buraque
25.11.05, 09:40
Ciekawy tent Rosatiego w publicystyce:
"PiS: ile kosztują obietnice?
Wiele propozycji rządu zasługuje na poparcie. Ale nawet sam rząd nie wie, jak
je finansować
Ocena zamierzeń gospodarczych rządu Kazimierza Marcinkiewicza nie jest sprawą
prostą przede wszystkim dlatego, że nowy gabinet nie opublikował jednolitego
dokumentu, który zawierałby całościowy program gospodarczy. Co więcej,
członkowie rządu nie mówią bynajmniej jednym głosem - w ostatnich tygodniach
do opinii publicznej trafiały różne sygnały i wypowiedzi, nie do końca
spójne, a niekiedy sprzeczne.
Stosunkowo najwięcej informacji na tematy gospodarcze znaleźć można w trzech
dokumentach - w programie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości, w programie prac
rządu "Polska Solidarna" oraz w exposé premiera Marcinkiewicza. Wizja
polityki gospodarczej, jaka wyłania się z tych dokumentów, budzi jednak
mieszane uczucia.
Hasłem głównym jest wzrost przez zatrudnienie. Temu kierunkowi
podporządkowane są instrumenty polityki gospodarczej - obniżenie podatków,
ulgi podatkowe dla przedsiębiorców, usprawnienie procedur administracyjnych i
sądownictwa gospodarczego.
Ten strategiczny kierunek jest jak najbardziej słuszny - niewątpliwie
problemem numer jeden polskiej gospodarki jest ogromne bezrobocie, które
można wydatnie ograniczyć tylko poprzez szybki i trwały wzrost gospodarczy.
Jednocześnie rząd deklaruje wzmocnienie dyscypliny w finansach publicznych i
utrzymanie deficytu budżetowego na poziomie poniżej 30 mld zł rocznie.
Mniej wpływów, więcej wydatków
Ale jak to osiągnąć? Program rządu nie daje jednoznacznych i przekonujących
odpowiedzi. Istotną słabością jest brak dogłębnej analizy przyczyn powolnego
wzrostu gospodarczego, a zwłaszcza przyczyn utrzymującego się niskiego
poziomu inwestycji (pomimo dobrej kondycji finansowej przedsiębiorstw) i
wysokiego poziomu bezrobocia.
Ponadto wiele z proponowanych przez rząd instrumentów polityki pobudzania
wzrostu i zatrudnienia budzi wątpliwości. Na przykład ulga w podatku CIT na
nowe miejsca pracy jest nie tylko kosztowna dla budżetu, ale w rzeczywistości
może okazać się nieskuteczna, jeśli przedsiębiorcy będą tworzyć nowe miejsca
pracy kosztem likwidacji starych lub gdy nowe miejsca pracy dotyczyć będą
tylko stanowisk wysoko opłacanych. Podobnie przedłużenie urlopu
macierzyńskiego z pewnością wpłynie na spadek zainteresowania zatrudnianiem
kobiet i może utrudniać politykę ograniczania bezrobocia.
Co najważniejsze jednak, program rządu w zaproponowanej postaci po prostu nie
da się sfinansować. Ogromna większość propozycji zawartych w programie
pociąga za sobą skutki budżetowe - albo w postaci zwiększenia wydatków, albo
spadku dochodów budżetu państwa. Weźmy wspomniane ulgi w podatku CIT w
wysokości 1000 zł miesięcznie na każde nowe miejsce pracy. Zakładając, że w
najbliższych latach będzie powstawać średnio 150 tys. nowych miejsc pracy (co
oznacza spadek stopy bezrobocia o 1 punkt procentowy rocznie), ubytek
dochodów podatkowych wyniesie od 1,8 do 3,6 mld zł rocznie. Z kolei
proponowane obniżenie stawek podatku CIT (z 19 do 18 proc.) oraz podatku PIT
(do 18 proc. i 32 proc.) jest wprawdzie jak najbardziej pożądane, ale
spowoduje spadek dochodów o co najmniej 3-3,5 mld zł rocznie.
Dziura w budżecie powiększy się też po wprowadzeniu proponowanych zwolnień od
składki ZUS płaconej za osoby zatrudniane w nowo tworzonych miejscach pracy
(400-800 mln zł rocznie) i po wprowadzeniu ulg w podatku PIT na dzieci (ok.
600 mln zł). Budżet straci także na skutek zapowiedzianej likwidacji podatku
od zysków kapitałowych (1,5 mld zł), wprowadzenia możliwości odpisywania
całości kosztów inwestycji od dochodu (ubytek dochodów z CIT o co najmniej 1
mld zł), zwrotu akcyzy zawartej w paliwie rolniczym oraz wzrostu udziału
samorządów w podatkach dochodowych.
Jednocześnie znacząco wzrosną wydatki budżetu. W tej części program rządowy
niestety bardziej przypomina koncert życzeń niż rzetelny i odpowiedzialny
plan działań. Po pierwsze, proponuje przejęcie przez budżet kosztów budowy
autostrad. Jeśli w Polsce ma się budować przynajmniej 100-120 km autostrad
rocznie - co w świetle istniejących zaległości i tak nie jest zamierzeniem
nazbyt ambitnym - to wydatki na ten cel muszą wynieść co najmniej 2 mld zł.
Po drugie, proponuje się dofinansowanie na większą skalę budownictwa
społecznego, co nawet przy znacznie zredukowanych zamierzeniach (1-1,2 mln
mieszkań w ciągu ośmiu lat zamiast wcześniej obiecywanych 3 mln) wymaga
zaangażowania środków budżetowych na poziomie co najmniej 3 mld zł rocznie.
Kolejne wielkie projekty obejmują poszerzenie finansowania z budżetu państwa
sfery zdrowia publicznego (w tej dziedzinie trudno o szacunki, bo system
ochrony zdrowia jest w stanie wydać każde pieniądze), sfinansowanie kosztów
modernizacji i restrukturyzacji kolei (1,5-2 mld zł rocznie), stworzenie
szerokopasmowego dostępu do internetu dla użytkowników na obszarach wiejskich
i w małych miastach oraz wzrost nakładów na infrastrukturę sportową.
Nie koniec na tym. Rząd obiecuje także wzrost nakładów na naukę i badania, na
rozwój kształcenia ustawicznego i programów podnoszenia kwalifikacji
bezrobotnych, na ochronę dzieł kultury i dziedzictwa narodowego (wraz z
budową nowego Muzeum Wolności), a także wprowadzenie pakietu przedsięwzięć
prorodzinnych (przedłużone urlopy macierzyńskie, wzrost zasiłków rodzinnych
oraz tzw. becikowe). Większość tych propozycji jest z pewnością godna
poparcia, ale niestety, nic nie ma za darmo. Orientacyjny koszt tych
wszystkich propozycji wynosi co najmniej 23-25 mld zł rocznie.
Albo kryzys zaufania, albo kryzys gospodarczy
Jak rząd zamierza je sfinansować? W tej kwestii premier jest bardzo
tajemniczy. W dokumentach programowych rządu i PiS-u mówi się ogólnie o
ograniczeniu zatrudnienia w administracji publicznej, o likwidacji i
konsolidacji urzędów państwowych i o obcięciu wydatków na samochody i
telefony służbowe, co łącznie ma przynieść 5-7 mld zł oszczędności rocznie.
Wydaje się, że jest to kwota zupełnie nierealna. Likwidacja urzędów nie
zawsze przynosi oszczędności, bo najczęściej ich funkcje muszą przejąć inne
instytucje, a zmiany szyldów też kosztują. Zwolnienia urzędników mogą
doprowadzić do wzrostu bezrobocia i związanych z tym wydatków (odprawy,
zasiłki). Ponadto, jeśli jednocześnie chce się poprawić sprawność działania
administracji publicznej, a także wprowadzić wyższe standardy zawodowe i
etyczno-moralne w służbie publicznej, nie da się tego osiągnąć bez
zasadniczej poprawy uposażeń i warunków pracy urzędników państwowych.
Ulubionym pomysłem populistycznych polityków na dokonanie oszczędności w
administracji jest ograniczanie wydatków na samochody służbowe i telefony
komórkowe. Politycy PiS-u też nie oparli się pokusie sięgnięcia do tej
propozycji, ale sam premier ma świadomość, że działania te mogą przynieść co
najwyżej 30 mln zł oszczędności rocznie, nie biorąc pod uwagę negatywnych
skutków w postaci nieuchronnego spadku efektywności działania administracji.
Jest to kropla w morzu potrzeb, ale innych konkretów w propozycjach rządowych
praktycznie nie ma.
Oczywiście, można spodziewać się pewnego wzrostu dochodów budżetu z tytułu
CIT, PIT, VAT i akcyzy na skutek wzrostu zatrudnienia, produkcji i sprzedaży
po obniżeniu podatków i wprowadzeniu innych ułatwień w działalności
gospodarczej. Spadną też w pewnym zakresie wydatki na zasiłki dla
bezrobotnych i pomoc społeczną. Jednak jest mało prawdopodobne, aby łączna
suma tych efektów przekroczyła 3-4 mld zł rocznie. Oznacza to, że aby
zrealizować obietnice przedwyborcze, rząd musiałby powiększyć obecny deficyt
(32 mld zł) o dodatkowe 20 mld zł. Nie bardzo wiadomo, jak ta perspektywa ma
się do obietnicy premiera, że deficyt budżetowy nie przekroczy 30 mld zł
rocznie.
W tej