humorystycznie w świetle informacji, iż rząd
zabiega, abyśmy nie stali się płatnikiem netto do unijnego budżetu. Ponadto
Unia to już nie ta sama organizacja, co EWG. Gołym okiem widać, że ten
przepoczwarzony, biurokratyczny twór prostą drogą zmierza do upadku. Kryzys
moralny, kryzys demograficzny, kryzys gospodarczy, antyekologiczne rolnictwo,
bezrobocie, inwazja imigrantów, stałe powiększanie się dystansu między Unią a
Stanami Zjednoczonymi... Wejście Polski do Wspólnoty w tej sytuacji jawi się
raczej jako wydanie naszego kraju na łup, aby przedłużyć życie konającego
olbrzyma.
W obliczu rzeczywistości nijak się mają doń oczekiwania autorów, iż Unia nauczy
Polaków kultury politycznej czy demokratycznych reguł. Po pierwsze,
kwalifikacje Polaków w tej mierze są z reguły starszej daty niż te, którymi
mogą pochwalić się kraje Unii. Po drugie, ogólnounijna nagonka na
demokratycznie wybieranych polityków - Heidera, Le Pena czy ostatnie zabójstwo
holenderskiego polityka Pima Fortuyna - stawiają demokratyczne nawyki Unii w
dwuznacznym świetle.
Redaktorzy wykazali przy tym wyraźną (celową?) ahistoryczność myślenia.
Publikując swój artykuł dokładnie w 57. rocznicę zakończenia II wojny
światowej, nie odnieśli się ani słowem do historycznych wydarzeń i zaszłości.
Przecież istnieją pretensje niemieckie do naszych Ziem Odzyskanych, wyrażone
przez fakt utrzymywania art. 116 niemieckiej konstytucji, w którym Rzesza
obejmuje tereny dzisiaj polskie. Zamiast nawiązać do tych rzeczywistych
problemów integracji, autorzy artykułu powtarzają slogan o Niemcach, jako
jednym z najlepszych naszych sojuszników.
Stwierdzenie autorów, jakoby warto było za te wszystkie dobrodziejstwa, a także
za pracę za granicą, zgodzić się na sprzedaż polskiej ziemi Niemcom, Holendrom
czy Francuzom, świadczy o kompletnym wyalienowaniu panów redaktorów ze
społeczeństwa. Przecież nie da się z Polaka, zakorzenionego niczym dąb w
rodzimej ziemi, zrobić owego Żyda - wiecznego tułacza. Po prostu - inna
mentalność. A jeśli, wbrew rozsądkowi, zrealizowano by ten scenariusz, to w
przyszłości nie pokój i dobrobyt miałaby Europa, ale drugą Palestynę.
Na koniec - naciągnięte jest twierdzenie, jakoby kolejne polskie zrywy w PRL
były dobijaniem się o prawo do Europy. Jakiej tam Europy?! Polski! Trzeba też
zauważyć, że po 12 latach transformacji, a zwłaszcza ostatnich latach rządów
ludzi "Solidarności", ich legitymacja do określania miejsca Polski w Europie
wydaje się mocno nadwątlona