Gość: Jurek
IP: *.proxy.aol.com
25.10.02, 13:30
Szansa
Antoni Kamiński, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, w dyskusji,
jaka odbyła się parę miesięcy temu na antenie Radia Bis, powiedział, że od 13
lat trwa w Polsce nieustanna walka partii politycznych ze społeczeństwem.
Najważniejszym polem tej walki są wybory. Ponieważ wybory odbywają się na
świecie od setek lat to nie od wczoraj wiadomo, że podstawową rolę w tych
zmaganiach odgrywa właściwie skonstruowana ordynacja wyborcza. Są takie
ordynacje wyborcze, które otwierają przed społeczeństwem jakieś szanse, są
inne, w których możliwości społeczne są bardzo małe, a są i takie, gdzie
wybory stanowią jedynie niezbędny rytuał. Takie wybory organizowała
społeczeństwu poprzedniczka SLD – Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.
Okrągły Stół, którego zadaniem było zapewnić miękkie lądowanie komunistom,
wyłonił Sejm kontraktowy, w którym miejsca zostały z góry podzielone.
Stworzono jednak pewne skromniutkie możliwości, aby społeczeństwo też coś
miało do powiedzenia.
Od tej pory zmagamy się, aby miłościwie nam panujące partie zechciały zgodzić
się na większy zakres naszej podmiotowości, żeby ograniczyć mafijne partyjne
struktury w ich dzieleniu się Polską jak postawem sukna. Ruch na rzecz
Jednomandatowych Okręgów Wyborczych domaga się, aby zmieniono tzw.
proporcjonalny system wyborczy, żeby wybory były naprawdę wolne, żeby Polacy
wreszcie mogli wybierać ludzi, do których mają zaufanie, a nie ludzi
przywożonych w przysłowiowych teczkach, wyłanianych nie w wyniku woli
wyborców, ale zakulisowych partyjnych targów i przepychanek. 3 lata temu Rada
Miejska Nysy podjęła uchwałę domagającą się od Sejmu wprowadzenia
Jednomandatowych Okręgów Wyborczych w wyborach do Sejmu. W ślad za Nysą
podobne uchwały podjęły rady kilkudziesięciu innych gmin. Sprawy zaszły tak
daleko, że 2 września tego roku, w 3 lata po Nysie, nawet Rada Miasta
Stołecznego Warszawy podjęła podobną uchwałę! W tym czasie na terenie całego
kraju odbyło się około 30 konferencji poświęconych temu problemowi. Do zmiany
systemu wyborczego wzywają gremia naukowe, zawiązki zawodowe, organizacje
społeczne.
Nasi przeciwnicy – obecne partie polityczne – nie posiadają argumentów, jakie
mogłyby przeciwstawić tym żądaniom. W najnowszym numerze tygodnika „Wprost”
znajduje się artykuł Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który twierdzi, że
wprowadzenie JOW jest pierwszym i najważniejszym elementem naprawy państwa!
Wystarczy porównać zamieszczone tam głosy przeciwników JOW, Józefa Oleksego,
Tadeusza Mazowieckiego i innych: jedyne co mają do powiedzenia, to że „nie są
pewni” albo „nie są przekonani”, że wprowadzenie jednomandatowych okręgów
wyborczych naprawdę by pomogło! Naprawdę jedynie skuteczną obroną przed
postulatem JOW jest nie dopuszczenie do otwartej dyskusji publicznej,
przemilczanie i spychanie tematu na margines.
Wielkim sukcesem naszego Ruchu jest wprowadzenie, wiosną tego roku, tzw.
bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Wreszcie, po
raz pierwszy, wyborcy w Polce, wprawdzie nie w wyborach do Sejmu, jak się
tego domaga Ruch na rzecz JOW, ale w wyborach samorządowych, będą mieli
możliwość dokonać wyboru najwyższego urzędnika w gminie. Tym razem o tym
wyborze nie zadecydują jakieś tajemnicze ciała za plecami społeczeństwa, ale
sami wyborcy.
Oczywiście, partie polityczne, mając po temu wszelkie możliwości, zrobiły
wszystko aby tę porażkę zmniejszyć do minimum, ograniczyć zyski społeczne, a
jak najwięcej zachować dla siebie. Ordynacja wyborcza stanowi prawdziwe
kuriozum i arcydzieło partyjnej przewrotności. Główny punkt tego „dzieła”
stanowi sposób wyłaniania i zgłaszania kandydatów na wójtów, burmistrzów i
prezydentów miast. Istotą wyborów obywatelskich jest to, że obywatele mogą
swobodnie zgłaszać kandydatów. Na tym polega tzw. bierne prawo wyborcze. W
Anglii, Kanadzie czy Ameryce nie ma żadnych specjalnych procedur: kandydatem
może być każdy, kto posiada pełnię praw obywatelskich, wystarczy w tym celu
zebrać 10–15 podpisów obywateli. Wymaga się od nich jedynie wpłacenia
niewielkiej kaucji, która jest zwracana, jeśli kandydat uzyska w wyborach co
najmniej 3% głosów poparcia! Inaczej w Polsce: tutaj trzeba najpierw utworzyć
odpowiednie komitety, które urządzą łapankę na kandydatów na radnych,
zarejestrują listy tych kandydatów w większości okręgów wyborczych i dopiero
wtedy mogą wysuwać kandydatów na wójtów, burmistrzów itd. Ponieważ ordynacja
wymaga, żeby te listy były odpowiednio długie, więc nałapanie ludzi gotowych
kandydować było nie lada problemem! I mamy efekt: liczba mandatów radnych w
całej Polsce zmalała, bo ustawa odchudziła rady gmin, ale liczba kandydatów
wzrosła o przeszło 30 tysięcy! Wydziwiają teraz najemni komentatorzy
polityczni w tzw. pismach opiniotwórczych, telewizji itp., dziwiąc się
zachłanności i pazerności rodaków na udziały we władzy! Ma to być kolejny
dowód na to, że wciąż jeszcze nie dorośliśmy do demokracji. Jakoś nie słychać
głosów, że to nie my, Polacy, mamy takie kłopoty z dorastaniem, ale że twórcą
tego idiotyzmu jest interes partyjny, który stara się, na ile tylko się da,
uniemożliwić obywatelom właściwy, zgodny z ich interesami wybór. Przecież te
bezsensownie długie listy, konieczność urządzania łapanki na ludzi, wymusza
wypichcona przez nich ordynacja! Bez tego nie dałoby się zarejestrować
kandydatów na burmistrzów i prezydentów! Np. we Wrocławiu jest 10 kandydatów
na prezydenta, każdy kandydat zgłasza co najmniej 60 osób, a zatem już na
starcie mamy 600 i ci kandydaci potrzebni są nam, obywatelom, jak piasek w
sałacie. I wielu z tych, Bogu ducha winnych ludzi, znajduje się na listach
tylko dlatego, że ulegli prośbom i namowom, bez żadnej ambicji i zamiaru
zajmowania miejsca we władzach miejskich.
Pomimo tych przeszkód, wyłom w partyjnym szańcu został uczyniony i jakieś
możliwości przed nami się otworzyły. Niestety, nie dla wszystkich jednakowe.
Największe możliwości pojawiły się przed mieszkańcami małych gmin, w których
liczba wyborców jest taka, że jeszcze umożliwia bezpośredni kontakt z
kandydatami, gdzie wyborcy mogą się kandydatom przyjrzeć i zapoznać się z
nimi. Tam zresztą macki partyjnej ośmiornicy są najsłabsze, a często w ogóle
ich nie ma. Inaczej w dużych miastach, takich jak Wrocław. Tutaj możliwości
obywateli zostały znacznie uszczuplone. Jak bowiem niezależny kandydat mógłby
dać się poznać i dotrzeć do ponad 400 tysięcy wyborców? Tu możliwości
społeczeństwa są mizerne, a zwycięski kandydat musi mieć na swoje usługi
media. A media, niestety, pozostają w partyjnych rękach. Publiczne środki
przekazu, dziennikarze, zamiast wypełniać swoją rolę informacyjną,
uczestniczą w stronniczej grze i pomagają wygrać tym, kogo im wskazują
partyjni właściciele.
Zilustruję to na przykładzie. Pan Ryszard Czarnecki, kandydat na prezydenta
Wrocławia, okazał się być jedynym, który określił się jako zdecydowany
zwolennik Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Ponieważ Ruch
nasz działa we Wrocławiu od lat i ma wiele tysięcy zwolenników, więc należało
tę ważną informację, że oto mamy we Wrocławiu kandydata na prezydenta
domagającego się takiej samej reformy państwa jak my, przekazać wrocławianom.
W tym celu Ryszard Czarnecki zwołał, 22 października, konferencję prasową w
Klubie Muzyki i Literatury, zapraszając na nią przedstawicieli wszystkich
mediów działających na terenie Wrocławia.
Niestety, dziennikarze i właściciele tych mediów dokonali już wyboru i dla
nich zapoznawanie mieszkańców Wrocławia z informacjami na temat innych
kandydatów byłoby działaniem wbrew partyjnym interesom. Na konferencję
przybyła tylko jedna osoba, dziennikarka Gazety Wyborczej, ale przeglądając
środowe wydanie tej i innych gazet Wrocławia, śladu informacji na ten tem