Gość: ***
IP: *.proxy.aol.com
21.10.02, 14:52
Różne oblicza arogancji
PIOTR ZAREMBA
Wszystkim utkwiła w pamięci scena ukazująca warcholstwo posła Gabriela
Janowskiego. Dla równowagi opiszę inną scenę z tego samego dnia. Znany
dziennikarz komercyjnej stacji telewizyjnej przypomina SLD-owskiemu
ministrowi skarbu na sejmowym korytarzu, że prywatyzacja firmy Stoen
sprzeczna jest z programem przyjętym przez jego własny rząd. Minister zarzuca
mu nieznajomość tekstu, a poproszony o odczytanie właściwego paragrafu
wybucha. - Apeluję do pana, apeluję do pańskiej firmy, o zaprzestanie
kłamstw! - pieni się. Odpowiedni tekst nie zostaje odczytany. Po co? Mogłoby
się okazać, że to pan minister minął się z prawdą.
Ostatnio dziennikarze dość zgodnie zakwalifikowali obchodzący pierwszą
rocznicę narodzin rząd Millera jako szczególnie arogancko reagujący na
pytania, nie mówiąc o zarzutach. Przy czym nie chodzi tu o komfort pracy
żurnalistów, ale o to, że odpowiedzi nie usłyszą za ich pośrednictwem
wyborcy. Zła to wiadomość dla demokracji.
Marszałek, czyli symbol
Metody uprawiania polityki przez posła Janowskiego są znane nie od dziś, a
wsparcie dla jego demonstracji, jakie uzyskał od posłów LPR, Samoobrony, po
części PSL, miało wiele cech akcji zorganizowanej przed wyborami
samorządowymi. O tym warto pamiętać, śledząc żenujące sceny rwania obrad. Ale
warto pamiętać i o metodach sprawowania władzy przez postkomunistów. One
prowokują najłagodniejszą nawet opozycję.
Symbolem arogancji stał się skądinąd inteligentny marszałek Marek Borowski.
Jego duża władza to następstwo zmian w regulaminie, jakie przeforsowały w
1997 roku AWS z Unią Wolności. Spróbowano wówczas utrwalić w Polsce model
przewodniczącego parlamentu, aktywnie sprzyjającego swojej większości -
dzięki prawu określania porządku dziennego.
Tamten model trwa do dziś, a lewica chętnie powołuje się na AWS-owskie
dziedzictwo. Zresztą taki silny przewodniczący ciał ustawodawczych to nie
polski wymysł. Spiker brytyjskiej Izby Gmin jest bezstronny do przesady, ale
już nie amerykański spiker Izby Reprezentantów, który korzysta z podobnych co
marszałek Borowski uprawnień, faworyzując własne ugrupowanie. Wszystko to
prawda, ale jak duża byłaby władza amerykańskiego spikera, konsultuje się on
w każdej sprawie z liderem opozycji. System wzajemnych grzeczności jest ważny
i w parlamentach zachodniej Europy. To kwestia kultury politycznej.
W Polsce o tym zapomniano - i to w największym stopniu za obecnej koalicji.
Symbolem jest niedopuszczanie opozycji (poza Donaldem Tuskiem) do kadłubowego
Prezydium. A mogłoby być ono miejscem okazywania sobie grzeczności. I znów -
nie chodzi o komfort opozycyjnych posłów, ale o prawa ich wyborców oraz prawo
całej opinii publicznej do wyrobienia sobie zdania w swobodnej dyskusji.
W dodatku kształt demokracji to nie tylko kształt parlamentu. Marszałek stał
się symbolem arogancji w czasie, gdy kontrolowane przez SLD media publiczne
ostentacyjnie wręcz zwalczają opozycję, a prywatne poddawane są ledwie
maskowanym naciskom. To nie może pozostać bez wpływu na atmosferę. Tym trzeba
tłumaczyć tak skwapliwe podchwycenie przez umiarkowaną centroprawicę - PO i
PiS - pomysłu ukarania Borowskiego.
Posłanka Zyta Gilowska przytomnie zauważyła, że upór Borowskiego, który
odmawiał poddania kontrowersyjnej prywatyzacji choćby symbolicznej debacie,
odegrał rolę katalizatora awantury. W sytuacji, gdy chowanie wniosków
opozycji pod suknem staje się nie tendencją (co byłoby zrozumiałe), ale
nieomal nawykiem.
Dodajmy, że wątpliwy był również sposób załatwiania tego konfliktu.
Wielogodzinny impas (będący w gruncie rzeczy legalizacją liberum veto),
wreszcie interwencja straży nocą - jakby sejmowa władza bała się własnych
decyzji. Przypomnijmy - interwencja bez obecności wyproszonych dziennikarzy.
To też nie bez znaczenia. Borowski słynie z pomysłów ograniczania obecności
niezależnych mediów w parlamencie. Wszystko ma załatwić monopol sejmowych
kamer.
Histeryczne tony
Czy umiarkowana opozycja nie popełniła jednak błędu, przyłączając się do
akcji LPR, Samoobrony i radykałów z PSL wymierzonej w Borowskiego? Możliwe,
że tak. Z zewnątrz, dla zwykłych wyborców, alternatywa jest prosta: Borowski
albo Janowski. Zamiar odwołania marszałka w tym momencie kojarzy się z próbą
ukarania go nie za nieudolność czy stronniczość, ale za "dręczenie"
awanturującego się posła. To zły sygnał dla państwa - a dla ceniących
praworządność elektoratów tych partii mylący. Z tego zresztą powodu nie
wiadomo, czy PO i PiS skorzystają, czy stracą na tym w wyborach
samorządowych, choć są na potęgę oskarżane o przedwyborcze zagrywki.
Gdybyż jeszcze następstwem tej akcji mogło być wyciągnięcie ludowców z
koalicji, wywołanie kryzysu rządowego. Jest prawem opozycji dążyć do niego.
Było jednak jasne, że PSL kierowane przez takich polityków jak Kalinowski na
to nie pójdzie. Ludowcy będą co najwyżej próbowali pokazać nieco inną twarz w
wyborach i wywalczyć od SLD trochę ustępstw. Czy jest zadaniem opozycji
działać na rzecz partii prezesa Kalinowskiego?
A gdyby i kierowani odruchem ludowcy ulegli, jakąż mamy przyszłą koalicję?
Platformy z Samoobroną? Albo jaki wynik przedterminowych wyborów zrodzonych
przez awanturę? Korzystny dla centroprawicy? Jest w teorii możliwy i inny
sposób zakończenia żywota tego Sejmu - przez ustawiczne blokowanie obrad
siłami Samoobrony. Wówczas jednak umiarkowanej opozycji przypadłaby rola
statystów oskarżanych o tolerowanie awanturnictwa, a zarazem bezsilnych.
Zresztą ta zapowiedź to najprawdopodobniej tylko manewr Leppera przed
wyborami lokalnymi.
Wiedząc to, komentatorzy mieli prawo liderów umiarkowanej opozycji
skrytykować. Ale czy - znając arogancję lewicowej większości - mieli prawo
osądzać ich tak bezwzględnie, jak to uczynili? I czy należy się skupiać w
obozie porządku, którego symbolami mają być Kwaśniewski, Borowski i Miller? A
takie histeryczne tony już się pojawiły, zresztą nie pierwszy raz, mimo iż
inne demokracje radziły sobie z parlamentarnymi awanturami bez masowego
rzucania się w ramiona rządzącego ugrupowania. W tym wypadku rzucający się w
ramiona zapominają, że wiele działań Sojuszu Lewicy czyni z demokracji
fasadę. W większym może stopniu niż zapusty narodowych populistów.
Szantaż Millera
Te jednostronne odruchy komentatorów dostrzegam w ocenie wszelkich zjawisk.
Dziennikarz telewizyjny nieprzypadkowo dopytywał się o sprzedaż Stoenu. Nie
jest ona "grabieżą majątku narodowego", ale jest krytykowana przez wielu
ekspertów jako błąd. Blokujący na co dzień prywatyzację rząd nie myśli
strategicznie - jedynym kryterium są doraźne potrzeby budżetowe. Ale trudno o
tym mówić. Bo głos krytyka może zabrzmieć w chórze z głosem posła Janowskiego.
Ten szantaż trwa - widać go choćby na przykładzie debaty o Unii Europejskiej.
Można by wręcz podejrzewać Janowskiego i Leppera, że zmówili się z liderami
SLD, aby kompromitować najistotniejsze dla kraju dyskusje. Oczywiście to nie
zmowa, a skutek patologicznego kształtu sceny politycznej. Czy jednak ten
kształt zwalnia od myślenia? Zwłaszcza niezależnych dziennikarzy?
Autor jest publicystą m.in. "Gazety Polskiej