nielubiegazety2
09.10.05, 11:33
Stefan Żeromski i problem grobów działaczy KPP, w alei zasłużonych na
Powązkach.
Czy w świetle fragmentów prozy Stefana Żeromskiego groby działaczy
Komunistycznej Partii Polski (od siebie dodam - także innych prominentnych
działaczy PZPR) powinny zostać usuniętę z alei zasłużonych na Powązkach?
Czy elementarne poczucie sprawiedliwościniw wymaga zmiany obecnej sytuacji:
- w tych samych honorowych alejach leżą ofiary z katami?
Czy też, grobów nie należy ruszać z uwagi na utrwalony obyczaj?
"Któż to byli ci trzej goście, którzy w tych izbach mienili się rządem
polskim? Czy ich lud polski wybrał, czy ich ktokolwiek na tej ziemi
mianował? Lud polski, czy naród polski, tak rozumiany, jak to jest w ich
zwyczaju, nie naznaczał żadnego z nich na godność, którą sobie wybrali.
Naznaczeni zostali przez kogoś zwyższa, w obcym kraju, w swym zespole, w
swej partyi. Jako takich możnaby ich nazywać tylko komisarzami w znaczeniu,
jakiego ten wyraz nabrał w opinii ludowej polskiej podczas długoletniej
działalności komisarzy "po krestjańskim diełam, za poprzedniej inwazyi
carów moskiewskich na ziemię polską. I tamci stawali przecie w obronie ludu
polskiego wobec ucisku szlachty. Tamci także opierali pomoc swoją dla
chłopów polskich na nieprzeliczonej ilości bagnetów. Jedna tylko różnica:
tamci komisarze nie byli z naszego rodu. Krew polska nie płynęła w ich
żyłach. Ci rodacy dla poparcia swej władzy przyprowadzili na nasze pola, na
nędzne miasteczka, na dwory i chałupy posiedzicieli, na miasta przywalone
brudem i zdruzgotane tyloletnią wojną - obcą armią, masę złożoną z ludzi
ciemnych, zgłodniałych, żądnych obłowienia się i sołdackeij rozpusty. W
pierwszym dniu wolności, kiedyśmy po tak strasznie długiej niewoli ledwie
głowy podnieśli, całą Moskwę na nas zwalili.
(...)
Na odgłos strzałów, rozlegających się za Bugiem dr. Julian Marchlewski,
jego kolega Feliks Dzierżyński pomazany od stóp do głów krwią ludzką, i
szanowny weteran socyalizmu Feliks Kohn - dali drapaka z Wyszkowa. Pozostał
po nich tylko wielki swąd spalonej benzyny, trocha cukru, oraz wspomnienie
dyskursów, prowadzonych przy stole i pod jabłoniami cienistego sadu. Przed
wyjazdem dr. Julian Marchlewski powtarzał raz wraz melancholijnie:
"Miałeś, chłopie złoty róg,
Miałeś, chłopie, czapkę z piór...
Został ci się ino sznur..."
Jak w wielu innych rzeczach, tak i tutaj, niedoszły władca mylił się
zasadniczo. Złotego rogu Polski, wcale w ręku nie trzymał. Czapka krakowska
również mnie nie przystoi. Jeżeli jaki strój, to już chyba okrągła,
aksamitna czapeczka moskiewska, obstawiona wokoło pawiemi piórami prędzej
mu będzie pasowała. Tę już do końca życia nosić mu wypadnie. Nawet do
biednego sznura od polskiego złotego rogu nie ma prawa ten najeźdźca. Kto
na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną i złą, wroga odwiecznego
naprowadził, zdeptał ją, stratował, splądrował, spalił, złupił rękoma
cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla
niego już nigdy domem, ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla
tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile
zajmie mogiła."